Episode 25 - "The water" - "Woda"

Otrzasnal sie z wody, jak ryba, ktora wlasnie stwierdzila, ze ma dosc kapieli. To dziwne porownanie przyszlo mu do glowy razem z bolem, jaki rozlal mu sie po ciele. Lezal wlasnie na lozku - na tym samym, na ktorym sypiala jego corka - i otworzyl oczy, starajac sie rozeznac, co sie stalo. Czul, ze jest przemoczony, ale nie wiedzial, dlaczego.

Na skraju lozka przysiadla zmartwiona corka, obok, w pewnym oddaleniu, stala, wciaz niepewna, jego Camille. Jego zona.

- Tato, jak sie czujesz? - spytala z troska dziewczyna.

- Ja...Nie wiem...Chyba wszystko jest w porzadku. Ale czemu jestem mokry?

- Wrzeszczales, ze sie palisz, wiec oblalismy cie woda - odparla Camille. - Dopiero to pomoglo. Rzucales sie po calym pomieszczeniu, ledwo udalo mi sie przetransportowac cie na lozko.

- Uhm, dzieki - mruknal Future Castiel. - Naprawde nie wiem, co mnie napadlo. Bardzo was przepraszam za to cale zamieszanie, chyba jestem...wciaz pijany.

W ostatniej chwili przypomnialy mu sie slowa corki, kiedy spotkali sie dzis po raz pierwszy. Moze faktycznie wyjasnienie jest az tak proste?

- Przestan sie tym przejmowac. Wszystko bedzie dobrze - odparla mu corka.

Matka dodala chwile pozniej, jakby po glebszym zastanowieniu:

- Wezwalismy juz lekarza, zaraz tu bedzie.

- Lekarza, po co? - zdziwil sie. - Czuje sie dobrze.

- Popatrz na twoje rece - westchnela Camille. - Nie mam pojecia, co z nimi robiles, ale nie chce sie to goic za nic, probowalam juz wszystkiego, kiedy byles nieprzytomny.

Spojrzal na nie, spojrzal na dlonie i zadrzal. Na skorze mial wyrazne rany po oparzeniach...Bable, pecherze, jakby...jakby naprawde plonal. Byl pewien, ze wczesniej tego nie mial.

Kiedy ogien powoli obejmowal cialo, do glowy mlodszego z Winchesterow przyszla nagle bardzo dziwna mysl. Dlaczego najpierw znalezli krew, a potem dopiero zwloki? Przeciez umowy z demonami zawiera sie na skrzyzowaniu drog, co wiec sie tutaj naprawde stalo? Czy Future Cas wpierw zostal ranny, a potem dowlokl sie do drog i nie zdazyl zawrzec tej umowy? O tym swiadczylaby rana na piersi, ale kto to mogl zrobic, Croats? I dlaczego pozostawili tak niedbale porzucone zwloki, przeciez to nie bylo w ich stylu. A jesli uklad nie zostal zawarty, czy to znaczy, ze moga wracac do domu, czy raczej Burzyciel Snow moze polakomic sie i na dusze trupa?

Mial juz zamiar podzielic sie swoimi watpliwosciami z Roxanne, ale zauwazyl, ze jej twarz zrobila sie bielsza od kredy, a nogi przez moment odmowily jej posluszenstwa. Zalozyl wpierw, ze chodzi o strate, jaka poniosla, bo zrozumial juz, ze cos ja laczylo ze zmarlym, ale to nie bylo to. Rzucil okiem na cialo, ktore tonelo w morzu ognia i przez jeden krotki blysk sekundy zauwazyl to samo, co ona.

- Slad w ksztalcie trupa sepa...To niemozliwe... - wyszeptala.

- Ale co to oznacza? Od kiedy to demony rzezbia cos na cialach swoich ofiar?

- Ty nic nie rozumiesz! - prawie wrzasnela na niego, przerazona. - Nie mam pojecia, jak, ale odkad Camp stoi ponownie, wiele spraw jest tu inaczej, niz bylo wczesniej. Ja znam ten znak, wiem, co on oznacza, co prawda nigdy go jeszcze nie widzialam na kims, ale byl w ksiazce Deana Winchestera. To, co Cas ma na ciele, to dowod, ze demon go nie zabil, tylko odeslal gdzies jego energie. On zyje, Sam! Palimy zywego czlowieka!

Dziewczynka zafalowala. Nagle i niespodziewanie, ale mocno, jakby cos w jego mozgu na moment przestalo dzialac. Zamrugal kilkakrotnie, potem oczywiscie bylo wszystko w porzadku, jego corka wciaz stala tam, gdzie stala i byla normalnym dzieckiem, ale nieprzyjemne wrazenie pozostalo. Skarcil sam siebie za takie mysli, w koncu jak moze zle oceniac wlasne dziecko, z tego, co wiedzial, upiory...nie istnialy.

Upiory? A od kiedy to stateczny - chociaz ostatnio nieco poparzony i mokry - ojciec rodziny mysli o upiorach?

Wyciagnal obolale rece do corki i cicho poprosil:

- Hej, obejmij mnie, dobrze...? Czuje sie jakos...dziwnie po tym wszystkim. I przynies mi recznik, prosze, musze wysuszyc sobie wlosy.

Kiedy zostal na moment sam, przed jego oczami rozpostarl sie niesamowity widok - oto nie lezy juz na bezpiecznym lozku, a na czyms, co bardzo gniecie go w kazdy miesien jego ciala, doslownie pozwalajac czuc kazda kosc, kazdy element organizmu, a wszedzie wokol jedyne, co widzi, to ogien. Znow ten ogien, jakby zywiol przesladowal go na zawsze. Nim zdolal sie rozejrzec - bo tym razem nie czul plomieni na sobie, tylko je dostrzegal, jakby przenikaly przez niego - dobiegl go krzyk jakiejs kobiety, zupelnie, jakby wyrywano jej dusze.

"On zyje, Sam!" - poslyszal Future Castiel. Hm, czyzby chodzilo o niego? Ale przeciez to jasne, ze zyje...gdziekolwiek sie teraz znajduje. I nagle stalo sie cos jeszcze bardziej zdumiewajacego. Jego cielesna powloka - ta na marach, jak to okreslil - przestala plonac i mogl wreszcie zobaczyc ta osobe, ktora krzyczala. Teraz jednak milczala, stojac tam i po prostu patrzac, tak samo zszokowany byl mezczyzna obok niej, zapewne Sam. Future Castiel uslyszal jej kolejne slowa.

- Jak...jak to sie stalo? - wyjakala. - Stos sam sie zgasil...

Kropelki wody splynely cicho z drewna, ktore przed momentem jeszcze gorzalo ogniem, a wilgoc dalo sie wyraznie odczuc w powietrzu. Wyjatkowo mokre mial wlosy - co bylo o tyle zrozumiale, ze przed momentem prosil corke o recznik. Ale jak mogl znalezc sie...tutaj? I kim byli ci ludzie?

Kiedy zauwazyli, ze ma otwarte oczy, podbiegli do stosu, oboje nieco niepewni, byc moze bardziej, niz on sam. W spojrzeniu kobiety migotalo niedowierzanie.

- Ty...nie jestes martwy?

Probowal cos powiedziec, cos wyjasnic, o cos zapytac, bo najwyrazniej wiedzieli, o co chodzi, jakims cudem go znali, ale nie dal rady, wpatrywal sie tylko w twarz kobiety. W bardzo krotkim ulamku sekundy poczul, ze ja zna. Wiedzial nawet, jak ma na imie.

- Roxanne - szepnal.

- Tak, to ja - odparla drzacym glosem. - Ale...masz przeciez dziure w piersi...

Spojrzal na siebie. Istotnie, miala racje. Z ziejacym otworem w ciele wygladal nieco okropnie, ale skoro juz mogl mowic, nie mial zamiaru sie z nikim o to klocic. Sprobowal wstac, starajac sie ignorowac siegajacego odruchowo do broni Sama. Roxanne pokrecila glowa na znak, ze Winchester ma zaczekac. Syn Johna niechetnie spelnil jej prosbe.

Future Cas usiadl na stosie i spytal w miare spokojnie:

- Co sie stalo?

- Myslelismy, ze zawarles umowe z demonem i ze on cie zabil...- odrzekla wciaz roztrzesiona kobieta. - Znalezlismy...zwloki. Sam i ja...

- Demon? - Future Castiel zmarszczyl brwi. - Demony nie istnieja.

Tego bylo juz za wiele. Winchester scisnal bron zabrana z obozu i mial zamiar wycelowac prosto w to cos, co przybralo wyglad Castiela. Jednakze Roxanne szybko polozyla mu reke na ramieniu.

- Nie teraz, Sam. Prosze, nie teraz. Nie istnieja? - zwrocila sie z powrotem do bylego aniola. - A nasz Camp, nasz oboz? Jego tez...nie pamietasz?

- Nic a nic. - Castiel usmiechnal sie rozbrajajaco. - Przepraszam.

- Chodz - wyciagnela reke. - Wracajmy do domu, Dean powinien cie zobaczyc.

- Dean? Nie wiem, kim on jest i musisz mi wybaczyc, ale corka na mnie czeka.

Krew wciaz kapala mu z piersi.

- Oszalalas? - wtracil sie Sam. - Chcesz wrocic do obozu, tam, skad wlasnie ucieklismy? I na dodatek z tym...czyms?

- Uspokoj sie, Winchester. Mowilam, ze wiem, co robie - zastopowala go kobieta. - Stoi przed toba Castiel, prawdziwy, tylko nic nie pamieta. On do nas wroci, zobaczysz.

I w tym samym momencie zalalo ich jaskrawe swiatlo, tak silne, ze odwrocili oczy. Kiedy znow spojrzeli w kierunku stosu, zorientowali sie, ze nie oslepilo jedynie Future Castiela. Stal tam, wciaz usmiechniety, a z jego plecow zaczely wyrastac...skrzydla. Biale jak snieg, coraz wieksze i wieksze, jakby nigdy nie mialy przestac. Wystrzelily w niebo, otaczajac jego postac od tylu jak ochronny pancerz, z przodu wciaz blyszczala jasnosc, wydobywajaca sie najwyrazniej z rany...ktorej juz nie bylo. Cialo zasklepilo sie tak idealnie, ze nie pozostal zaden slad, zadna blizna. Przed nimi stal aniol, wysoki i potezny.

- Nie, Roxanne. Ja juz nie wroce, nigdy. Zostane ze swoja zona na wieki, ona mi jest pisana.

Nagle jego twarz wykrzywila sie w naglym bolu.

- A swiat zginie...- dokonczyl.