Jak złapać anioła?
Otworzenie oczu jeszcze nigdy nie kosztowało go tyle siły. Czuł jakby jego powieki były ze sobą sklejone, a wszelkie próby ich uniesienia wywoływały ból. Nie zamierzał się jednak poddać, nie miał pojęcia gdzie jest i zaczynał panikować. Wyczuwał pod palcami gładki materiał, a głowa spoczywała na czymś miękkim. Coś na nim leżało, chyba koc, który miał bardzo znajomy zapach. Pachniał jak żonkile, a także pot, ale to drugie w mniejszym stopniu. Chwilowo nie był jednak w stanie przyporządkować zapachu do miejsca, a to dlatego, że bolała go głowa i nawet z zamkniętymi oczami odczuwał niewielki mdłości.
Miał ochotę kogoś zawołać, ale bał się to zrobić, jeśli w pobliżu był wróg. Zresztą gardło miał tak suche, że pewnie nawet nie mógłby pisnąć.
W końcu udało mu się otworzyć oczy, nudności tylko się pogorszyły, ale zaledwie na kilka sekund, zdołał nad nimi zapanować. W pomieszczeniu było ciemno i w pierwszej chwili nie widział za dobrze, ale wzrok szybko dostosował się do małej ilości światła. Widział sufit i lampę, która się na nim znajdowała, ale była zgaszona. Kątem oka wychwycił niewielki blask gdzieś po prawej stronie. Ponieważ nie widział za dobrze, postanowił wytężyć słuch. Pierwszym, co usłyszał, okazał się oddech innej osoby, a raczej dwóch. Gdzieś w oddali wychwytywał też rozmowy, przynajmniej tak mu się wydawało, bo brzmiało to bardziej jak cichy szelest liści niż dysputa.
Coś obok niego poruszyło się, by po chwili zamrzeć w miejscu, jakby spłoszone. Dean też zamarł, chciał też zamknąć oczy w obawie, że ktoś tutaj jest niebezpieczny, ale gdy wziął niewielki wdech, by przestać oddychać i udawać martwego, poczuł wyraźniej zapach koca, pod którym leżał. Silniejsza woń wreszcie została prawidłowo dopasowana przez jego mózg do miejsca i zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Jego własna sypialnia. Słowa które zaraz potem usłyszał tylko to potwierdziły.
- Dean?
Poznałby ten głos wszędzie. Nie znał nikogo innego, kto mówił jakby wypalił całą kratę papierosów. Jednocześnie.
- Dean.
Następny głos. Ten, który słyszał niemal codziennie przez ponad dwadzieścia lat życia, którego mutacji był świadkiem i który budził go w nocy niejeden raz, gdy jego właściciel darł się, bo chciał mleka albo zmiany pieluchy.
- Sam, daj mu odetchnąć.
Bingo, w tej kwestii nigdy by się nie pomylił.
- Przepraszam.
- Podaj mi wody, pewnie umiera z pragnienia.
Umierał to wcześniej, jeśli pamięć go nie zawodziła. Był pewien, że już po nim, a jednak żył, nie miał co do tego wątpliwości. Tylko jakim cudem? Przecież Castiel nie był w stanie go uleczyć. Czyżby to sprawka Gadreela albo innego anioła? Jak długo w ogóle tutaj leżał?
Spojrzał w prawo i zobaczył swojego brata oraz Castiela. Stali przy łóżku ze zmartwionymi minami, ale pewnie jeszcze kilka minut temu było z nimi gorzej.
Sam przystawił mu do ust szklankę z wodą i pomógł się napić. Dean zachłannie spijał każdą kroplę, trochę pociekło mu po brodzie, ale nie przejął się tym, był na to zbyt spragniony. Woda jednak została mu odebrana, nim zdołał całkowicie ugasić pragnienie.
- Żebyś się nie pochorował - wytłumaczył brat. - Później dam ci resztę.
- Dzięki - wychrypiał Dean. Świetnie, teraz brzmiał jak Castiel.
- Jak się czujesz? - spytał anioł siadając na krawędzi ich łóżka.
Potwornie, ale da radę. Wciąż nie wiedział co się stało, a to go teraz najbardziej obchodziło, swoim zdrowiem zajmie się później, zwłaszcza że nie umierał i nie trzeba było się spieszyć.
- Jakim cudem żyję? I co z tobą, Cas? Jesteś człowiekiem?
- Niezupełnie - odpowiedział.
- Więc co się stało? - Choć nie czuł się najlepiej, spróbował wstać. Sam i Castiel powstrzymali go w tym samym czasie, kładąc mu dłonie na piersi.
- Wyluzuj, Dean - powiedział Sam. - Wciąż jesteś wyczerpany.
- Chcę wiedzieć, co się stało.
- Bóg - wyjaśnił Castiel.
- Co masz na myśli?
- Byłeś martwy, Dean - mówił dalej anioł, a głos mu się łamał. - Trzymałem twoje ciało, które rozkładało się na moich oczach. Nic nie mogłem zrobić, Gadreel także nie. Chciałem się już modlić do archaniołów, by mi pomogli, ale nim zdążyłem to zrobić, pojawiło się jasne światło i otoczyła nas potężna energia. Zbyt potężna, by należała nawet do Michaela. Nim zorientowałem się, co się dzieje, znów miałem swoją łaskę, a z tobą było wszystko w porządku, wyglądałeś jakbyś spał.
- I to niby sprawka Boga? - zdziwił się Dean. Czemu Bóg miałby ingerować w te wydarzenia, skoro nie robił tego wcześniej? To musiała być jakaś sztuczka.
- Tak mi się wydaje. Kto inny byłby w stanie to zrobić?
- Krasnoludki?
- Dean - zwrócił mu uwagę Sam.
- Wybacz, że nie wierzę, że Bóg nagle postanowił się nami zainteresować, skoro od tysięcy lat się nie pokazywał.
- Uratował cię, Dean - zauważył Castiel. - Powinniśmy być mu wdzięczni.
- Dupa, a nie wdzięczni. - Prawda była taka, że nie czuł ani trochę wdzięczności do Boga, jeśli to rzeczywiście on zrobił. - Najpierw ten tchórz się chowa, nie pomaga nam i nagle mu się przypomniało, że ma obowiązki? Niech sobie wsadzi taką pomoc, nie prosiłem go o nią.
- Dean...
- Nie będę się teraz przed nim płaszczyć, Cas - zdecydował zły. - Gdyby chciał dla nas dobrze, nie dopuściłby do tej sytuacji z Asarielem. Nie pozwoliłby mu na takie wybryki. Bóg to pieprzony sadysta. Wybacz, jeśli cię uraziłem, ale taka jest prawda. Twój ojciec ma nas w nosie.
- Nie wierzę w to - powiedział Castiel. - Musiał mieć jakiś powód, żeby...
- Tak, znudziło mu się siedzenie na dupie gdzieś na Hawajach i postanowił nas trochę pomęczyć. Nie ma nas, nie ma przedstawienia.
- Przestań narzekać - odezwał się Sam. - Uratował ci życie, powinieneś się cieszyć.
- Pff.
- W ogóle co to za był za pomysł, żeby walczyć z Abaddon samemu? - zapytał wściekły. - Gdyby nie Bóg, już byś zginął.
- Byliście zajęci - zauważył Dean. - Meg o tym mówiła. Zresztą co za różnica, zabiłem sukę i już nie stanowi zagrożenia. Gdyby nie ten proszek nawet nic by mi nie było.
- Ale proszek był i niepotrzebnie się naraziłeś. Gdybyś wezwał Gadreela, pomoglibyśmy ci, uwolnienie się od demonów nie było trudne, zrobiliśmy to w kilka sekund gdy tylko Zeke wyczuł rozpacz Castiela. Wiesz jak wszyscy się o ciebie martwili?
- Na pewno niezbyt mocno.
- Garth omal nie rozszarpał zwłok demona taki był wściekły, gdy zobaczył cię w takim stanie - opowiedział. - Nawet Bela i Balthazar nic nie mówili. Wszyscy czekają w salonie.
- Wyrzuć ich - zdecydował. - Nie chcę gości.
Nim Sam zdążył zaprotestować, drzwi do sypialni zostały otworzone. Światło z salonu oślepiło nieco Deana, ale po zmrużeniu oczu był w stanie rozpoznać osoby, które weszły do środka. Byli to archaniołowie we własnej osobie, jak zwykle we czwórkę i jak zwykle prowadzeni przez Michaela. Zmieniła się tylko jedna rzecz odkąd widział ich ostatnio. Rafael miał nowe naczynie, po raz kolejny była to czarnoskóra osoba, ale tym razem nie był to mężczyzna, ale kobieta. Dziwnie było na niego patrzeć w takim ciele, zwłaszcza że jego imię było typowo męskie, ale archaniołowi raczej nie robiło to różnicy.
- Fajne wdzianko - skomentował, by rozładować nieco atmosferę. Archaniołowie mieli posępne miny, byli nawet trochę zmartwieni, ale nie wiedział, czy jego stanem czy pojawieniem się Boga. Zaraz za nimi do środka wcisnęli się Victor, Bela, Garth oraz trzy pozostałe anioły.
Rafael spojrzał na niego poirytowany, ale nie skomentował jego odzywki. Być może za bardzo bał się Michaela, który posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, nim odwrócił się do Deana i odezwał:
- Mamy kilka ważnych spraw do omówienia.
- To fajnie, ale jestem trochę niepełnosprawny - przypomniał im Dean. - Swoją drogą, czy w zawsze chodzicie we czwórkę?
- Dean, pozwól im mówić - poprosił Castiel. Jak zawsze był spięty, gdy w grę wchodziło ubliżanie archaniołom.
- Pozwolę. Może oni mi wyjaśnią, czemu Bóg po tylu latach wyszedł z kryjówki tylko po to, by zaraz potem zniknąć? I czemu nie zajął się Asarielem? Czemu oni się nim nie zajęli skoro są o klasę wyżej?
- Mogę udzielić odpowiedzi na te pytania - powiedział Michael. - Dlatego tu przyszedłem, zależało mi na tym, żebyście byli tu wszyscy razem.
- Zamieniam się w słuch. - Bardzo go ciekawiło, jaką wymówkę usłyszy. Pewnie bardzo słabą.
- Nie jesteśmy do końca pewni, czemu Bóg wrócił - zaczął wyjaśniać najwyższy z archaniołów. - Wierzymy jednak, że ma jakiś ważny plan, skoro wskrzesił ciebie i oddał Castielowi łaskę.
- No błagam - westchnął poirytowany Dean. Nie chciał znowu słuchać o wielkim planie, który pewnie wcale taki wielki nie był. Nie wierzył w takie bzdury.
Michael nie przejął się jego odzywką tylko kontynuował.
- Plany Boga muszą mieć jakiś związek z waszą większą mocą. Ona zawsze tam była, jest w każdym aniele tylko zablokowana. Nawet w nas.
- Co to znaczy w nas? - spytał nagle Sam. - W archaniołach?
Michael przytaknął.
- Nie możemy wam w żaden sposób pomóc, bo nie mamy naszej mocy - wyjaśnił. - Po buncie Lucyfera, Bóg zablokował ją wszystkim aniołom, by nie dopuścić do podobnej sytuacji. Zostawił im tylko dość, by mogły walczyć z demonami. Nam archaniołom pozostawił tylko moce, które nie są niszczycielskie. Nawet gdybyśmy chcieli, nie zabilibyśmy demona naszą mocą, tylko mieczem albo prawdziwą postacią. Moc, która nam pozostała, pozwala nam tylko na leczenie czy teleportację. Jesteśmy praktycznie bezsilni wobec Asariela, którego proszek odblokował Castielowi i Gadreelowi ich ukryte pokłady mocy.
Dean musiał przyznać, to był całkiem dobry powód, by się nie mieszać. Chyba że Michael ściemniał, ale coś mu mówiło, że tak nie jest. Nie znał go i teoretycznie nie powinien mu ufać, ale coś w jego duszy mówiło mu, że archanioł mówi prawdę.
- Nie wiedziałem, że archaniołowie są bezbronni - przyznał cicho Balthazar.
- Nikt o tym nie wiedział - wyjaśnił Michael. - Gdyby było inaczej, ktoś mógłby podważyć naszą władze jak to robi Asariel.
- On o tym nie wiem - zauważyła Bela. - Inaczej już dawno by was zaatakował.
- Masz rację, Asariel nie wie o naszej bezbronności - wtrącił się niespodziewanie Gabriel. - Wydawał się też nie wiedzieć, co powoduje jego proszek, skoro jego ofiary nie żyły dostatecznie długo, by uwolnić się spod jego władzy i odkryć nowe pokłady mocy. Sam pewnie też się tym nie interesował, to było tylko mięso armatnie.
- Ale na pewno sam ma odblokowaną moc - powiedział Castiel. - Twierdził, że w każdej chwili może być po drugiej stronie świata. Dowiedziałem się też, że nie pracował tylko z Abaddon.
- Kto jeszcze z nim pracuje? - spytał Michael.
- Metatron. Asariel wykonuje jego rozkazy.
- Ten transformers? - zdziwił się Sam.
- To Megatron, nie Metatron - poprawił go Dean.
- Kto to jest Metatron? - chciał wiedzieć Garth.
- Właśnie, trochę wyjaśnień by się przydało - dodał Victor.
Dean też był ciekawy, co to za anioł. Chyba nie był najmilszy, skoro wpadł na pomysł władania niebem.
- Metatron to dupek - odpowiedział Balthazar. - Zadufany w sobie egoista.
- Jesteś pewien, że nie pomylił ci się z tobą? - Dean nie mógł się powstrzymać, lubił denerwować Balthazara i pokazywać mu, że się go nie boi.
O dziwo anioł nie dał się sprowokować i nie trzeba się było martwić o to, że zaraz pomiędzy nim a Deanem wybuchnie wojna.
- Metatron to skryba Boga - wyjaśnił dokładniej Michael. - Spisał jego prawa i słabe punkty wszystkich stworzeń, jakie żyją na ziemi. Teraz rozumiem, jak Asariel znalazł sposób na kontrolowanie aniołów. Musiał go dostać właśnie od Metatrona.
- To znaczy, że wie o waszej mocy - zauważył Victor.
- O tym wie tylko nasza czwórka. Przynajmniej wiedziała do teraz. Metatron tak samo jak pozostałe anioły został pozbawiony większej mocy, więc nie mógł wiedzieć, że też ją straciliśmy. Musiał to jakiś czas temu odkryć i odblokować ją u siebie, ale gdyby podejrzewał, że nasza moc też jest ograniczona, zaatakowałby.
- To co robi teraz to tylko przygotowania - dodał Gabriel. - Tylko wciąż nie wiemy, po co infekuje te wszystkie anioły i po co je zabija, skoro bardziej mu się przydadzą żywe.
- Metatron i Asariel to aktualnie wasz priorytet - odezwał się znowu Michael. - Znajdźcie ich i schwytajcie, a jeśli trzeba, to zabijcie. Ja i moi bracia wrócimy do nieba i ostrzeżemy inne anioły, by nie schodziły na ziemię.
Archaniołowie odwrócili się, by wyjść, ale nim mogli to zrobić, Dean powiedział:
- Jak zwykle uciekacie.
Michael odwrócił się w jego stronę i spojrzał na niego przepraszająco.
- Wybaczcie, że nie możemy wam pomóc w takim stanie - przeprosił. - Możemy jednak coś zrobić.
Rafale wystąpił na przód i podszedł do Deana po czym dotknął go dwoma palcami w czoło. Jego energia była potężniejsza niż ta, którą leczył go czasem Castiel, dużo potężniejsza. Zadziałała też szybciej i gdy archanioł zabrał rękę, Dean czuł się jak nowo narodzony, nic go nie bolało, nawet nie był zmęczony.
- Rafael jest najlepszy w leczeniu - wyjaśnił Gabriel z uśmiechem, gdy jego brat stanął obok niego. - Imię zobowiązuje.
- Pójdziemy już - powiedział Lucyfer, odzywając się po raz pierwszy odkąd się tu całą czwórką pojawili. Widać było, że nie czuje się zbyt pewnie i nie chce zwracać na siebie uwagi.
Archaniołowie wyszli, ale cała reszta została. Dean nie miał pojęcia, co tu jeszcze robią, w ogóle nie rozumiał ich zamartwiania się, nie byli przecież blisko. Gartha i Gadreela jeszcze rozumiał, ale Bela i Victor oraz ich aniołowie? No może Victor jeszcze się zaliczał do dobrych znajomych, ale tak długo się nie widzieli, że więź na pewno już dawno zniknęła. Z Belą współpracował tylko raz i od samego początku skakali sobie do gardeł, to samo było z Balthazarem. A Rachel... Cóż, Rachel w ogóle go nie znała. Nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że czekała tutaj tylko ze względu na Victora. Wydawali się być ze sobą blisko. Może nie w sensie biblijnym, ale zdecydowanie byli przyjaciółmi.
- A co wy tu jeszcze robicie? - zapytał ich. Chociaż dzięki Rafaelowi czuł się już lepiej, to nie chciał nikogo widzieć. Poza Castielem. Chciał uściskać anioła i dzięki temu poprawić swój stan zdrowia psychicznego. To był długi dzień, podczas którego zmarł i zmartwychwstał w przeciągu kilku minut. Każdy by się po czymś takim załamał i potrzebował wsparcia.
- Chcieliśmy się upewnić, czy Bóg na pewno uratował ci tyłek - odpowiedziała Bela. - Powinieneś być nam wdzięczny.
- I tak tu nie siedzieliście - zauważył.
- Ale byliśmy tuż za drzwiami, ty niewdzięczniku.
- Jesteśmy zespołem, Winchester - wtrącił się Victor. - Czy tego chcesz czy nie, martwimy się o siebie nawzajem.
- Mów za siebie, ja tylko chciałam zobaczyć cud - stwierdziła Bela.
- Tak to sobie tłumacz - dokuczył jej Dean. - Niech wam będzie, dzięki. Ale teraz chciałbym zostać sam.
- Przecież nic ci już nie jest - zmartwił się Garth.
- Co nie znaczy, że mam ochotę na towarzystwo z tyloma osobami. Zresztą skoro jestem cały, to nie ma sensu dalej tu koczować, prawda? Mam nadzieję, że nie naświniliście.
- Będziesz musiał pójść na zakupy - zażartował Balthazar. - Powodzenia w opiece nad tym neandertalczykiem, Cassie. Przynajmniej wiadomo, że jest zdrowy.
- Wal się, Balthy! - zawołał za nim.
Nie trzeba było czekać długo, aż wszyscy wyjdą, w pokoju zostali już tylko Castiel i Sam. Dean kochał swojego brata najbardziej na świecie, ale jego też teraz chciał się pozbyć. Nie chciał za bardzo pokazywać przed bratem, jak to wszystko co się wydarzyło nim wstrząsnęło.
- Nie masz czasem narzeczonej w domu? - powiedział do niego i w końcu usiadł. tym razem nie został powstrzymany.
- Mam. Ale ty też jesteś moją rodziną.
- Nic mi nie jest - zapewnił, a by uwiarygodnić swoją wypowiedź, uśmiechnął się. - Poza tym Cas się mną zajmie.
- Skoro tak uważasz. - Sam jednak nie wyszedł od razu tylko nachylił się jeszcze w jego stronę i objął go mocno. - Cieszę się, że nic ci nie jest. Martwiłem się.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - zaśmiał się i poklepał brata po plecach. - No już, puszczaj.
Sam pożegnał się jeszcze z Castielem i w końcu on oraz Dean zostali sami.
- Czy ja też mam wyjść? - zapytał niepewny. Na pewno chciał zostać, ale nie zamierzał tego robić, jeśli był niechciany.
- Nie, masz dołączyć do mnie. - Dean przesunął się, by anioł mógł zająć swoją stronę łóżka, z czego natychmiast skorzystał. Obaj położyli się obok siebie i zwróceni w swoją stronę. Ich ciała dzieliło kilka cali, ale złapali się za ręce, by był jakiś kontakt. W zupełności im on wystarczył.
- Przepraszam, że nie mogłem cię uratować - powiedział cicho Castiel.
Dean wcześniej nie myślał o tym, jak anioł musiał się czuć. Nie tylko stracił łaskę, którą dobrowolnie oddał wierząc, że to pomoże zatrzymać śmierć. Stracił też najważniejszą osobę w swoim życiu. W porównaniu z tym, szybka acz bolesna śmierć nie była wcale najgorsza.
- Nie masz za co - zapewnił go Dean. - Dlaczego oddałeś temu draniowi łaskę? Mogło się skończyć o wiele gorzej.
- Wiem, że to było naiwne z mojej strony, ale... Umierałeś, czułem to. Musiałem coś zrobić. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym chociaż nie spróbował.
To miało sens, ale Dean i tak był wściekły, że Castiel mógł stać się człowiekiem przez niego. Już i tak wystarczająco mocno go skorumpował, nie musiał mu też niszczyć życia przez własną nieuwagę.
- Myślisz, że łaska naprawdę by pomogła?
- Nie wiem. Oby tak, bo jeśli dojdzie do podobnej sytuacji raz jeszcze, to tym razem sam wytnę swoją łaskę i ci ją zaaplikuję.
- Cas, nie warto.
- Dla ciebie, Deanie Winchester, warto. W każdej chwili.
Dean nie przejął się, że po policzku spłynęło mu kilka łez. Gdy słyszało się taki wyznanie, prawie niemożliwym było nie rozkleić się, a on przecież nie był bez uczuć.
- Dziękuję.
Castiel uśmiechnął się do niego i przysunął bliżej, by go objąć. Dean nie pozostał mu dłużny i po dłuższej chwili układania się w wygodnej pozycji znaleźli tą idealną i teraz mogli po prostu odpocząć w swojej obecności, trzymając się mocno i wyglądając przy tym jak dwa szczepione ze sobą leniwce. Żaden z nich nie wiedział, jak długo tak leżeli w swoich objęciach, dopóki nie usłyszeli odchrząknięcia.
Castiel odwrócił się pierwszy, bo i dużo szybciej, by w razie czego ochronić Deana przed atakiem. Wyciągnął nawet przed siebie rękę, by potraktować intruza swoim promieniem śmierci, ale okazało się, że to tylko Crowley.
- Czego chcesz? - zapytał Dean i usiadł, opierając się o wezgłowie. Jeśli nie chciał teraz widzieć nawet swojego brata, to tym bardziej nie chciał widzieć demona. Miał dość demonów na jeden dzień.
- Jak zwykle przyjacielskie powitanie - powiedział sarkastycznie i rozejrzał się po pokoju. Nie było tu najlepszego porządku, ale Dean nie zamierzał się tym przejmować. To była jego sypialnia, a to był tylko Crowley.
- Mów o co chodzi, nie jesteśmy w nastroju - popędził demona Castiel.
- Przyniosłem to. - Crowley uniósł rękę, w której trzymał jakąś butelkę. - W podzięce za pozbycie się Abaddon. Pozbyliście się moich największych kłopotów.
- Co to jest u licha? - Wyglądało jak alkohol, ale jaki?
- Dziesięcioletnia Edradour - odpowiedział Crowley i postawił butelkę whisky na biurku. - Nie przyzwyczajajcie się tylko, to ostatni raz.
Dean zaśmiał się. Nie lubił Crowleya, ale musiał przyznać, że to był z jego strony miły gest, zwłaszcza że wcale nie musiał im dawać żadnego prezentu. Pamiętał, jak przy pierwszym spotkaniu obiecał im nagrodę za pozbycie się jednego demona, ale na pewno wtedy tylko żartował.
- Dzięki Crowley. Mam nadzieję, że nie jest zatruta albo nie ma w niej siarki.
- Siarka ciągnie się za mną wszędzie, więc nie liczyłbym na to.
- Skoro już tu jesteś, chcielibyśmy cię znowu wykorzystać.
Po co komu pies tropiący, gdy miało się Crowleya?
- Możesz mnie wykorzystywać kiedy i jak tylko chcesz, ale może nie przy aniołku.
- Nawet kijem bym cię nie tknął. A teraz zamknij się i słuchaj.
- Nie to nie. Nie wiesz co tracisz.
- Powiedziałem zamknij się - powtórzył, ale nie był zły czy zirytowany jak zazwyczaj, gdy trzeba było z Crowleyem rozmawiać. - Musisz nam znaleźć Asariela albo Metatrona. A najlepiej obu na raz.
- Wiedziałem, że o to poprosisz. - Crowley westchnął głośno i przez chwilę wyglądał, jakby miał odmówić. - Dobra, ale drugiej szkockiej i tak nie dostaniecie.
- Następnym razem sprezentuj nam jakieś wino.
- Chciałbyś.
Crowley rozpłynął się w powietrzu, a Castiel i Dean znów zostali sami, tym razem na dobre.
Dean dostał dzień wolny w pracy, tak na wszelki wypadek, choć jeśli sam miałby coś do powiedzenia w tej sprawie, poszedłby do biura. Miał dość siedzenia na tyłku, zwłaszcza że wszystko przecież było w porządku. Bóg i Rafael zdziałali cuda i nic go nie bolało, mógł więc pracować. Ale nie, Castiel uparł się, żeby został jeszcze ten jeden dzień w domu. Więc został. Nie dlatego, że anioł miał takie dobre argumenty, ale dlatego, bo widział w jego oczach przerażenie. Bał się, że coś jednak się stanie.
Oboje spędzili więc dzień w domu, choć nie do końca sami. Trochę się zdziwili, gdy około południa zadzwonił dzwonek do drzwi. Podczas gdy Dean kontynuował oglądanie telewizji siedząc na kanapie i z kocem na kolanach, Castiel poszedł otworzyć i wrócił do salonu z Sarą. Dean zobaczył ją dopiero, gdy objęła go od tyłu i pocałowała na powitanie w policzek.
- Hej - powiedziała i zmierzwiła mu włosy.
- Sara, co tu robisz? - zdziwił się. - Sam wie, że tu jesteś?
- Nie - odparła po prostu i dosiadła się do niego na kanapie. - Ale powiedział mi, że jesteś trochę chory, więc wpadłam z wizytą. Co ci właściwie jest?
- Źle się czułem - skłamał. - Kłopoty żołądkowe, wiesz.
- Czyli nie masz ochoty na ciasto? Sama piekłam.
- Żartujesz? Jasne, że mam. - To był lepszy prezent niż szkocka Crowleya. Co prawda jeszcze jej nie próbował, ale nic nie mogło przebić ciasta.
- Cas poszedł je pokroić.
- Pospiesz się tam, dobra?! - zawołał do anioła. Dawno już nie jadł domowego ciasta, tylko to ze sklepu.
Castiel będący w kuchni spojrzał na niego zirytowany i pokazał mu środkowy palec nim wrócił do pracy. Dean i Sara roześmiali się.
- Nigdy nie widziałam, żeby Cas coś takiego robił - powiedziała.
- Ja też nie.
Nie miał pojęcia, gdzie Castiel się tego wszystkiego uczy, ale miał nadzieję, że nie przestanie, bo to było zabawne.
Anioł wreszcie wrócił do salonu i postawił przed Deanem talerzyk z ciastem, drugi dał Sarze, a po swój oraz resztę wrócił do kuchni.
- Pyszne - pochwalił Dean z ustami pełnymi ciasta.
- Cieszę się. - Sara zgarnęła mu z brody odrobinę kruszonki i wróciła do swojego kawałka.
- Co u ciebie? - zapytał ją Castiel.
- W porządku. Dzwoniłam do Johna, jadę do niego jutro.
- Po co? - zmartwił się Dean.
- Nic mu nie jest, bez obaw - uspokoiła go szybko. Gdyby tego nie zrobiła, pewnie wsiadłby teraz w Impalę i pognał do Madison. - Upiekłam ciasto też jemu, muszę je zawieść. Poza tym dostaję już szału w domu, potrzebuję towarzystwa.
- Masz trzy koty i psa, to mało?
- Powodzenia w gadaniu z psem.
- Cas codziennie gada z Jimmym - zauważył i wskazał na klatkę ze świnką morską, która eksplorowała swój mały domek, w którym spała.
- Bo potrzebuje towarzystwa - wytłumaczył anioł. - Musimy mu kupić kolegę, teraz jest samotny.
- Nie zmieszczą się w tej klatce.
- Kupimy większą.
- Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia, prawda?
- Nie.
- Nie przejmuj się, Dean - pocieszyła go Sara. - Sam też zgadza się na wszystko, czego sobie zażyczę. W granicach rozsądku oczywiście. Chyba macie to w genach.
- Chyba tak - westchnął i uśmiechnął się do anioła. Druga świnka morska to w sumie nie tak wiele, a i problemów dużych nie będzie sprawiać. I tak to nie on się nią zajmował.
Sara wyszła po godzinie, życząc Deanowi powrotu do zdrowia. Uściskali się jeszcze w progu, ale kilka minut po jej wyjściu i zamknięciu drzwi znów zadzwonił dzwonek. Tym razem Castiel został na kanapie, a on poszedł otworzyć. Na korytarzu zobaczył ostatnia osobę, której by się tutaj spodziewał.
- Lisa?
Nie przypuszczał, jeszcze ją kiedyś zobaczy jeśli specjalnie nie pojedzie w okolice jej domu. Celowo nawet unikał sklepu, w którym ostatni raz się spotkali.
- Cześć - przywitała się niepewnie. - Mogę wejść?
Teraz to on był niepewny, w mieszkaniu był przecież Castiel, a Lisa była przekonana, że ma dziewczynę. Jak zareaguje na obecność anioła i wieść, że przegrała z facetem? Powinien się nie zgodzić, ale nie chciał być niemiły. Zresztą najwyższy czas przestać się bać i ukrywać po kątach.
- Jasne - powiedział i odsunął się, by mogła wejść. - Skąd w ogóle wiedziałaś, gdzie mieszkam?
- Wpadłam na Sama. Chciałam się z tobą spotkać, ale wykasowałam już twój numer, więc gdy zobaczyłam jego, poprosiłam o adres. Ostrzegł mnie jednak, że jesteś chory. Wszystko dobrze?
- Tak, to nic poważnego - zapewnił. Nie przeszli do salonu, ale widać go było z miejsca, w którym stali. Pomimo tego, że zasłaniał jej część widoku swoim ciałem, Lisa i tak zauważyła czuprynę Castiela. - Chciałam też poznać twoją dziewczynę.
- Skoro o tym mowa...
Dean nie zdążył się wytłumaczyć. Usłyszał jak Castiel wstaje i po chwili anioł znalazł się obok nich, z Jimmym na ramieniu.
- Witam - przywitał się.
- Lisa, to jest mój chłopak, Castiel - przedstawił ich sobie Dean. - Cas, to moja znajoma Lisa.
Nie chciał mówić, że to była dziewczyna, to w złym guście.
Lisa była początkowo w takim szoku, że w ogóle nie zauważyła wyciągniętej ręki Castiela. Anioł aż zaczął się martwić, że zrobił coś złego, ale w końcu Lisa uścisnęła jego dłoń.
- Miło cię poznać - powiedziała szybko. Nie wyglądała na złą czy zawiedzioną, była tylko trochę zaskoczona, co nie było dla Deana ani trochę dziwne. Gdy z nią chodził, bardzo rzadko oglądał się za facetami. Tak rzadko i w takim strachu, że trudno to było uznać za zainteresowanie, więc dla całego świata i samego siebie był całkowicie hetero.
- Nawzajem - powiedział Castiel. - Chcesz do nas dołączyć? Oglądamy telewizję.
- Nie chciałabym przeszkadzać.
- To żaden kłopot - zapewnił ją i pogłaskał Jimmy'ego. Był cholernie dumny z tego szczura.
- Dziękuję za zaproszenie, ale muszę odmówić. Wpadłam tylko na chwilę, by zobaczyć, co z Deanem. - Lisa uśmiechnęła się niezręcznie i cofnęła nieco do drzwi. - Cieszę się, że nic ci nie jest, Dean. Wpadnę innego dnia to pogadamy.
- Jasne, zapraszam.
Wyglądało na to, że nie musiał wyrzucać Lisy ze swojego życia. Ona i Castiel się poznali, a to już coś. Może nawet się dogadają i zostaną znajomymi. Anioł zdecydowanie potrzebował ich więcej.
- Miłego dnia wam życzę.
- My tobie też.
Dean zamknął za nią drzwi i z ulgą odwrócił się do Castiela.
- Twoja eks jest bardzo miła - powiedział anioł jak gdyby nigdy nic.
Te słowa wystarczyły, by Dean zamarł.
- Skąd wiesz, że to moja eks?
- Nie trudno się domyślić.
- Nie jesteś zły?
- Za co?
Dokładnie, za co? Może myślał o wróceniu do niej i rzuceniu Castiela, miał też na koncie pocałunek z nią, ale nie chciał go wtedy, a swoich myśli do teraz się wstydził. Anioł jednak o tym nie wiedział, prawda?
- Niektórzy dziwnie na coś takiego reagują - wyjaśnił w końcu.
- Nie boję się, że mnie zdradzisz albo że do niej wrócisz. A nawet jeśli to zrobisz, to będzie twoja decyzja i mi nic do tego. Jesteś moim partnerem, nie więźniem.
- Jesteś wspaniały, wiesz? - Castiel potrafił przymykać oko na wiele rzeczy, ale zawsze go to zaskakiwało.
- Wiem o tym, że Lisa cię pocałowała.
Okej, po tych słowach, Dean omal nie stracił gruntu pod nogami, ale krew z twarzy zdecydowanie mu odpłynęła, a serce jakby na moment się zatrzymało.
- Skąd? - wydukał przerażony.
- Poczułem to, gdy uścisnęła mi dłoń. Nie chciała być w moim towarzystwie, bo się wstydziła. Zastanawiałem się, co mogło ją tak zawstydzić, wygląda na osobę raczej pewną siebie. A mimo to chciała czym prędzej stąd uciec. Doszedłem więc do wniosku, że skoro jest twoją eks, to może chciała do ciebie wrócić i źle odczytała sygnały od ciebie po czym cię pocałowała. To nie było trudne do wywnioskowania.
- Brawo, Sherlocku - zażartował, chcąc jakoś załagodzić całą sytuację, chociaż anioł nie wyglądał na złego. - Naprawdę ci to nie przeszkadza?
Castiel przekręcił głowę w bok i przyjrzał mu się.
- Pocałowała cię, nie ty ją.
- Skąd wiesz, że nie?
- Bo ci ufam.
- Zaufanie nie jest twoją mocną stroną - zauważył przypominając mu o Asarielu.
- Nie jest, ale tobie ufam bezgranicznie. - Castiel odłożył Jimmy'ego na szafkę i podszedł do Deana, całując go długo i namiętnie. - Naprawdę się nie gniewam. Rozumiem też wszystko.
- Serio?
- Tak. - Znów się pocałowali, a Dean włożył w ten pocałunek jak najwięcej emocji, by dodatkowo zapewnić anioła, że między nim a Lisą nic nie ma. - Czy całowała cię w taki sam sposób?
- Dlaczego pytasz? Zazdrosny?
Castiel uśmiechnął się zawadiacko.
- Jestem wyrozumiały, ale to nie znaczy, że nie czuję odrobiny zazdrości.
Dean oblizał usta i zjechał dłońmi do pośladków anioła. Ścisnął je i przycisnął go bliżej siebie, otrzymując w nagrodę miły dla ucha jęk.
- Nie martw się, skarbie. Tak jak ty nie całuje nikt. A tak w ogóle, to rzeczywiście nie odpowiedziałem na jej pocałunek.
- Robię też wiele innych rzeczy lepiej niż inni - zapewnił i zaciągnął Deana do sypialni, gdzie spędzili resztę dnia.
Obaj mieli później problem ze znalezieniem Jimmy'ego, który jakimś cudem zszedł z szafki i przepadł w mieszkaniu, ale to był jedyny minus tego wszystkiego.
