Witam, tym razem chwilę ponudzę, zanim przejdę do samego opowiadania :)
Po pierwsze, jeżeli czyta to ktoś to z grubsza ogarnia fanfiction kropka net to bardzo bym prosiła o kontakt na priv. Chodzi mi głównie o edycje dokumentów, stronę techniczną, ponieważ walczę z tym od dawien dawna. Naszło mnie przeglądając poprzednie rozdziały. Naprawdę, strasznie przepraszam za burdel jaki tam panuje, źle wstawione odstępy, w niektórych momentach w ogóle ich brak – no nie wygląda to za ciekawie. Obiecuje, że nad tym popracuje, tylko tak jak mówie – bardzo przydałaby mi się mała pomoc osoby ogarniętej :)
A po drugie – bardzo zależałoby mi na jakichś opiniach. Zastanawiam się czy nie przeginam tego opowiadania, w taką niebezpieczną stronę zagmatwania rodem z Mody na sukces na doczepke z dużą dawką marysueizmu, przeplatanego bezsensem. Bardzo często podczas pisania na chwile przestaje kłócąc się z samą sobą, czy to jest okej, czy może za nudne, a może znowu za bardzo przegięte? Nie chcę zabrzmieć jak dwunastolatka z ery mylog kropka pl żebrząca o komentarze, tylko po prostu bardzo, ale to bardzo przydałoby mi się jakieś obiektywne spojrzenie na całość. Może to być nawet totalna zjeba, nie obraże się :)
I trzecie – a może ktoś chciałby się załapać na bete ? Moja interpunkcja jest.. zła.
Serdecznie pozdrawiam, przepraszam za długi wstęp i oczywiście zapraszam do czytania ! ~Z.
CHAPTER 25
Relief
Minęły trzy tygodnie i wiosna zadomowiła się w Hogwarcie na dobre. Pierwszy tydzień kwietnia był co prawda nieco kapryśny – jednego dnia uczniowie wylegiwali się na błoniach w krótkich rękawkach, następnego osłaniali zmrożone nosy szalikami, z niedowierzaniem przyglądając się szronowi na trawie. Wszystko na szczęście wróciło do normy i większość studentów spędzała słoneczne wtorkowe popołudnie na zewnątrz.
Ginny niestety nie mogła pozwolić sobie na takie przyjemności. Od początku semestru konsekwentnie zawalała numerologie i obudziła się nagle z trzema nędznymi na karku. Profesor Vector był raczej luźnym gościem, dlatego właśnie pozwoliła sobie na zaległości. Dopiero pod koniec marca zdała sobie sprawę z tego, że zalega z pięcioma pracami i zupełnie nie rozumie materiału, który przerabiają. Nauczyciel wezwał ją do siebie, ale po jej gorliwych zapewnieniach, że wszystko nadrobi, spuścił z tonu i dał jej dwa tygodnie na poprawienie koszmarnych stopni.
Ginny w akcie przerażenia zrobiła pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy – pobiegła z prośbą o pomoc prosto do Hermiony. Starsza dziewczyna oczywiście zgodziła się udzielić jej korepetycji i okazała się bardzo wymagającą nauczycielką. Tak właśnie spędzały już trzecie popołudnie pod rząd w bibliotece, otoczone ogromem książek, matematycznych tabel i notatek.
- Ginny, skup się – szepnęła Granger podając jej podręcznik otwarty na odpowiednim dziale. - Myślałam, że to opanowałaś, ale znowu ci się myli! W ogóle się nie starasz.
- Pięć minut, okej? - mruknęła ruda, kładąc głowę na blacie. - Mózg mi paruje.
Już po pierwszej sesji naukowej Weasley zdała sobie sprawę z tego, że mogła poprosić o korki kogokolwiek innego. Kogoś kto nie suszyłby jej głowy po pięć godzin dziennie. Na przykład Blaise'a!
Chociaż... ostatnio trochę trudno było go zlokalizować. Zaszywał się gdzieś na całe dnie i prawie nie pojawiał na posiłkach. Theodore powiedział jej, że wcale nie spędza tego czasu w dormitorium – po prostu gdzieś znika. Wiedziała co robił. Już dawno zapowiedział jej, że postara się trochę wycofać, ze względu na aferę z Malfoyem. A ten ciągle nie spuszczał z tonu. Dobrze pamiętała jak napadł na nią, kiedy Zabini zgłosił się do Skrzydła ze swoimi „okulistyczną" przypadłością.
„CZY WAS JUŻ KOMPLETNIE POPIERDOLIŁO?! UMÓWILIŚMY SIĘ, ŻE NIKOMU TEGO NIE POWIEMY! WYLECIMY ZE SZKOŁY SZYBCIEJ NIŻ ZDĄRZYSZ POWIEDZIEĆ QUIDDITCH, NO DO KURWY NĘDZY, WEASLEY!"
Kiedy popatrzyła na niego bez wyrazu i spokojnie zasugerowała, żeby się nie wyżywał, w pierwszej chwili miała wrażenie, że ją uderzy. Był wściekły. Odwrócił się jednak na pięcie i odszedł korytarzem, kopiąc przy okazji bezpańskie krzesło tak mocno, że drewniane siedzenie złamało się w pół.
Mimo wszystko Malfoy zaszczepił w niej uczucie niepewności. Następną godzinę w oczekiwaniu na Zabiniego siedziała jak na szpilkach. Jeżeli Chase nie będzie w stanie pomóc Blaise'owi doniesie o wszystkim Snape'owi i dyrektorowi, a wtedy nie będzie już odwrotu. Snape obiecał im bilet w jedną stronę do Londynu i złamana różdżkę za przewinienie w stylu nadepnięcie na ogon pani Norris. Ciekawe co by im złamał gdyby dowiedział się całej prawdy o ostatnich miesiącach.
Kiedy była już bliska gryzienia ściany ze stresu (z paznokci już dawno nic nie zostało), drzwi do Skrzydła otworzyły się na oścież, a na korytarz wyszedł względnie zadowolony Zabini.
Mieli naprawdę cholerne szczęście. Okazało się, że Blaise ma typowe objawy dla Aurumoculi, więc Chase nie podejrzewał niczego i od razu zaaplikował chłopakowi lecznicze serum. Kiedy Ginny dopadła go na korytarzu, jego oczy były bardzo jasno niebieskie. Późnym wieczorem miały podobno barwę burzowego nieba, nad ranem przybrały odcień ciemnego granatu – żeby nareszcie po kilku dniach wrócić do standardowego czekoladowego koloru.
Szczęście idiotów.
- Pięć minut minęło – stwierdziła Hermiona tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Liczby ekspresji zewnętrznej czekają.
Ginny westchnęła, ale posłusznie podniosła głowę z parapetu i wróciła do żmudnej nauki.
Draco Malfoy stał przed rzekomym wejściem do gabinetu dyrektora, wpatrując się bez przekonania w kamienne gargulce. Serio? Naprawdę.. serio?
- Podasz hasło kochasiu, czy będziesz tak stał? - zaskrzeczała rzeźba, a blondyn prawie dostał zawału.
Kilka godzin wcześniej na korytarzu zaczepiła go prefekt Ravenclawu, podając niewielki rulonik pergaminu, przewiązany fioletową wstążką. Kiedy Draco pospiesznym ruchem rozwiązał małą szarfę, jego oczom ukazała się krótka wiadomość.
Panie Malfoy, zapraszam pana dzisiaj po kolacji do mojego gabinetu.
A. Dumbledore
PS. Słyszał Pan kiedyś o Pieprznych Diabełkach? Są naprawdę smaczne.
Po przeczytaniu liściku Draco utwierdził się w przekonaniu, że dyrektor jest niespełna rozumu.
Wizyta wizytą (chociaż i tak trochę się nią przejął), ale o co do cholery chodziło z tymi słodyczami? Pieprzne Diabełki? Owszem, spróbował ich kiedyś, ale od momentu kiedy zaczęło mu się dymić z uszu stwierdził, że zdecydowanie nie są to jego ulubione przekąski.
Z kompletnym mętlikiem w głowie wrócił do Salonu Wspólnego. Tak jak się spodziewał, zastał tam Sama – oczywiście razem z Helen. Siedzieli na dywanie przed kominkiem (zielone płomienie trzaskały tajemniczo) i grali w szachy.
- Hej, co tu robisz? - zapytał Yaxley, unosząc brwi. Rozkazał swojej wieży przesunąć się o trzy pola, prawdopodobnie polując na skoczka swojej dziewczyny. - Nie masz teraz zielarstwa?
- Odwołane. - odparł, uśmiechnął się ironicznie i siadając na niskim stoliku kawowym. - Romantyczna i ekscytująca randka jak widzę. A ten ruch był trochę ryzykowny, Sam.
- W rzeczy samej – wyszczerzyła się Helen, zbijając wieże przy pomocy hetmana. Yaxley zrobił oburzoną minę.
- No wiesz! A tak w ogóle to co się stało, Draco?
- Powiedz mi proszę, o co w tym kurwa chodzi – Malfoy przewrócił oczami i podał koledze list od dyrektora.
Chłopak szybko przeleciał oczami tekst i uśmiechnął się.
- Noo.. Zaprasza cię do siebie.
- To zauważyłem – blondyn popatrzył na kolegę jak na idiotę. - Pieprzne diabełki?
- Ach. Wiesz, kiedy jeszcze byłem prefektem – tutaj Yaxley pozwolił sobie na głębokie westchnięcie. Tym razem Helen wymownie popatrzyła w sufit. - Zdarzyło mi się dobrych kilka razy odwiedzić jego gabinet. I on zawsze jako hasła ma nazwy jakichś słodyczy. Więc, o ile nic się w tej kwestii nie zmieniło, pieprzne diabełki są po prostu hasłem.
Draco przez chwilę milczał, wpatrując się w przyjaciela z uniesioną brwią.
- To jest kurwa jakiś cyrk na kółkach, nie szkoła.
- Brawo, stary. Brawo. – odrzekł Sam, kiwając głową z udawanym podziwem.
- Chciał mnie pan widzieć, dyrektorze?
- Tak Draco, bardzo dziękuję za przybycie – uśmiechnął się Albus, wskazując mu miejsce naprzeciwko swojego, po drugiej stronie biurka.
Malfoy posłusznie usiadł, wspominając ostatni raz kiedy zajmował ten fotel. Ponad miesiąc temu – z obitą na miazgę twarzą i znienawidzonym Blaise'em na sąsiednim miejscu..
Szybko wyrzucił to zdarzenie ze swoich myśli i powrócił do teraźniejszości.
- Czy coś się stało, jeżeli mogę zapytać? - odezwał się, mając nadzieję, że brzmi spokojnie, a mocne zaciekawienie, a także pewną dozę irytacji spowodowanej niewiedzą udało mu się ukryć.
- Mam pewną informację, która może cię zainteresować – powiedział dyrektor, wstając i podchodząc do regału z książkami, sięgającego niemal sufitu. - Podczas moich ostatnich badań, które prowadziłem.. powiedzmy rekreacyjnie, natrafiłem na coś, co może być odpowiedzią na wiele pytań. Zupełnie o tym wcześniej nie pomyślałem, błąd starego człowieka, który – wybacz brak skromności – ma już tyle wiedzy, że niektórych rzeczy po prostu zapomina..
Draco wpatrywał się w Dumbledore'a milcząc. Szczerze mówiąc, nadal wiedział dokładnie tyle samo, co kilka godzin wcześniej, kiedy patrzył z głupią miną na otrzymany list, jednak wiedział, że przerywanie mowy dyrektora, nie jest dobrym pomysłem.
- O, jest – Dumbledore wyciągnął jedną z książek i szybko przewertował. Znajdując odpowiednią stronę podał tom Malfoy'owi.
Większość kartki wypełniał spory, misterny szkic bransolety. Była wykonana z ciemnego złota, a jej zapięcie zdobił piękny, błyszczący kamień w ciemno-niebieskim kolorze, którego Draco nie potrafił nawet nazwać. Wyglądała na ciężką, ale przede wszystkim na wiele wartą.
- Bransoleta zdobiona kamieniem lapis lazuli. Swojego czasu nosiła nazwę Aeternamo, która jest neologizmem złożonym z łacińskich słów wieczność oraz miłość. To bardzo potężny artefakt, który w pewnym stopniu więzi w sobie zaklęcie Imperiusa. Został wykonany przed wieloma wiekami, na polecenie francuskiego księcia Onfroi'a. Mag, który zajmował się wyrobem bransolety, zginął podczas końcowych alchemicznych obróbek. Onfroi jednak nie przejął się tym i podarował biżuterię swojej ukochanej, która nie odwzajemniała jego uczuć. Był w stanie ją kontrolować, wmówić jej, żeby się w nim zakochała, a potem kierować nią jak marionetką. Po pewnym czasie, stwierdził jednak, że nie jest to prawdziwa miłość i nie ma prawa robić tego księżniczce. Nakazał jej ściągnięcie bransolety, jednak ze względu na to, że nosiła ją już kilka miesięcy zmiany w jej psychice były nieodwracalne. Dziewczyna wkrótce zmarła, a książe nakazał zniszczenie śmiertelnego artefaktu. Niestety, okazało się że bransoleta zniknęła. Zapadła się pod ziemię i mimo przeszukiwania całego dworu nie została odnaleziona. Od razu została wpisana na listę zakazanych artefaktów, których posiadanie i używanie jest równoznaczne z pozbawieniem wolności i odsiadką w Azkabanie. Według niektórych zapisów, istniały doniesienia, jakoby co kilkadziesiąt lat, ktoś spotkał się z bransoletą. Wielu jednak uważało, że był to mit, bądź po prostu dobra podróbka. Tak więc mniej więcej od czternastego wieku, Aeternamo nie została odnaleziona.
Dracona zatkało już w połowie całej opowieści. Dyrektor wpatrywał się ze spokojem, w twarz chłopaka, wyrażającą bezgraniczną nadzieję. Tak wielką nadzieję, że aż bał się zaryzykować i upewnić czy ma rację.
- Czy wiesz o co mi chodzi Draco? - zachęcił go dyrektor.
- Czy.. - Malfoy powoli wypuścił powietrze z płuc. - Czy pan ma na myśli.. moje urodziny? Mój atak na siostrę? Że mogłem mieć na sobie tą bransoletę?
- W rzeczy samej – odpowiedział spokojnie Dumbledore, a potem machnął różdżką wyczarowując przed nimi dwie szklanki z wodą.
Draco łapczywie złapał jedną z nich i opróżnił prawie do dna.
- Nie ma na to dowodu – odparował szybko, a na jego twarz powrócił wyraz bolesnej bezradności. - Prawda? Nie ma na to żadnego dowodu, to tylko przypuszczenia. Tak jak można było sprawdzić moją różdżkę, mój organizm pod kątem wszelkich zaklęć, uroków czy eliksirów.. Nie możemy sprawdzić czy miałem na sobie tego wieczoru jakąś bransoletkę.
- Masz rację chłopcze. To tylko moje przemyślenia.
Draco ukrył twarz w dłoniach. Po raz kolejny doznał zawodu tak ciężkiego, że to uczucie zaczęło być prawie fizycznie bolesne. Miał wrażenie, że żołądek który nareszcie, na chwilę pozbył się uczucia kującego poczucia winy skurczył się teraz jeszcze bardziej. Poczuł kropelki zimnego potu na swoim czole.
Chyba zaraz zwymiotuję.
- Czy to się kiedyś skończy? - zapytał ze złością, nie mogąc się powstrzymać. - Czy kiedyś moja siostra będzie mogła nareszcie wyjść z tego szpitala dla świrów z przeświadczeniem, że nie próbowałem jej zabić? Czy ja kiedyś uwolnię się od poczucia winy? Czy kiedykolwiek przekonam się na jakimś jednym, małym, cholernym, wiarygodnym dowodzie, że ja tego naprawdę nie zrobiłem? Czy naprawdę proszę o tak wiele?!
Zastygł w pół słowa, zdając sobie wrażenie, że wybuchnął w stosunku do dyrektora, który jedynie przyglądał mu się ze stoickim spokojem. A i do tego wszystkiego użył jeszcze słowa „cholera". Bosko.
- Draco.. Nie jestem w stanie powiedzieć ci „miałeś na sobie tą bransoletę" bez mrugnięcia okiem. Chociaż bardzo bym chciał, naprawdę. Jeżeli jednak naprawdę usatysfakcjonuje cię chociaż mały „cholerny" dowód, to.. Przewróć stronę tej książce.
Blondyn bezmyślnie wykonał polecenie nauczyciela. Kolejna kartka zawierała szkic bransolety od środka, pokazując jej misterne zapięcie.
- Książę Onfroi nie był do końca usatysfakcjonowany tą bransoletą, właśnie ze względu na jej zatrzask. Jak widzisz, wystają tutaj dwa małe kolce po obu stronach, które przy nieostrożnym ściąganiu mogły rozciąć skórę dosyć głęboko.
Draco zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że prawie przewrócił fotel. Tak bardzo zakręciło mu się w głowie, że musiał podeprzeć się biurka.
- Draco, dobrze się czujesz? - teraz w głosie Dumbledore'a dało się wyczuć nutkę zaniepokojenia.
- Ja.. ja cały czas myślałem, że to były ślady po jej paznokciach – powiedział chłopak, starając się uspokoić. Szybkim ruchem podciągnął prawy rękaw i przybliżył przedramię do światła pochodzącego z lampy naftowej leżącej na biurku dyrektora. Mimo upływu czasu dało się zauważyć cztery bardzo blade, długie ślady przecinające kilkanaście centymetrów jego skóry.
- Myśli pan, że to naprawdę mogło być od tego artefaktu?
- Tak właśnie myślę. Nie sądzę, żeby paznokcie mogły wbić się aż tak głęboko, żeby pozostawić ślady na kilka miesięcy. To zapięcie jednak, zupełnie by temu odpowiadało – kolce są dosyć wydatne i mogły wczepić się głębiej. A jeżeli to wytłumaczenie, nie jest dla ciebie dostatecznie zadowalające.. Czy mógłbym zobaczyć twoją rękę?
Draco posłusznie wystawił przedramię w stronę dyrektora, który nachylił się nad nim, studiując badawczo skórę chłopaka.
- Jak widzisz.. dwie rany są blisko siebie, potem jest troszkę większa przestrzeń i znowu – dwie rany bliżej siebie. Są cztery, owszem, dokładnie tak jak draśnięcie paznokciami, jednak.. szczerze mówiąc wątpię, żeby twoja siostra w ferworze walki była w stanie ułożyć palce w sposób tak symetryczny.
Draco bez słowa opadł na fotel.
Dyrektor uśmiechnął się do niego łagodnie.
- W każdym razie.. Myślę, że lepszego wytłumaczenia nie znajdziemy – przynajmniej dopóki nie odkryjemy, kto mógł włożyć ci ten amulet na dłoń. Dlatego też wszystko przedstawiłem Chase'owi, który w tej chwili odwiedza Erin w Świętym Mungu. Ma jej wszystko opowiedzieć i o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem, twoja siostra wróci do szkoły przed końcem tygodnia.
Draco nie mógł w to uwierzyć. W ciągu pół godziny całe jego życie odwróciło się do góry nogami. Wychodziło na to, że nareszcie naprawdę miał wytłumaczenie! Pieprzona bransoletka! Że też wcześniej na coś takiego nie wpadli!
- Panie dyrektorze.. Ja naprawdę.. Nie wiem jak panu dziękować, po prostu.. nie umiem tego wyrazić słowami – Malfoy zaczął bełkotać. Był tak oszołomiony, że nie mógł nawet sklecić sensownego zdania. - W każdym razie.. dziękuję. Bardzo dziękuję.
Dyrektor kiwnął głową z lekkim uśmiechem, jednak wyglądało jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Malfoy przekrzywił głowę pytająco.
- Tak.. Draco.. Jest jeszcze jedna sprawa..
Ginny, Theodore, Helen i Sam siedzieli popijając kawę i paląc papierosy (Yaxley ograniczył się jedynie do kofeiny) w ich „nowej" palarni. Przenieśli się za starą, nieużywaną szklarnie ponieważ Filch zaczął niebezpiecznie często kręcić się w okolicach ich starego miejsca spotkań.
Padał deszcz, więc wszyscy tłoczyli się na murku pod niewielkim zadaszeniem.
Rozmawiali o głupotach, od czasu do czasu wybuchając śmiechem.
Nagle zauważyli idącego w ich stronę Blaise'a. Kiedy chłopak ich zauważył niezręcznie zatrzymał się kilka metrów dalej i podpalił papierosa, zakładając sobie na głowę szalik w celu chronienia przed deszczem.
- Coś ty zgłupiał Zabini? - huknęła Ginny, brzmiąc niepokojąco podobnie do własnej matki.
- Chodźże tu! - zawołał Nott, śmiejąc się głośno.
Blaise powolnym krokiem ruszył w ich stronę.
- Gdzieś ty był cały czas? - zapytała Helen, zwracając się do nowo-przybyłego. - Chyba cię z tydzień nie widziałam oprócz zajęć!
- A, tak jakoś – odpowiedział nieskładnie, wzruszając ramionami. - Odpoczywałem.
Ginny przewróciła oczami, ale poklepała chłopaka po ramieniu. Uśmiechnął się do niej lekko.
- Mam straszną ochotę na imprezę – zawył nagle Theodore, skupiając na sobie spojrzenia pozostałych.
- Oj, coś mi się widzi, że do wakacji to raczej niemożliwe – odrzekła Helen, podpalając kolejnego papierosa. Yaxley popatrzył na swoją dziewczynę z rozpaczą.
- Ferie wiosenne – Blaise wypuścił z ust chmurę szarego dymu.
Na chwile zapadła cisza.
- Boże, Zabini jesteś geniuszem! - zawołała blondynka, szczerząc się szeroko.
- Chciałbym wam przypomnieć że kilka tygodni później macie OWUTemy – stwierdził rzeczowo Yaxley przewracając oczami.
- Nudziarz – jęknął Theodore, popychając kolegę.
- Owszem, ale nie zaszkodzi oderwać się na dwa dni i trochę się zabawić – ciągnęła rezolutnie Helen. - Dać się ponieść przerwie wiosennej to jest to! Wyjedziemy sobie gdzieś na dwa dni, a potem wrócimy do szkoły żeby grzecznie kuć do egzaminów i tyle.
- Chciałbym jednak nieśmiało przypomnieć jak kończą się wszystkie nasze ostatnie imprezy. Ta w lochach na początku roku, urodziny Draco czy ten cholerny Sylwester – mruknął Zabini z rezygnacją.
- No i najwyższy czas to zmienić – nastawienia Helen nie ruszyłby nawet czołg. - Możemy sobie odbić za twoje urodziny Blaise! Matko, wypicie dwóch piw w waszym dormitorium i spinanie się przy tym jak trzecioklasista.. Nie tak wyobrażałam sobie ostatni rok w Hogwarcie.
- Ktoś idzie – przerwała Ginny, chowając papierosa za plecy.
Wszyscy jak na komendę odwrócili się w stronę błoń. Zbliżała się już dziewiąta, więc teoretycznie wszyscy studenci powinni znajdować się w zamku – zwłaszcza w taką pogodę.
- To uczeń – stwierdził beztrosko Theodore, wracając do leniwego palenia papierosa.
- To Malfoy – sprecyzował Yaxley, przyglądając się zbliżającej się w ich stronę, przemoczonej postaci.
Chłopak dobiegł do nich, przedstawiając sobą dziwny obrazek. Był przemoczony, woda skapywała z jego włosów, spływając po wyjątkowo zaczerwienionych (jak na jego bladą karnację) policzkach, a jego szare, zazwyczaj zimne oczy rozpalał trudny do opisania blask.
Obrzucił ich wszystkich krótkim spojrzeniem, dopóki jego wzrok nie zatrzymał się na Zabinim.
Blaise zamarł już w momencie kiedy Sam oznajmił, że to Draco zbliża się w ich stronę. Obecność przyjaciela, który patrzył prosto na niego, pierwszy raz od wielu tygodni, zmroziła go do tego stopnia, że nie mógł się ruszyć – mimo że z początku chciał po prostu odejść.
Na moment zapanowała cisza, przerywana jedynie bębnieniem deszczu w niewielkie zadaszenie. Milczenie przerwał Draco.
- Blaise, ty skurwysynu.
I kiedy cała reszta już wstrzymała oddech, już miała rzucać się pomiędzy nich, żeby nie dopuścić do kolejnej walki, zdarzyło się coś zupełnie niespodziewanego.
Draco przysunął się krok bliżej i objął mocno przyjaciela.
- Dziękuje – powiedział cicho. - Tak bardzo ci dziękuję.
- Tak.. Draco.. Jest jeszcze jedna sprawa..
- To znaczy?
- To nie ja znalazłem informację na temat tego artefaktu. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale Aeternamo w ogóle nie przyszła mi do głowy. Miałem dzisiaj po południu odwiedziny pewnego interesanta, który przedstawił mi tę teorię od początku do końca. Musiał spędzić nad tym naprawdę dużo czasu, uwierz mi, w bibliotece nie jest tak łatwo trafić na zakazane artefakty..
- Ale.. Kto to był?
- Wiesz Draco, to musiał być prawdziwy przyjaciel.
