Rachel spoglądała na niego z pewnego rodzaju niechęcią, do której zdążył się przyzwyczaić. Nie poinformował jej o zmianie pracy, ale nie miał takiego obowiązku, odkąd nie stanowił już jej odpowiedzialności. Był niezależny. Przynajmniej w takiej mierze, na jaką pozwalała mu umowa o pracę, którą Kono podrzuciła mu dzisiejszego ranka, twierdząc, że Steve nadal z nią nie rozmawia. Pojęcia nie miał dlaczego ta dwójka wciągała go wzajemnie w swoje problemy, ale może nie powinien był się wtrącać wtedy pierwszego dnia. Nic się jednak nie zmieniło – nadal nie pozwoliłby macać Kono.

- Chcę ją zabrać na święta do rodziny – poinformowała go Rachel.

- No tak, ale sąd ustalił, że Grace święta spędza ze mną – przypomniał jej.

- Naprawdę nie chcesz, żeby zwiedziła Londyn? – spytała z niedowierzaniem jego ex alfa. – Wiesz jaka to dla niej szansa? Wiesz ile moglibyśmy zwiedzić…

Przestał słuchać, ponieważ doskonale zdawał sobie sprawę, że Grace nigdy nie wyjedzie wraz z nim do Europy. On nie będzie twórcą takich wspomnień. Nawet z nową umową od McGarretta, jedynie utrzymywali się na powierzchni. Miał jedynie odrobinę nadziei, że kiedy ich mała dziewczynka postanowi studiować, Rachel pokryje koszty nauki. W innym wypadku powinien był zacząć oszczędzać dobre dwadzieścia lat wcześniej.

Kiedy byli małżeństwem zaczął odkładać, ale rozwód pochłonął wszystko. Dzisiaj był dzień, kiedy bank przysłał odcinek i naprawdę nie był w kondycji do sugerowania mu, że nie jest w stanie zapewnić Grace niczego fajnego. Był tego nawet bardziej niż świadom. I to nie znaczyło, że nie odczuwał z tego powodu pewnego rodzaju bólu. Każdy rodzic chciał dla swojego dziecka jak najlepiej, ale to miały być pierwsze święta na Hawajach. I uderzyło go nagle, że będą jedynie we dwójkę. Jego rodzice i siostry zostali w New Jersey i nie przylecą na wyspy. Nie znał tutaj nikogo. Każdy będzie w tym okresie z rodziną.

Mógł sobie wyobrazić Grace siedzącą przed choinką i ich dwójkę. Wymiana prezentów nie prezentowała się, aż tak przyjemnie.

- Dobrze – powiedział w końcu, bo mała zasługiwała na święta w otoczeniu rodziny.

Chyba nawet bardziej to przemawiało do niego niż wycieczka po Londynie.

- Zabiorę ją na pełne dwa tygodnie – poinformowała go Rachel. – Cieszę się, że poszedłeś po rozum do głowy. Wiesz, że nie musimy być wrogami – dodała.

- Nigdy nie byłem twoim wrogiem – przypomniał jej.

Nie wydawała się poruszona.

- Powiesz jej o wyjeździe? – spytała Rachel wprost.

I nie bardzo potrafił w to uwierzyć.

- Chcesz, żebym ją przekonał, że to cudowny pomysł i masz moje pełne błogosławieństwo? – rzucił z niedowierzaniem, bo znowu zaczynali się w to bawić.

- Inaczej będzie odczuwała wyrzuty sumienia, że się cieszy, kiedy ty zostajesz na O'ahu – oznajmiła mu jego ex alfa.

- Rachel… - zaczął i urwał, bo brakowało mu słów. – Może też byłabyś widziana jako figura rodzicielska, gdybyś nie próbowała jej na siłę przekonać, że twoja beta to jej nowy tatuś – warknął.

Rachel wyprostowała się, patrząc na niego odrobinę z góry. W końcu była wyższa od niego o kilka centymetrów. I zawsze korzystała z tego, kiedy mogła.

- Stan i ja… - zaczęła.

- Nie obchodzi mnie to – powiedział wprost. – Im bardziej naciskasz, tym bardziej ona nie chce go widzieć. I jest pewna granica, której nie przekroczę. Zdradziłaś mnie i zniszczyłaś nasze małżeństwo – przypomniał jej. – Ona to wie i ja to wiem. Jeśli będzie chciała go zaakceptować to na jej własnych warunkach. Na pewno nie powiem jej, że Stan to teraz mój najlepszy kumpel, ponieważ nigdy jeszcze nie uderzyłem się tak mocno w głowę.

- Utrudniasz – warknęła zirytowana. – Przeciągasz to co nieuniknione – poinformowała go.

- Nie. Stawiam sprawę jasno. Chcesz ją przekonać do swojej bety, dla swojego dobra, a nie dla niej – rzucił. – I nie będę brał w tym udziału – dodał.

ooo

Grace wpadła do domu Kono, rozbierając się już w korytarzu. Za często bywali u Kalakauy, bo mała straciła zupełnie swoje granice. To nie był ich dom. Grace jednak to nie przeszkadzało w tym, aby wpaść do pokoju Kono i przebrać się w ciągu kilku sekund ze szkolnego mundurka w strój kąpielowy. Zbierał jej ubrania cierpliwie, ale Kalakaua nie wydawała się urażona zachowaniem jego córki.

Może podobne barbarzyńskie praktyki były tutaj normalnością.

- Jest szybka – przyznała Kono.

- Nie wiem po kim to ma – prychnął.

Dziewczyna przewróciła oczami.

- Kiedy chcesz, potrafisz się ruszać bardzo szybko. Nie widać tego po tobie, ale nawet gdybym nie widziała cię w akcji ze Stevem, i tak uważałabym na ciebie – przyznała bez cienia żenady.

- W tej akcji, w której wykręcił mi rękę? – zakpił.

- W tej akcji, w której zaskoczyłeś ex-SEALa – przypomniała mu, a potem westchnęła. – Tego samego, który teraz się do mnie nie odzywa. Kontaktuje się tylko przez sekretarkę.

- Steve ma sekretarkę? – zdziwił się.

Kono przewróciła oczami ponownie.

- Oczywiście, że ma sekretarkę. I asystentkę. Nie korzysta z nich za często. To taka jego forma pasywnej agresji – przyznała. – Lori nie widziała go w barze od trzech dni. My zaczynamy jutro rano i jestem pewna, że przez tydzień go nie zobaczymy, chociaż będziemy pracowali w jednym budynku. On potrafi być niewidoczny, kiedy tego chce – westchnęła.

- Sądzisz, że powinniśmy go przeprosić albo chociaż z nim pogadać? – spytał wprost, ponieważ temat McGarretta wracał raz po raz.

I alfa zapewne byłby na plaży niedaleko domu Kono dzisiaj, bo nawet Danny dostrzegał, że fale osiągały odpowiednią wysokość, aby stanowić coś interesującego. Zresztą byli tutaj wszyscy pracownicy baru włącznie z Adamem, który pichcił coś na grillu.

- Tu nie chodzi o rozmawianie – westchnęła Kono. – On… - urwała. – On ma problemy z zaufaniem ludziom. I jeśli ktoś nie ufa jemu, kiedy się bardzo stara, nie przyjmuje tego dobrze. Zresztą on nie przyjmuje niczego dobrze. Musi posiedzieć i pomyśleć. Jeśli będzie gotów z nami porozmawiać, pokaże się – zapewniła go.

Danny jednak nie był o tym przekonany. Pierwszy raz widział alfę, który się po prostu chował przed ludźmi. I to nie było zdrowe. A na pewno nie normalne. Wiedział jak wyglądała norma, ponieważ był mężem i omegą Rachel. Alfy poznawało się dopiero, kiedy zaczynało się z nimi życie. Kono miała się tego dowiedzieć już niebawem, sądząc po wielkości kamienia w pierścionku na jej palcu.

- Nie sprowadza cię to na dno, kiedy pływasz? – spytał.

Spojrzała na niego zaskoczona, a potem zerknęła na swoją dłoń i uderzyła go pięścią w ramię.

- Dupek – rzuciła, ale czerwieniła się przy tym tak mocno, że nie pozostawiało to wątpliwości co do tego czy ucieszyła się, że zauważył, że Adam w końcu kupił jej pierścionek.

ooo

Grace przybiegła do niego mokra, co go specjalnie nie zaskoczyło, skoro moczyła się z Lori i Jenną w oceanie od dobrej godziny. Rzuciła się niemal natychmiast na smażone ananasy, co sprawiło, że coś przewróciło się w jego żołądku niebezpiecznie. Owoce nie powinny leżeć na grillu, ale tutejsi aborygeni chyba nie do końca rozumieli na czym polegała istota smażenia. Pewnie lepiej dogadałby się z teksańczykami i nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać dlaczego w ogóle wyjechał z kontynentu.

- Gdzie jest Steve? – spytała jego mała córeczka, ponieważ jeszcze nic nigdy jej nie umknęło.

- W pracy – odparł, ponieważ tego jednego był pewien.

Grace spojrzała wymownie na ich zwartą grupę.

- Steve nie pracuje tylko z nami – poinformował ją spokojnie.

To nie było kłamstwo, ale ponieważ mówił pojedynczymi zdaniami, jego mała córeczka zdawała sobie sprawę, że ją właśnie zbywa. I sądząc po zmarszczce pomiędzy jej brwiami, nie była z tego powodu zadowolona.

- Nie powinien tak dużo pracować – rzuciła Grace i nie mógł się z nią nie zgodzić.

- Nie, nie powinien – przyznał jej rację, ponieważ patrzyła na niego tak, jakby oczekiwała jakiejś reakcji.

Grace wydawała się zadowolona.

- Dlaczego nie powiesz mu, że za dużo pracuje? – spytała i Danny prawie zadławił się ananasem, bo coś podobnego powtarzał Rachel w czasie trwania ich związku.

Martwienie się o alfę było częścią intynktu każdego omegi. Jednak wtrącanie się w cudze życie osobiste to już była kwestia kulturowa. I wiedział, że Grace po tym jak Rachel przestała reagować na jego naciski, a on przestał nastawać na zwolnienie tempa jej pracy, wywnioskowała, że coś się zmieniło. Ich małżeństwo rozpadło się kilka tygodni później. Pamiętał to doskonale. I nie chciał tego wspominać teraz.

Kono wpatrywała się w niego tak intensywnie, że czuł jak z tyłu czaszki zaczynają wypadać mu włosy. Nie sądził, aby ktokolwiek to słyszał, ale to nie zmieniało faktu, że i tak nie miał pojęcia jak odpowiedzieć Grace.

- Wszyscy mówiliśmy mu, żeby przestał tak wiele pracować – powiedziała w końcu Kono.

Grace zmarszczyła brwi, jakby to się jej akurat nie podobało. Przyjęła to jednak do wiadomości.

ooo

- Zabiję go – powiedział wprost.

Kono wyglądała nawet na rozbawioną.

- To nie jest śmieszne – warknął.

- To jest przekomiczne. Twoja mina, kiedy spytała – prychnęła Kono. – To mała dziewczynka. Mogła się czuć trochę zagubiona. Powiedz szczerze i nie obraź się, ale twoja ex alfa ma kogoś, prawda? – spytała wprost.

- Ma męża – przyznał. – Są po ślubie – dodał, aby wszystko było jasne.

Kono nie wyglądała na zaskoczoną.

- A ty nie widujesz się z żadnym innym niezwiązanym alfą – podrzuciła Kalakaua. – To naturalne, że założyła, że skoro Steve jest w pobliżu to musi coś znaczyć.

Uniósł brew, ale nie miał na to żadnej skutecznej riposty. Wybrał zatem milczenie.

Dlatego starał się trzymać od Steve'a z daleka, aby Grace nie mieszać w głowie. Miała dość sensacji jak na jeden rok. Musiała uczestniczyć w ślubie Rachel, na który on nie był zaproszony, co było całkiem na miejscu. Nie potrafiłby udawać, że ich związek przeszedł w fazę przyjaźni. Wątpił, aby kiedykolwiek potrafił. Nie chodziło już nawet o jakieś uczucia, które nie zostały jeszcze dobite. Miał świadomość, że Rachel odebrałaby mu Grace bez mrugnięcia okiem, wiedząc doskonale co to zrobi z nim. I to sprawiało, że między nimi wyrastał mur nie do przeskoczenia.

- Rachel chyba chce, żebym dał jej błogosławieństwo na związek ze Stanem – powiedział i pojęcia nie miał dlaczego w ogóle ten temat wypłynął.

Kono patrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Nie wiem co powiedzieć – przyznała Kalakaua.

Westchnął, bo w zasadzie nie był zaskoczony. Sam nie wiedział co z tym zrobić.

- Znaczy czego od ciebie oczekuje? – spytała wprost.

- Żebym przekonał Grace, że traktowanie bety jak powietrza to jednak nie jest dobry pomysł – przyznał.

- Grace go nie lubi – stwierdziła Kono. – A masz pewność, że Rachel zrobi to samo dla ciebie, kiedy zaczniesz się z kimś spotykać?

Prychnął.

- To nie jest umowa wiązana. Poza tym… - urwał, nie wiedząc jak to wyjaśnić. – Grace nie ma czterech lat. Ona wie, że ten facet pojawił się na moje miejsce. I nie podoba się jej to. I nie obchodzi mnie co Rachel myślałaby, gdybym się z kimś widywał. Wątpię mocno, aby to się stało kiedykolwiek – poinformował Kono.

- Nie przesadzaj. Jesteś świetnym ojcem, świetnym człowiekiem – powiedziała Kalakaua.

- Nie. Mam nieletnią córkę, z którą mieszkam i dwupokojowe mieszkanie – poprawił ją, ponieważ chyba nie zdawała sobie sprawy, co widzieli ludzie. – I nie mam nawet ochoty wyjść z kimś. Poza tym co miałbym zrobić w tym czasie z Grace? Miałbym jej powiedzieć, że zostaje z opiekunką… znowu, bo tata idzie na randkę? – zakpił.

- Mógłbyś ją wziąć z sobą, skoro ten ktoś musiałby zaakceptować twoją córkę – podpowiedziała Kono.

- Jasne – prychnął.

- Albo podrzucić ją do mnie i Adama, ponieważ nie jesteśmy opiekunkami, a Grace mnie uwielbia – podrzuciła omega.

To było bardziej prawdopodobne. Gdyby kiedykolwiek zamierzał wyjść z kimkolwiek. Na co się nie zanosiło. I jedno nie dawało mu spokoju. Może gdyby nie był rozwiedziony, zaśmiałby się Victorii w twarz, kiedy zwalniała go sugerując, że to jest związane z jego relacją ze Stevem. Nabawił się paranoi i zakładał, że ludzie knują przeciwko niemu, ale reperkusje jego rozwodu jeszcze nie przebrzmiały. Nie chodziło tylko o rozstanie się z Rachel. Pozostawała jeszcze kwestia Grace. Wiedział, że jego była żona dałaby mu spokój, gdyby oddał jej córkę. Nie mógł jednak tego zrobić.

Nie był nawet pewien czego przestraszył się najmocniej, kiedy rozmawiał z Victorią.

- Wiesz jak wiele dyskwalifikuje omegę jako opiekuna własnego dziecka? – spytał wprost.

Kono zmarszczyła brwi.

- Żeby wychowywać Grace muszę mieć stałą pracę, co jest oczywiste, ale dochodzi do tego fakt, że jeśli Rachel widziałaby mnie pijanego, poddałaby w wątpliwość fakt, że jestem na tyle stabilny emocjonalnie po rozwodzie, aby wychowywać własne dziecko. Do tego dochodzą alfy kręcące się wokół małej. Im ich mniej, tym lepiej – przyznał.

- Rachel chyba by nie… - zaczęła Kono.

- Kiedy ostatnio było tak spokojnie między mną a nią, dostałem papiery rozwodowe. Sypiała nawet ze mną, żebym się nie zorientował, że przygotowywała to od dawna – przyznał.

Kono spojrzała mimowolnie w stronę Adama, który grzał się nad grillem.

- Nie, nawet o tym nie myśl. Każdy ci może wywinąć taki numer. Fakty są takie, że nie ma dobrego wyjścia. Nie masz pewności. Nie ma nic – powiedział wprost. – I teraz jeszcze raz spróbuj mnie namówić do tego, żebym się umawiał z alfami.

Kono zbiła usta w wąską kreskę.

ooo

Jay uśmiechała się do nich szeroko, chociaż widział zaciekawienie w jej wzroku. Stawili się o siódmej rano w pracy, żeby przygotować się do całkiem nowych wyzwań. McGarretta nie było nigdzie w polu widzenia, co przewidziała Kono, ale Danny i tak się czuł nieswojo. Tym bardziej, że trójka kuzynów Kalakauy pracowała w tym samym hotelu, więc Kono weszła do pokoju socjalnego, jakby doskonale znała tę przestrzeń. Wcześniej miał nadzieję, że będą dwójką nowych, ale oczywiście powinien wiedzieć, że Kelly-Kalakaua stanowili przynajmniej połowę populacji Hawajów.

- Panie Williams, Danny – rzuciła Jay z lekkim uśmiechem. – Mam wpisane w twojej teczce, że masz córkę – podjęła beta.

I o dziwo nie widział w jej oczach cienia osądu. Może sam fakt, że widziała Grace już dwukrotnie poprzednio, pozwolił się jej oswoić z tym faktem.

- Jeden z hotelowych kierowców jest zobligowany do odbierania naszych dzieci ze szkoły. To znaczy większość chodzi do publicznych szkół podstawowych… - urwała kobieta sugestywnie.

Był pewien, że tylko Grace chodziła to prywatnej placówki.

- Jeśli jednak zawiadomisz w szkole, że będzie odbierana popołudniami, ktoś zajmie się nią tutaj na miejscu do czasu, aż skończymy pracę. Mój syn uwielbia zjeżdżalnie – poinformowała go Jay. – Na pewno szybko się zaprzyjaźnią.

- Wielu pracowników ma dzieci? – spytał ciekawie.

- Mamy tutaj ósemkę – przyznała Jay. – Wszystkie sprawy urlopowe musisz dogadywać ze mną. Czasem robimy tak, że zajmujemy się dziećmi kolegi czy koleżanki, jeśli coś nam wyskoczy. Wiem, że to dopiero twój pierwszy dzień, ale przedstawię cię innym rodzicom. Ostatnio trójka miała ospę i teoretycznie mielibyśmy problem, musiałabym przesuwać pracowników, ale Stacy zajęła się dziećmi. Wiesz jak dzieciaki od siebie łapią – westchnęła, przewracając oczami.

- Mam dwie siostry – poinformował ją. – Grace jest jedynaczką na szczęście, ale u mnie w domu, kiedy chorowało jedno z rodzeństwa, pozostała dwójka rozkładała się w ciągu dwóch następnych dni. Moja Ma' tego nienawidziła – przyznał.

Jay prychnęła. Grace nigdy nie chorowała jakoś specjalnie bardzo. Sporo dawał jej status, który – chociaż Danny nie chciał tego przyznać – jednak sprawiał, że jej ciało było silniejsze. Odkąd przyjechali na Hawaje, nie złapała nawet kataru. Klimat New Jersey musiał ją dobrze zahartować. Na Hawajach jednak czyhały inne niebezpieczeństwa. Takie jak meduzy, ukwiały i rekiny. Na szczęście czegoś podobnego nie znalazł w żadnym z tutejszych basenów, co odrobinę go uspokajało.

- Twoja szafka znajduje się tutaj – podjęła Jay. – Zaczynasz o ósmej. Ze względów oczywistych picie alkoholu nad basenem jest dozwolone, ale pan McGarrett prosił, aby zwracać uwagę na ludzi, którzy są wyjątkowo pijani. W tym tygodniu oboje z Kono macie pierwszą zmianę, ale podczas drugich zmian jest sporo wypadków z turystami – ciągnęła dalej i akurat to go nie zaskoczyło. – Na noc basen jest zamykany – uściśliła. – Jeśli macie pytania albo wątpliwości, jestem kierownikiem zmiany – dodała.

Danny skinął jedynie głową, przygotowując się dosłownie na wszystko. Potrafił pływać, ale to wcale nie znaczyło, że był tego ogromnym fanem.