Bożonarodzeniowe popołudnie spędzałam na wylegiwaniu się przed kominkiem, w którym trzaskał zaczarowany różowy ogień. Czytałam autobiografię ojczulka i nie zastanawiałam się, po co Osamie płatki śniadaniowe. W święta postanowiłam sobie odpuścić. Na fotelu obok, Bellatrix dziergała na drutach fioletowy pokrowiec na kulę od kręgli, bo Lord uparł się, że jego kule marzną. Wymyślił też, że czują się osamotnione i poustawiał je w kącie salonu, tak by mogły zakosztować świątecznej atmosfery.
Do pokoju wpadł ojczulek w szacie w liliowo-błękitną panterkę i oznajmił:
- Możemy się zbierać.
- Tak, tak misiaczku. Tylko zobacz jaki sweterek dla twojej kuli uszyłam! - wykrzyknęła radośnie Bellatrix i rzuciła się w stronę Lorda z wydzierganym "sweterkiem".
MordeVolt uważnie obejrzał fioletowe dzieło, po czym zawiedzionym głosem oznajmił:
- Nie ma pomponików.
- Jeszcze doszyję - obiecała Bella. - Ale podoba ci się?
- Oczywiście, moje ty kochanie - Lord uraczył rozanieloną Bellę krótkim pocałunkiem i zwrócił się do mnie - Gotowa?
- Można tak powiedzieć - mruknęłam z niesmakiem i odłożyłam pasjonującą lekturę. - A może jednak zostaniemy w domu? - zaproponowałam z resztką nadziei w głosie.
- Nie wiem, o co ci chodzi. Myślałem, że lubisz Malfoy 'ów.
- Bo tak jest. Dlatego właśnie wolałabym uniknąć tej wizyty.
- No chyba nie boisz się, że zepsuję imprezkę - zaśmiał się Lord. - To byłaby potworna kompromitacja.
- Obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego - poprosiłam.
- Słowo harcerza, że wszyscy ujdą z życiem.
- Dobre i to - mruknęłam.
Kilka minut później dzięki sieci Fiu wylądowaliśmy w salonie Malfoy 'ów. Przywitało nas rodzeństwo Malfoy. Scorpius w szacie wyjściowej odezwał się grzecznie do Lorda i Bellatrix:
- Witam w rezydencji Ministra Magii. Zaprowadzę państwa do jadalni. Wszystko już gotowe. Czekamy tylko na was.
- Idźcie. Ja muszę zamienić słówko z Seszelą - powiedziała Lil.
MordeVolt z ukochaną wyszli za Scorpiusem.
- A co on taki miły dzisiaj? - zapytałam zaskoczona uprzejmym zachowaniem Scorpiusa.
- Robimy za skrzaty domowe, bo te prawdziwe pichcą potrawy w kuchni. A ktoś się musi zajmować przyjmowaniem gości. No dobra... - obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. - Dziś wieczór Snape jest twój. Zrobiłam, jak się umawiałyśmy. Dałam skrzatce wyraźne instrukcje, żeby poiła go winem z oddzielnej butelki. No i oczywiście w zupie też jest eliksir. Ech, nie mato jak wspólny obiadek ofiary i obłąkanej trucicielki.
- Przymknij się, to był twój pomysł.
- Ale ty się na niego zgodziłaś. Pamiętaj, że siedzicie naprzeciwko siebie. Jak tylko tknie cokolwiek, naszpikowanego eliksirem, skup na sobie jego uwagę. Ma patrzeć właśnie na ciebie, bo inaczej się nie uda. A przecież nie chcemy, żeby zakochał się w Lordzie.
- Ale to nie Amortencja? - upewniłam się.
- Tak jak chciałaś, wzięłam coś słabszego. Efekt podobny. A jak czegoś się zacznie domyślać i nie zechce skosztować świątecznego barszczyku, to go potraktuję Imperiusem. To chyba tyle. Gotowa?
Pokiwałam głową i nerwowo obciągnęłam czarną sukienkę w różowe groszki(prezent od ojczulka). Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam za Lilianą. Chwilę później byłyśmy już w jadalni. Zajęłam miejsce przy długim stole pomiędzy Sam a Lil, naprzeciwko Snape 'a. Rozejrzałam się nerwowo po zgromadzonych. U szczytu stołu napotkałam wzrokiem postać Draco, który aż promieniował wyższością i władzą. Rozmawiał, żywo gestykulując z ciemnoskórym mężczyzną, w którym rozpoznałam Blaise 'a Zabiniego. Rozmowie przysłuchiwał się siwiejący, zmizerniały przez posługę u Lorda Lucjusz. Obok plotkowały Narcyza i Bellatrix, a po drugiej stronie stołu Hermiona i rudowłosa kobieta, zapewne Ginny. Lord siedział przy znudzonym Snapie i prawił mu kazanie na temat kąta wychylenia przy rzucie kulą do kręgli. Po drugiej stronie Snape 'a usadowił się Picachu i z zaciekawieniem lustrował wzrokiem nowe otoczenie. Siedząca przy mnie Sam wymieniała czułości ze Scorpiusem. Popatrzyłam z niepokojem na Lil, ale ta najwyraźniej pewna swego tylko mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
Skrzaty podały do stołu. Snape nie mogąc już słuchać ględzenia Lorda, zabrał się za konsumpcję barszczu. Szybko odnalazłam pod stołem jego nogi i zarzuciłam mu stopy na kolana. Podniósł wzrok znad talerza i zlustrował mnie zdziwionym wzrokiem, który po chwili zmienił się w pełne rozkoszy spojrzenie nałogowego pożeracza żelek, patrzącego na utęsknioną paczkę biedronkowych Ssyków*. Posłał mi błogi uśmiech. Oderwał się od jedzenia i wykonał cudowny masaż moich stóp. Gdy Lord spostrzegł, czym zajmuje się Snape, zapytał ze zdziwieniem:
- Co ty u licha robisz? Czyje to stopy?
- Moje - powiedziała szybko Liliana, obserwująca czujnie to zdarzenie. - Nałaziłam się dziś za skrzatami. Trzeba je było przypilnować, bo znowu wyszedłby przypalony kurczak. A wiadomo, że nikt nie robi takiego masażu, jak nasz drogi Snape. Dziękuję ci Severusie - uśmiechnęła się do zdezorientowanego Snape 'a, a ja natychmiast zdjęłam nogi z jego kolan.
Zaniepokojony ojczulek odetchnął z ulgą.
Przez chwilę wpatrywałam się w Severusa pożądliwym wzrokiem. W końcu nie wytrzymałam.
- Idę się przejść do ogrodu, duszno tu - rzuciłam i podniosłam się z miejsca.
- Zaprowadzę cię - zaproponowała Liliana i też wstała.
- Ja to zrobię - odezwał się Snape i podniósł się z krzesła. - Ty powinnaś iść do skrzatów. Ten barszcz jest jakiś... dziwny.
- Snape? - zapytał z niepokojem ojczulek.
- No co? - warknął Snape. - Znam ten dom. Tyle zebrań i spotkań w dawnych czasach, że nie sposób zapomnieć - powiedział z wyrzutem. Zapewne znowu przypomniało mu się, że powinni podbijać świat, zamiast leczyć Lorda z depresji. - No dobrze, idź. Ale nie waż się tknąć mojej Seszelki, bo ci zrobię z życia różowe piekło - zagroził ojczulek.
- Ciągle tylko groźby - westchnął Snape. - Przecież już ci mówiłem, że nie jestem nią zainteresowany.
- Mam taką nadzieję - mruknął Lord.
Liliana pognała do kuchni, a ja ze Snapem i nieodłącznym Picachu, udaliśmy się do ośnieżonego ogrodu. Eliksir działał, więc z czym tu się kryć? Chwyciłam Severusa za dłoń i ruszyliśmy spacerem między alejkami żywopłotów. Miał taką cudownie ciepłą skórę i długie palce. Wzdychałam co chwila, upojona jego obecnością.
Tak blisko, tak bez oporów, tak bez sensu. Bo i po co, skoro wiadome było, że jak tylko eliksir przestanie działać, wróci do dawnej postawy.
- A może jednak... - powiedziałam z nadzieją sama do siebie.
- Co może jednak? - zapytał z tym swoim obłąkańczym, radosnym uśmiechem, właściwym dla pożeracza żelek.
- Może jednak przysiądziemy sobie w tej altance - wskazałam na drewnianą altanę, która właśnie wyłoniła się zza rogu.
- Jak sobie życzysz, złotko.
Złotko? To nie był ten sam Snape. Ech, co ta miłość robi z ludźmi. Nawet taka sztucznie wywołana.
- Posłuchaj - powiedział do mnie, gdy już znaleźliśmy się pod dachem. - Próbowałem to ukrywać, ale teraz wiem, że nie dam rady. Nie można przeciwstawiać się przeznaczeniu. Z miłością nie wygrasz. Wiem Seszelo, że możesz być zaskoczona - sięgnął do kieszeni szaty i wyjął z niej sześcienne pudełeczko. - I zapewne tak jest, ale nie mogę dłużej z tym zwlekać - przykląkł na prawym kolanie i otworzył pudełeczko, w którym znajdował się błyszczący złoty pierścionek. - Wyjdziesz za mnie Seszelo Riddle?
Zamurowało mnie. Patrzyłam na klęczącego Snape 'a z rozdziawionymi ustami. Skąd on miał ten pierścionek? Czyżby rzeczywiście planował oświadczać się napalonej czternasto... no prawie piętnastolatce? Niemożliwe. To zapewne Liliana podrzuciła mu ten pierścionek. A nawet jeśli, to co mi szkodzi? - pomyślałam i powoli pokiwałam głową. Drżącymi dłońmi umieściłam pierścionek na serdecznym palcu prawej ręki i dopiero to do mnie dotarło - Severus Snape mi się oświadczył, jesteśmy zaręczeni.
Snape schował pudełeczko z powrotem do kieszeni, powstał z podłogi i obdarzył mnie kolejnym szaleńczym uśmiechem. Wskazał palcem na sufit. Spojrzałam do góry z niepewnością i ujrzałam jemiołę.
- Ja chyba śnię - wyszeptałam słabo, a po chwili poczułam na ustach dotyk jego miękkich warg.
Przymknęłam oczy, rozkoszując się ich aksamitną fakturą i delikatnością. Objął mnie w pasie, a ja zarzuciłam mu ramiona na kark. I znowu czułam go całym ciałem, tak jak pamiętnego dnia w lochach. Tyle że teraz z całym entuzjazmem odwzajemniał pocałunek. Rozchylił moje usta językiem. Jęknęłam z przyjemności. Nagle zamarł w bezruchu. Cofnął się o krok i spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem.
- Co ja do cholery robię?
- Całujesz się ze mną i przerywasz w nieodpowiednim momencie - odparłam niewinnie.
- Niby jak? Jak ja się tu w ogóle znalazłem? - po chwili skojarzył chyba fakty bo wycelował we mnie oskarżycielsko palec - Ty... Dolałaś mi coś do barszczu.
- Ja? A niby co? Nie znam się na eliksirach.
- Już ja znam rodzeństwo Malfoy. Upić nauczyciela eliksirów napojem miłosnym. Gdybyśmy byli w Hogwarcie to minimum tydzień szlabanu...
- Uspokój się Sevciu. Złość piękności szkodzi, a ja chcę żebyś na naszym ślubie pojawił się w pełni gracji i urody.
- Na jakim ślubie?
- Naszym - pomachałam mu dłonią przed oczami. - Sam mi się oświadczyłeś, a ja się łaskawie zgodziłam. Co miałam zrobić? Błagałeś na kolanach!
- Oddawaj mój pierścionek! - wykrzyknął wzburzony. - On nie był dla ciebie!
- A dla kogo? Kto by zechciał takiego tłustowłosego cynika? - zadrwiłam z uśmiechem.
- A żebyś wiedziała, że jest pewna kobieta, która z chęcią przyjęłaby ten pierścionek. I nie mówię o tobie dziecinko. Oddawaj błyskotkę, bo popamiętasz!
- Chyba raczej ty - z uśmiechem wskazałam na zbliżające się ku nam alejką postacie.
Na czele kroczących szli pod rękę Draco i Lord, wykrzykując coś w naszą stronę.
- Oj... - Snape wyraźnie się wystraszył. - Myślisz, że widział, jak się ekhm... całujemy?
- No nie wiem Sevciu, nie wiem...
*Ach ten nałóg autorki xD
