Powrót

Szare, przygnębiające kształty w dole były przysłonięte przez zalegającą, gęstą mgłę. Z tak daleka wydawało się, że miasto było pogrążone w całkowitej ciszy. Nawet szmer ptasich skrzydeł nie zmącił tego przyprawiającego o dreszcze spokoju. W powietrzu nie unosił się żaden zapach, nic co świadczyłoby o potwornościach dziejących się za murami. Zupełnie jakby ktoś zatrzymał czas na jedno uderzenie serca, tuż przed ogromną katastrofą.

Imardin. Sonea zapamiętała go jak wielkie, tętniące życiem miasto. Z otaczających go z jednej strony wzgórz zawsze można było dostrzec jakiś ruch na ulicach. Teraz, jedynym co widziała, była przerażająca pustka. Strach wspiął się powoli po jej kręgosłupie, a jego zimne palce objęły jej kark. Przełknęła ślinę i spojrzała na stojącego obok niej Akkarina. Czuła ulgę na samą myśl, że był obok niej.

Patrzył przed siebie wzrokiem pełnym napięcia, a jego ciemne oczy przesuwały się powoli po wymarłych kształtach Imardinu. Po swojej prawej stronie zauważyła ruch i uśmiechnęła się pokrzepiająco do Rothena. Nie wyszło jej to zbyt dobrze, bo Alchemik pokręcił głową i ze smutkiem westchnął.

- Wygląda jak miasto duchów - powiedział niskim, zachrypniętym głosem.

Sonea kolejny raz zmusiła się, by spojrzeć w dół. Pogorzelisko, to było słowo, które nasuwało jej się jako pierwsze na myśl.

- Nie daj się zwieść Rothenie - mroczny ton Akkarina przeszył jej ciało. - W tym mieście więcej jest osób, które pragnęłyby twojej śmierci, niż we wszystkich Krainach Sprzymierzonych razem. Duchy byłyby wręcz miłym zaskoczeniem.

- Jest jeszcze gorzej, niż kiedy wyjechaliśmy - stwierdził Osen.

- Wolę nie myśleć jak jest tam w środku - rozległ się zduszony głos Wess, gdy zatrzymała się obok Osena.

Sonea spojrzała na nich przelotnie i zauważyła, jak mag dyskretnie chwycił jej drobną dłoń, by na chwilę zamknąć ją w uspokajającym uścisku. Wess spojrzała na niego z ufnością, która niemal złamała Sonei serce. Odwróciła szybko wzrok i odrzuciła od siebie przygnębiające myśli.

- Dotarliśmy na miejsce, co dalej?

Z początku nie poznała dziwnego chłodu w jego głosie, ale gdy spojrzała za siebie zobaczyła Dorriena. Uzdrowiciel miał podkrążone oczy i poszarzałą twarz. Jego za długie włosy w kolorze piasku opadały mu na czoło, więc potrząsnął głową, odgarniając je ze złością. Spojrzała w niegdyś błękitne oczy i zobaczyła w nich szarość stali i smutek. Gdyby nie to, że zdołała się w miarę wyspać poprzedniej nocy, ugięłyby się pod nią kolana.

- Musimy dostać się do środka - odpowiedział mu Akkarin.


Wpadli na pomysł, aby wykorzystać transport żywności, jednak bardzo szybko Cery dowiedział się, że poprzedniego dnia już otworzyli bramy dla kupców. Podobno wwieźli ogromny ładunek i Sonea zastanawiała się, po co Ichanim były aż tak ogromne zapasy.

Lorlen zaproponował dostać się do środka przez uszkodzone kraty odpływowe w korycie rzeki. Akkarin szybko odrzucił taką możliwość. Wiązałoby się to z przepłynięciem pod wodą, która niemal na pewno była już zatruta przez stojące w porcie statki. Ryzyko zarażenia się jakąś chorobą było zbyt duże, a ich było zdecydowanie za mało, by pozwolić sobie na osłabienie.

Ich ostatnią szansa była jednocześnie najgorszym rozwiązaniem. Musieli zwrócić się o pomoc do Złodziei. Cery natychmiast uruchomił swoje kontakty, lecz nie mogli mieć pewności, że podczas ich nieobecności jego pozycja nie uległa zachwianiu. Na szczęście ich było wielu, uzbrojonych w śmiercionośną magię, a Złodzieje liczyli się ze swoim życiem na równi z pieniędzmi.

Odpowiedź pojawiła się jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem. Koczowali pod miastem, godzinę drogi od miejskich murów, skąd mogli obserwować główną bramę. Posłaniec, który przybył był młodym mężczyzną, mniej więcej w wieku Sonei. Wręczył Cery'emu brązową kopertę i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Cery w pośpiechu rozerwał papier.

- Chcą czterdzieści sztuk złota - mruknął znad pogniecionego pergaminu.

Sonea syknęła ze złością.

- Od osoby.

- Co?! - wykrzyknął Lorlen, zrywając się z miejsca.

- Skąd weźmiemy tyle pieniędzy?! - dodał Osen, mocno marszcząc brwi.

- Nie mamy żadnych oszczędności - wtrąciła Wess, a jej zielone oczy błysnęły gniewnie.

- O pieniądze się nie martwcie - odezwał się Akkarin.

Wszystkie oczy skierowały się na jego opartą o drzewo sylwetkę. Stał z założonymi rękoma i obracał w palcach kawałek kory.

- Zajmę się tym. Ceryni - zwrócił się do Złodzieja. - Ile mamy czasu?

- Niewiele. Chcą nas przeprowadzić przed świtem, ale mamy spotkać się z nimi wcześniej.

Akkarin skinął głową i odepchnął się od drzewa.

- Przygotujcie się.

Jej żołądek wykręcił się na drugą stronę. To działo się zbyt szybko. Kiedy już znajdą się za murami, nie będzie czasu na zastanawianie się. Czas przeciekał jej przez palce, a ona nagle poczuła się zupełnie nieprzygotowana, na to, co mogło się wydarzyć. Jakby czując jej zdenerwowanie, Akkarin posłał jej przelotne spojrzenie. Przez chwilę w jego oczach widziała emocje, których nie potrafiła zrozumieć. Było w nich coś więcej niż chęć troski o jej bezpieczeństwo. Zrozumiała, że dla niego było to równie trudne, jak dla niej.

Z trudem odwróciła wzrok i ruszyła w stronę swoich rzeczy, które zostawiła pod drzewem. Przykucnęła i zaczęła wyciągać na trawę wszystko, co miała w swojej niewielkiej torbie. Mogli zabrać tylko to, co było im niezbędne. Upewniła się, że jej sztylet był bezpiecznie przymocowany za paskiem jej spodni i naciągnęła na siebie płaszcz. Raz jeszcze przesznurowała buty i wyjęła resztę zapasów jedzenia. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami i zjadła tyle ile tylko mogła w siebie wmusić. Zimną wodą popiła gulę, która utworzyła jej się w gardle i zapatrzyła się przed siebie.

W ich obozie panowała dziwna cisza. Wszyscy byli zajęci wyłącznie sobą i Sonea jedynie mogła domyślać się tego, co działo się w ich głowach. Bez wysiłku wyczuwała ich strach i wątpliwości. Odszukała wzrokiem Dorriena i ze ściśniętym sercem wstała. Ruszyła w jego stronę, z trudem stawiając każdy krok.

- Dorrien... - mruknęła, zatrzymując się za jego plecami.

Uzdrowiciel drgnął i szybko się odwrócił. Początkowe zaskoczenie w jego oczach zniknęło pod wpływem smutku.

- Soneo, nie teraz.

Zacisnęła usta, gdy okrutna myśl przeszyła jej serce. Później mogą nie mieć już okazji.

- Proszę, musimy porozmawiać, zanim-

- Ruszamy! - rozległ się głos Lorlena.

Dorrien, jakby tylko czekając na ten sygnał, naciągnął kaptur na głowę i wyminął ją szybkim krokiem.

- Zaczekaj - jęknęła i spróbowała chwycić go za rękaw, ale nie zdążyła.

- Nie powinnaś się teraz rozpraszać - powiedział chłodno, patrząc jej prosto w oczy.

Odszedł, a Sonea wbiła wzrok w ziemię, gdy poczuła wzbierające łzy. Zacisnęła pięści tak mocno, aż poczuła ból. Skupiła się na tym uczuciu, szukając w nim siły. Dorrien miał rację. Powinna skupić się na ich zadaniu. Odszukać i zabić Kariko. Tylko to się liczyło. Nic więcej.


Spotkali się ze Złodziejami w slumsach, skąd poprowadzili ich niemal pod samą bramę zachodnią. Sonea czuła wyłącznie same obawy. Wybranie głównej bramy, jako drogi przedostania się do pilnie strzeżonego miasta, wydawało jej się mało rozsądne. Miała nadzieję, że nie zostaną oszukani, a ciężar złota w otrzymanych przez nich sakiewkach, skutecznie zapewni im bezpieczeństwo.

Jak się okazało, Złodzieje wcale nie zamierzali przeprowadzić ich bramą. Poprowadzili ich wzdłuż muru i po kilkunastu minutach marszu, Sonea oceniła, że powinni zbliżać się już do dzielnicy Południowej. Wtedy pięciu ich przewodników, zatrzymało się. Dreszcz przeszył jej ciało, gdy zdała sobie sprawę, że stali niemal przyparci do ściany, w zacienionym zaułku, a nad ich głowami górował wysoki, na kilku rosłych ludzi, mur.

Jeden z mężczyzn ściągnął skórzaną rękawicę i włożył dwa palce do ust. Rozległ się krótki, donośny gwizd, na który po chwili otrzymali odpowiedź. Dobiegała ona z przeciwnej strony. Drugi ze Złodziei powtórzył dźwięk i zapanowała długa chwila ciszy. Sonea spojrzała w stronę Akkarina, lecz ten patrzył czujnym wzrokiem wyłącznie na twarze ich przewodników. Zauważyła, że jedną ręką sięgnął pod płaszcz. Doskonale wiedziała, czego tam szukał. Ona sama miała ochotę zacisnąć palce wokół rękojeści swojego sztyletu.

- Odsuńcie się od muru - syknął nagle najwyższy z nich.

Wtedy usłyszeli cichy świst i głuche uderzenie. Sonea spojrzała w górę, skąd spadło na nich kilka lin, o grubości jej nadgarstka. Uderzyły o ziemię ze stłumionym dźwiękiem.

- Pospieszcie się.

Po chwili wahania, Osen i Dorrien jako pierwsi podeszli do lin i pociągnęli za nie.

- Jaką mamy pewność, że po drugiej stronie nie czeka na nas niespodzianka? - zapytał Akkarin, wciąż obserwując Złodziei.

Jeden z nich podszedł do niego i zatrzymał się tuż przed jego twarzą. Akkarin nawet nie drgnął.

- Jeśli mi nie wierzysz, weź to - powiedział tamten i sięgnął do pasa.

W tym samym momencie, Sonea wyciągnęła nóż i nim ktokolwiek zdążył się zorientować, jej ostrze zatrzymało się milimetry od odsłoniętej szyi Złodzieja. Usłyszała kilka stłumionym oddechów. Pozostali mężczyźni natychmiast wyciągnęli broń, a za plecami poczuła drżenie tarcz.

- Szefie - warknął niski głos gdzieś po lewej stronie. Była zbyt skupiona na pulsującej żyle na szyi Złodzieja, by dokładnie zlokalizować właściciela głosu.

- Spokojnie - odpowiedział ten stojący przed Akkarinem i posłał Sonei pogardliwe spojrzenie. Zmrużyła oczy i mocniej zacisnęła palce wokół sztyletu. Czuła chłód w całym ciele, lecz ani myślała o opuszczaniu noża, kiedy tamten wciąż trzymał rękę poza jej wzrokiem.

- Soneo - ton Akkarina był spokojny, lecz wyczuła w nim nutkę zwątpienia.

- Chciałem tylko zapewnić was o naszej dobrej woli - powiedział Złodziej, posyłając im uśmiech tak nieszczery, że nie oszukałby nim nawet dziecka.

- Do rzeczy - mruknął Akkarin, a jego wzrok powędrował w dół, do pasa, za którym Złodziej miał zatknięty swój krótki miecz.

Mężczyzna skrzywił się i usłyszeli brzdęk monet. Wyciągnął sakiewkę ze złotem.

- Weź to i daj moim ludziom po drugiej stronie, skoro boisz się, że was oszukamy.

Akkarin wyciągnął rękę, a woreczek wylądował na niej miękko. Sonea odsunęła nóż dopiero, gdy Akkarin zacisnął palce. Wykonała krok w tył, gdy rozwścieczone spojrzenia wbiły się w nią niczym ostrza.

- Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług - powiedział ich przywódca i skłonił się niezgrabnie.

Odprowadziła ich wzrokiem i długo jeszcze patrzyła w mrok uliczki, w której zniknęli.

- Na co czekacie, wchodźcie! - polecił nagle Akkarin.

Osen, Dorrien, Wess i Gol podeszli do lin i po chwili zaczęli się wspinać. Obserwowała ich ruchy z głośno bijącym sercem. Droga była długa i niebezpieczna. Wejście na samą górę zajęło im kilkanaście długich minut. Soneo odliczała każdą z nich, wiedząc, że do wschodu słońca zostawało coraz mniej czasu. Kiedy dali im znak, że byli bezpieczni, Akkarin skinięciem głowy zachęcił ją by jako pierwsza podeszła do lin. On sam chwycił wiszącą tuż obok jej, a Rothen stanął po jej drugiej stronie. Lorlen, Nedim i Cery zajęli pozostałe i po chwili cała piątką rozpoczęła mozolną drogę w górę.

Po kilku minutach poczuła pierwsze napięcie mięśni. Rozejrzała się i zdała sobie sprawę, że Cery i Akkarin zdążyli wysunąć się naprzód i byli już niemal w połowie drogi. Lorlen i Nedim poruszali się równym tempem, pozostając w zasięgu jej wzroku, ale Rothen został w tyle.

- Wszystko w porządku? - zapytała tak cicho, jak tylko mogła.

Alchemik podniósł wzrok i Sonea zobaczyła pot na jego czole. Był z nich najstarszy i nieprzyzwyczajony do takiego wysiłku. Zerknęła w górę, kalkulując minuty, które im zostały. Nad sobą zobaczyła Dorriena, który pochylał się nad niskim murkiem. Jego spojrzenie z niepokojem omiotło jej twarz, a następnie zatrzymało się na sylwetce ojca.

- Daję radę - usłyszała zduszoną odpowiedź.

- Jeszcze tylko trochę, już prawie jesteśmy - powiedziała, łudząc się, że jej słowa mogły dodać mu sił.

Mozolnie przesuwali się w górę i z każdym podciągnięciem Sonea czuła nowe odciski na wnętrzu dłoni. Po chwili na swojej linie zobaczyła ślady krwi. Skrzywiła się i zmusiła nogi, by kolejny raz oparły się o nierówne kamienie i we współpracy z mięśniami rąk, dźwignęły ją w górę. Serce w jej piersi biło z coraz większym wysiłkiem i powoli brakowało jej powietrza. Wtedy jej stopa zatrzymała się na wystającym kamieniu, który ukruszył się pod jej ciężarem.

Ze zduszonym jękiem zrozumiała, że straciła cenne oparcie i runęła w dół. Rozpaczliwie chwytając sznur, zsunęła się po nim w dół, do krwi zdzierając sobie kolana i całe przedramiona o nierówną strukturę muru. Cudem udało jej się zatrzymać, zanim straciła całą skórę dłoni. Zacisnęła powieki, dławiąc w gardle zranione warknięcie. Łzy wypełniły jej oczy, gdy zalała ją fala bólu.

- Soneo! - rozległo się wołanie Akkarina, a wraz nim odezwało się też kilka innych głosów.

Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, bojąc się kolejnego zsunięcia się, gdy jej ramiona drżały. W końcu podciągnęła nogi, które piekły ją żywym ogniem i oparła na nich swój ciężar. Dopiero wtedy wypuściła z ust oddech.

- Nic mi nie jest!

Było to kłamstwo. Obraz przed jej oczami wirował niebezpiecznie, a na skroni czuła coś lepkiego i ciepłego. Krew... Musiała się skaleczyć, spadając. Miała ochotę zakląć głośno, ale i tak narobiła już wystarczająco dużo hałasu. Dysząc głośno rozjarzała się i po lewej stronie napotkała przerażony wzrok Rothena. Znalazła się teraz na tej samej wysokości co on. Na własne oczy mógł się przekonać o kłamstwie, które przed chwilą z siebie wyrzuciła.

- Nie dasz rady - syknął przez zaciśnięte zęby.

Nie odpowiedziała, patrząc na niego i błagając w myślach, by świat przestał kręcić się w kółko.

- Oboje damy radę - wydusiła z siebie i złapała linę wyżej. - Dalej!

Nie była pewna ile czasu zajęło im pokonanie ostatnich kilku metrów, ale gdy mogła już wyraźnie zobaczyć krawędź muru, jej wzrok przybrał bordowy odcień i zaczął się rozmywać. Dysząc ciężko w mur przed swoją twarzą, wyciągnęła dłoń i poczuła coś ciepłego.

Czyjeś ręce złapały jej zakrwawione dłonie i pociągnęły w górę. Pozwoliła, by te silne ramiona wciągnęły ją i po chwili wylądowała na płaskim, zimnym kamieniu. Jej pierś unosiła się i opadała nieregularnie. Chciała otworzyć oczy, ale krew już zupełnie zalała całe jej czoło i brwi.

- Soneo - znajomy, niski głos rozlał się po jej ciele i zrozumiała, że słyszała go w swojej głowie. - Zacznij się leczyć.

Posłuchała go, zmuszając energię, by przepłynęła przez jej ciało, łagodząc ból mięśni i zasklepiając rany na jej dłoniach, łokciach i kolanach. Nad skronią poczuła ciepły dotyk jego dłoni i po chwili ból w jej głowie zniknął. Coś szorstkiego otarło jej twarz z krwi i dopiero wtedy mogła otworzyć oczy.

Ujrzała przed sobą zmarszczone brwi Akkarina i jego oczy, które patrzyły na nią w zniecierpliwieniu. Gdy napotkał jej własne, mrugnął i część napięcia z jego twarzy zniknęła.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytał, tym razem na głos.

- Nie chciałam... - wysapała, siadając - was opóźniać.

- Głupia - mruknął, lecz w jego tonie rozpoznała nutkę czegoś innego niż złość. - Jeszcze chwila i byś spadła.

- Ale nie spadłam.

Akkarin pokręcił głową i wstał. Pomógł jej się podnieść w momencie, w którym Dorrien pomógł Rothenowi podciągnąć się na szczyt. Alchemik oddychał z trudem, a jego oblicze było silnie zaczerwienione, ale wyglądało na to, że to ona zniosła wspinaczkę najgorzej z nich wszystkich.

- Co dalej? - mruknął Lorlen, stając nad krawędzią.

- Teraz musimy zejść - odparł Akkarin.

Sonea jęknęła głośno, na co Cery, Osen i Wess zareagowali zduszonym parsknięciem.


Całe szczęście samo zejście z muru okazało się pestką w porównaniu z wdrapaniem się na niego. Mimo, że wciąż bolały ją dłonie i plecy, to bez większego trudu zsunęła się na dół. Reszta podobnie sprawnie znalazła się na pewnym gruncie, gdzie spotkali dwóch Złodziei. Akkarin bez słowa wręczył im sakiewkę z monetami, po czym tamci zniknęli w mroku jednej z ulic.

Oblała ją fala podekscytowania. Udało się. Weszli do miasta. Może nie do końca tak, jak sobie to zaplanowali, ale liczyło się to, że byli po drugiej stronie muru. W końcu mogli się skupić się na tym, po co tak naprawdę tutaj wrócili.

Cery poprowadził ich jak najwęższymi ulicami. Sonea cieszyła się z otaczającego ich mroku, który nie tylko dawał im schronienie, ale także odciągał jej myśli od tego, jak bardzo zniszczony był Imardin. Kierowali się w stronę Gildii i jak dotychczas na swojej drodze nie spotkali żywej duszy. W żadnym z okien nie dostrzegła nawet najsłabszego światła. Szerokim łukiem ominęli wewnętrzny krąg i bardzo szybko zobaczyli przed sobą bramę prowadzącą do Gildii.

Sonea zatrzymała się jak wryta, tłumiąc okrzyk. Tuż obok siebie usłyszała jednak przerażone westchnięcie Wess.

W łuku bramy, której drzwi spłonęły podczas walki, wisiały dwa ciała. Z dzielącego ich dystansu, Sonea mogła jedynie odróżnić zniszczone szaty magów i sznur oplatający ich blade szyje. Wiatr zawiał mocniej i wisielce zakołysały się, koszmarnie powoli. Do jej nozdrzy dotarł zapach gnijącego ciała.

Odwróciła się na pięcie, czując wzbierającą żółć. Zderzyła się z Rothenem, który pustym wzrokiem patrzył przed siebie. Instynktownie objęła go ramionami w pasie i ukryła twarz w jego płaszczu. W uszach słyszała wyłącznie dziki szum własnej krwi. To było to, co tak bardzo bała się tutaj zobaczyć. Alchemik otoczył ją ramionami i mocno przytulił.

- Zapłacą za to - powiedział nad jej uchem, głosem drżącym z emocji.

- Nie stójmy tu - ocknął się nagle Lorlen.

Sonea odsunęła się od Rothena, ale nie ośmieliła się spojrzeć kolejny raz w stronę bramy.

- Wykorzystamy przejście w murze - zwróciła się w stronę Dorriena.

Jego oczy błądziły jak opętane po wiszących ciałach. Gdy usłyszał jej głos, odwrócił wzrok i skinął głową, mocno zaciskając usta.

Krata wciąż była poluzowana i przejście na drugą stronę przebiegło bez problemów. Gdy tylko znaleźli się na terenie Gildii, Sonea poczuła strach. Wcześniej była to jedynie złość i przygnębienie, kiedy poruszali się po zniszczonych ulicach Imardinu. Jednak to miejsce... było przesiąknięte przerażeniem.

Znaleźli się w lesie otaczającym budynki Gildii, który dawał im pozorne schronienie. Akkarin zakazał używania magii, chyba, że okaże się to konieczne. Ryzyko, że Ichani wyczują ich obecność było zbyt duże. Poruszali się powoli, korzystając z ostatnich chwil zmroku. Sonea wypatrywała tego, co mogła dostrzec przez gęste drzewa. Przed oczami mignęła jej powalona fontanna, cała w gruzach. Dziedziniec usiany był potłuczonymi fragmentami ścian, trawa doszczętnie spalona, lecz ku jej uldze nigdzie nie widziała porzuconych ciał. Widocznie te dwa przy bramie miały być ostrzeżeniem dla intruzów.

Po kilkunastu minutach zatrzymali się w lesie, skąd widzieli północną ścianę Uniwersytetu.

- Za cicho tutaj, nie podoba mi się to - mruknęła w stronę Akkarina.

Posłał jej przelotne spojrzenie i skinął głową.

- Musimy jak najszybciej dostać się do środka.

Wiele okien była pozbawionych szyb. Podkradli się pod jedno z nich i przywarli do muru, nasłuchując jakichkolwiek głosów ze środka. Usłyszeli jednak, podobnie jak na całym terenie Gildii, martwą ciszę. W oknie wciąż było wiele ostrych kawałków. Sonea oderwała pasek materiału ze swojego płaszcza i owinęła go dokładnie wokół prawej dłoni. Najciszej, jak tylko była w stanie, usunęła resztki szkła.

- Wchodzimy po kolei. Wejdę pierwszy i dam wam znać, czy jest bezpiecznie - powiedział Akkarin, niskim półszeptem.

Podciągnął się w górę, a Sonea poczuła ukłucie lęku, jak za każdym razem, gdy traciła go z oczu. Resztki szkła zatrzeszczały pod jego butami. W końcu Akkarin zniknął w środku i kolejny raz zapanowała głucha cisza. Liczyła mijające sekundy z niecierpliwością, aż w końcu pojawiła się nad nimi jego głowa.

- Czysto. Wchodźcie, ale uważajcie na leżące szkło.

Zaczekała, aż wszyscy znajdą się w środku. Wciąż uważnie rozglądała się dookoła, wypatrując zagrożenia. Wiele wskazywało na to, że Gildia była całkowicie, lub przynajmniej w większym stopniu opuszczona. Poza dwoma trupami w bramie, nie napotkali się na nic, co świadczyłoby o ludzkiej obecności.

- Soneo - znajomy głos rozbrzmiał nad jej głową. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała na wyciągniętą w jej stronę dłoń Akkarina.

Pomógł jej się podciągnąć i gdy znalazła się bezpiecznie na parapecie, chwycił ją i postawił na ziemi, przenosząc nad resztą szkła.

Posłała mu spojrzenie spod uniesionych brwi, na co Akkarin wzruszył ramionami.

- Zapomniałam, że Wielki Mistrz jego tak dobrze wychowany - powiedziała, uśmiechając się prowokująco.

Akkarin otworzył usta, lecz nic nie powiedział. W jego oczach pojawił się błysk. Nagle pochylił się w jej stronę i pocałował ją delikatnie. Jego wargi były miękkie i ciepłe, lecz ona nie miała czasu nawet zamknąć oczu, by dać się ponieść tej chwilowej przyjemności. Odsunął się od niej z półuśmiechem na ustach, najwyraźniej zadowolony z wyraźnego zaskoczenia w jej oczach.

Za plecami usłyszała ciche chrząknięcie.

- Drzwi są zablokowane od drugiej strony. Powinniśmy poszukać innej drogi - powiedział Lorlen. Jego błękitne oczy przeskakiwały to na nią, to na Akkarina, jakby nie mógł się zdecydować, które z nich prezentowało ciekawszy widok.

- Musimy oczyścić teren, zanim ruszymy dalej - odparł Akkarin i Sonea natychmiast zrozumiała, co miał na myśli.

- Wygląda na to, że Gildia jest pusta. Poszukajmy tutaj po prostu schronienia, zanim zaatakujemy pałac - zaproponował Cery, krzyżując ramiona.

- Nie sądzę, żeby zostawili Gildię bez ochrony.

- Mogę spróbować wyśledzić żyjących po ich magicznej prezencji. Tak jak wtedy w górach - powiedziała Sonea.

Wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę. Poczuła nagle nieprzyjemną presję, jakby powiedziała coś niestosownego, więc opuściła wzrok.

- Możesz to zrobić? - zapytał Rothen z szeroko otwartymi oczami. - Myślałem, że już dawno przestali was tego uczyć.

- Mistrz Yikmo stosował niekonwencjonalne metody - odparła ze wzruszeniem ramion.

Na wspomnienie o swoim dawnym nauczycielu ogarnął ją smutek. Być może już dawno nie żył, a jeśli udało mu się przeżyć... Co mogło czekać maga w miejscu takim jak Imardin?

- Dobrze, Soneo. Działaj, liczymy na ciebie - powiedział Akkarin.

Zamknęła oczy i przywołała do siebie moc. Poczuła, jak żywa i ciepła opływa jej ciało. Ukształtowała ją i zmusiła, by pomogła jej skupić się na tym, czego szukała. Z początku mogła jedynie odróżnić jaskrawe prezencje otaczających ją ludzi, więc zepchnęła te wrażenie na drugi plan i zanurzyła się głębiej. Odpowiedziała jej cisza, mrok i... śmierć. Przed chwilę miała ochotę się poddać. W tym miejscu nie czekało na nich nic, poza pustką. Wtedy poczuła delikatne szarpnięcie, jakby w tyle głowy. Czuła je często, gdy ktoś w jej obecności stosował magię. Skupiła się na nowym odkryciu i podążyła za jego śladem, który stawał się coraz wyraźniejszy. Tak wyraźny, a jednak odległy. To czego szukała było bliżej, niż jej się wydawało... Jedna z klas na najwyższym piętrze. Czuła promieniujące z niej źródło energii.

- Ktoś jest w jednej z sal na samej górze - oznajmiła, wycofując się z mrocznego miejsca. - Nie jestem pewna, czy to to Ichani, czy ktoś z nas. Ani ilu ich może tam być. Po prostu poczułam użycie mocy.

Patrzyli na nią w zaskoczeniu. Zagryzła wargi i założyła włosy za ucho. Czuła się niekomfortowo, gdy tak obserwowali ją w milczeniu.

- Wydaje mi się, że powinniśmy dotrzeć tam bez przeszkód - dodała.

- Łał... - mruknął Dorrien, w końcu przerywając ciszę.

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, jednak Akkarin był szybszy.

- Dobra robota, Soneo.

Jego dłoń spoczęła na jej ramieniu i na chwilę zacisnęła się.


Uniwersytet był w ruinie. Gdy zaczęli przesuwać się w jego głąb, ich oczom ukazała się skala zniszczeń. Niegdyś imponujące schody prowadzące na samą górę, zostały zamienione w stertę gruzu. Podpierające sufit kolumny były pokruszone, zupełnie jakby spędziły wieki, powoli niszczejąc. Jednak obraz, który się przed nim roztaczał był efektem zaledwie jednego dnia walki z Ichanimi. Wystarczyło kilka godzin, by obrócić Gildię w ruinę.

Sonea czuła gorycz w ustach. Żal i złość chwytały ją za serce z każdym kolejnym zdewastowanym miejscem, które mijali.

Przesuwali się powoli, dokładnie sprawdzając pomieszczenia po obu stronach korytarza. Weszła do jednak z sal lekcyjnych, w których odbywały się zajęcia z historii Gildii. Ławki były nietknięte, a krzesła odsunięte, jakby w pośpiechu. Nowicjusze mieli szczęście, że w czasie ataku trwała właśnie przerwa wakacyjna. Sonea nie miała złudzeń, że Ichani nie oszczędziliby nawet najmłodszych.

Gdy znaleźli się u podnóża schodów prowadzących na najwyższe piętro, zatrzymali się, by opracować plan. Teraz, gdy byli tak blisko, Sonea znacznie lepiej mogła czuć magiczne prezencje, chociaż były wciąż słabe i niemożliwe do policzenia. Jednego była pewna. Nieopodal ktoś był i na pewno żył.

- Pamiętajcie, żeby ograniczyć używanie magi do minimum. Nie potrzebujemy zbędnego zamieszania - upomniał ich Akkarin. - Wchodzimy z podniesionymi tarczami. Pójdę przodem, tuż za mną Lorlen...

- Nie zgadzam się - zaprotestowała, marszcząc gniewnie brwi. - Nie będziemy narażać Lorlena, by szedł w pierwszej linii. Pójdę razem z tobą.

- To nie jest...

- I tak to zrobię - warknęła.

Akkarin zamilkł i wbił w nią ostrzegawcze spojrzenie. Nie pierwszy raz mu się sprzeciwiła, nie dając mu żadnego wyboru. Wiedziała, że mu się to nie podobało, ale też była świadoma tego, że Akkarin zdawał sobie sprawę z ich położenia. Jedynie ich dwójka posiadała wystarczające ilości energii, by walczyć.

- Ruszajmy, nie traćmy czasu - powiedziała stanowczo.

Stanęli na końcu korytarza i zamarli w bezruchu. Wytężyła słuch i zdawało jej się, że usłyszała odgłos szeptanej rozmowy. Zacisnęła palce wokół ramienia Akkarina i wysłała ku niemu swoje myśli. Czwarte drzwi po prawej. Skinął głową.

- Cery, Gol, zostajecie tutaj. Wkraczacie jedynie w ostateczności - szepnęła w ich stronę.

Ceryni posłał jej niezadowolone spojrzenie. Najchętniej rozkazałaby to samo całej reszcie, ale wątpiła, czy by jej posłuchali.

W tej samej chwili rozległ się odgłos tłuczonego szkła, a następnie krzyk. Sam dźwięk zmroził ją do szpiku kości i przez chwilę miała wrażenie, że straciła kontrolę nad swoim ciałem.

- Nie, proszę, nie...! - krzyknął nieznajomy głos, a następnie powiedział powtórzył to w języku, który nauczyła się rozpoznawać. - Proszę!

Sachakański. Usłyszała dźwięki szamotaniny i zrozumiała, że był to idealny moment, by zacząć działać.

Rzuciła się w stronę drzwi, czując tuż za sobą obecność Akkarina. Jej ciało skupiło się tylko na jednym. Zabić. W środku było dwóch Ichanich, teraz czuła to wyraźnie.

Okazało się, że drzwi były uchylone. Z walącym sercem, popchnęła je do środka, odsuwając na bok nagły strach. Pierwszym co zobaczyła była przerażona twarz mężczyzny, ubranego w coś, co kolorem przypominało zieleń szat Uzdrowicieli. Następnie jej wzrok utkwił w kucającym nad nim mężczyzną. Zanim zrozumiała, że powinna widzieć jeszcze jednego Ichaniego, było już za późno.

Nagły ból w lewym ramieniu poinformował ją, że została zraniona. Odwróciła się na pięcie, zbierając w sobie moc. Zaskoczony Ichani był zaledwie dwa kroki od niej. Wtedy do przez wąskie drzwi, do środka wpadł Dorrien. Podążył za jej wzrokiem i sięgając po swój sztylet, zaatakował Ichaniego. Mężczyzna otworzył usta, by ostrzec swojego towarzysza, ale w dwójkę byli szybsi. Dorrien powalił go na ziemię ciężarem swojego ciała, krzywiąc się, gdy tarcza sparzyła jego skórę. Sonea dopadła do niego i z precyzją wbiła ostrze w jego tętnicę szyjną. Sprawnie złapała jego moc, pociągnęła do siebie i wciąż patrząc w rozszerzone w strachu źrenice Ichaniego, delektowała się resztkami życia, które mu odbierała.

Usłyszała zduszony jęk za swoimi plecami. Obejrzała się i zobaczyła Akkarina, który chwytając drugiego z sachakan za kark, powalił go na ziemię. Mężczyzna rozszerzył usta w niemym krzyku, gdy Akkarin z kamienną twarzą przycisnął go do ziemi i poderżnął gardło.

Zanim reszta znalazła się w środku, było już po wszystkim.

Sonea odskoczyła od nieruchomego ciała pod sobą i wylądowała twardo na pośladkach. Dorrien pomógł jej wstać i gdy chwyciła jego dłoń, dostrzegła krew na jego koszuli. Otworzyła usta, lecz Uzdrowiciel szybko pokręcił głową.

- To nie moja krew.

Jego wzrok powędrował do jej ramienia i dopiero wtedy poczuła ból. To jej krew miał na sobie Dorrien. Musiała otrzeć się o niego, kiedy wspólnie zaatakowali Ichaniego. Szybko zaleczyła rozcięcie i skinęła mu głową, dając znak, że wszystko było w porządku.

W tym samym czasie reszta ich niewielkiej grupy zdążyła wtłoczyć się do środka sali.

Przez kilka szybkich uderzeń jej serca, nie wydarzyło się nic. Dopiero po chwili czas zdawał się powrócić do normy.

- Administratorze! - krzyknął ktoś, podnosząc się spod ściany.

W pomieszczeniu, poza nimi, było kilkanaście osób. Sona nie była w stanie określić, czy wszyscy z nich byli magami. Większość z nich była wyczerpana. Mieli na sobie strzępki ubrań, pobrudzonych, poszarpanych i wyblakłych. Dostrzegła kilka zielonych i fioletowych szat. Siedzieli pod oknami, skuleni w sobie, a z ich oczu ział strach. Dopiero kiedy jeden z mężczyzn wykrzyknął tytuł Lorlena, część z nich obudziła się jakby z transu. Zaczęli wstawać, ciągle obserwując ich z niedowierzaniem. Sonea przysunęła się do Akkarina, czując dziwny niepokój.

- Wess? - rozległ się zduszony jęk i nagle między dwoma mężczyznami przecisnęła się wysoka, chuda kobieta.

Miała jasnozielone oczy i żółte, lekko siwe włosy. Rysy jej twarzy wydały się Sonei znajome.

- Mamo... - wyszeptała Wess, omijając Osena, za którym się chowała.

- Moje dziecko! - zaczęła szlochać tamta i wyciągnęła do niej ramiona.

Wess podbiegła do niej, wpadła w jej objęcia i również zaczęła głośno płakać. Po chwili obie kobiety osunęły się na ziemię. Sonea patrzyła na nie z mieszanką radości i smutku. Starsza kobieta puściła swoją córkę i położyła obie dłonie na jej twarzy. Powiedziała coś do niej cicho, na co usta Wess wykrzywiły się w bolesnym grymasie, a z jej piersi uciekło zranione wycie.

Pozostali, którzy zdołali podnieść się o własnych siłach, otoczyli ich ciasnym kręgiem.

- Wielki Mistrzu? - zapytał ktoś i Akkarin spiął się, słysząc te słowa.

- Tytuły nie mają już żadnego znaczenia - odparł chłodno.

- Sarrin? - rozległo się za jej plecami zdziwione pytanie.

- Rothen... - odpowiedział stary mag.

Sonea nie poznałaby go, gdyby nie zwrócono się do niego po imieniu. Arcymistrz Alchemików był wychudzony. Jego twarz miała niezdrowy, szary odcień, a jego zwykle precyzyjnie przystrzyżona broda, była długa i postrzępiona.

Zaczęło jej się kręcić w głowie. Spodziewała się znaleźć żyjących magów, nawet, w głębi ducha, liczyła na to... Ale tego było już za wiele. Rozpierała ją radość, ale czuła także przerażenie. Naliczyła dwanaście osób. Żywych, ocalałych... którzy mogli im pomóc, jeśli...

- Skąd się tu wzięliście? - zapytał nagle Sarrin, wychodząc naprzeciw.

Zapanowała nagła cisza, w której dało się słyszeć jedynie szepty wymieniane między Wess, a jej matką.

- Wróciliśmy - powiedziała, prostując się.

Wszystkie oczy spojrzały na nią. Usłyszała pomruk, gdy część magów ją rozpoznała.

- Soneo... - odpowiedział Sarrin, bacznie obserwując jej twarz, po czym zmierzył ją wzrokiem. - Czy wiesz, jakiego zamieszania stałaś się przyczyną?

Nie spodziewała się takiego powitania. Zimny dreszcz oblał jej ciało i poczuła, jak ziemia usunęła jej się spod stóp. Jej wina, jej wina... To wszystko jej wina...

Nie, Sarrin nie mógł o tym wiedzieć. Nie wiedzieli... Nie znali prawdy, nie mogli...

Na ramieniu poczuła silną dłoń, która przywołała ją do rzeczywistości.

- Wydaje mi się, Sarrinie, że obecnie mamy większe problem, niż tamten - syknął Akkarin ostrzegawczo.

Z twarzy Alchemika zniknęło niezadowolenie i pojawiła się rezygnacja. Jego ramiona opadły w bezsilnym geście i nagle w jej oczach postarzał się o kolejne dziesięć lat.

- Sytuacja jest beznadziejna, Akkarinie - powiedział, łamiącym się głosem.

- Jesteśmy tu po to, żeby wam pomóc - odezwał się Dorrien, zajmując miejsce po jej lewej stronie.

Sarrin spojrzał na niego smutno i pokręcił głowę.

- Nie wiem, po co wracaliście. Tutaj czeka na was tylko śmierć. Ich jest więcej, są silni. Silniejsi, niż możecie przypuszczać.

- A mimo to właśnie zabiliśmy dwóch z nich - powiedziała Sonea, czując, że ochłonęła na tyle, by jej głos nie zdradził zdenerwowania.

Alchemik spojrzał na nią z nieukrywanym przerażeniem.

- Mieliście szczęście - odparł.

- Nie. Możemy z nimi walczyć - oznajmiła głośno, rozglądając się po otaczających ją twarzach. Nie wiedziała kogo bardziej próbowała oszukać. - Jesteśmy silni i możemy stawić im czoła.

- Więc to prawda - wtrącił nieznajomy głos.

- Co takiego?

- To prawda co mówili w mieście. - Sonea w końcu namierzyła właściciela głosu. Był to mężczyzna w podobnym do niej wieku, a kiedy mówił, jego oczy błyszczały w podekscytowaniu.

- Mówiłem ci, żebym nie słuchał tych bzdur - warknął ktoś obok niego. - Spędził kilka tygodni w slumsach, zanim go złapali - wyjaśnił.

- Co słyszałeś w mieście? - zapytał Akkarin, marszcząc brwi.

Chłopak speszył się wyraźnie i Sonea dopiero wtedy rozpoznała w nim Uzdrowiciela, który wraz z nią kończył studia.

- Słyszałem, jak mówiono o magach, ukrywających się na południe stąd. Podobno szukali ocalałych, by ich szkolić. Żeby uczyć ich czarnej magii, a później odbić Imardin.

Jej oczy rozszerzyły się w szoku i musiała zamrugać kila razy, by pozbyć się wyrazu zaskoczenia z twarzy. To prawda, rozesłali taką wiadomość, ale nie mieli pewności do ilu uszu ona dotarła.

- Od kogo to słyszałeś? - zapytała, podchodząc bliżej niego.

- Od magów, z którymi się ukrywałem - powiedział, a jego oczy kolejny raz błysnęły radośnie.

- Co się z nimi stało?

- Nie wiem... to byli Wojownicy...

- To ma jakieś znaczenie?

- Owszem - mruknął za jej plecami Sarrin. - Wojowników oddzielono od reszty ocalałych magów. Zabrali ich i nie wiemy, jaki spotkał ich los.

- Dokąd ich zabrali? - zapytał Akkarin.

- Do pałacu, oczywiście. Tam gdzie ukrywa się ich przywódca.