AN: Dziś jest chyba właściwy moment na nowy rozdział.
A tak przy okazji pozdrawiam dobrą duszę z Open'era, dzięki której odzyskałam komórkę. To prawda, że 99,99% ludzkości nie życzy nam źle.
Real Madryt – 2 : 0 – Atletico Madryt
W połowie minionego tygodnia przestali chodzić na spacery do Parque del Retiro. Od rana na ławkach niedaleko wejścia przy Plaza Independencía przesiadywali młodzieńcy o ciemnej karnacji puszący się i pokrzykujący na przechodniów:
- Atleti! Atleti!
Zupełnie jakby nie mogli przesiadywać kilkadziesiąt metrów dalej pod swoją Fontanną Neptuna.
Sytuacja taka zdarzała się przynajmniej dwa razy do roku.
Ciemnoskórzy młodzieńcy przesiadywali co prawda w parku częściej, ale nie deklarowali otwarcie przynależności klubowej. Theodore Nottowi żal jedynie było syna. Popołudniowe spacery były już w ich domu częścią ustalonego porządku, czasem przeznaczonym wyłącznie na Jonathana. Bycie ojcem wydobyło w Theo nowe pokłady kreatywności i wiedział, że wkrótce wymyśli coś, by skutecznie rozchmurzyć siedmioletniego potomka.
W szatni Finnigan zjawił się odpowiednio wcześnie podekscytowany jak dziecko, które przedawkowało coca-colę.
- Uwaga, wszyscy! – wskoczył na ławkę pomiędzy umęczonym życiem Weasleyem i chłodno obserwującym świat Milesem Bletchleyem.
- Cesarz mówi! – zawtórował mu Dean Thomas również wstając z miejsca z jednym butem na nodze a drugim w ręku.
- Wiecie, że pisałem książkę… - zaczął uroczyście drugi kapitan.
- Ty? – zawołał rozbawiony Michael – Ty umiesz pisać?
Finnigan pokazał mu środkowy palec, na co wszyscy, łącznie z samym prawym obrońcą wybuchli śmiechem.
- A myślisz, że kto przez te osiem lat wysyłał esemesy do jego dziewczyn? – zapytał spod swojej szafki Charlie – przecież nie ja.
- Kurczę!... – pokręcił głową Michael.
- Stawiałem na twojego brata – powiedział Justin Finch-Fletchley
- A ja na Hagrida – wyznał Dean Thomas.
Seamus rozdziawił się.
Ty… Ty… - wziął dwa hausty powietrza i skoczył drugiemu stoperowi na plecy – Hagrid woził moje dziewczyny…
Wywiązała się między nimi przyjacielska przepychanka. Ponieważ Finnigan nie mógł pociągnąć Thomasa na włosy, postanowił poznęcać się nad jego koszulką treningową.
- Ale nigdy… nigdy nie namawiałem go do odpisywania na ich wiadomości!...
- Za to wciąż pamiętam, jak trzy lata temu otrzymałem od ciebie w środku nocy tekst o pięknych oczach i nogach do nieba – Charlie dalej gnębił przyjaciela.
Seamus zeskoczył z Deana i stanął przed kapitanem.
- Jeśli zaproszę cię na wyżerkę po prezentacji mojej biografii, to przestaniesz mnie kompromitować w oczach młodzieży? – wskazał na krztuszących się ze śmiechu Rogera, Neville'a i Erniego.
Harry Potter śmiał się już otwarcie, aż łza potoczyła mu się po policzku. Theo jeszcze nie widział młodego pomocnika równie radosnego.
- No nie wiem… - Charlie udawał, że się zastanawia – Znając twój gust…
Finnigan wydał z siebie gardłowy jęk.
- Przecież nie zaproszę szanownych kolegów do klubu ze striptizem!
- Striptiz? Ja się piszę! – zawołał z tyłu Terence Higgs.
Michael Corner podszedł do drugiego kapitana i położył mu ciężko rękę na ramieniu.
- Szanowni koledzy czują się zaproszeni – powiedział wesoło – Możesz być pewien, że nawet jeśli ktoś nie zdąży na część oficjalną, bo w końcu twoje życie aż tak ciekawe nie było, to nie zapomnimy o imprezie.
Finnigan popatrzył na niego z wdzięcznością, objął w pasie ramieniem i przyciągnął do siebie.
- A wiesz, że będziemy prawie sąsiadami? Przeprowadzam się do twojej części Pozuelo.
Michael uniósł w górę brwi w wyrazie grzecznego zaskoczenia. Drugi kapitan pobiegł dalej indywidualnie zapraszać młodszych kolegów.
Theo uchwycił pełne satysfakcji spojrzenie, jakie jego przyjaciel posłał Charliemu.
Gdy żyjąca legenda klubu opuściła pomieszczenie udając się na trening bramkarzy, Theo zaryzykował ciche upomnienie.
- Może już najwyższa pora, by skończyć tę wojnę między wami.
- Teraz to się dopiero ta wojna zaczyna – odparł zdecydowanym tonem Michael – Ligę mamy w plecy, to rozpocznie się wywlekanie brudów. Byłoby lepiej, gdyby to Seamus został naszym kapitanem.
Tradycja klubowa nakazywała, by zawodnik z największą ilością występów nosił opaskę kapitańską. W ten sposób Charlie odziedziczył ją po Raulu. Finnigan był następny w kolejce, ale patrząc na jego wyczyny boiskowe i pozaboiskowe Theo miał wątpliwości, czy stanowił dobry materiał na oficjalnego reprezentanta szatni.
- Nie chcę Charliego usuwać z Realu. Ktoś taki jest tu potrzebny.
- Ja też nie chcę go wywalać. Ale musi ponieść karę, bo skubaniec ma za długi język.
- Albo jego dziewczyna – zauważył Theo.
- Na jedno wychodzi. Trener Katalończyków znał nasze ustawienie w pierwszym meczu Superpucharu. Myślisz, że do wróżki poszedł i zapytał? – Michael zirytowany przeczesał ręką włosy i przygładził zaczątki hiszpańskiej bródki na twarzy – A teraz gramy z „Materacami", których panna Davies jest fanką od dzieciństwa.
- To byłoby zbyt oczywiste.
Theo wiedział, że różne świństwa zdarzają się w klubach. Starał się zachowywać neutralność, ale tym razem podział mógł być zbyt jednoznaczny: za trenerem lub przeciwko niemu. W pierwszej grupie miałby dwóch najlepszych przyjaciół oraz piłkarzy zakupionych po zatrudnieniu Snape'a w Madrycie, w drugiej – zawodników z najdłuższym stażem mających największy posłuch w szatni.
Istniała jeszcze jedna opcja, której jeszcze pół roku temu nie brał pod uwagę. Mógł sprzedać swoje usługi i doświadczenie któremuś z angielskich klubów. Obecnie nie obejrzałby się na to, co prywatny inwestor zrobił z jego Tottenhamem, ale zawsze podobały mu się niebieskie koszulki Chelsea.
X X X
- Ulubiony kolor?
- Czerwony…
- Żółty. Kiedy masz urodziny?
- 31 lipca.
- 4 maja. Zapisz sobie w kalendarzu.
- Zapamiętam – obiecał Harry.
W jego życiu było tak niewiele kobiet, że bez problemu zapamiętywał takie drobiazgi jak urodziny Grety czy rocznicę ślubu rodziców.
Kolejna sesja z Luną odbywała się w pokoju dziennym. To ona wyszła z inicjatywą. Musieli wypadać przekonująco jako para, a na razie byli tylko dwojgiem obcych sobie ludzi.
Każde takie spotkanie zaczynało się od kilku prostych pytań by potem zejść na poważniejsze tematy.
- Ulubiony rodzaj ciasta lub słodyczy?
- Bienenstich.
Luna do tej pory leżała wygodnie na puchatym dywanie przed zimnym kominkiem, ze szkicownikiem rozłożonym na piersiach. W chłodnym świetle dnia wyglądała jak uosobienie spokoju i harmonii. Nawet kolczyki w kształcie pacyfek nie burzyły tego obrazu. Słysząc obce słowo usiadła powoli i wlepiła w Harry'ego parę szaroniebieskich oczu.
- Ymm… Ciasto drożdżowe. Z polewą z miodu i prażonych migdałów – wyjaśnił – Mama po osiedleniu się w Bremie nigdy nie nauczyła się gotować niemieckich potraw. Tylko to ciasto jej się zawsze udaje.
Pochylił głowę i podciągnął kolana do siebie. Wspomnienia o rodzicach zawsze nastawiały go defensywnie.
- Pajaritas – wypaliła Luna.
Teraz to on poszukał w myślach lekcji z seniorą Minerwą o częściach garderoby okraszonej prezentacją gołego manekina, którego ubierali z Neville'm od calzoncillos i calcetines finos na gafas del sol skończywszy.
- Mucha? Taka do smokingu?
Luna roześmiała się. Usiadła obok niego i przeczesała Harry'emu włosy.
- Czekoladki z jednej z tutejszych cukierni. Niektóre aż żal jeść. Różyczki albo zwierzątka. Ptaszki, misie, żaby z czekolady. Musisz kiedyś spróbować.
- No nie wiem…
Wyobrażał sobie, że następny program Sybilla Trelawney poświęca złemu przygotowaniu fizycznemu piłkarzy Realu Madryt i upatruje ich słabych wyników w wątpliwym autorytecie trenera, który nawet nie umie dopilnować diety podopiecznych. Wciąż też pamiętał, że Roger otrzymał karę dyscyplinarną także za zjedzenie steku z wołowiny.
- Zabiorę cię tam.
Z drugiej strony kupowanie pralinek dziewczynie może być odebrane pozytywnie. Mieli się integrować z miejscowymi. Skeeter powinna być w siódmym niebie oglądając zdjęcia hiszpańskich paparazzich.
- Ale przynajmniej za dwa tygodnie – postawił jeden warunek.
Wolał nie pokazywać się za często na ulicach tuż przed i tuż po meczu z największym lokalnym rywalem. Generalnie czuł się w Madrycie bezpiecznie. Nie chodziły za nim tłumy wielbicieli, ani niezadowolonych fanów. Często ktoś go zatrzymał, poprosił o autograf lub wspólne zdjęcie, ucieszył się, że spotkał gwiazdę ulubionego klubu. Charlie jednak ostrzegł ich, by przed zbliżającym się El Derbi Madrileño nie rzucali się zbytnio w oczy.
Z rozmyślań wyrwała go melodia wydobywająca się z pozostawionego na stoliku telefonu. Luna odsunęła się na drugi koniec kanapy dając mu odrobinę prywatności, gdy odbierał rozmowę.
- Halo?
- Jak się masz, Harry?
Natychmiast zrobiło mu się ciepło koło serca.
- Firenze!
- Też się cieszę słysząc twój głos. Mam nadzieję, że pogoda u was dopisuje – powiedział rozbawiony selekcjoner.
- A dlaczego pytasz?
- Chcę odwiedzić moich dwóch ulubionych emigrantów.
Harry zerwał się na nogi. Mocniej ścisnął komórkę.
- Przylatujesz do Madrytu? Kiedy? Przyjechać po ciebie na lotnisko? Chcesz obejrzeć, jak trenujemy? Valdebebas jest jeszcze w budowie, ale centrum treningowe i boiska są już gotowe. Spodobałoby ci się.
Napotkawszy wnikliwe spojrzenie młodej artystki na moment odsunął telefon od ust.
- Mój selekcjoner.
Luna uśmiechnęła się lekko, ale nie odzywała się.
- Chcę obejrzeć wasz mecz z Atletico. Jeśli oczywiście wasz trener nie będzie miał nic przeciwko temu.
- A dlaczego miałby mieć?
Firenze było bliżej z metodami szkoleniowymi do Hermiony Granger, ale przygotowania do spotkań traktował równie poważnie, co Snape.
- Podobno czyham na jego posadę.
- Podobno przedłużyłeś kontrakt z DFB o cztery lata – odparł entuzjastycznie Harry.
Uwielbiał grać pod okiem Firenze. Przyjaźnił się z większością kolegów z reprezentacji, ale najczęściej kontaktował się z kapitanem i dwoma rodzynkami z Londynu. Wśród nich czuł się najlepiej. Z nimi ćwiczyło się i grało najłatwiej.
- Hansi też będzie?
- Miał rozpracowywać naszych kolejnych rywali w eliminacjach, ale jeśli uważasz, że nie dam rady obronić się przed mrocznym lordem i jego kohortami, to zabiorę i jego.
Harry roześmiał się.
- Nie… Kiedy chcesz, wyglądasz równie groźnie. Stawiamy ci z Neville'm kolację.
- Zaraz do niego zadzwonię by potwierdzić.
- Poszukam jakiegoś klubu flamenco. Popytam kolegów.
- Do zobaczenia, Harry.
- Do zobaczenia, Firenze…
Zakończył połączenie z błogim uśmiechem na ustach. Dopiero pełna skupienia mina młodej blondynki ostudziła jego radość.
- Dlaczego nigdy nikt do ciebie nie dzwoni z domu?
Bo przestał rozmawiać z ojcem sześć lat temu. Bo miał dosyć wysłuchiwania szlochów matki i w końcu poprosił ją, by nie dzwoniła do niego w trakcie sezonu. Bo Greta bardziej chciała zwrócić na sobie uwagę rodziców niż pamiętać o starszym bracie, a Daniel prawdopodobnie dostał zakaz kontaktowania się z Harry'm. W przeciwieństwie do niego był tym dobrym synem. Harry nie życzył mu takiego rozłamu z rodziną i nigdy nie oczekiwał, by Daniel stanął po jego stronie.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Wiesz, do mnie już nie ma kto dzwonić…
- Gdybym był okrutny, zapytałbym cię, czy się nie zamienimy – odpowiedział ostro.
Luna podeszła do okna. Wsadziła ręce w kieszenie luźnych, dresowych spodni i popatrzyła w dół.
- Pewnie masz rację – wzruszyła ramionami – Wiesz, zawsze byłam trochę dziwna. Dzieciaki przezywały się na mnie w szkole, ale tata akceptował wszystkie moje dziwactwa. Kochał mnie taką, jaka jestem. Nie musiałam go okłamywać.
Harry westchnął ciężko.
- Też tak myślałem o moich starych. Zaryzykowałem i powiedziałem im prawdę. Od razu.
Dziewczyna obejrzała się na niego. W padającym z tyłu świetle wyglądała jak anioł.
- I jak się z tym czujesz?
Zastanowił się chwilę.
- Rozczarowany.
- Zaryzykowałbyś kiedyś jeszcze raz?
- Tylko z właściwą osobą.
Podeszła do niego ostrożnie i powoli wyciągnęła ramiona w zapraszającym geście. Harry popatrzył na nią nie rozumiejąc.
- Och, przytul się wreszcie – wymamrotała przyciągając go do siebie – Przecież tego potrzebujesz.
Chciał zaprotestować. Musiał być twardy. Był facetem. Miliony zazdrościły mu kariery i pieniędzy. Nie mógł się rozklejać, odsłaniać słabości.
Głos jednak uwiązł mu w gardle. Gdyby miał wybór, poszukałby ciepła innych dłoni, spoconych od wysiłku i nie pachnących farbą olejną. W obecnych okolicznościach wolał jednak towarzystwo ekscentrycznej blondynki niż pustkę.
X X X
Harry i Neville wyglądali jak dwa psiaki oszalałe ze szczęścia na widok znajomej twarzy. Firenze ze spokojem przyjmował ich entuzjazm. Neville żywo opowiadał o mieście i klubie, a Harry z dumą przedstawiał swojego selekcjonera każdemu napotkanemu w Valdebebas pracownikowi. Prawie wszystkich znał z imienia i widać było, że zaaklimatyzował się tu natychmiast. Kilku piłkarzy, zapewne tych młodszych oraz sprowadzonych z zagranicy, przyglądało mu się ciekawie z daleka. Charlie Weasley przywitał go uprzejmie, zapewne kalkulując szanse niemieckiego selekcjonera na objęcie posady kolejnego trenera Realu. Legenda angielskich boisk, gładko ogolony, ciemnowłosy zawodnik, który nosił strój treningowy jakby to był trzyczęściowy garnitur, zagadnął Firenze o poziom Bundesligi i czy przypadkiem nie szkodzi jej dominacja jednego klubu.
- Ha! Przyjechał pan popatrzeć, jak pracują mistrzowie – atletycznie zbudowany dwudziestoparolatek klepnął go ciężko po plecach.
Firenze zmarszczył brwi przywołując w pamięci nazwisko piłkarza. Ach, to ten farbowany lis, Irlandczyk z hiszpańskim obywatelstwem, rekordzista w łapaniu czerwonych kartek, uważający się za następcę Hierro.
Ugryzł się w język, by nie wypomnieć mu, że jego drużyna znalazła się w tabeli daleko za liderem i tylko kompletna katastrofa w Barcelonie dałaby im szansę na ligowe zwycięstwo.
- Może pan patrzeć do woli – powiedział wesoło piłkarz – I tak znowu was skopiemy za dwa lata, jak na mundialu w 2010.
- Najpierw musicie się zakwalifikować, potem wyjść z grupy, a później zobaczymy – odparł z wyższością Firenze.
- Seamus!
Harry szturchnął starszego kolegę i popatrzył na swojego mentora przepraszająco.
- Ale to prawda!... – Finnigan raptownie spoważniał – Chciałem zagrać przeciwko waszym na Euro.
W jego głosie dało się wyczuć żal.
- Dalej, chłopcy! Dalej! – asystent trenera ponaglił piłkarzy – Piłka sama się turlać nie będzie! Truchtamy!
Klepnął mijających go młodzieńców – jednego po tyłku, drugiego po głowie.
- A ty co? – zapytał z ciężkim wschodnim akcentem opatulonego w szalik, czapkę i cienkie rękawiczki ciemnoskórego Włocha – Blaise, chyba nie jesteś chory.
Snape na moment podniósł wzrok znad notesu, z którego zapiski komentował wraz z drugim asystentem.
- Nie… - Włoch machnął ręką – Po prostu zimno mi dzisiaj.
- To biegaj dopóki się nie rozgrzejesz.
Firenze pierwsze minuty przezornie spędził pod dachem. Nieprzyjemna pogoda nie odstraszyła hordy dziennikarzy czatujących na tarasie widokowym ponad boiskiem. Dopiero po kwadransie biegania i gry w „dziadka" służby porządkowe wyprosiły ich i rozpoczęła się zamknięta część treningu.
Nie liczył na to, że zobaczy jakieś nowinki taktyczne wbijane do młodych głów przez Severusa Snape'a, nie przed ważnym dla klubu meczem. Firenze miał za to dobrą okazję, by poobserwować interakcje zawodników. Harry'ego natychmiast wchłonęło wesołe towarzystwo klubowych żartownisiów. Szczególnie dwaj starsi stoperzy robili wszystko, by go rozśmieszyć. Neville trzymał się ze starymi wyjadaczami, którzy podchodzili poważnie do treningu. Ta grupa rozmawiała mniej w myśl zasady, że przede wszystkim są profesjonalnymi sportowcami, a dopiero potem kolegami.
- Zadowolony z inspekcji?
Snape wyrósł obok niego równie bezszelestnie jak długi cień przed zachodem słońca.
- Cieszę się, że Harry i Neville dobrze zaaklimatyzowali się w Madrycie – poinformował go Firenze neutralnym tonem.
- Miasto wchłonęło już tylu obcych, że dwóch więcej nie zrobi różnicy.
- Ale dla mnie ich samopoczucie ma znaczenie.
- Ach, Mister Wildenwald i jego empatyczne podejście do piłki nożnej – westchnął Snape – Jak to dobrze, że Francuzi i Belgowie wysyłają tu tylko swoich asystentów.
- Mister Snape i jego taktyka oblężonej twierdzy – odparował szybko Firenze.
- Chłopaki z Madrytu są tymi dobrymi. Jeśli będziemy to powtarzać wystarczająco długo i z właściwym uporem, ludzkość w końcu zacznie w to wierzyć.
- Za to pana postrzegają jako czarny charakter.
- Zamienimy się? – kąciki ust Snape'a drgnęły w zaczątkach uśmiechu lub wyrazu pogardy – Ja wygram z Niemcami najbliższe trzy wielkie imprezy, a pan spróbuje przeżyć rok w Madrycie na celowniku Slughorna i wybitnych hiszpańskich gazet sportowych.
- Ma pan bardzo duże… mniemanie o sobie.
Trener Los Blancos popatrzył na ćwiczących piłkarzy. Postawił kołnierz czarnej, pikowanej kurtki po kolejnym podmuchu zimnego wiatru.
- Sprowadził pan zimę. Jeszcze jakieś uwagi?
- Proszę nie lekceważyć Neville'a Longbottoma.
- Gra u mnie w podstawowym składzie.
Firenze też tyle wiedział. Chciał przekazać coś innego.
- Neville nie szuka pochwał i akceptacji. Nie będzie na siłę zabiegał o pańską uwagę, ale jeśli pan od czasu do czasu go doceni, ten chłopak da z siebie jeszcze więcej.
Snape skrzywił się.
- A Potter?
- Harry potrzebuje odrobiny zaufania i miłości.
Przynajmniej tyle mógł mu zaoferować Firenze. Trener Realu popatrzył na niego jak na przedstawiciela egzotycznego kultu.
- Nie będę go tulił do snu ani głaskał po głowie.
- Harry nie utrzymuje z rodzicami najlepszych stosunków, a ze swoją agentką prowadzi zimną wojnę.
- To nie mój problem.
- Jeśli okaże mu pan choć trochę ciepła, nie znajdzie pan nigdzie wierniejszego podwładnego. Proszę to przemyśleć.
Firenze wolał zniknąć, zanim zlokalizuje go prezes klubu. Wyciągnął rękę. Pożegnalny uścisk Snape'a był mocny i zimny.
X X X
Obejrzał się za siebie na przestępujących z nogi na nogę kolegów. Terry Boot miał usta w ciup, pionową zmarszczkę na czole i intensywnie wpatrywał się w wyimaginowany punkt oddalony pięć centymetrów od czubka nosa. Za napastnikiem Ernie MacMillan zamknął oczy i odchylił głowę; dalej skoncentrowany na sobie Harry Potter i przebywający we własnym świecie Draco Malfoy. Tuż przed wejściem na murawę zawodnicy nie potrzebowali zachęcających słów, pochwalnych pieśni i dopingu fanów. Szukali przede wszystkim spokoju, kilku sekund ciszy, aby wsłuchać się we własny organizm i uspokoić nerwy.
Michael złamał szyk i przysunął się do Theo.
- W chwilach takich jak ta, zastanawiam się, kogo nienawidzę bardziej, bordowo-granatowych symulantów czy tych buraków zza miedzy.
Theo rozumiał przyjaciela. Corner, będąc starym wychowankiem „Królewskich", miał jasno określone poglądy na temat największych rywali. Czasem jego słowa brzmiały bardziej radykalnie niż te przywódców Ultrasów.
- Jesteś sadystycznym człowiekiem – odpowiedział mu z uśmiechem Theo.
- Kiedy ostatni raz „Materace" wygrywali z nami, Dennis Creevey miał 12 lat i ze swoimi szurniętymi rodzicami odkrywał dżunglę amazońską, – stwierdził głośno prawy obrońca – a Hermiona Granger z rozwianym włosem przemierzała boiska dla hiszpańskich laluń…
- To już jest okrutne.
Od rywali oddzielała ich tylko cienka ścianka z plastiku i szklanych kafelków. Ryzyko, że ktoś po drugiej stronie ich usłyszy, było ogromne, nawet pomimo dopingu z trybun. Michael zapewne na to liczył. Graczy Atleti i ich trenera cechowała gorąca krew i wyrachowani przeciwnicy często nastawiali się na to, że któremuś puszczą nerwy.
Dean Thomas otoczył Michaela ramieniem i popatrzył na niego czule.
- Czyż on nie jest kochanym sukinsynem?
Theo wyszczerzył zęby.
- Takim samym, jak ty.
Z przodu Seamus jeszcze miętosił Charliego, strzępił kawałek jego czarnej, obciętej koszulki. Weasley pochodził z bardzo zabobonnej rodziny i każdy mecz zaczynał od specyficznego rytuału. Obcinał brzeg trykotu, zakładał getry na lewą stronę, miał ulubione ochraniacze. Gdy koledzy z przodu strzelali gola, dotykał poprzeczki swojej bramki, a po bardzo ważnym wygranym meczu zabierał do domu kawałek siatki.
Finnigan skończył kleić się do kapitana i poleciał klepać po tyłkach wychodzących na ławkę rezerwowych. Theo popatrzył na spiętą sylwetkę stojącego tuż przed nim Neville'a i położył mu obie dłonie na ramionach. Młody piłkarz drgnął i odwrócił się.
- Spokojnie – powiedział miękko Theo – Poradziłeś sobie z Barçą to i z nimi dasz radę.
Longbottom wziął głęboki oddech, ale z jego postawy wciąż emanował niepokój.
- Mój selekcjoner ogląda nas na trybunach.
Kilka krótkich słów zawierało wystarczający ładunek emocjonalny, by Theo dopowiedział sobie resztę.
Oczywiście, że Neville ma prawo czuć się zestresowany. Grali dziś mecz o honor z rywalem, który wyprzedzał ich w tabeli. Na dodatek, oprócz prezesów obu klubów, hordy dziennikarzy z połowy Europy, skautów z największych piłkarskich firm i kilku światowych celebrytów, do Madrytu zawitał selekcjoner niemieckiej reprezentacji. Neville lubił Firenze i żywił do niego ogromny szacunek, jednak zachowywał wobec niego rezerwę, której brakowało Potterowi. Na miejsce Neville'a selekcjoner mógł wystawić dwóch lub trzech innych piłkarzy grających na podobnym poziomie, ale o bardziej niemiecko brzmiących nazwiskach.
- Jesteś bardzo dobry. Wniosłeś dużo dobrego do naszej drużyny i cieszę się, że mogę razem z tobą grać.
Longbottom spuścił wzrok i zarumienił się po czubki uszu. Czy naprawdę tego chłopaka chwalono tak rzadko?
Theo z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i prywatnymi obawami przygotował się do wyjścia na murawę.
- Niech wiedzą Indianie, kto rządzi w Madrycie! – zawołał Finnigan.
- ¡Vamos, Real! – zawtórował mu Weasley.
- I jak najmniej kartek – wymruczał pod nosem własne życzenie Theo.
Przywitali wieczór minutą ciszy w ramach poparcia dla znajdującego się w szpitalu trenera Barcelony. Yaxley podobno pilnie potrzebował nowej nerki, bo jego organizm przestał akceptować poprzedni przeszczep. Theo rozumiał osobisty dramat człowieka, jednak publiczne wspieranie go uważał za zbyteczne. Gdyby sytuacja się odwróciła i coś równie poważnego przytrafiło się trenerowi Realu, piłkarze z Katalonii, z Ronem Weasleyem na czele, otworzyliby szampana i pili przez tydzień ze szczęścia.
X X X
Dwie minuty. Dwie minuty wystarczyły, by ten hochsztapler w jaskrawym trykocie użył gwizdka.
- Pierwsze ostrzeżenie – usłyszał od niego Theo.
- I co, dziadku, już nie nadążasz za młodszymi? – zapytał stojący najbliżej chłopaczek z rzadkim zarostem, kiedy arbiter tłumaczył Gabiemu, z którego miejsca ma wykonać rzut wolny.
Theo miał ochotę zachować się równie dziecinnie i pokazać mu środkowy palec. Zamiast tego popatrzył na Michaela i Deana.
- Trzymać linię!
- Trzymać linię! – powtórzył za nim Thomas.
Gra ruszyła z miejsca, ale sędzia znów użył gwizdka, kiedy chorągiewka sędziego liniowego poszła w górę.
- Offsajd!
Wybiegający do piłki brodaty Turek zaklął coś pod nosem. Theo uniósł w górę kciuk.
Charlie wybił piłkę na drugą połowę boiska. Ernie przegrał pojedynek główkowy i Atletico przejęło inicjatywę. Z trybun rozległy się gwizdy, ale po upływie przepisowych siedmiu minut zamieniły się w przyśpiewkę o legendarnym napastniku Los Blancos, którego duch wciąż nawiedza stadion.
Przy takim akompaniamencie Finnigan dał się ograć jak głupi. Na szczęście Dean Thomas okazał więcej przytomności wybijając futbolówkę na aut. Rojiblancos podchodzili coraz bliżej. Dwójkowa akcja ich napastników zmyliła stoperów Królewskich. Theo mógł tylko wzrokiem śledzić tor piłki ostatecznie wybitej przez Charliego poza boisko.
Zanim ostatnie słowa kibicowskiej piosenki zlały się w jeden jęk, piłkarze obu drużyn wymieszali się pod bramką Charliego.
- Jak stoisz, pacanie?! – Finnigan już gotował się.
- Gdzie z tymi łokciami, durniu?! – odparował równie nabuzowany piłkarz Atletico.
- To jaskrawe gówno na trawie, to twoje buty? – zapytał inny.
- Odpieprz się, dziurawy „Materacu" – odpowiedział agresywnie Michael.
Każdy wiedział wcześniej, kogo kryć podczas stałych fragmentów gry. Wyżsi i bardziej skoczni, stawali obok tych groźniejszych. Blisko Theo Potter ustawił się obok niższego z przeciwników.
- Maricón! – jasnowłosy, obcięty jak amerykańscy marines i szeroki w barach chłopaczek popchnął pomocnika „Królewskich", aż ten musiał łapać równowagę.
Na szczęście łapiąc ją pociągnął dostatecznie mocno czerwono-białą koszulkę wraz z jej właścicielem.
- Masz wpierdol! – obiecał rywalowi słyszący go Dean Thomas.
Turan wykonał wreszcie rzut rożny, a piłka poszybowała ponad głowami w drugi róg boiska.
- Vamos, bracia! – Seamus zaklaskał w dłonie poganiając kolegów z ofensywy.
Draco i Ernie w kilka sekund byli już na połowie rywala. Terry biegł nieco ociężale, a Harry asekuracyjnie pozostawał za nim, by nie łamać szyku.
- Nev, bliżej! – Theo machnął ręką do Longbottoma, który ustawił się blisko Grahama Montague pozostawiając za dużą przestrzeń w środku boiska.
Tym razem Ernie przyjął bezbłędnie piłkę. Zatańczył z nią na prawej stronie. Doskoczyło do niego dwóch obrońców. Przerzucił ją na lewą nogę i starał się prowadzić jak najbliżej linii bocznej. Zaraz podbiegło do niego kolejnych dwóch i w plątaninie kończyn ostatecznie został pokonany. Zwalił się na trawę pociągając jednego z przeciwników ze sobą.
Publiczność nagrodziła oklaskami jego wysiłek.
- Trzy punkty nasze! – cieszył się skrzydłowy Atletico – I możecie mnie, wiesz, gdzie cmoknąć.
- Jak lubisz, żeby cię faceci po tyłku całowali, to idź do Chueca albo Malasaña – doradził mu Michael.
Theo uśmiechnął się do przyjaciela, który również odpowiedział uśmiechem i zaraz potem przybrał groźną minę blokując przejście rywalom prawą stroną boiska. Rojiblancos znów ruszyli z atakiem zaskakując Seamusa i Deana. Dobrze ustawiony między słupkami Charlie nie wyrywał się jednak do piłki. Spokojnie patrzył jak opada na siatkę i toczy się za bramkę.
Jeden z przycupniętych niedaleko chłopców szybko podał mu drugą futbolówkę. Charlie dał znać, że znów wybije daleko. Dla odmiany wykopał ją na lewo, do Grahama. Montague, niczym długonogi pająk kosarz, w ekspresowym tempie pokonał trzydzieści metrów nie dając się wypchnąć za linię boczną i oddał piłkę Draconowi. Malfoy przyjął ją na klatkę piersiową, wykonał zwód, przełożył na lewą nogę i przymierzył się do strzału.
Theo jednym okiem śledził tę akcję, aż ostatecznie zakończyła się na wyciągniętej niepotrzebnie ręce Ardy Turana i żółtej kartce dla rywala.
- Idź! – pokierował Neville'a do przodu.
Niemiec był wysoki, dość skoczny i na tyle masywny, by wzbudzić respekt u mniejszych, wybieganych zawodników Atletico. Theo dla odmiany był przydatny przy rzutach wolnych tylko wówczas, gdy je wykonywał.
Teraz to Draco ustawił się przed piłką. Wziął trzy głębokie oddechy, odmierzył kroki. Stadion powtarzał jego imię.
Theo ocenił odległość i spokojnie czekał na ewentualną dobitkę lub na wyłuskanie piłki spod nóg pędzących z kontratakiem przeciwników. Brał też pod uwagę trzecią opcję. W momencie, kiedy futbolówka leciała ponad murem z zawodników, Theo z okrzykiem radości już biegł do Malfoya.
Stadionem zatrzęsło. Kibice w białych koszulkach poderwali się z krzesełek.
Gol Dracona był cudnej urody. Piłka poruszała się pięknym łukiem, a bramkarz Atletico, zasłonięty przez kolegów, dostrzegł ją, kiedy już było za późno na interwencję.
- Dobra robota! – Theo krzyknął strzelcowi bramki w ucho, ściśnięty pomiędzy plotącym coś po francusku Grahamem i szczęśliwym Neville'm.
- Madryt jest biały! – zawołał Michael wyrzucając w górę ręce.
Draco w intencjonalnym geście położył dłoń na herbie Realu wyhaftowanym na koszulce. Ostatni koledzy klepali go po plecach.
- Ustawiamy się – przypomniał im Theo.
Stracona bramka podziałała na zawodników Rojiblancos jak płachta na byka i przez następne dziesięć minut defensywa „Królewskich" miała pełne ręce roboty.
Costa wbiegł w zastawiającego mu drogę do bramki Deana Thomasa.
- Faul! Faul! – zawołał natychmiast Finnigan.
- Gramy dalej – polecił im główny arbiter.
- Ale, panie sędzio, on skosił mojego kolegę!
- Spokojnie…
Thomas i Costa zdążyli już obaj stanąć klata w klatę i wymieniali pełne krwawych obietnic spojrzenia.
- Czarna małpa!
- Biała świnia!
Theo pobiegł do nich uspokajać nastroje.
- Bez szarpaniny, chłopcy… - objął Deana w pasie i pociągnął do tyłu – Nie czas i miejsce. Ludzie patrzą.
Z drugiej strony bardziej przytomni zawodnicy w czerwono-białych strojach odciągnęli gotującego się napastnika na bezpieczną odległość, by przypadkiem sędzia nie usłyszał jakichś rasistowskich odzywek, za które ktoś mógł szybko wylecieć z boiska.
Theo oceniał, że jego drużyna ma przewagę w posiadaniu piłki. Ciężko było coś z tym atutem zrobić, bo przeciwnicy, wciąż pełni energii, stosowali wysoki pressing i łatwo wyłuskiwali futbolówkę spod nóg mniej umięśnionych Erniego, Terry'ego i Harry'ego. Po jednej z takich akcji Neville otrzymał żółtą kartkę. Wślizgiem zatrzymał rozpędzonego Ardę Turana, ale butami zahaczył najpierw o jego nogi a nie o piłkę.
Interwencja była konieczna, bo Turek mógł z łatwością znaleźć puste miejsce między stoperami, którzy już i tak byli podenerwowani. Longbottom dobrze wykalkulował, że jego żółta kartka jest lepsza od czerwonej kartki Thomasa. Theo mógł tylko pokiwać głową z uznaniem. Wskazał Michaelowi, by zszedł bliżej środka, a sam przygotował się na przecinanie drogi następnym zawodnikom Atletico, którzy chcieliby sprowokować Neville'a do popełnienia jakiegoś błędu.
Przerzucił piłkę na lewą stronę widząc, że tego wieczora współpraca Draco i Grahama układa się bardzo dobrze. Montague był jednak zabezpieczany przez obrońców Atletico i nie mógł zbyt wiele zrobić. Walczył dzielnie, do ostatniej chwili, aż w końcu kopnął piłkę po ich nogach tak, by zyskać rzut rożny.
Podobno Potter w dzieciństwie nosił okulary. Podobno przeszedł operacyjną korektę wzroku w delikatnym wieku siedmiu lat. Teraz chyba znowu potrzebował okularów, bo tak źle wykonanego przez Niemca rzutu rożnego Theo nie widział nawet na treningach. Dobrze, że poprawił się pięć minut później znajdując pomiędzy defensorami Rojiblancos dokładnie tyle przestrzeni, by posłać piłkę wprost pod nogi Terry'ego Boota. Niestety strzał napastnika został zablokowany. Nie bez powodu Atletico Madryt traciło tak mało bramek. Zawdzięczali to nie tylko świetnemu, młodemu bramkarzowi ale też i doświadczonej, zdyscyplinowanej formacji obronnej.
A połowę sukcesu w ofensywie zawdzięczali dwóm napastnikom. Chroniąc Longbottoma przed groźbą drugiej żółtej kartki Theo użył łokci wyskakując razem z Costą do lecącej na ich głowy piłki. Wygrał pojedynek, a stojący dość daleko od nich arbiter nie zauważył nieprzepisowego zagrania. Theo starał się nie stosować cynicznych sztuczek pod samym nosem głównego sędziego i śledził go kątem oka przez cały mecz. Dlatego upiekło mu się również, gdy wślizgiem od tyłu zwalił Falcao z nóg. Kolumbijczyk zbyt łatwo strzelał gole i był jednym z głównych rywali Dracona do tytułu króla strzelców La Liga.
Na nic zdały się protesty połowy zawodników Atletico biegnących za arbitrem. Theo pozostał bezkarny i miał satysfakcję moralną. Sprawiedliwości dziejowej stało się zadość – on nie otrzymał żółtej kartki za powstrzymanie Falcao, a Costa za kopanie Deana Thomasa. I wszystko to w ciągu pierwszej połowy.
Gdy z ręcznikiem na plecach i butelką napoju izotonicznego w dłoni zszedł do szatni, by wysłuchać uwag trenera, Neville przystanął obok niego. Obaj oparli się o ścianę.
Snape tłumaczył, że muszą zdobyć jeszcze jedną bramkę, najlepiej zaraz po rozpoczęciu gry. Studził głowy obrońców i z niepokojem wpatrywał się w ciężko dyszącego Erniego MacMillana.
Neville podsunął mu saszetkę z naszprycowanym glukozą żelowatym, różowym świństwem. Zażywanie ich dawało potężnego energetycznego kopa na czas meczu, a resztę nocy spędzał na oglądaniu seriali kryminalnych i czytaniu podlinkowanych przez Michaela stron internetowych.
- Dzięki.
Theo wycisnął zawartość saszetki na język i szybko popił.
- Wiesz… - zaczął nieśmiało Neville – Nie musisz mnie aż tak chronić. Ja się nie denerwuję tak bardzo na to, co mówią – wskazał mniej więcej w kierunku szatni gości – Połowy z tego nawet nie rozumiem.
Theo roześmiał się i poklepał go po ramieniu. Lubił tego chłopaka coraz bardziej.
Na początku drugiej połowy spotkania Draco Malfoy popisał się klasycznym zwodem Cruyffa, po którym zaliczył bliski kontakt z murawą Bernabeu. Faul miał miejsce daleko od bramki Atletico, a sam faulowany wciąż odczuwał ból, więc Theo wziął na siebie odpowiedzialność związaną z wykonaniem rzutu wolnego. Piłka poleciała w dobrym kierunku i na dobrej wysokości, akurat żeby Dean albo Seamus skierowali ją głową między słupki. Niestety przed głową Seamusa wyrosła głowa Falcao i futbolówka znalazła się w innym miejscu.
- Chyba ci, stary, przepuklina dokucza. Odpocznij – skomentował jeden z bardziej wygadanych pomocników czerwono-białych biegnący na swoją pozycję pomiędzy Theo a Michaelem.
- Bo całą noc zaspokajał twoją dziewczynę – odgryzł się Michael – Jak ktoś ma małe cojones, to nie dziw, że jego lalunia szuka prawdziwego faceta.
Zawodnik rzucił kilka niecenzuralnych słów, ale ucichł widząc biegnącego arbitra. Ten jednak skręcił, chcąc być bliżej akcji.
Harry i Terry zamienili się pozycjami. Wymienili kilka zgrabnych podań z Ernie'm i Terry wreszcie miał pierwszą okazję, by oddać strzał na bramkę. Stojący między słupkami Belg wyciągnął się jak struna i złapał piłkę upadając na ziemię. Nie tracąc ani chwili wstał i podał ją do obrońców.
Wyprowadzony przez rywali kontratak zakończył się przewidywalnie. Dean i Costa znów leżeli na murawie zwijając się z bólu i zerkając, który wstanie pierwszy.
Arbiter podszedł do nich, i zapytawszy krótko o zdrowie, kazał wznowić grę. To od razu ocuciło Thomasa.
- Panie sędzio, to jego wina!
- On go sfaulował! – zawtórował Michael – Wszyscy to widzieli!
- Gramy dalej! Nie przeciągać meczu!
- Panie sędzio!...
Theo pobiegł również robić sztuczny tłok, ale żałosny hochsztapler nie kwapił się z sięganiem do kieszeni po kartki.
Ernie wykorzystał okazję i szybko upił kilka łyków z podrzuconej przy linii bocznej butelki. Seamus tym razem nie rwał się do kłótni, bo musiał poprawić ochraniacze.
- Wszyscy widzieli! – powtórzył głośno za Michaelem, a nieco ciszej dodał:
- Tylko ty nie, stary pryku…
Costa podszedł do niego i poklepał go po policzku.
- Mów tak dalej, laluś. Co, nie masz jaj?
- Odwal się! – Finnigan odepchnął go i zrobił dwa kroki do tyłu.
Theo podbiegł wraz z Charlie'm by go uspokoić, zanim główny sędzia straci zainteresowanie Deanem Thomasem.
- Hamuj się, chłopie, na litość boską! – wysyczał do obrońcy.
- On cię prowokuje – przekonywał przyjaciela Charlie – Jest dobrze. Mamy wynik. Mamy grę pod kontrolą. Nie rób nic głupiego.
- Co tam? – arbiter podszedł do nich, zapewne zaalarmowany przez bocznego sędziego.
- Nic takiego.
Przeniósł surowe spojrzenie na gracza Rojiblancos.
- Nic takiego – Costa wzruszył ramionami i wycofał się.
Atletico słabło. Harry, Draco i Terry mogli bez problemów wymienić serię podań niedaleko pola karnego rywali. Draco obił poprzeczkę. Potem, po rzucie wolnym obił jeszcze słupek i porzucił na jakiś czas myśl o podkręceniu swojej statystyki. Świetnie dogadywał się z pozostałymi kolegami z ofensywy. Trzymał się swojej strony boiska, ale Potter wymyślił, by znowu zamienić się pozycjami. Boot zszedł na prawe skrzydło, a MacMillan do środka kompletnie zbijając z tropu stoperów Rojiblancos. A potem Malfoy odnalazł czekającego w polu karnym Pottera. Harry półwolejem oszukał bramkarza. Zamiast od razu strzelać, posłał piłkę w dół. Odbiła się od ziemi, pomiędzy nogami noszącego zielony trykot chłopaka i wylądowała w siatce.
Piękna asysta. Piękny gol. Prawdziwie magiczny. Harry'ego Pottera i Draco Malfoya łączyła na boisku niesamowita chemia.
Theo z okrzykiem radości pobiegł do dwóch ściskających się piłkarzy.
Tego wieczora nikt już nie mógł im wydrzeć zwycięstwa.
