~o~

Feliks siedział w bocznej sali jednej z licznych tawern ulokowanych wokoło garnizonu Denerim. Ukryty w cieniu kamiennego filara, sączył powoli swoje piwo. Wydawało się, że drzemie nad kuflem, ale jego małe, bystre oczka obserwowały wszystko.

Zjazd zbierał się już wkrótce. Zostało mało czasu na przygotowania. Należało zebrać wszystkie możliwe informacje wcześniej. Poznać lokalizację i rozmieszczenie komnat pałacu, obejrzeć siedzibę Strażników. Zdołał nawet spenetrować rezydencje arla Eamona oraz kamienicę będącą siedzibą teyrna Wysokoża. Przygotowywał się systematycznie, wypytywał, węszył, badał. Im wcześniej, tym lepiej, mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś go zapamięta.

W umyśle mistrza decyzja zapadła. Zlecenie zostanie wykonane w najpóźniejszym możliwym terminie, gdy cel uwierzy, że zamachowcy zrezygnowali.

Feliks znalazł odpowiedni budynek. Niewielki dom przylegający do pałacowych murów. Wąskie przejście dla służących i zarośnięta część ogrodu miały kluczowe znaczenie w planie, jaki powoli zaczynał dojrzewać w umyśle zabójcy.

Lupus został oddelegowany do przygotowania dywersji. Przynajmniej w tym względzie mistrz mógł mu zaufać. Oczywiście będzie potrzebne ciało i tu Lupus będzie mógł służyć za pomoc. Gdyby poszukujący zaginionej znaleźliby zwęglone szczątki, mogłoby to dać mistrzowi odpowiednią ilość czasu do przeprowadzenia ostatniego etapu zadania.

Ostatnią kwestią pozostawała sprawa trucizny. Feliks zaczerpnął języka. Wiedział już, że Strażnicy byli w dużej mierze uodpornieni na większość trucizn. Poza tym cel podróżował w towarzystwie ludzi znających się na truciznach i odtrutkach. Po trzecie, specyfik miał obniżyć wartość bojową celu, obniżyć jej czujność, zmniejszyć refleks, lekko przytępić zmysły, tak, aby można było bez ryzyka wykrycia zapanować nad porwaną i przetransportować ją do miejsca egzekucji.

Mistrz zastanawiał się nad różnymi opcjami. Najpewniejszym sposobem była mieszanka ziołowa, łatwo dostępna, trudno wykrywalna. Odpowiednio dobrane składniki można by umieścić w kolejno podawanych potrawach serwowanych wszystkim gościom, należało jedynie przypilnować, by cel otrzymał ostatni ze składników w odosobnieniu.

~o~

Obudził się w tej szczególnej godzinie przed świtem, gdy wszystko zastyga w oczekiwaniu na wschód nowego dnia. Na zewnątrz panowała cisza, mgła okrywała wszystko białą płachtą. Przez okno sączyło się do komnaty blade światło, wydobywając z cienia przedmioty stojące w pokoju. Mahoniową szafę z fantazyjnymi rzeźbieniami, skrzynię okutą mosiądzem, na której leżał jego napierśnik, filigranowe kolumienki łóżka, w którym spędził noc.

Kobieta leżąca obok niego zamruczała przez sen i przywarła do jego boku, przerzucając rękę przez jego tors. Uśmiechnął się do siebie spoglądając na ciemne fale spływające w dół jej pleców. Palcem przesunął po delikatnej krzywiźnie jej policzka, potem po wąskiej bliźnie przecinającą jej lewą brew. Pamiętał dzień, w którym otrzymała tę bliznę, był to dzień, gdy pierwszy raz ją pocałował i pierwszy raz dostał od niej w twarz… Tsk, tsk, już wtedy powinien zdać sobie sprawę, że wpadł po same uszy, ale on wolał nie dowierzać własnym zmysłom, udawać, że to kolejna zdobycz do kolekcji.

Kultystów było cholerne ciężko zabić „na śmierć". Parszywe skurczybyki wymachiwały mieczami nawet z dziurami w brzuchu wielkości arbuza. Jeden z nich, bez nogi i z szerokim rozcięciem w szyi, chwycił go za nogi pragnąc unieruchomić elfa i pomóc nacierającym współbraciom. Nic z tego. Zev uchylił się przed ciosem z prawej, wbił więżącemu go napastnikowi sztylet w pachwinę. Kultysta rozluźnił uścisk. Skrytobójca uskoczył w bok i topór, który miał go rozrąbać na pół, ze zgrzytem utkwił w nieszczęśniku, który przed chwilą go unieruchamiał. Zev obrócił się zwinnie, od tyłu zaszedł draba z toporem i nim ten zdążył się odwrócić, przyłożył oba sztylety do jego szyi, tnąc na raz z dwóch stron. Upewnił się przy tym, by głowa kultysty odseparowana została od ciał. No bez łba chyba nie wstanie – pomyślał.

Elf obejrzał się za kolejnym celem, ale nie znalazł żadnego wartego uwagi. Alistair i Sten dobijali swoich przeciwników. Erendis…?! Spojrzał w odległy koniec sali, szukając sylwetki swojej Strażniczki.

Wojowniczka potykała się z przywódcą, odbiła tarczą wielki topór wielebnego ojca. Zev, przeskakując ponad martwymi ciałami, chciał dostać się do niej jak najszybciej. Kolgrim był najsilniejszym oponentem i niewątpliwie najbardziej doświadczonym. Nagły ból w udzie sprawił, że elf spojrzał w ziemię. Wojownik, z na wpół odrąbanym ramieniem, zaciął go podręcznym nożem. Cholerni kultyści. Zev upewnił się, że jego sztylet dosięgnął serca i ruszył dalej sycząc z bólu.

Erendis tymczasem odbiła kolejny cios topora. Gdy Kolgrim starał się odsunąć, zdecydowała się go staranować tarczą. Podłoga była śliska od krwi, straciła równowagę i przechyliła się do przodu. W ostatniej chwili wbiła miecz w zwłoki leżące przed nią, ratując się od upadku. Zev krzyknął ostrzegawczo. Kultysta zawarczał dziko widząc w potknięciu przeciwnika swoją szansę. Zamachnął się, tym razem z ukosa. Topór szerokim łukiem od dołu trafił Erendis w twarz, zrywając z jej głowy hełm. Zevran zacisnął zęby. To tyle jeśli chodzi o Strażniczkę – pomyślał. Niezrozumiały metafizyczny ból oślepił go na moment. Bez niej jego życie nie było warte funta kłaków. Teraz Kruki go dopadną.

Cousland znieruchomiała. Spodziewał się, że za chwilę padnie bezwładnie na podłogę. Echo krzyku Alistaira rozeszło się po pieczarze. Kolgrim uniósł swój topór nad głową, zamierzając rozrąbać ją na pół. Nim jednak zdołał go opuścić, Erendis wyrzuciła się do przodu, całym impetem ciała powalając kultystę na ziemię. Potem w powietrzu zabłysł jej miecz i Kolgrim skończył z ostrzem wbitym w prawe oko. Nawet gdyby jeszcze żył, nie mógłby się poruszyć, klinga przebiła jego czaszkę i ugrzęzła w skale tak głęboko, że Erendis musiała poprosić, by Sten ją wyciągnął.

Alistair pobiegł po Wynne, która została wraz z resztą w głównej świątyni. Sten metodycznie oczyszczał swój miecz, potem oświadczył, że idzie nasłuchiwać, czy z przeciwległego korytarza nie zbliża się żadne niebezpieczeństwo.

Zev siedział na ziemi, z nogą mocno obwiązaną ponad kolanem, tak, by zatamować krwawienie. Erendis leżała obok, opierając głowę na jego prawym udzie. Antivańczyk z niesłychaną delikatnością ocierał krew zaschłą na jej twarzy. Kobieta oddychała płytko, ale równomiernie. Uderzenie było potężne i miała szczęście, że cofnęła głowę w ostatniej chwili. Teraz miała paskudną ranę biegnącą przez lewy policzek, powiekę i czoło. Cal głębiej i straciłaby oko. Dwa cale i nie byłoby czego zbierać.

Mhmmm…– wydawała się nieco zamroczona, może od upływu krwi, a może przez ilość zażytego środka przeciwbólowego. Gdy Zev skończył wycierać zakrzepłą krew, podniosła rękę chcąc obmacać ranę, by przekonać się, jak duże są zniszczenia, ale elf uchwycił jej dłoń.

Będę wyglądać jak szpetna raszpla – mruknęła. Zev dosłyszał lekkie drżenie jej głosu. Być może Strażniczka nie zwracała przesadnej uwagi na wygląd, ale przecież żadna kobieta nie chciała chodzić z bliznami na twarzy.

Nie jest tak źle – zapewnił ją, pochylając się bliżej. – Wynne to naprawi i będziesz jak nowa. Jej zdrowe oko, to, które nie było zapuchnięte, skupiło się na nim.

Będę mieć paskudną bliznę – powiedziała niemal szeptem. Jej dolna warga zadrżała, jakby kobieta za chwilę miała się rozpłakać. Uśmiechnął się do niej, dłonią przesuwając po zdrowym policzku.

Z blizną, czy bez, jesteś piękna – szepnął, nachylając się jeszcze niżej. Sam nie wiedział czemu nagle jedyne, o czym mógł myśleć to jej usta, miękkie i zapraszające.

Ahmm… – wymruczała, jej ciepły oddech owiał go przynosząc ze sobą delikatny dreszcz emocji. Elf pochylił się jeszcze niżej, jego złote włosy opadły jak kurtyna na jej opuchniętą twarz. Wargami ledwie musnął jej usta, a żar rozlał się po jego ciele sprawiając, że pragnął jeszcze, pragnął więcej…

Dłoń, odziana w skórzaną rękawice nagle weszła w kontakt z jego policzkiem. Wyprostował się zaskoczony. Erendis patrzała na niego jednym, granatowym, wściekłym okiem.

Jeśli już chcesz skorzystać z okazji, poczekaj aż całkiem zemdleję – warknęła. Zev uśmiechnął się przepraszająco.

Wolałbym poczekać z tym, aż dojdziesz do siebie.

Gdybyś wtedy spróbował kraść mi pocałunki, dostałbyś z pięści, nie z otwartej – rzuciła, zamykając oko.

Zemdlałaś już całkiem? – zapytał z filuternym błyskiem w oku.

Na jej posiniaczonej twarzy wykwitł słaby uśmiech.

Nie, i dobrze ci radzę, odczep się. Nie zamierzam zemdleć – oświadczyła dobitnie i… zemdlała. Zev jedynie parsknął, ale nie skorzystał z okazji. W przeciwieństwie do wielu ludzi jego profesji nie narzucał się kobietom, które go nie chciały, ale potrafił sprawić, żeby go zapragnęły. Patrząc na zapuchniętą i posiniałą twarz Strażniczki pomyślał, że to bardzo wyjątkowa, niezwykła kobieta, nad którą warto się nieco bardziej natrudzić, przedłużyć rozkosz zdobywania. Zevran stwierdził z niemałym zaskoczeniem, że w tym wypadku woli zaczekać do momentu, kiedy Erendis sama zaofiaruje mu swoje usta i wdzięki... Ha, musiał na to czekać baaardzo długo, jak na jego standardy. Musiał się też bardzo natrudzić, a im bardziej się starał, tym bardziej grzązł w zawiłym natłoku uczuć, aż wreszcie sam nie poznawał siebie…

Drugi raz przebudził się z powodu kroków, których echo dochodziło z głębi korytarza. Na dworze było już całkiem widno. Jeśli dobrze oceniał kąt padania światła, musiało być dobrze po dziewiątym dzwonie. To było dziwne, przez lata przyzwyczaił się wstawać wcześnie, tuż przed świtem. Należał też do tej dziwnej klasy osobników, która po przebudzeniu nie była w stanie dłużej wyleżeć w łóżku. Przekręcił się na bok otulając sobą śpiącą Erendis. Strażniczka westchnęła cicho i zaplątała palce w długie pasma jego włosów. Tak, tym razem Zev nie miał najmniejszej ochoty wstawać z posłania i kroki dobiegające z korytarza nie mogły tego zmienić.

Ktoś zatrzymał się przed drzwiami do komnaty Erendis. Delikatne pukanie, jedno i drugie. Elf rozejrzał się za swoimi ubraniami. Lepiej byłoby nie dawać przyczyn do plotkowania służącym. Miał już zamiar wysunąć się z łóżka, ale dłoń kochanki przesunęła się po jego ramieniu, aż spoczęła nie jego palcach, chwytając go mocniej. Zev spojrzał na nią, potem na drzwi.

– Erendis, ty śpiochu – dobiegł go głos Fergusa. Rzeczony śpioch zamruczał coś przez sen, przekręcił się plecami do drzwi, wtulając twarz w zgięcie szyi Zevrana.

Elf przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien jednak czmychnąć ukradkiem z jej sypialni. Dziwne, ale w tej chwili jeszcze bardziej nie chciał uciekać, zostawiać ją samą. Miał wielką ochotę otworzyć drzwi nago teyrnowi i oświadczyć mu, że Erendis jest bardzo zmęczona i potrzebuje snu. Oczywiście to byłaby przesada, skończyłby zapewne w lochu i narobił kłopotu kochance.

– Erendis – klamka poruszyła się z lekka i nie było już czasu na czmychnięcie.

Zev oparł głowę na poduszkach, zagarniając kobietę jeszcze bliżej siebie. Cóż jeśli Fergus był tak niecierpliwy, niech zobaczy. Zevran nie zamierzał ukrywać dłużej swoich uczuć, ani tego, że jest z Erendis. Jeśli rozpęta się piekło, trudno, stawi temu czoła.

Fergus wsunął się do środka na paluszkach, ze złośliwym uśmieszkiem mając zapewne na myśli jakiś paskudny psikus. Zev obserwował go zza ledwie uchylonych powiek.

Teyrn podszedł bliżej i… zamarł w pół kroku. Widok siostry w ramionach skrytobójcy był dla niego najwyraźniej zaskoczeniem. Można to było poznać po lekko głupawym wyrazie twarzy mężczyzny. Potem przyszedł czas na gniew, który odmalował się w jego oczach. Przez moment stał patrząc na uśpioną parę, z ustami zaciśniętymi w wąską linię i nachmurzonym czołem. Po chwili odwrócił się na pięcie i cichaczem opuścił pokój.

Nie było tak źle – pomyślał elf, ale był pewien, że Erendis będzie musiała się uporać ze swoim bratem i to jeszcze dzisiejszego przedpołudnia. Nie to, żeby nie była zdolna postawić na swoim, Zevranowi jednak przyszło na myśl, że może chciała mu przekazać tę nowinę inaczej. On podjął tę decyzję za nią, bez pytania.

Gdy pół godziny później przebudziła się patrząc na niego tymi swoimi przepastnymi, granatowymi oczami, od razu dostrzegła niepokój malujący się na jego twarzy. Nie całkiem jeszcze przytomna podciągnęła się siadając. Wzięła jego dłoń w swoją, patrząc uważnie w jego twarz.

– Co się dzieje? – zapytała niemal szeptem. W jej głowie tysiąc i jeden powodów, dlaczego po tak upojnej nocy jej skrytobójca wyglądał na nieszczęśliwego.

– Erendis, ja…

Jej dłoń zacisnęła się mocno na jego palcach.

– Nie było tak, jak oczekiwałeś – stwierdziła i nim odwróciła twarz, dojrzał smutek w jej oczach.

– Och, Amora – złapał ją za ramiona zmuszając, by rozciągnęła się przed nim na pościeli. – Co ci znów przyszło do tej twojej ślicznej główki?

– Jeśli… jeśli… – Nie miała jednak okazji dokończyć zdania. Jego usta spadły na nią miękkie i gorące sprawiając, że jej ciało zapłonęło pragnieniem. Gdy w końcu odsunął się od niej, jej usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.

– Więc o co chodzi? – wymruczała, przesuwając dłońmi po jego wytatuowanym ramieniu.

– Zrobiłem chyba coś, czego nie powinienem… Nie, nie rób takiej miny, nie chodzi mi o wczorajszy wieczór – zapewnił, pochylając ją i całując w ramię. – Z rana przyszedł twój brat.

– Och! – Brwi Erendis uniosły się w zdziwieniu.

– Mogłem wymknąć się przez okno, ale… nie chciałem.

Erendis obróciła się na plecy spoglądając na sufit. Z jej twarzy nie był w stanie nic wyczytać.

– I dlaczego nie chciałeś? – zapytała, bez cienia gniewu, czy irytacji.

– Ja… – zastanowił się przez chwilę, starając się ubrać swoje myśli w słowa. – Ja nie chcę ukrywać tego, co jest między nami, jak jakiś wstydliwy sekret. – Patrzał na jej twarz, ale ciągle nie mógł stwierdzić, jak zareaguje. – Chcę to wykrzyczeć całemu światu, to… jest zbyt niezwykłe… piękne, żeby to ukrywać…

Powoli jej twarz rozjaśniła się, jej usta rozciągnęły w subtelnym uśmiechu.

– Nie jesteś zła?

Obróciła się do niego, dłoń uniosła do jego twarzy, palcem przesuwając po jego ustach.

– Nie – szepnęła miękko. – Bycie z tobą… to nie jest… przelotna miłostka, nie traktuję tego, jak uszczerbku na mojej reputacji.

– Ludzie będą gadać – wymruczał, chwytając jej palec ustami.

– Niech gadają. – Drugą ręką chwyciła go za szyję przyciągając do siebie.

– Z Fergusem sobie poradzę – dodała po chwili, odrywając się od jego ust. – Reszta może iść do diabła.

~o~

Cały tydzień minął mu pod znakiem powściąganego gniewu i wciąż narastającej irytacji. Zdawał sobie sprawę z tego, że stawał się nie do zniesienia. Burczał na służących, warczał na podkomendnych, unikał przyjaciół. Nawet zatroskana mina Sigrun sprawiała, że miał ochotę zdzielić ją czymś ciężkim w głowę. Odczuwał sadystyczną przyjemność wymyślając najforsowniejsze formy treningu dla swoich podkomendnych. Biedacy, biegali wokół twierdzy, w pełnym rynsztunku, w południe. Kazał im ćwiczyć bez wytchnienia. Gdy stawali się ślamazarni i nieostrożni, przydzielał im sprzątanie garnizonu czy stajni. Odczuwał satysfakcję wiedząc, że wszyscy wokół niego stają się tak samo sfrustrowani i rozdrażnieni.

W chwilach, gdy ponure myśli przytłaczały go, znajdował wytchnienie we wspinaniu się na jedną z baszt obronnych. Widok z jej szczytu zapierał dech w piersiach. Silne podmuchy wiatru z gór targały jego ciemne pasma włosów, siekły policzki lodowatymi podmuchami
i przynosiły ukojenie, pozwalały oderwać się od nieprzyjemnych rozważań.

Nathaniel oparł się o blanki, oczami obejmując połać falującego terenu rozciągniętego przed nim. Lasy u podnóża gór przeistoczyły się z zielono–złotego kobierca w melanż czerwieni i brązu. Powietrze było ostre i pachniało dymem z palonych liści. Pola wokół Twierdzy powoli, acz systematycznie, pustoszały.

W krystalicznie czystym powietrzu, gdy pogoda była dobra tak jak dzisiaj, w oddali na północy dostrzegał odległy szary kształt, garnizon Amarantu, budynek usytuowany najwyżej w mieście. Droga ku miastu niknęła pomiędzy łagodnie opadającymi pagórkami. W oddali dostrzec można było kłąb kurzu unoszący się ponad cienką wstążką drogi.

Howe wytężył wzrok, ale z tej odległości mógł jedynie stwierdzić, że traktem porusza się konno niewielka grupa osób. Dopiero gdy podróżni przebyli spory kawał drogi i wyjechali na płaski wierzchołek jednego z pagórków, mógł stwierdzić, że jest ich czterech. Przez chwilę wydawało mu się, że rozpoznaje granatowe płaszcze Strażników. Potem orszak zjechał z pagórka kryjąc się w lesie porastającym dno wąwozu, którym biegła droga.

Strażnik szybkim krokiem schodził z wieży święcie przekonany, że to Erendis wracała wreszcie do Twierdzy. Fakt, że dostrzegł tylko czterech jeźdźców w granatowych płaszczach mile go zaskoczył. Oznaczało to, że gdzieś po drodze zostawili tego przeklętego elfa. Może jego prośby zostały wysłuchane i nareszcie wszystko wróci do normy.

Z niecierpliwością czekał przed głównym wejściem. Pół godziny oczekiwania, aż z wieży nad bramą odezwie się róg oznajmiający przybycie Strażników, wydawało się wiecznością. Jeszcze dłużej zeszło, zanim podróżni dotarli do bram miasta i dotarli na główny dziedziniec.

Nathaniel przez ten cały czas starał się uspokoić, czuł jednak, że nie bardzo mu to wychodzi. Niecierpliwił się, w jego głowie tysiąc i jeden pomysłów, dlaczego ten przeklęty elf nie podróżował z nimi. Jakkolwiek nie rozpatrywał nagłego zniknięcia Zevrana, nie mógł zaprzeczyć, że czuł ulgę, a dotychczasowy ponury nastrój, jaki go opanował, nagle prysł… Tylko po to, by powrócić do niego z jeszcze większą mocą, gdy w bramie pojawiły się cztery sylwetki Strażników.

Tylko że wśród przybyłych było tylko dwoje Strażników. Tara i… Gdy Howe zobaczył Williama zsiadającego z konia, jego dłonie same zacisnęły się na ostrzu sztyletu uwieszonego u jego pasa. Chłopak zsiadł z konia i podążał za Tarą z opuszczoną głową. Wyglądał jak pies wracający z podkulonym ogonem, po dokonaniu jakiegoś paskudnego psikusa. Obok podążała dwójka nieznanych mu ludzi. Całkiem ładna kobieta o kruczoczarnych włosach i ciemnych oczach, która wydawała mu się dziwnie znajoma, oraz chuderlawy mężczyzna z mocno nieszczęśliwym wyrazem twarzy. Nigdzie natomiast nie było widać Erendis i Howe zacisnął zęby nagle pojmując, że komendantka najprawdopodobniej ciągle pozostawała w Wysokożu lub gdzieś indziej wraz z tym antiwańskim sukinsy… Gniew na nowo rozpalił go od wewnątrz i Nate zaczął schodzić ze schodów, kiwając głową na gwardzistów stojących na straży przy wrotach, na wszelki wypadek, gdyby William próbował jakichś sztuczek.

Howe minął Tarę i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, posłał Williama na bruk ciosem prosto w twarz. Chłopak upadł z głośnym jęknięciem, ale nie chwycił za swoją broń, na co Nathaniel musiał przyznać, liczył. Zalewając się krwią z rozbitego nosa spojrzał na swojego dowódcę z dziwną rezygnacją w oczach. Mimo ciemnych kosmyków włosów okrywających jego twarz i krwi, Nate dostrzegł paskudną szramę na jego twarzy, ledwie zaleczoną i ciągle jeszcze wściekle czerwoną.

– Co ty do diabła wyprawiasz? – Tara złapała Howe'a za ramię, ale szybko wyrwał się jej, wskazując na leżącego na ziemi Strażnika.

– Do lochu z nim – warknął.

– Zwariowałeś, on jest ranny…

– Zamknij się albo wylądujesz w celi obok.

Tara potrząsnęła jedynie czupryną i mrucząc pod nosem obelgi zabrała swojego konia do stajni.

– A ty? – Howe zapytał stojącą obok kobietę, która patrzała smętnie za Williamem prowadzonym przez żołnierzy.

– Jestem jego siostrą – oświadczyła prostując się i patrząc mężczyźnie prosto w oczy. On może jej nie poznał, ale jego twarzy nie dało się zapomnieć i chociaż widywała go w Pawiej Przystani zaledwie parę razy, i to przed paru laty, od razu poznała syna poprzedniego arla.

– Jeśli chcesz tu zostać, znajdź sobie jakieś zajęcie, nie potrzebujemy darmozjadów – odburknął, podchodząc do ostatniego z przybyłych.

– Jestem nowym rekrutem – oświadczył nieznajomy, nim Nate zdążył sformułować pytanie.

– Komendantka zrekrutowała cię w Amarancie?

Mężczyzna przytaknął niewyraźnie. Howe zmierzył go podejrzliwie wzrokiem, rekrut opuścił głowę przestępując z nogi na nogę.

– Nie wyglądasz na przydatny nabytek. – Nate nie dostrzegał broni w ekwipunku przybyłego. Mężczyzna wydawał się być zastraszony i nieporadny.

– Jestem… magiem.

A, to wszystko wyjaśniło. Zawsze go zadziwiało, że w tak miernych, słabowitych formach, jakie przedstawiali sobą niektórzy magowie, mieściła się taka siła destrukcji.

– Chodź za mną.

Jowan ledwo mógł nadążyć za posępnym Strażnikiem. Szybko przemierzyli dziedziniec i weszli przez łukowe wejście do ciemnego wnętrza.

– Tam są schody wiodące do kwater gwardzistów – wskazał mu wąską klatkę schodową. – Znajdziesz kwatermistrza i powiesz mu, żeby przydzielił ci miejsce do spania i ekwipunek. Jutro z rana zaczynają się treningi. Zobaczymy, co z ciebie za gagatek.

Przeszli szeroki korytarz i wsunęli się do szerokiej sali, po której bokach stały szerokie ławy i stoły. U samego końca w smugach światła mag dostrzegł podest, na którym stał kamienny tron na tle granatowej makaty z haftowanym srebrnym gryfem.

– To jest sala główna, tam dalej jest kuchnia, ten korytarz prowadzi do łaźni, a tu jest wyjście na boczny dziedziniec.

Z ostatnich drzwi na prawo wysunął się rudowłosy krasnolud, którego Jowan miał już przyjemność spotkać podczas Plagi. Za nim podążała bardzo ładna kobieta ubrana w szaty maga, ale z pewnością nie należąca do fereldeńskiego Kręgu Magów. Gdyby widział ją gdzieś w Wieży, z pewnością zapamiętałby tak interesującą twarz.

– Słyszałem, że komendantka wróciła – zagrzmiał rudzielec, podchodząc bliżej.

– Źle słyszałeś – warknął Howe. Jowan zastanawiał się, czemu jest taki poirytowany. Chociaż nie powinien się dziwić, obecność apostaty zazwyczaj irytowała normalnych ludzi.

– A to kto? – krasnolud uniósł rudą brew mierząc czarodzieja wzrokiem. – Gdzieś już widziałem tę mordę.

– Oghren, zachowuj się, inaczej ten miły mag zamieni cię w paskudną ropuchę – odezwała się ciemnowłosa piękność stojąca za nim. Jej taksujący wzrok spoczywał na kosturze uwieszonym za jego plecami.

– Hah… trzeba czegoś więcej niż zwykłe hokus pokus, żeby mi zaszkodzić…

Kobieta jedynie przewróciła oczami i uśmiechnęła się ciepło do nieco zbitego z tropu maga. Jowan nie mógł powstrzymać rumieńca, który, dobrze to czuł, musiał pojawić się na jego z lekka zarośniętych policzkach.

– Erendis wróciła? – dobiegł ich głos gdzieś z wysoka. Szerokimi schodami wiodącymi, jak ocenił Jowan, ku wyższym piętrom zamku, przemieszczała się barczysta krasnoludka odziana w ciężką płytową zbroję. Za nią, również w pełnym rynsztunku, śpieszył rycerz. Gdy promienie słoneczne padające do wewnątrz przez wysokie i wąskie wykuszowe okna padły na twarz rycerza, Jowan znieruchomiał. Nagle zimny dreszcz przebiegł go od czubków włosów po koniuszki palców u stóp.

– Nie, na tyłek Andrasty, nie wróciła! – zagrzmiał Howe wyraźnie sfrustrowany, kierując się ku schodom. Krasnoludka była już na dole. Jej towarzysz wyminął ją. Jego twarz tak samo blada jak oblicze Jowana.

– Ty! – syknął do niego podchodząc w kilku krokach…

– Ty…

Wszystko utonęło w jasnej powodzi światła. Mag poczuł, jak podmuch podrywa go z ziemi i z impetem uderza o posadzkę. Wyjątkowo nieprzyjemne uczucie, szczególnie, że nie dalej niż kilka dni wcześniej oberwał od innego templariusza. Wyssanie energii, jakie posłał w niego Roger było potężniejsze, wzmocnione gniewem ekstemplariusza. Pozbawiło maga całej many i pozostawiło rozciągniętego na posadzce, niezdolnego nawet do wydania głośnego jęku.

Bethany powoli podciągnęła się na klęczki. W jej głowie szumiało. Uderzenie nie było skierowane w jej kierunku, a jednak wyssała z niej nieprzeciętną porcję many. Nawet Nathaniel zdawał się chwiać na nogach,. Jedynie Sigrun i Oghren zdawali się być niewzruszeni mrugając w zdziwieniu oczami.

Irytacja znów wzięła w niej górę. Czy ten przeklęty ekstemplariusz nie przestanie znęcać się nad Stwórcy ducha winnymi magami? Uniosła głowę chcąc wykrzyczeć, co o nim myśli, ale scena przed nią zmroziła ją do szpiku kości.

Roger pochylał się nad czarodziejem z obnażonym mieczem w dłoni. Jego ostrze spoczywało cal ponad klatką piersiową nieszczęśnika. Mag patrzył szeroko rozwartymi z przerażenia oczami na rycerza. Jego usta otwarły się jakby do prośby… i wtedy to poczuła.

Najpierw delikatny, ledwie wyczuwalny zapach krwi. Coś w aurze otoczenia zmieniło się. Dostrzegła ledwie dostrzegalny czerwony płomień, rubinowa mgiełka unosząca się centymetr nad posadzką skondensowała się wokół leżącego na wznak mężczyzny. Znała to i robiło jej się niedobrze na samą myśl.

– Nie chciałem tego – usłyszała zduszony szept maga.

– Nie zasługujesz, by żyć…

Potężny wybuch energii kinetycznej odepchnął Rogera w kąt komnaty, ale ekstemplariusz szybko wygramolił się spomiędzy połamanych szczątków stołu i ruszył do natarcia. Mag również był już na nogach.

– Beth? – usłyszała obok ciche syknięcie Sigrun. Magini skinęła krasnoludce i zaczęła rzucać zaklęcie. Pod stopami maga rozbłysnął glif unieruchamiający, paraliżując go w trakcie rzucania kolejnego czaru.

Howe stanął na drodze rozjuszonego Rogera.

– Uspokój się – warknął groźnie.

– Nie masz zielonego pojęcia… – Strażnik dał krok do przodu i ciężka tarcza Sigrun grzmotnęła go w głowę, posyłając nieprzytomnego na posadzkę.

– Co za bajzel – podsumował Oghren wyciągając zza pasa swoją flaszkę, upił duży łyk i podał Sigrun.

– Zawleczcie ich do lochów, nie chcę na nich patrzeć – warknął Nathaniel przeczesując dłonią włosy.

– Chcesz ich trzymać pod kluczem? – Sigrun była nieco zaniepokojona.

– Niech Erendis robi sobie z nimi co chce, jak tylko raczy się pojawić.

– Świetnie, wsadzić do lochów ekstemplariusza i maga krwi. Na gnijące pośladki pomiocich matek, cudowny sposób, żeby wysadzić cały zamek w powietrze – oznajmił beztrosko rudzielec.

– Nie powinieneś pakować ich razem do lochów…

– Ktoś cię pytał o zdanie, Beth?

Hawke spojrzała groźnie na Howe'a, ale nic się nie odezwała. Ostatnimi czasy ich małomówny, „tymczasowy" dowódca był kłębkiem nerwów, gotowy do wybuchu w każdym momencie. Bethany postanowiła, że gdy to nastąpi, postara się być jak najdalej od niego.

– Jo, jeszcze trochę i w lochu zabraknie miejsca – skwitował Oghren, spoglądając za odchodzącym Howe'm. Sigrun jedynie pokręciła głową, troska wyraźnie wymalowana na jej twarzy.

~o~

Erendis stanęła przed drzwiami pokoju, który niegdyś był gabinetem jej ojca. Wzięła głęboki oddech powtarzając sobie, że wcale nie obawia się konfrontacji z bratem. Powinna porozmawiać z nim już dawno, ale Plaga zmieniła ich życie nieodwołalnie, tak, że nawet ich więź nie była już taka jak dawniej. Po śmierci pomiociej matki, kiedy Amarant podnosił się ze zgliszczy, pomioty wreszcie przestały atakować, a po Architekcie nie było śladu, komendanta postanowiła zmierzyć się w końcu z tragedią jej rodziny. Ten pierwszy po dwóch latach pobyt w Wysokożu nie należał do przyjemnych. Jej dom był inny, ponury, wypełniony ciągle świeżymi wspomnieniami przeżytego horroru. Mimo że mieli tylko siebie, ona i Fergus nie byli w stanie zachowywać się tak, jak dawniej. Eredis dostrzegała cień na jego twarzy, ale sama pochłonięta przez poczucie klęski, żal i zwątpienie, nie była w stanie do niego dotrzeć.

W końcu oboje poradzili sobie z dojmującym poczuciem straty, każde na swój sposób. Nigdy o tym nie rozmawiali, szanując własne tajemnice. Fergus nie mógł więc wiedzieć, jak głęboką rysę na psychice siostry zostawiło nagłe zniknięcie mężczyzny, którego kochała. Jej brat wydawał się nieświadomy jej związku z Zevranem, może za sprawą tej durnej ballady, która krążyła po kraju. Tej opiewającej tragiczną miłość Szarych Strażników, rozdzielonych przez śmierć. Podziękowania należały się Lelianie.

Wzięła głęboki oddech i zapukała. Z zewnątrz doszedł ją pomruk zniecierpliwienia. Fergus był nie w humorze. Miała jedynie nadzieję, że będzie w stanie opanować gniew, jeśli jej brat zacznie całą tę gadkę o cnocie, honorze i obowiązku. Erendis nienawidziła podwójnych standardów spłeczeństwa, gdzie miłostki i romanse uchodziły na sucho mężczyznom. Ba, stawały się nawet powodem do dumy, tematem anegdot. Podczas gdy dla kobiety oznaczało to niesławę i hańbę.

– Muszę z tobą porozmawiać. – Fergus nie podniósł oczu znad księgi rachunkowej.

Zacisnęła usta w wąską linię, gotowa bronić swojej niezależności. To, co robiła i z kim, było tylko i wyłącznie jej sprawą

– Usiądź.

Jego protekcjonalny, mentorski ton głosu drażnił ją. Teyrn zamknął księgę i spojrzał na nią spod ściągniętych brwi. Erendis przewróciła oczami.

– O co chodzi?

Oboje wiedzieli, czego będzie dotyczyć ta niekoniecznie przyjemna wymiana zdań, a raczej kogo. Fergus chciałby wierzyć, że będzie potrafił ją przekonać, ale patrząc na upór malujący się w jej oczach wiedział, że to nie będzie łatwo.

– Chodzi o Zevrana?

– Powinnaś się cieszyć, że nie kazałem zawlec go do lochów. – Widok ciemnych ramion Antivańczyka opasających jego półnagą siostrę budził w nim sprzeczne uczucia. W przewadze był gniew i urażona duma rodowa, ale pod spodem zalegała słaba nuta zazdrości o bliskość, jaką ze sobą dzieliło tych dwoje.

– Nie tkniesz go – warknęła, pochylając się do przodu.

– Ostatnio, kiedy sprawdzałem, to ja byłem teyrnem, a ty arlessą.– Dostrzegł złośliwy błysk w oku siostry.

– Ostatnio, kiedy sprawdzałam, byłeś dobrze wychowany i nie pchałeś się do cudzej sypialni bez pozwolenia.

– Erendis, co ty sobie myślisz?! Masz obowiązki wobec rodziny. Jesteś najlepszą partią w kraju, omal nie zostałaś królową…

Dostrzegł grymas malujący się na jej ustach. Kobieta potarła dłonią skroń i powoli podeszła do biurka odsuwając dla siebie krzesło. Oboje milczeli przez moment przezwyciężając chęć skoczenia sobie do gardeł.

– Nic nie rozumiesz.

– To mi wytłumacz. Czemu zadajesz się z tym elfem, zamiast znaleźć sobie odpowiedniego męża? Wiem, że ojciec odrzucił kandydaturę Teagana dawno temu, ale wtedy był on mało znaczącym bannem, teraz jest następcą arla. Mogłabyś zatrząść tym krajem w posadach, mając takiego męża.

– Nie mogę i nie chcę tego robić – wymruczała. Na jej twarzy dostrzegł cień smutku. Widok, do którego przywykł, gdy siostra odwiedzała go w ich rodzinnym domu. Snuła się po cichych korytarzach z tym swoim wiecznie nieobecnym spojrzeniem. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale poznawał ten smutek, tę aurę rozpaczy i samotności otaczającą ją. Straciła kogoś bliskiego, straciła dużo więcej, niewinność, wiarę w to, że wszystko kończy się dobrze, przekonanie, że miłość zawsze zwycięża. Szanował jej milczenie, ale nie mógł dłużej na to pozwalać. Jej desperackie próba odzyskania utraconego poczucia bliskości rzuciły ją w ramiona tego parszywego Howe'a, a teraz jeszcze ten elf…

– Erendis – zaczął łagodnym głosem – wiem dokładnie, co czujesz, to nie jest łatwe…

Spojrzała na niego z wahaniem.

– Wiem, że śmierć twojego „przyjaciela" była dla ciebie ciosem, może pod pewnymi względami gorszym niż moja strata – uniósł dłoń, gdy widział, że chce mu przerwać. – Mieliście tak mało czasu… ale… ale to nie powód, by szukać pociechy w zwykłych cielesnych rozkoszach.

Erendis parsknęła, nie wiedział, czy była tak rozgniewana, czy może zmieszana.

– Alistair na pewno nie chciałby, byś wiecznie go opłakiwała, szukając płytkich związków, przyjemności bez uczucia…

– A nie przyszło ci do tego zakutego łba, że to nie jest tak – wybuchła nagle podnosząc się z krzesła. Fergus zamilkł nie rozumiejąc, czym tym razem ją tak rozzłościł. Obeszła krzesło odwracając się do niego bokiem

– Czemu wszyscy próbujecie mi wmówić, że to co czuję, to jakieś płytkie, przelotne… – obróciła się do niego. Dłonie oparła na oparciu krzesła spoglądając na brata, bez maski spokoju, którą przywdziewała na co dzień. Zapatrzył się w nią, nie do końca pojmując, co takiego jest wypisane w jej pociemniałych od smutku, a może gniewu, oczach.

– Dlaczego wydaje ci się, że znasz moje serce?

– Ja… – zawahał się. – Jesteś moją siostrą… znam cię od noworodka…

Popatrzyła na niego, miał wrażenie, że z politowaniem.

– Fergus – pochyliła się nad krzesłem patrząc na niego poważnie – dziewczyna, którą znałeś, umarła tutaj, wraz ze wszystkim, co znała i kochała.

Cousland przełknął czując, jak gardło mu zasycha.

– Z Alistairem… nie było tak, jak to wygląda… – zaczęła po dłuższej chwili milczenia.

...

Wzięła głęboki oddech słysząc drzwi zamykające się głośno za nim.

Prosiłem cię, ostrzegałem… – jego głos nabrzmiały gniewem.

Obróciła się do niego, by stawić czoła jego rozdrażnieniu. Wierzyła, mocno wierzyła, że potrafi pokazać mu w tym wszystkim sens.

Alistair… to było najlepsze rozwiązanie…

Najlepsze? Dla kogo?

Podeszła do niego kładąc mu dłonie na ramionach.

Dla Fereldenu, wierzę również, że dla nas. – Naprawdę w to wierzyła. Dlatego zgodziła się z propozycją Eamona, Alistair był ostatnim z rodu, był Theirinem.

Strażnik strząsnął jej dłonie kręcąc jednocześnie głową.

Będę beznadziejnym królem…

Pomogę ci – jej głos był łagodny, kojący. Chciała go uspokoić. Rozumiała, że musiał być przerażony. Nigdy nie chciał być kimś innym niż Szarym Strażnikiem, wychowany w przeświadczeniu, że jest nic niewartym bękartem, teraz nagle stał się kluczową postacią w walce o tron i przetrwanie narodu.

Popatrz na to realnie, jakie mamy inne wyjście? – zaczęła jeszcze raz, racjonalnie, jak zawsze, spokojnie i powoli tak, by wszystko do niego trafiło. – Jeśli ty nie obejmiesz tronu, Anora zostanie u władzy, a wraz z nią Loghain. Jak w takim wypadku pociągniesz go do odpowiedzialności za zdradę pod Ostagarem? Wielu już teraz buntuje się przeciw niemu. Jeśli zrezygnujesz, jeśli nie zdołamy zjednoczyć wszystkich pod twoim berłem, dojdzie do wojny domowej.

Strażnik zacisnął jedynie usta patrząc teraz gdzieś ponad nią.

Alistairze, mówiłeś, że chcesz chronić ludzi przed Plagą, że zrobisz wszystko, by wywiązać się z tego obowiązku. To jest twoja szansa, w obowiązku poświęcenie – przypomniała motto Strażników. Uśmiechnęła się do niego słabo.

Będę cały czas przy tobie…

Alistair odwrócił się od niej, podszedł do okna. Chwycił ciężką, bordową zasłonę, gniotąc ją w dłoni.

Nie, Erendis. Powiedziałem ci, że jeśli to zrobisz… jeśli mnie do tego zmusisz, nie będziemy mogli być razem...

Zmarszczyła brwi. Ten element ich rozmów często się powtarzał, za każdym razem irytując ją bez miary. Za każdym razem jej odpowiedź była taka sama.

Bzdura – stwierdziła podchodząc do niego i łapiąc go za ramię. Pociągnęła go do tyłu tak, by patrzył jej w twarz. Czyżby kochanek próbował manipulować jej uczuciami? Ale Alistair był na to zbyt uczciwy, zbyt naiwny… A może właśnie chciał, by tak go postrzegano? Erendis, jako córka potężnego rodu, wiedziała, czym jest szantaż uczuciowy, była często świadkiem takich zachowań i nie robiły one na niej wrażenia. Jeśli Alistair myślał, że w ten sposób odwiedzie ją od jedynego logicznego planu…

Zapatrzyła się w jego twarz, widząc w nim autentyczny smutek i strach.

Będę przy tobie, jestem córką teyrna, nic nas nie rozdzieli, nikt nam się nie sprzeciwi – zapewniła z czułością głaszcząc jego policzek. Jego ciepłe brązowe oczy spojrzały na nią podejrzliwie.

Więc o to chodzi? Chcesz być królową? – jego uśmiech był zaprawiony goryczą.

Ali? Nie, oczywiście że nie…

Więc nie każ mi być królem, jeśli… jeśli to zrobisz…

Przymknął oczy na moment zatopiony w dotyku ciepłej dłoni. Dał krok w tył, odsuwając się od niej.

Król potrzebuje następcy… – zaczął drżącym głosem.

Uśmiechnęła się do niego niewinnie.

Zapewniam cię, że…

Strażnicy miewają dzieci… bardzo rzadko. Dwójka Strażników… to niemal niemożliwe. Skaza… powoduje u nas… niepłodność…

Jej usta uformowały się w wielkie o, ale z krtani nie wydobył się glos. Dłoń Erendis bezwiednie powędrowała do jej płaskiego brzucha. To nie mogła być prawda… Spojrzała na niego pragnąc zobaczyć chociaż cień fałszu. Twarz Alistaira była jednak obrazem szczerości i smutku.

Jeśli kraj ma mieć następcę, muszę mieć żonę, ale ty nią nie będziesz, nie dasz mi dziecka.

Tym razem spomiędzy jej ust wydostał się nieartykułowany dźwięk. Erendis cofnęła się do tyłu szeroko rozwartymi oczami patrząc na kochanka. Jego słowa nagle zburzyły cały obraz idealnego świata, miejsca, gdzie stała u jego boku… gdzie ich dzieci bawiły się w szerokich salach pałacu, gdzie… Nie, nie mogła teraz o tym myśleć. Głęboki oddech, gniew jest lepszy niż poczucie straty, gdy wszystkie plany i marzenia walą się w gruzy.

Czemu… czemu na tyłek Andrasty nie powiedziałeś mi tego wcześniej?

Gdybyś nie upierała się, żebym został królem, to nie miałoby znaczenia…

Dla kogo, dla ciebie? – Uniosła głos dźgając go w pierś palcem. – Mówisz mi, że najprawdopodobniej nie mogę mieć dzieci i twierdzisz, że to nie ma znaczenia.

Dla mnie to nie miało znaczenia! – Teraz i on podniósł głos.

No pewnie, że nie miało, mogłeś sobie używać do woli!

Nie pamiętam, żeby ci to przeszkadzało!

Zacisnęła mocno oczy, starając się uspokoić oddech. Nie potrzebowali teraz kolejnej kłótni.

Teraz rozumiesz, czemu nie chcę korony? Chciałem być tylko Strażnikiem, zostać z tobą, nie potrzebuję tego całego bałaganu, zaszczytów, obowiązków – powiedział jej szorstko.

Erendis zakryła twarz dłońmi, nie chcąc w tej chwili na niego patrzeć. Gniew połączony z dojmującym poczuciem straty był ciężki do opanowania.

Ten bałagan potrzebuje ciebie – wycedziła przez zęby, odsuwając się w kąt komnaty. – Będziesz królem, inaczej cały Ferelden zostanie zniszczony. Nie mogę do tego dopuścić.

Nigdy mnie nie słuchasz, moje zdanie się nie liczy!?

Nie mam wyjścia!

Świetnie! – warknął. Wyprostował się, patrząc na nią z góry oczami ciskającymi gromy.

Z nami koniec! – oświadczył. – Przynajmniej w tej jednej sprawie mam coś do powiedzenia. Obrócił się na pięcie i opuścił pokój trzaskając drzwiami.

Czuła, jak serce w jej piersi dudni. Powoli stawiając trzęsące się nogi podeszła do ich wspólnego łóżka. Usiadła na pościeli, w której z rana uprawiali miłość. Zapatrzyła się na swoje dłonie. Wszystko, co przed chwilą zostało powiedziane w tym pokoju, wirowało w jej głowie nie dając wytchnienia. Co mogła zrobić? Czy mogła podjąć inną decyzję? Ulec mu, pozwolić Anorze władać krajem? Pozwolić krajowi pogrążyć się w wojnie domowej podczas Plagi? Cousland nigdy nie odżegnuje się od obowiązku, choćby najcięższego. Głęboki wdech, jeden i drugi.

Dzisiejszego dnia Ferelden zyskał Władcę, którego tak desperacko potrzebował. Ona straciła to, co dawało jej siłę, by dalej brnąć naprzód. Położyła dłoń na brzuchu, tępo patrząc w podłogę. Strata była podwójnie bolesna.

– To nie miało racji bytu – powiedziała Fergusowi, opierając się o parapet, jej oczy przebiegały przez szereg portretów jej przodków.

– Rozumiesz teraz, czemu nie chcę poślubić Teagana? Nie nadaję się do małżeństw, kto zechce pustą skorupę…

– Nie mów tak o sobie – głos Fergusa był spokojny, pocieszający.

Erendis uśmiechnęła się smutno.

– To Zevran wyrwał mnie z tego impasu, nauczył, co to jest niezachwiana pewność w drugą osobę. Dał mi powód, żeby walczyć… dał mi nadzieję…

Cousland wstał zza biurka podchodząc do siostry.

– Kochasz go – stwierdził.

Erendis zagryzła wargę i przytaknęła.

– Ale on cię zostawił, opuścił na trzy lata…

Dłonią potarła czoło, spoglądając teraz na brata. Ta rozmowa była ciężka, ale nagle odkryła, że Fergus wydawał się teraz dużo bliższy. Jakby na powrót go odnalazła.

– To było jedno kolosalne nieporozumienie – uśmiechnęła się słabo. – Nawet on myślał tak, jak ty o mnie i Alistairze.

– Wierzysz mu?

Wzruszyła ramionami.

– Kocham go.

Fergus wiedział, że na to nie ma argumentów.