24
– Co robisz? Chcesz następną herbatę? – zapytał Cortez, unosząc brew.
– A, nic, nic, zawsze jeszcze kilka razy piję z pustego kubka, kiedy mi się skończy – odparła Psylocke śmiejąc się. – To jak to było z tą inkwizycją?
W tym momencie spośród głosów, które dotąd stłumione dochodziły z korytarza nasiliły się dwa, ktoś podchodził pod ich drzwi. Już za chwilę ukazał się w nich znajome osoby. Stojąca bliżej Carmella Unuscione w krótkiej kolorowej sukience była roześmiana, ale kiedy tylko jej wzrok napotkał siedzącą przy stole parę, natychmiast zamilkła.
– Hej tam, widzę, że fiesta w wykonaniu intelektualistów – zagadnął Chrome, puszczając ramię Carmelli i wychodząc przed nią. Wyglądał inaczej niż zwykle.
Fabian wstał, żeby uścisnąć mu dłoń, na jego towarzyszkę skinął głową.
– Jasne, wciąż trwa. Siadajcie.
Elizabeth jednak zauważyła, że nawet nie było dość krzeseł. Z twarzy Allena odczytywała, że już by mówił coś Cortezowi, gdyby coś go nie powstrzymywało. W tle za nim meksykanka udawała, że zajęła się poprawianiem swoich rozwichrzonych loków, a i tak oczy uciekały jej w bok, dokładnie w kierunku Psylocke.
Nie lubiła wyjątkowego traktowania, jakim obstawa jej nowego (tak, czy siak) partnera, obdarzała ją do tej pory. Nie miała ochoty kolejny raz zmuszać ich do używania angielskiego z uprzejmości, pomimo iż miała wrażenie, że chcieliby rozmawiać między sobą po hiszpańsku. Jeszcze gorsza była laboratoryjna wręcz ostrożność co do niej samej w każdym geście, tak jakby każde z nich bało się, że jak tylko Elizabeth zmarszczy nos, dostanie im się od Fabiana.
To był czas na słodką brytyjską rozmówkę.
– Patrzcie, jak późno – podjęła w samą porę i podniosła się od stołu. Całe szczęście, że jej kultura znała sto sposobów na wyplątywanie się z podobnych sytuacji. – Nie mam już herbaty, więc może dokończymy rozmowę kiedy indziej.
Po czym pożegnała się jak najuprzejmiej, pomijając w tym Corteza i uciekła na korytarz. Allen nie był pewien, czy wyczuł w tym więcej zwykłego zakłopotania, czy nieufnego sarkazmu.
– A ją... co ugryzło? – zapytał, zajmując miejsce obok Fabiana siadającego z powrotem przy stole.
– Może się ciebie wstydzi – odpowiedziała Carmella pod nosem, mimo że to nie do niej właściwie skierowane było pytanie.
– Czemu? Przez to sztyletowanie? Się zdarza codziennie. Byliśmy z Carmellą tańczyć – podjął Allen, biorąc w ręce pusty kubek z blatu przed sobą i zaczął obracać go w dłoniach.
Ostatnio zwracał uwagę na strukturę wszystkiego, co go otaczało i ciągle coś badał dotykiem. Zauważył w końcu, że przyjaciółka nadal stoi w tym samym miejscu.
– Ty też? No chodź tu.
– Widać kobiety tak mają. Będę już iść, jestem zmęczona – odpowiedziała mu przekornie, mierząc się jednocześnie wzrokiem z Fabianem.
Ostatecznie odwróciła się na pięcie i wyszła, a Chrome westchnął zniecierpliwiony. Kubek powoli, jakby od niechcenia zmieniał kolor z żółtego w niejednolity brudny brąz.
– Co takiego jej powiedziałeś? – zapytał, skoro byli już sami.
– Nic gorszego od tego, co powiedziałem tobie.
– Heh, o twojej dziewczynie? Jakby cokolwiek mogło do niej przemówić – dorzucił Allen, skupiony na przedmiocie w swoich rękach, odezwał się znowu dopiero po chwili zupełnej ciszy, podczas której Cortez sączył zimną już od dawna chai latté. – No nic. Zgodziła się pójść ze mną do pary. Dzięki niej panienki trzymały się z daleka. Wiesz, że ona świetnie tańczy i można się zbliżyć bez zastanawiania, czy dostatecznie wyraźnie dajesz do zrozumienia, że nie chodzi o podryw. Raz bez tej kapiącej śliny.
– To musi być okropne, kiedy wszystkie kobiety, które tylko cię zobaczą, lecą na ciebie – uśmiechnął się Cortez. – Spróbuję to sobie wyobrazić.
Allen zapeszył się i odłożył kubek, który wydał teraz dźwięk wskazujący na materiał inny, niż ceramika, z której był zrobiony.
– Weź, przynajmniej zwracają uwagę na twój charakter, mnie o niego nawet nie podejrzewają – usprawiedliwiał się. Gdyby nie był na tyle ciemno opalony bezlitosnym Genoshańskim słońcem, byłoby już widać, że się rumieni. – Rany, zwracałeś kiedyś uwagę, ile jest tych okropnych? Zresztą, co mi z chwilowych wielbicielek, jak już ja na kogoś spojrzę, to wiesz... cholera.
Fabian odczekał chwilę, pozwalając mu spokojnie skończyć. Dopiero wtedy odezwał się:
– Normalnie poradziłbym ci, żebyś ją ustrzelił. Ale to moja siostra i tego nie zrobisz.
– Oczywiście, twoich własności nie niszczę – odparł Allen posłusznie i nieco apatycznie, unosząc głowę i pstrykając palcem w ten sam kubek, co wcześniej. Jego powierzchnia momentalnie zamieniła się w jednolicie szarą i szorstką. – Zamieniłbym jej serce w kamień, ale spóźniłem się.
Fabian wiedział od dawna, że miłość Allena do Anne-Marie, nawet jeśli nie odwzajemniona, pozwalała mu zapomnieć o większych problemach. Jednak zawsze kiedy się od siebie oddalali, zmartwienia wracały i korodowały jego pewność siebie.
– Nie mówmy o niej – mruknął chłopak, zły na samego siebie, że każdy z tematów, które ostatnio podejmuje doprowadza go w końcu do Anne-Marie. Domyślił się również, że aczkolwiek jego przyszywany brat jak zawsze był gotów poklepać go po ramieniu, kiedy miał ochotę się wyżalić, znajdował się obecnie w innym świecie niż dotąd, dlatego wyznał – Cieszę się, że... wydaje mi się, że jesteś szczęśliwy. Masz pewność, że ta panna nie jest tu po to, żeby poderżnąć ci gardło? – zagadnął zadziornie.
– Veni, vidi, vicit – przyznał Cortez – Przykro mi, jeśli jestem już martwy. Każdemu się to zdarza raz w życiu.
Allen bardzo dawno nie widział Corteza rozmarzonego w ten sposób, może nawet od czasu, kiedy się poznali. Nie znał dotąd szczęśliwych związków ani wśród znajomych ani z autopsji, wiedział jednak, że zauroczenia to dobry doraźny lek na zmartwienie i życiową pustkę. Nie chciał mu mówić, że patrząc z boku nie powiedziałby niestety, żeby Psylocke interesowała się nim w ten sam sposób, co on nią. Skoro umiał to od siebie odsunąć, tym lepiej dla niego, bo dłużej będzie miał wewnętrzny spokój. Po odpowiedzi przelotnym uśmiechem, Chrome zmienił temat:
– Przyszedłem, bo mnie wołałeś.
– Wołałem – przytaknął Cortez markotniejąc, kiedy przypomniał sobie o sprawie. – Ktoś chce się jeszcze dzisiaj z tobą widzieć.
– Meh, na ten wieczór mam dość. Kiedy indziej.
– Dziś, nie ma możliwości odmowy. To Jeździec, Allen. Chodziło mu konkretnie o ciebie. Nie wiem, czego chce. Dziwię się, że jeszcze nie zostałeś namierzony przez żadnego z jego satelitów. Krążą bez przerwy po piętrach, muszą już wiedzieć, że wróciłeś, odkąd odbiłeś kartę na dole.
Allen zamyślił się na chwilę. Rzeczywiście wyglądał inaczej. Przede wszystkim ściął włosy na wiele krótsze, dzięki odrobinie żelu sterczące w górę, poza zwyczajowym paskiem białej grzywki nie było już widać, że mogą się falować. Ale nie o to chodziło. Fabian widział go smutnego aż zbyt często, taką miał przeszłość i zdeterminowaną przez nią naturę, ale odkąd Anne-Marie go porzuciła coś dodatkowego się w nim złamało. Wydawał się nieswojo, aczkolwiek jedynie subtelnie, o krok bardziej złym człowiekiem. Fabiana to niepokoiło.
– Myślisz, że... chodzi o moją kategorię? – zapytał poważnie Allen, unosząc wielkie ciemne oczy na przyjaciela. Mutantom przybywającym do obozu pracy wyznaczano kategorie zagrożenia w zależności od posiadanych zdolności.
– To niewykluczone. Nie znam Michaiła. Wspominał jedynie, że chciałby cię dołączyć do swojej kadry. Dasz sobie radę, może pojedziesz z nim do Europy, najwyżej później zrezygnujesz. A uwolnienie się z Genoshy i zostawienie w tyle problemów, które ci się z nią kojarzą wyjdzie ci na dobre.
Allan zaczął odpowiadać, ale przerwało mu syknięcie automatycznych drzwi. Do pokoju weszła teatralnie umalowana i wystrojona kobieta, w kostiumie plażowym, pończochach, krótkim i pierzastym futrze i szpilkach. Omiotła pomieszczenie wzrokiem sponad przyciemnianych okularów, a dostrzegłszy Chrome'a rozpromieniła się przesadnie.
– To nareszcie pan, panie Yuric! – zaszczebiotała i zbliżyła się drobiąc, ponieważ tylko na to pozwalała jej wysokość obcasów.
Od razu można było stwierdzić, że jest co najmniej podpita. Tak bardzo nie pasowała pomiędzy nich dwóch, jakby przybyła z innego świata. Adresat zawołania niechętnie uniósł spojrzenie w jej kierunku.
– Ach, nie mogłabym nie poznać – ciągnęła kobieta z wyraźnie rosyjskim akcentem. – Od razu wiadomo, że jest pan stworzony przez zupełnie innego boga, niż ta cała reszta, ulepiona dłońmi jakiegoś totalnego partacza... o, Fabian Cortez, pan też tu jest! Ależ spotkanie. Panie Yuric, proszę natychmiast za mną, nie uchodzi, żeby wielki Jeździec Michaił dłużej czekał.
– Umm... tak, już idę – odmruknął Allen, ale wstał dopiero, kiedy kobieta przy drzwiach odwróciła się, żeby sprawdzić, czy idzie za nią.
Spojrzał tęsknie na Corteza. Ten wstał i żeby ona nie słyszała, nachylił się ku niemu i szepnął krótko:
– Uważaj na siebie i pamiętaj o nas, to zdecydujesz najlepiej. Nie karz mu czekać.
Podczas gdy to działo się w jednej z zacisznych jadalni, Carmella dogoniła odchodzącą Psylocke na korytarzu. Nie miała z tym problemu, ponieważ spotkała ją już za pierwszym zakrętem, nie wiedzieć dlaczego stojącą w miejscu w zamyśleniu.
– Co z tobą, nie unikaj nas, kochana – zagadnęła, wychodząc jej naprzeciw, chociaż nie ośmieliła się położyć jej dłoni na ramieniu przyjaźnie.
– Nie bierzcie tego do siebie. Jestem samotniczką – oświadczyła na to Elizabeth, wciąż przygaszona. – Idę, muszę wyprowadzić psa, a mieszkam kawałek stąd.
– To nie mieszkasz z...
– Mieszkam sama – podkreśliła dobitnie Psylocke, a czując, że wyjaśnienie byłoby mile widziane, dorzuciła – dopiero się przeniosłam. Znalazłam sobie sympatyczny hotel na mieście. Na szczęście banki już działają i mogę wypłacać czeki. Nie martw się. Ani o mnie, ani że wam ucieknę.
Jej słowa brzmiały dość sucho, tym bardziej, że niedawno, jeszcze w chwilę przed ich spotkaniem, wydawała się całkiem wesoła rozmawiając z Fabianem.
– W razie czego nie przejmuj się językiem. Coraz rzadziej mówimy po hiszpańsku, odkąd dołączyła Amelia u Magneto – zapewniła Carmella, jednocześnie nieświadomie ściągając rąbek sukienki w dół, żeby zasłaniał trochę bardziej jej nogi. – Wszyscy od razu cię polubiliśmy.
– Mniejsza o język – zapewniła Psylocke, składając ręce na piersi. – Nie chodzi o was, naprawdę. Po prostu, potrzebuję czasu w ciszy, żeby się pogodzić z pewnymi zmianami w moim życiu. Nic więcej.
Odwróciła się już we właściwym kierunku, żeby odejść, w ostatniej chwili Carmella jeszcze wychyliła się w jej kierunku.
– Nie wolno mi tego robić, ale... – powiedziała, po czym szepnęła coś Elizabeth na ucho.
Ta niespodziewanie uśmiechnęła się na to ciepło przez moment, ale później już bez odpowiedzi pomaszerowała do wyjścia.
