– Daj mi spokój – mruknął, wracając do ostrzenia swojego miecza.

– Isabela miała rację, powinienem od razu iść z tym do Sebastiana – wyburczał krasnolud pod nosem. Elf rzucił mu twarde spojrzenie spod ściągniętych brwi. Miał dziwne przeczucie, że Varric go podpuszcza, ale myśl o tym, że to Sebastianowi może uda się w końcu wyciągnąć ją z jej pokoju...

– Wygrałeś – rzucił, podnosząc się z krzesła – ale idziesz ze mną – dodał kręcąc głową, gdy zobaczył lekki uśmiech na ustach pisarza.


– Varric, ile razy ci mówiłem, ona nie chce nikogo widzieć, nawet mnie nie wpuszcza do pokoju – dobiegł go poirytowany głos Carvera, gdy krasnolud po raz kolejny zapukał do jej drzwi.

– Zawinęła całą skrzynkę wina z piwnicy i się zabarykadowała…

Dwaj mężczyźni rozmawiali jeszcze przez chwilę, akurat tyle czasu wystarczyło Fenrisowi żeby prześliznąć się przez hol i niedostrzegalnie dostać się na tylni dziedziniec, stamtąd do ogrodu i po winorośli pnącej się po ścianie na balkon jej pokoju.

Delikatnie otworzył drzwi, przypominając sobie, że już raz kiedyś wślizgiwał się do jej sypialni w ten sposób, tylko że wtedy między nimi stanęła ta cholerna abominacja. Cóż, nie tym razem, pomyślał z uczuciem dziwnie przypominającym zadowolenie.

Wsunął się do środka bezszelestnie. Ogarnął okiem pokój. W środku było ciemno. Kominek był wygaszony. W mroku dostrzegał jej sylwetkę. Siedziała na łóżku, tyłem do niego, pochylona do przodu.

– Zamknij za sobą drzwi, na zewnątrz jest chłodno – usłyszał jej pozbawiony emocji głos. Usłuchał jej, stanął w cieniu zalegającym jej pokój, ostrożnie, by nie potknąć się o jedną z wielu butelek przewalających się po podłodze, niepewny co powinien zrobić, co powiedzieć. Okazało się to niepotrzebne. Hawke podniosła się z posłania i podeszła do okna lekko chwiejnym krokiem. Stojąc naprzeciwko niego, patrzała przez szyby na tonący w mroku ogród.

– Mówiłam, że nie chce nikogo widzieć.

– Wszyscy się o ciebie martwią. – Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Jej twarz, ledwie dostrzegalna w blasku wschodzącego księżyca, była nienaturalnie blada, odcinająca się ostro od jej ciemnych włosów wydawała się niemal świecić.

– Po co tu przyszedłeś? – zapytała cicho nie patrząc na niego.

– Chciałem pomóc… – zaczął bezradnie, ale jej gorzki śmiech uciszył go natychmiast. Coś w niej wydawało się obce, nieobecne.

– Nikt nie może mi pomóc – oświadczyła, po raz pierwszy patrząc mu w oczy. To, co w nich dostrzegł, wcale mu się nie podobało. Gdzieś wewnątrz została zamknięta jego żywiołowa, kipiąca emocjami Hawke, to, co stało przed nim, było jej cieniem.

– Nikt mi nie pomoże, tak jak ja nie pomogłam tym, którym byłam to winna.

A więc o to chodziło. Fenris domyślał się, że zjada ją poczucie winy. W bitwie magów z templariuszami zginęło tak wielu, mimo że chcieli ocalić Krąg, w Katowni pozostało zaledwie kilkoro czarodziei. Zamieszki, jakie wybuchły w mieście pochłonęły wiele ofiar, ale przecież to nie była jej wina.

– Nie bierz na siebie nie swoich win. – Uniósł dłoń pragnąc dotknąć jej policzka, ale cofnęła się nagle i jego dłoń opadła nie zaznawszy ciepła jej gładkiej skóry.

– Jestem za to odpowiedzialna.

Gniew zaczął nagle unosić się gorącą falą w jego duszy. Przeklęta abominacja, nawet po śmierci dręczyła jego Reiven. Nawet teraz zadaje jej ból.

– Za to odpowiedzialny jest ten żałosny mag – wysyczał elf.

Jej oczy rozwarły się szeroko, patrząc na niego najpierw z niedowierzaniem potem z gniewem.

– Nie mów tak o nim, on był… był…– zawahała się.

– …mordercą – dokończył za nią Fenris.

– Jak możesz – warknęła zbliżając się o krok.

– Mówię prawdę, ta przeklęta abominacja ma na sumieniu setki istnień…– Wiedział, że ją rozwścieczył, ale ogień pałający teraz w jej oczach był o niebo lepszy niż to nieobecne, martwe spojrzenie.

–…śmierć była dla niego zbył łatwym losem.

– Jesteś niewdzięczny… był naszym towarzyszem, przyjacielem…ile razy ratował nas od śmierci?

– A co to zmienia? Ilu ludzi zginęło z jego winy?

– Zamknij się… ty wstrętny… cholerny… ty… – wysyczała, próbując uderzyć go w twarz, zdążył jednak złapać jej dłoń nim osiągnęła swój cel, sięgnęła drugą dłonią, ale chwycił i ją również, odkręcając do tyłu, przyciągając ją do siebie blisko.

– Nie rozumiem, czemu go ciągle bronisz!

– To moja wina… cholera… – Zaczęła się szamotać, ale nie puszczał, aż wreszcie jej słowa przeszły w urywane jęki i pochlipywanie.

– …obiecałam mu, że nie pozwolę…. nie pozwolę… – Hawke przestała się szamotać, zupełnie się rozklejając.

Fenris puścił jej nadgarstki, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej i zmuszając, by się o niego oparła.

– Nie pozwolisz?

– Nie… nie pozwolę… mu… się zatracić – wyszeptała połykając łzy, twarz ukrywając w jego kaftanie.

– On był zgubiony, zanim go jeszcze poznałaś – wymruczał elf, dłonią głaskając jej plecy, nagle bardzo świadomy jej ciała, wtulonego w niego, idealnie pasującego do niego.

– Mogłam go uratować – dosłyszał jej cichy szept – gdybym tylko mogła go pokochać tak, jak na to zasługiwał… gdybym tylko mogła przestać… kochać ciebie…

Jego całe ciało zastygło w bezruchu. Jej słowa powoli odciskały piętno na jego świadomości. Nigdy wcześniej nie powiedziała tego tak dosłownie, nigdy wcześniej…

– Rei… – uniósł dłoń do jej brody zmuszając ją, by popatrzała na niego.

Jej oczy były srebrzysto–niebieskie, mokre i błyszczące. Wewnątrz nich malowała się bezbrzeżna udręka. Jedyne, czego pragnął, to zmazać ten ból, usunąć cierpienie, sprawić by radość i spokój na powrót zagościły w jej źrenicach.

– Ja też cię kocham Rei… – wyznanie zamarło na jego ustach, gdy stanęła na palcach zbliżając swe wargi do jego.

Potem nie było już żadnych słów, żadnych wyznań między nimi. Odgłos opadających na podłogę ubrań, śpiew ich dudniących serc, szum krwi, gdy puls przyśpiesza niebezpiecznie na sam skraj upojenia. Później były ciche westchnienia i głośne jęki i wszelkie odgłosy miłości aż po zatracenie zmysłów i erupcję doznań…


Obudziła się przed świtem, świadomość nocnych wydarzeń napełniała ją falami, na początku upajając szczęściem, potem w miarę jak opadały z niej resztki snu, przepełniając potwornym bólem i poczuciem winy. To było za dużo, za wiele. Wyplątała się z jego objęć, przez długi moment siedząc na skraju łóżka, patrząc na jego piękno, jego muskularne, szczupłe ciało spoczywające w pościeli. To było gorsze niż piekło.

Cały tydzień była taka roztrzęsiona, przygnębiona. Nie mogła znieść myśli o tym wszystkim. Wszyscy wkoło nazywali ją bohaterką. Pomagała jak umiała, ale gdyby nie jej ślepota, gdyby była bardziej uważna, skupiona, nie doszłoby do tragedii. Gdyby porozmawiała z Andersem, gdyby go przekonała… Tylu dobrych ludzi zginęło, Krąg praktycznie przestał istnieć, miasto popadło w chaos, Anders… zginął z jej ręki.

Prawda była taka, że nie chciała go karać, była na niego wściekła, ale nie chciała go skrzywdzić. Ale Carver… w tamtej chwili furii wzięła górę i… stało się.

Nie umiała sobie z tym poradzić. A teraz… teraz jeszcze to. Znowu dała się ponieść emocjom, znowu zrobiła coś czego przyjdzie jej gorzko żałować. Znów skrzywdziła osobę, którą darzyła uczuciem. I jak ma mu teraz powiedzieć…

Wstała ubierając się szybko. W głowie układając sobie monolog, ważąc każde słowo.

– Hawke? – Usłyszała za sobą jego zaspany głos, pełen ciepła i spokoju. Miała ochotę skulić się, zwinąć w kłębek i płakać. Mała, biedna, zagubiona dziewczynka. Mimo wszystko zacisnęła ręce i obróciła się do niego, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo pragnie pobiec do niego, wsunąć się w jego objęcia i zapomnieć o wszystkim.

– Co się dzieje? – Jego oczy szybko wróciły do swojego zwykłego skupionego wyrazu.

– Ja… to… – westchnęła ciężko. – To nie powinno się zdarzyć.

Wyraz jego twarzy. Stwórco, do końca życia zapamięta ten obraz niedowierzania pomieszanego z goryczą.

– Rei… myślałem że…

– To moja wina Fen, nie powinnam pozwolić ci sądzić… nie powinnam… – Tak ciężko było znaleźć słowa.

– Chcesz mi odpłacić? – Podniósł się z posłania. – Czy to jest moja kara za to, że kiedyś odszedłem?

Potarła dłonią czoło, desperacko próbując powstrzymać drżenie rąk, unikając jego wzroku.

– To nie jest zemsta – zapewniła słabo. – Ja… powinnam ci powiedzieć…

Głęboki oddech, jeden i drugi. No, kotku, sama sobie nawarzyłaś piwa, teraz je wypij.

– Powinnam ci powiedzieć… że obiecałam…

Przerwało jej głośne tupanie na schodach, kroki na korytarzu niewątpliwie należące do jej brata, potem głośne walenie do drzwi.

– Hawke?!

Z uczuciem ulgi odwróciła się od Fenrisa, dziękując, że chociaż na minutę odwleczono nieuniknione.

– Reiven! – Głos młodszego Hawke'a dźwięczał irytacją. – Podnoś tyłek i choć na dół, przylazł seneszal z całą armią nadętych bufonów! Nie mam zamiaru z nimi rozmawiać.

– Nie teraz… nie jestem w nastroju – odkrzyknęła, przeczesując z frustracją włosy.

– Nic mnie to nie obchodzi, jak nie zejdziesz, przyprowadzę ci ich pod drzwi.

Złapała się za głowę, kręcąc nią z niedowierzaniem. Fenris siedział na skraju łóżka, ubierając się powoli.

– Muszę… – mruknęła nie patrząc na niego. – Zejdę do nich, dokończymy rozmowę… za chwilę.

I nim zdążył zaprotestować, wypadła na korytarz, zostawiając zupełnie zdezorientowanego, półnagiego elfa w sypialni.

Zakładając napierśnik słyszał dochodzący z dołu gwar rozmów, nie na tyle wyraźnie jednak, by rozróżnić słowa. Gdy po chwili wszystko umilkło i doszedł go dźwięk zamykanych drzwi frontowych postanowił znaleźć Hawke i zmusić ją, by w końcu powiedziała to, co nie pozwalało jej zaznać spokoju.

Nie znalazł jej. Schodząc po stopniach na parter przywitała go cisza. Dopiero po chwili z biblioteki wychynął Carver. Jego oczy szybko zlustrowały elfa.

– Carver… ja…

Strażnik uniósł rękę uciszając elfa.

– Nie wiem, skąd się tam wziąłeś i mnie to nie interesuje – wymruczał.

– Gdzie jest Hawke? – Fenris rozejrzał się po holu.

– Wyszła.

– Jak to wyszła?

Carver jedynie wzruszył ramionami patrząc, jak wyraz niepewności na twarzy Fenrisa zmienia się w nieskrywany gniew.

– Poszła do twierdzy, seneszal nalegał – oświadczył chłopak, wyciągając zza siebie butelkę wina i podając nadąsanemu elfowi.

– Poczekam tu, jeśli pozwolisz – wymruczał wojownik, przykładając butelkę do ust.

– To może trochę potrwać – brzmiała odpowiedź.

– Nie szkodzi. – Elf usadowił się na fotelu przed kominkiem i wyciągnął przed siebie nogi, krzyżując je w kostkach.

– Czekałem na nią bardzo długo, godzina czy dwie, nie zrobią różnicy… – mruknął patrząc w płomień paleniska.


No, to by było na tyle. Wszystkich oburzonych, że się to właściwie tak „nie wiadomo jak" kończy, pragnę zapewnić, że to nie koniec. Zamierzała napisać trochę dłuższy epilog ale nie potrafię się streszczać, więc możecie oczekiwać kontynuacji pogmatwanych przygód sercowych Reiven Hawek.

W między czasie spodziewajcie się innego opowiadania (szczególnie polecam wszystkim miłośnikom wytatuowanych, seksownych antivańskich skrytobójców)

Serdeczne podziękowania dla Przypadkiem i Tassarinian, które niestrudzenie poprawiały moje gryzmoły. Chciałabym też podziękować wszystkim stałym czytelnikom ( wasze wiadomości zwrotne to niesamowita motywacja do dalszej pracy).