Po wczorajszym dniu spędzonym razem z Judy, znów obudziłem się. Tym razem czułem się wypoczęty. Pierwszy raz od dawien dawna wstaje bez żadnego problemu. Pierwszy raz wstaje bez bólów pleców i bez tego dławiącego uczucia bezsensowności i marności, które to na co dzień wgniatają mnie w łóżko. Poszedłem do kuchni i zjadłem to co miałem jeszcze w lodówce, a było jadalne. Zrobiłem sobie kawę i szybko ją wypiłem. Jeszcze gorąca kawa wlała się do mojego wnętrza, powodując, że cała gęsia skórka, jaką miałem po wstaniu, momentalnie znikła. Posiedziałem w miejscu przez chwilę. Kiedy moje ciało wróciło po nocy do normalnej temperatury, wstałem i popatrzyłem na zegar. Trochę chyba zbyt długo się zasiedziałem. Jednak nadal miałem dużo czasu. Uznałem, że nie będę już zakładał munduru, tylko schowam go do torby. Tak po prostu, będzie szybko. Opuściłem moje mieszkanie i udałem się na przystanek autobusowy. Wręczyłem kierowcy zapłatę i zająłem miejsce z tyłu przy oknie. Przyglądałem się budynkom, uciekającym mi coraz szybciej z oczu, gdy autobus rozpędzał się. Poczułem się taki szczęśliwy. Nie wesoły. Szczęśliwy. Co prawda nadal po głowie krążyły mi myśli, czy ona mnie kocha. Jednak, nie przejmowałem się. Gdybym już na zawsze miałbym zostać zakochany to nie było by to takie złe. Ale myślę, że tak nie będzie. Emmm... Zbyt optymistycznie na to patrzę. Ale... Nie można być cały czas pesymistą. Zwłaszcza w przypadku miłości. Nie tej miłości, gdzie wszyscy się zdradzają lub ktoś stara się wejść na głowę drugiego. To nie jest miłość. To tylko pozory miłości. Ja mówię tu o tej prawdziwej miłości. Tej, w którą wielu już zwątpiło. I ja nawet kiedyś, trochę. A dlaczego w jej obliczu nie można być pesymistą? Dlatego, że ta prawdziwa miłość daje szczęście. Tak wielkie, że nie potrzeba mi już rozważać najgorszych możliwych scenariuszy. Wystarczy wejść w tą miłość i poczuć ją, ale nie tym co materialne. Po prostu wejść tam sobą. Tym prawdziwym sobą. Miłość to jedyne miejsce, gdzie optymizm ma rację bytu... Tylko, że... Trzeba być pewnym, że to jest miłość... Najczęściej niestety to tylko pozory.
Po kilku minutach, autobus się zatrzymał. Wysiadłem z niego zostawiając kierowcę z trzema innymi pasażerami. Pewnym siebie krokiem poszedłem w stronę komendy. Otwierając drzwi, zobaczyłem Pazuriana, stojącego na swoim stanowisku.
-Siema, stary!
-Cześć, Nick!
-Jak tam dzisiaj się pracuje?
-Dopiero zacząłem, ale dzięki, że pytasz.
-A Ju...
-Judy czeka na ciebie przed salą odpraw.
-Spoko. Dzięki! Trzymaj się!
Pierwszy raz mogłem się z nim przywitać i nie musieć udawać zadowolonego. Wydaje mi się, że on też odczuł różnicę. Nie ważne. Szedłem w stronę Judy, która siedziała na zbyt dużym dla niej krześle. Uśmiechnęła się, widząc mnie. Mimowolnie zrobiłem to samo. Gdy zbliżyłem się na odległość kilku metrów, ona wstała i wystrzeliła w moją stronę. Gdy przytuliła mnie, mocno się zachwiałem. Zostałem zmuszony do zrobienia kilku kroków w tył by nie upaść. Po odzyskaniu równowagi, zwolniła uścisk i odsunęła się. Potem nieco nieśmiałym głosem, powiedziała:
-Cześć, Nick! Mi-Miło Cię widzieć.
Podrapałem się nerwowo z tyłu głowy. Potem również lekko nieśmiałym głosem odpowiedziałem.
-Ciebie też miło. Judy.
Wtedy uśmiechnęliśmy się do siebie. Potem zamieniliśmy to na śmiech. Był krótki, ale na tyle donośny, że kilka osób odwróciło się w naszą stronę ze zdziwieniem na twarzy. Wtedy zamilkliśmy. Popatrzyliśmy się na siebie, a wtedy ja by przerwać ciszę, zapytałem:
-Długo tutaj czekasz? Pod salą.
-Trochę. Może kwadrans. Ciężko stwierdzić. Za kilka minut wszyscy mają tu być. Wiesz. Bogo będzie przemawiał.
Parsknąłem lekko i rozglądnąłem się, szukając wzrokiem innych. Po za kilkoma osobami nikogo nie znalazłem.
-W takim razie, gdzie są inni?
Na to pytanie otrzymałem szybką odpowiedź. Nie była to jednak odpowiedź od Judy, ale od tłumu, który gwałtownie wbiegł do komendy i całą masą ruszył w naszą stronę. Kroki policjantów powodowały niemal trzęsienie ziemi. Gwałtownie odsunęliśmy się im z drogi, bo nie zostać stratowanym. Za nimi powoli i dumnie szedł Bogo. Nic nie mówiąc, przeszedł koło wszystkich i otworzył drzwi sali odpraw by następnie wejść do środka. Wszyscy nadal staliśmy pod salą. Jakoś tak nikt z nas nie chciał się ruszyć z miejsca. Trwało to pół minuty. Potem Bogo gwałtownie otworzył drzwi.
-Co wy!? Wejść do środka nie umiecie!? Czekacie na rozkaz!? Włazić!
Wszyscy natychmiast weszli do pomieszczenia. Mimo tego, że każdy się przepychał, trwało to dość krótko. Tradycyjnie zajęliśmy swoje miejsca i czekaliśmy na to co szef ma nam do powiedzenia. Tym razem szef wyciągnął jakąś mała kartkę. Zwykle nie czyta nic z kartki. Po dość krótkim czasie od jej wyciągnięcia, szef rozpoczął "przemowę".
-Szanowni Państwo. Rada miasta z burmistrz Obłoczek na czele ogłasza komunikat. Terrorysta, który niedawno zastraszył całe nasze wspaniałe, wolne, kwitnące życiem, wielkie, piękne miasto, został schwytany wczorajszej nocy o godzinie 22:44 w jego mieszkaniu. Staramy się ustalić jego tożsamość. Ogłaszamy, że miasto nie jest już zagrożone, a jego mieszkańcy... bla...bla...bla... Dostałem to coś, by was poinformować o tym od Pani Obłoczek. Powinienem przeczytać to całe, ale mi się nie chce. Zostawiam wam kopie tego tekstu na moim biurku. A teraz słuchać mnie uważnie. Prawda jest taka, że od pewnego czasu terrorysta przestał dawać znaki życia. Od kilku dni nie ma żadnych zamachów i żadnych ataków. Jednak to nie znaczy, że to koniec problemu. Poza tym ta informacja to kłamstwo. Wcale nikt go nie złapał. I osobiście denerwuje mnie taka postawa rządu. Jednak będziemy mieli burdel, gdy ktoś się dowie, że ta informacja to kłamstwo. Naszym zadaniem jest teraz dopilnować by tak się nie stało i liczyć na to, że on nie wróci.
Wściekłość zaczęła we mnie narastać. Miałem ochotę krzyczeć. Jednak nie byłem zły na Bogo, tylko na to co wyrabia rząd, ponieważ to już przekroczyło wszelkie normy. Tylko dla tego, że to nie wina Bogo się uspokoiłem. Później jednak postanowiłem coś powiedzieć, ale inny z policjantów mnie wyręczył.
-Mamy kłamać!?
-Przykro mi, ale dla dobra...
-Dobrem byłoby gdybyśmy powiedzieli prawdę! Podali fakty!
Do dyskusji dołączyło kilku innych policjantów. A właściwie do przekrzykiwania siebie.
-Rząd chyba sobie jakieś żarty robi!
-Takie kłamstwa są nie prawe i nie moralne!
-Niech sami o swoje interesy dbają. Ja na pewno nie będę dla nich kłamać!
W końcu Bogo nie wytrzymał tego wszystkiego. Wstał i uderzając kilkukrotnie w stolik, krzyknął.
-Cisza!
Głos Bogo był tak głośny i tak przeraźliwy, że paradoksalnie nastała cisza. Przyszła jakby ją zawołano. Wszyscy znów zaczęli słuchać.
-Ja nie popieram tego działania. W życiu nie dałbym wam tego rozkazu. Jednak mimo, że jestem szefem są inni nade mną. Nie zrozumcie mnie źle... Widzicie sami jakie oburzenie to u was spowodowało. Ja też jestem wściekły na to wszystko. Tylko, że co będzie jeśli wszyscy się dowiedzą, że rząd kłamie? Jeśli każdy obywatel wyjdzie na ulice dojdzie do nieładu. Więcej na tym to miasto ucierpi. Z resztą. Jak zamaskowany wróci to i tak każdy się o tym dowie. Jednak może do tego czasu faktycznie uda się go schwytać. Nie moralnym jest dawać wam ten rozkaz. Dlatego proszę. Proszę pierwszy i ostatni raz. Proszę byście nikomu nie rozpowiadali jaka jest prawda. Jutro pojawią się dziennikarze. Będą zadawać pytania. Nie podawajcie zbyt wielu szczegółów. Po prostu przytakujcie. To... To na tyle teraz... Wróćcie do swoich codziennych zajęć.
Wszyscy szepcząc coś do siebie, wyszli z sali. Zostaliśmy tylko ja i Judy Szef siedział na swoim stanowisku i patrzył się w dół. Potem gdy zobaczył, że zostaliśmy w środku, starał się ukryć swój smutek, który wyraźnie był. Jego twarz znowu zrobiła się kamienna. Podobnie jak jego spojrzenie.
-Bajer! Hopps! Co wy tutaj jeszcze robicie?
Judy podeszła do bawoła.
-Szefie. No, bo... My nie wiemy jakie mamy mieć zadanie.
-Jak to? To co zwykle.
-Tak tylko. Ostatnio były z tym problemy. Wie szef. Wtedy kiedy nie mogliśmy się ujawniać, że działamy i tak dalej. Potem przez pewien czas nie dostawaliśmy żadnych rozkazów, więc teraz nie wiemy.
-A tak, racja.
Szef wstał i spojrzał na mapę miasta za nim.
-Wiecie co? Mało jest patroli w północno-wschodnim centrum miasta. Jedźcie tam.
-Dobrze, dziękuje szefie.
-Proszę.
Gdy wychodziliśmy, miałem ochotę jeszcze chwycić szefa za słowo, ponieważ miał nigdy więcej nie prosić. Na szczęście powstrzymałem swój wredny charakter i po prostu opuściłem salę. Patrol przebiegał bez żadnych problemów. Nie działo się również zbyt wiele ciekawych rzeczy. Jedynie staruszka, która przechodziła po skosie przez jezdnie i prawie została potrącona, dwie osoby, które nie zatrzymały się na czerwonym świetle i wezwanie do mieszkania kobiety, która miała urojenia i myślała, że ktoś jest w jej kuchni. Chociaż to na końcu było nawet ciekawe. Całe szczęście, że jej syn odwiózł ją do szpitala bez żadnych przeszkód. Po tym kolejnym nudnym dniu pracy, postanowiliśmy jeszcze chwilę dłużej patrolować w nadziei, że coś się jeszcze wydarzy. Nie stało się tak, więc postanowiliśmy wrócić, ale utknęliśmy w korku. Nie zbyt przyjemne uczucie. Być po pracy, a musieć jeszcze tam wrócić i nie móc, ale cóż... Koniec końców dotarliśmy z powrotem na komendę. To byłby naprawdę nudny i nawet stracony dzień, gdyby nie Judy. Cały czas myślałem tylko o niej. Pomogła mi przebrnąć przez ten głupi dzień.
-To co, Judy? Ty do swojej, a ja do swojej?
-Tak.
Rozeszliśmy się do swoich przebieralni. Usiadłem na ławce i zacząłem ściągać mundur. Zatrzymałem się i pomyślałem przez sekundę, czy się przebierać. W sumie to z reguły wracam w mundurze i przebieram się w domu. No, ale skoro już zacząłem go ściągać. W dodatku po coś ja tą torbę niosę. Torbę na strój. Aaah... Raz zrobię wyjątek. Przebrałem się w mój podstawowy uniform. Ta legendarna hawajska, zielona koszula i brązowe spodnie. A, no! I jeszcze krawat. No to teraz kompletny Nick Bajer opuszcza miejsce pracy. Judy szła obok mnie. Przed wyjściem, zatrzymaliśmy się.
-Dobrej nocy, Nick.
-Dobrej nocy, karotka. Widzimy się jutro.
Gdy opuściliśmy Komendę, poszliśmy w swoje strony. Przyglądałem się w między czasie światłu lamp ulicznych. Wpatrywałem się w ich ciepłe barwy. Nie było tam nikogo poza mną. Pustka zrobiła się jeszcze bardziej widoczna, gdy ulica zrobiła się szersza. Po obu stronach ulicy rosły niskie drzewa. W dzień były piękne, jednak w nocy wydawały się poszarzałe i wstrętne. Panowała bezwzględna cisza, która była przerywana jedynie przez powoli milknący nocny wiatr. W pewnej chwili poczułem coś dziwnego. Jakby coś było nie tak. Zacząłem się nerwowo rozglądać, ale nie widziałem za sobą nic, co mogło by być nie tak. Niby wszystko było normalne. Miałem już sobie odpuścić. Powiedzieć, że to nic takiego. Ale to uczucie nie chciało zniknąć. Odejść z mojej głowy. Opuścić moje ciało. Chciałem to zignorować, ale to miało kontrolę nade mną. Znów się rozglądałem. Robiłem to tak gwałtownie, że aż otarłem sobie szyje o kołnierzyk koszuli. Moje nogi zaczęły mnie mocniej ciągnąć do przodu. W końcu zacząłem biec. Uciekałem. Nie wiedziałem po co. Po prostu biegłem. Może przed kimś uciekałem? W końcu mój głupi umysł odzyskał z powrotem kontrolę nad ciałem. Czego się boje?! Jestem w środku dużego miasta, a nie na pustkowiu. Po tym, jak sobie to uświadomiłem, znów zagościł u mnie spokój. Moje serce i nogi zwolniły. Znowu beztrosko szedłem przez ulicę. Do puki nie poczułem uderzenia z tyłu głowy. Uderzenie było niesłychanie silne. Ból powoli spływał od mojej głowy do dolnych części ciała. Moje nogi zgięły się, mimowolnie. W ostatniej chwili uchroniłem się przed upadkiem, podpierając się rękami o beton. Przekręciłem się, by zobaczyć twarz napastnika. Wtedy zaserwowano mi drugi cios. Tym razem w twarz. Opadłem na plecy. Światło latarni powodowało, że nie widziałem twarzy mojego oprawcy, a jedynie ciemną sylwetkę. Gdy spostrzegłem, że postać szykuje się do zadania kolejnego ciosu, wyciągnąłem rękę i zablokowałem nią uderzenie. Czułem przeraźliwy ból w mojej ręce. Prawie tak, jak byłem przerażony. Podparłem się drugą ręką i usiłowałem wstać. Wtedy twarz napastnika zbliżyła się do mnie, ujawniając swoje oblicze. Był to baran o niezwykle szpetnej cerze. Jego oczy przemawiały do mnie całą jego wewnętrzną nienawiścią, a usta były jakby zaklęte w jednym wyrazie. Wyrazie, który jasno dawał znać, że nie czeka mnie nic dobrego. Baran był ubrany w szary mundur milicjanta. Wiedziałem już kim jest. To jeden z tych, których widziałem, gdy milicja zrobiła "nalot" na naszą komendę. Chciałem coś powiedzieć. Próbowałem krzyknąć, że jestem policjantem lub przynajmniej błagać go by mnie nie bił. Niestety jego złość szybko napędzała czyny. On znów swą twardą, gumową pałką, zamachnął się i próbował znów mnie uderzyć, lecz po raz kolejny zablokowałem uderzenie ręką. Ręką, która ile kroć bił to bolała jeszcze bardziej. Całe szczęście, że to lewa ręka. Gdy on widział, że jego uderzanie na ślepo nic nie daje, ścisnął mi dłoń i odsunął na bok. Wtedy kopnął mnie w klatkę piersiową, swoim twardym kopytem. Jęknąłem tylko głośno, gdy podniosłem się pod wpływem uderzenia i opadłem z powrotem na ziemie. Spojrzałem bez emocjonalnie na lampę uliczną po mojej lewej stronie. Nie widząc czemu, próbowałem za wszelką cenę się jej chwycić. Desperacjo się do niej czołgałem, gdy milicjant kopnął mnie w brzuch. Byłem niczym ćma lecąca w stronę światła. Tylko po to by się spalić. Gdy już miałem dotknąć lampy, drogę do niej odciął mi drugi milicjant. Tym razem był to jeleń. Dość niski jak na swój gatunek. W moich oczach światło latarni nikło, a zamiast tego, powiększał się cień. Cień wywołany jego masywnym kopytem, które gwałtownie zbliżało się do mojej twarzy. Znów upadłem na plecy, a wtedy oboje bili mnie pałkami po całym ciele. Za każdym zadawanym ciosem, wzdrygałem się. Wyglądało to jak taniec. Już nie miałem siły krzyczeć. Wtedy jeden z nich... Nie wiem, który... Przekręcił mnie na plecy i uderzył mnie trzy razy w miejsce, które jeszcze nie było umęczone. Powstawały w ten sposób kolejne sińce i rany. Jeszcze raz zdołałem przekręcić się i zasłonić plecy. Moje oczy zostały zalane łzami bólu i krwią, ściekającą z czoła. Widziałem jak on napręża mięśnie i znów mnie uderza w brzuch. Tylko jeden raz, ale tak mocno, że zacząłem kaszleć krwią. Na całe szczęście przypomniałem sobie, że mam w kieszeni swoją odznakę. Obolałymi palcami wyjąłem ją z kieszeni i bez słowa, wystawiłem ją przed siebie. Z początku on jej nie zauważył i zrobił zamach, ale jeleń z tyłu powstrzymał jego ramię.
- Przestań! Patrz! Kurwa! Policjant!
-Kurwa mać! Spierdalamy stąd!
Oboje powoli się cofnęli, a potem pobiegli. Jedyne co słyszałem to głośny tupot ich kopyt, które milkł, aż w końcu powróciła cisza. Byłem jakby w szoku. Nie do końca wiedziałem co się ze mną dzieje. Szybko jednak uświadomił mi to widok mojej krwi na chodniku. Otrząsnąłem się z tego stanu. Położyłem dłonie obok ciała i z wymalowanym krzykiem na twarzy, podparłem się i przeszedłem do pozycji siedzącej. Wtedy, ujrzałem w jakim jestem stanie. Po tym że widzę na czerwono, można wnioskować, że mam rozciętą skórę na głowie. Lewa ręka, jest w opłakanym stanie. Prawa jako tako, daje radę. Tułów boli, ale nie jest tak źle, gorzej z plecami. Nogi obolałe, ale jestem w stanie chodzić. Myślę, że chyba jestem w stanie dojść do domu. Chyba... Zaraz, a czy dom Judy nie jest bliżej? Przecież to ze 2 góra trzy ulice dalej. O ile dobrze pamiętam. Ale, nie chce jej obarczać, swoimi problemami... hmmm... Przecież to jest też poniekąd jej problem. Milicjanci są od Obłoczek, więc jej też mogli coś takiego zrobić. Mam nadzieje, że nic jej się nie stało. Poszedłbym do niej i sprawdziłbym czy wszystko z nią w porządku. Tak na wszelki wypadek. Zważywszy na to co mi zrobiono, myślę, że nawet nie mam wyjścia. Muszę do niej iść. Mijając budynki, liczyłem do ilu byłem w stanie. Byleby zająć się czymś innym niż bólem. Potem gdy zabłądziłem, gdzieś pomiędzy 222, a 444, przerzuciłem się na obserwowanie domów. Czerwony dom, zielony dom... i błękitny. Kuźwa... noga mi drętwieje. Nie mogę ustać. Upadłem... Leżałem na chodniku... Beznadziejnie... Nie mogę tu zostać.Jestem na środku ulicy. Dobrze, że to spokojna okolica jak chodzi o ruch uliczny. Kaszlnąłem trzykrotnie i z wielkim wysiłkiem wstałem. Znów jak zombie, podążałem przed siebie, tak chwiejnie jakbym nigdy w życiu nie chodził. Ktoś z okna patrzył się na mnie. Nie widziałem jego twarzy. Było zbyt ciemno. Ta osoba szybko jednak znikła. Pewnie uznał mnie za pijaka lub innego popaprańca. Nie myślałem o tym. Nie myślałem o niczym. Tylko o tym by dojść do celu. W pewnym momencie poczułem, że znów zabrakło mi sił. Gdy zacząłem przechylać się do przodu, lekko podskoczyłem by chwycić się najbliższej ulicznej lampy. Był to raczej słabe podryg niż skok, ale udało się. Objąłem lampę obiema rękami. Trzymałem ją mocno. Otarłem twarz z krwi i gdy już byłem gotowy, puściłem się. Włóczyłem się dalej. Jednak moja stopa natrafiła na niewielki kamień. Zacząłem walczyć z równowagą. Krzyknąłem głośno i znów upadłem. Moja głowa gruchnęła mocno o chodnik. Jednak po tym co stało się wcześniej, dodatkowy ból już nie robił na mnie wrażenia. Powoli podniosłem głowę i zobaczyłem, że jestem na siódmej ulicy. Jeszcze tylko jedna. Ostatnia. Ponownie wstałem z jeszcze większym trudem i poszedłem dalej. Jedyne co teraz czułem to ból. Stałem się przez chwilę emocjonalnie pusty. Trwało to do puki nie zobaczyłem bloku, w którym mieszka Judy. Trochę nierozważnie "popędziłem" w tym kierunku. Dzieliło mnie od jej domu jedynie jedno ciemne przejście. Jedynie jeden ciemny zakamarek. Byłem już bardzo blisko. Niestety po raz trzeci spotkałem się z ziemią, twarzą w twarz. Nie czułem już żadnej siły. Chciałem się poddać. Pewnie by tak się stało, gdyby nie to, że kilka metrów ode mnie jest Judy. Ona wołała mnie do siebie. Ciągnęła mnie jakąś niewidzialną siłą. Mówiła jasno. Wstań i idź! Wić upleciona z tych słów, mimo, że były tylko częścią mojej imaginacji, pokrzepiła mnie. Wystałem i wyprostowałem się. Każdy krok był okupiony cierpieniem, jednak cel przez, który prowadził ten ból, był słuszny. Dotarłem do drzwi. Wtedy wpisałem kod: 46137. Usłyszałem brzęczenie i napierając całym ciałem, otworzyłem drzwi. Wszedłem na ciemną klatkę schodową. Obolałą dłonią próbowałem namacać włącznik światła. Gdy wcisnąłem go, szaro-czarne kontury klatki schodowej zostały oblane kolorami. Klatka schodowa była lekko zaniedbana. Dwa grzejniki miały ponurą barwę od pyłu, który się na nich znajdował. Zgaduje, że wcześniej był to kolor biały. Ciemno żółte ściany były nieco odrapane, a czarna plastikowa poręcz w kilku miejscach popękana. Uniosłem wzrok i zobaczyłem coś co jest największym wrogiem wielu osób. Coś czego sam normalnie nie cierpię, a teraz pewnie zacznę nienawidzić. To coś to schody. Bardzo wysokie schody. Będąc w normalnym stanie, potrafią być męczące. Jednak teraz to będzie czysta udręka. No trudno. Jestem już niedaleko mieszkania Judy. Nie wolno mi się teraz poddawać. Objąłem poręcz obiema rękami i podciągnąłem się na niej. W ten sposób wykonałem pierwszy krok. Zatrzymałem się na chwilę i ponownie napiąłem mięśnie. I tak drugi i trzeci i czwarty. Potem piąty. A potem to nawet zrobiłem krok przez dwa schody na raz z czym bym miał problemy nawet bez bycia pobitym, ponieważ schody na prawdę były wysokie. W końcu dotarłem... na półpiętro. Byłem wycięczony. Całe moje ciało pracowało. Czułem ból w niemal każdym mięśniu. Najbardziej od wysiłku bolały łydki i ręce. To niesamowite jak zwykła czynność, którą się robi niemal codziennie... Jak bardzo może być trudna. No trudno. Tak bywa. Idę dalej! Po kolejnych kilku stopniach wielkiego wysiłku, kompletnie bezsilny, jestem na szczycie. Przede mną był duży i szeroki korytarz. Wiedziałem, które drzwi to drzwi do mieszkania Judy.
Knock, knock.
Knock, knock.
Pukałem dość głośno. Byłem nieco zdesperowany. Potem pomyślałem, żeby krzyknąć, ale ani nie miałem na to siły, ani nie chciałem budzić sąsiadów. Zamiast tego cicho jęknąłem.
- Judy, otwórz...
Po tych słowach usłyszałem małą zawieruchę w środku mieszkania, po czym drzwi został odblokowane, a następnie uchylone. Zobaczyłem za nimi leko zdezoriętowaną twarz Judy. Zdezoriętowenia przerodziło się w przerażenie, gdy ta zobaczyła moje rany i słabym świetle, którego źródłem była nocna lampka za nią.
- Nick? O mój Boże! Co ci... Wchodźże szybko!
Królica zamknęła za mną drzwi, a ja w tym czasie usiadłem na łóżku. Judy wyjęła z szafy z ubraniami podręczną apteczkę i podeszła do mnie. To niesamowite jak szybko zaczęła działać. Jakby robiła wszystko automatycznie. Wpierw wyjęła gazę i ucięła kawałek bandaża, aby potem zabandażować mi rozciętą skórę na głowie. Gdy to robiła, czułem się jakbym był głaskany, a nie opatrywany. Jej ręce były takie czułe i delikatne... Następnie spojrzała, z których miejsc wciąż leje się krew, po czym wyciągnęła rolkę bandaża i wycięła kilka fragmentów. Jeden okręciła wokoło mojego lewego ramienia. Gdy dotyka mojej lewej ręki, syknąłem z bólu. Wtedy oparła moją rękę o stolik i delikatnie owinęła ją grubą warstwą bandaża.
- Co cię jeszcze boli? - Zapytała miło niczym anioł, patrząc mi w oczy z troską.
- Już.. ch-chyba nic.
Skłamałem. Bolało mnie praktycznie wszystko, Judy zabandażowała tylko parę otwartych ran. Zrobiłem to po to by nie martwiła się zbytnio, ale też głównie dlatego by nie wyglądać jak mumia.
- Nick. Widzę, że nie.
Wskazała wtedy palcem na kilka otwartych ran.
-Aaah... Musiała byś mnie całego zabandażować. Nie trzeba.
-W porządku, ale dam Ci leki.
Pośpieszyła do kuchni i wróciła z pudełkiem tabletek. Wydłubała jedną z nich i dała mi do połknięcia. Przyniosła również kubek herbaty.
-Zażyj to.
-Dziękuję Judy.
Popiłem lekarstwo herbatą, która była dość pyszna. Może trochę zbyt słodka.
- Nie ma za co.
Usiadła obok mnie i zapytała:
- Nick, co się stało?
Powiedziała to z wyraźnym zaniepokojeniem, ale i też spokojem i troską. Spojrzałem jej na chwilę w oczy i powędrowałem nimi przed siebie lustrując jej biurko.
- Milicjańci.
Pomyślałem że ten jeden wyraz wystarczy, aby jej najwięcej wytłumaczyć.
- Ale co się stało?
Tym razem położyła swoją dłoń na moim ramieniu, wciąż patrząc na moją twarz.
- Napadli mnie i pobili.
Złożyłem ręce na piersi i spojrzałem na nią smutno.
- Już dobrze.
Przytuliła mnie. To było... takie miłe. Nie chciałem jej puszczać za nic w świecie. Była taka miękka i miła w dotyku. Jednak nic nie trwa wiecznie. Odsunęła się lekko, wciąż obejmując mnie i spojrzała mi w oczy. Moje myśli umilkły. Coś zaczęło mnie pchać do przodu w jej stronę. Nie wiem co. Jakaś siła. Jakby podświadome pragnienie. Pragnienie, którego nie mógł uciszyć nawet najbardziej zdrowy rozsądek. Ta sama siła zaczęła oddziaływać na nią. Tego nie dało się już powstrzymać. Ukróciłem już to powolne zbliżanie i przywarłem swoimi ustami do jej ust. Ten pocałunek złączył nas w jedno ciało. Był pomostem między naszymi sercami łaknącymi miłości. Moje ciało drżało. Jednak tym razem to było z czystego szczęścia. Czułem się jak ktoś mało istotny, kto zastaje wpuszczony do sanktuarium bohaterów i umieszczony obok nich. Był to dla mnie zaszczyt tak słodki, że nie sposób było go sobie odmówić. Jeszcze przez chwilę nasze wargi gilgotały się wzajemnie. W ten sposób graliśmy na swoich duszach jak na harfie, brzdąkając nawzajem zgodne nuty. Objąłem ją i zacząłem mocniej przytulać, głaskając jej plecy. Wiernie to skopiowała. Nasze ruchy stawały się coraz to namiętniejsze. W końcu jednak zabrakło nam powietrza i musieliśmy przerwać te rozkosze. Delikatnie odsunęliśmy od siebie nasze twarze. Nie zbyt daleko. Nadal trzymaliśmy je na odległość nie większą niż długość przeciętnego ołówka. Przez chwilę znów nas ciągnęło do siebie. Chcieliśmy powtórzyć ten czyn. Jednak mimo, że pokusa była ogromna, powstrzymaliśmy się. Zamiast tego wpatrywaliśmy się w siebie widząc w swoich oczach setki uczuć. W śród nich była oczywiście miłość, ale także szczęście, troska i chęć zatrzymania siebie na jak najdłużej w tej jednej krótkiej chwili, jednak wkradł się też tam niepokój, jak na razie skutecznie tłumiony. Emocje zaczęły opadać i nastała cisza. Po chwili postanowiłem coś powiedzieć, ale słowa nie za bardzo chciały się mi ułożyć na języku. W końcu coś wybełkotałem.
-Eeeemmm... Aaa... M-m-może... Ro-rozumiem, że masz dla mnie jakieś miejsce do spania. Nie to, że chce Ci się wtranżalać... W sensie... Wiesz...
-Tak... Nie możesz wrócić teraz do domu w tym stanie. Rozumiem to. Możesz spać u mnie... Mam tylko jedno łóżko...
Zawstydziłem się trochę i spuściłem wzrok w dół.
-Dobrze, ale... heh... To łóżko jest małe.
Judy odpowiedziała, tym razem bardziej swobodnie.
-Tak, ale myślę, że zmieścisz się. Ja nie zajmuje na nim dużo miejsca, gdy podkulę nogi. Sprawdzałem kiedyś czy lis mógłby się na nim zmieścić ze mną.
Po tych słowach Judy zorientowała się co powiedziała i zaczęła tego żałować. Zawstydziła się i zatkała usta obiema rękami, a jej uszy zaczerwieniły się. Nie chciałem by czuła się niekomfortowo, dlatego całość obróciłem w żart, wymyślając małe kłamstwo.
-Nic nie szkodzi. Ja też sprawdzałem, czy na moim łóżku zmieściłby się królik. Zmieściłby się. Nawet całe stado królików twoim wieku.
Po chwili dotarło do mnie co właśnie powiedziałem i wytrzeszczyłem oczy wraz ze zesztywnieniem moich uszu aż do ich szpica. Króliczka jednak zaśmiała się i przesunęła się na łóżku w stronę poduszki. Następnie podniosła kołdrę tyle ile mogła, gdyż nadal na niej siedziałem. Wsunęła się pod nią i wskazała dłonią obok siebie, sugerując bym położył się obok niej. Będąc lekko skrępowanym zbliżyłem się do niej. Przez chwilę zatrzymałem się w bezruchu nad jej ciałem, patrząc w jej usta. Miałem ochotę kolejny raz spróbować ich soczystego smaku, jednak ból powodował, że nie czułem się na siłach. Po prostu położyłem się na plecach obok niej.
Leżałem tak przez dwie godziny, nadal nie śpiąc. Zbyt bardzo myślałem o niej. W końcu nie mogłem się powstrzymać. Obróciłem się i upewniłem, że śpi. Była obrócona do mnie plecami. Wsadziłem powoli i ostrożnie rękę pod bok, na którym leżała, a drugą ręką objąłem jej drugi bok. Przybliżyłem się do niej, wtulając spód mojej szczęki w jej głowę. Po chwili jednak zaczęła się wiercić i powiedziała.:
-Nick, co ty robisz?
-Aaah, przepraszam już nic...
-Nie przestawaj. Zostańmy tak.
-No cóż... Jak sobie życzysz.
W ten sposób, wtuleni w siebie, spędziliśmy cała noc.
