AN: Mega Serce ma już rok. Z tej okazji chcę serdecznie podziękować wszystkim, którzy zajrzeli na tę stronę i poświęcili swój czas na przeczytanie oraz skomentowanie tego wytworu mojej wyobraźni. Przeżyłam dzięki temu fikowi wiele radosnych i kilka smutnych chwil. I nie żałuję żadnego rozdziału, który tu umieściłam.
To był długi wieczór. Gdyby wiedział, że tak się skończy, Francis nie ruszyłby się na kilometr z Brukseli.
Beatrycze miała zapaść.
Kiedy on wracał ze Strasburga, zniesmaczony hałaśliwą obecnością nadpobudliwego albinosa na salonach, serce Belgijki przestało bić.
Lekarze zdążyli odratować ją zanim doszło do obumarcia mózgu. A już chciała się wypisać ze szpitala, zapewniała, że czuje się dobrze.
Francis roztarł ociężałe powieki. Chłód szpitalnej sali przenikał przez jego cienką koszulę. Sam już nie wiedział, czy dygoce z zimna, czy ze strachu o przyjaciółkę. Przysiadł na plastikowym krzesełku projektowanym na pewno nie z myślą o osobach, które miały na nim siedzieć. Ujął pozbawioną życia kobiecą dłoń. Pod cienką jak bibuła skórą wyraźnie zaznaczały się niebieskie żyły. Nadgarstek wyglądał, jakby odrobina siły mogła go zmiażdżyć.
- Witaj, słoneczko...
Po dwóch słowach głos mu załamał się. Dlaczego nie ma przy nim Michelle, akurat wtedy, kiedy najbardziej potrzebuje jej wsparcia i chłodnego realizmu?
Odwrócił wzrok od bladej twarzy Beatrycze.
Bukiet herbacianych róż na stoliku przy łóżku miał więcej życia. Kwiaty zdawały się wysysać cały kolor z pomieszczenia. Do połowy opróżnione pudełko czekoladek wyglądało żałośnie. Pod wazonem leżało kilka złoconych papierków, których jeszcze nikt nie zdążył sprzątnąć.
To dobrze, że Beatrycze była popularna. Zasługiwała na jak najszersze grono przyjaciół.
Francis poprosił przechodzącą korytarzem pielęgniarkę o dodatkowy koc. Owinął się nim i ponownie umościł się na niewygodnym krześle z postanowieniem, że zostanie tu trochę dłużej.
: : : : : : : :
Światło wieży telewizyjnej górowało nad Wilnem niczym biały ptak strzegący nocą miasta. Zawsze wypełniało go nadzieją.
Toris miał za sobą długi dzień, którego znaczną część spędził w powietrzu. Miał serdecznie dość latania i podróży w ogóle. Najchętniej zaszyłby się w domu na najbliższy miesiąc, swoje wypady ograniczając do sklepu osiedlowego.
Wracał z lotniska. Prawie pusty trolejbus podskakiwał na drobnych nierównościach. Kilka samotnych dusz, które los późnym wieczorem wyrzucił na miasto, starało się nie dostrzegać innych pasażerów. Każde pustym wzrokiem patrzyło w okna zwracając uwagę na pustoszejące ulice, wypatrując swojego przystanku lub próbując po prostu zabić czas. Ich twarze w świetle latarni wyglądały jak pożółkłe, smutne maski.
Skóra pod bandażem zaczynała swędzieć, ale cieszył się, że szalony Prusak nie połamał mu palców. Kiedy opowiadał o tym Bragińskiemu, Rosjanin tylko uśmiechnął się pod nosem i odwrócił wzrok. Toris dobrze wiedział, że Bragiński uważa wszystkich Bałtów za pionki w grze. Jeśli Europa była dla niego wielką szachownicą, to tym razem Feliksowi przypadła rola króla przeciwnego koloru. A Gilbert Beilschmidt stał się jego hetmanem.
Największy sojusznik Polaka nie należał do osób godnych zaufania. On i wszyscy Germanie to zwyczajni mordercy. Wystarczy prześledzić ostatnie sto lat historii, by wiedzieć, skąd pochodził Hitler i kto za nim poszedł.
Czy naprawdę Feliksowi nie byłoby lepiej pod rosyjskim zwierzchnictwem? Toris nie widział w tym nic strasznego, choć nigdy nie miał odwagi spojrzeć Iwanowi w oczy. Bał się, tego, co mógł tam ujrzeć, a jeszcze bardziej tego, czego mogło tam brakować.
Stojąc pod drzwiami swojego mieszkania spędził kilka długich minut w poszukiwaniu po kieszeniach kluczy. Tylko po to, by z niepokojem odkryć, że wcale mu nie były potrzebne. Drzwi były otwarte.
- Kto tu jest? – zapytał głośno zapalając w przedpokoju światło i wyciągając komórkę.
W razie czego zdąży zadzwonić na policję.
Na wykładzinie czerniały wilgotne ślady butów. Mógł zapomnieć o ciepłej herbacie z kropelką czegoś mocniejszego i kolacji odgrzewanej w mikrofalówce.
W pokoju gościnnym przerobionym na salonik cicho szumiał telewizor. Rosyjskojęzyczna stacja.
Toris ostrożnie zbliżył się do wejścia i gwałtownym ruchem zapalił światło.
- Witaj, podnóżku Moskwy.
W jego ulubionym fotelu przesuniętym obok telewizora z nogą założoną na nogę siedział Gilbert Beilschmidt. Na ekranie obok cycata brunetka i długonoga blondynka walczyły topless w kisielu.
- Co ty tu robisz?
Jakim cudem ten szaleniec włamał się do jego domu? Toris i bez tego miał nadmiar stresu w codziennym życiu.
- Późno wracasz. Czekam na ciebie dosyć długo, więc postanowiłem się rozgościć.
Prusak nogą odzianą w ciężki trekkingowy but przesunął leżący na stoliku laptop.
W Litwinie krew się zagotowała. Ten białowłosy padalec zdążył przetrząsnąć całe mieszkanie i dobrać się do najważniejszych rzeczy.
- Ty sukinsynu! Wynoś się natychmiast!
Toris rzucił się w kierunku intruza. Zanim jednak zdążył pomyśleć nad następnym krokiem, Prusak był już na nogach z jego laptopem pod pachą i ironicznym uśmieszkiem na ustach.
- Jak pogoda w Moskwie?
- Nie byłem w Moskwie, tylko w Strasburgu, więc skąd mam wiedzieć?
Gilbert pogroził mu palcem.
- Nie umiesz kłamać, podnóżku.
Litwin zacisnął dłonie w pięści.
- Nie muszę też tobie niczego udowadniać – odparł z godnością patrząc z góry na nieproszonego gościa.
Nie różnili się tak bardzo wzrostem, a różnica wypadała na korzyść Laurinaitisa. Jednak dobrze wiedział, że to nic nie znaczy. Feliks kiedyś stanął przed Iwanem i napluł mu w twarz. I to dopiero był widok.
Ogień zawsze płonący w oczach Prusaka raptownie zmienił temperaturę. Toris nie zdążył się w porę odsunąć.
Albinos zacisnął palce na ukradzionym laptopie i wziął zamach. Pojawiły się gwiazdy i krew. Toris w następnej sekundzie leżał na podłodze. Miał wrażenie, że kant laptopa zgruchotał mu prawą stronę twarzy. Zakaszlał czując w ustach słony posmak i wypluł na dywan złamany ząb. Czuł, że kilka innych nie trzyma się zbyt pewnie szczęki.
- Nie zrozumieliśmy się, podnóżku – wysyczał Gilbert stając lewą nogą na jego klatce piersiowej – Coś ci mówiłem, kiedy kręciłeś się przy mojej granicy. Łapy z daleka od Suwalszczyzny i od Łukasiewicza. Myślisz, że nie wiem, co tam robiłeś?
Toris chciał dopowiedzieć, że to nie tak. Zamierzał tylko odwiedzić Feliksa, pojechać do niego i porozmawiać w cztery oczy o jego decyzji.
Nacisk buta na klatkę piersiową sprawił, że z gardła Litwina wydobył się tylko jęk.
- Następnym razem nie będę tak... łaskawy – powiedział Gilbert.
Cofnął się pozwalając Litwinowi wziąć oddech. Szok po oberwaniu laptopem w głowę nie mijał. Na kawałku elektroniki nie widać było nawet zadrapania.
- Dotarło? – zapytał chłodnym tonem.
Toris nieznacznie skinął głową. To wystarczyło, by Gilbert Beilschmidt opuścił jego dom.
Wiedział dobrze, jak układać się z silniejszymi i agresywnymi. Mógł dziś stracić nie tylko ząb.
: : : : : : : :
Ludwig'a w środku nocy obudził dzwonek telefonu. Skoczna, natarczywa melodia oznaczała ostatnią osobę, z jaką chciałby teraz rozmawiać.
Spał sam w łóżku i miał bardzo przyjemny sen. Ów sen sprawił, że zbudził się z typowo męskim problemem.
- Verdammt!... – zaklął przewracając się na bok.
To tylko pogorszyło sytuację. Przez ciało przebiegł dreszcz. Pościel wydawała się nieprzyjemnie szorstka i lepiła się do spoconej skóry. Telefon nie dawał za wygraną.
Z jękiem zrzucił z siebie kołdrę licząc na to, że chłodne powietrze w sypialni przystopuje rozbudzone hormony i przywróci jasność myślenia.
Cholera, czemu Roderich'a nie ma akurat wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny?
Wbił wzrok w wiązkę zimnego światła latarni sączącego się spomiędzy zasłon. Policzył do dziesięciu. W tym czasie denerwująca piosenka dotarła do drugiego refrenu.
Wreszcie sięgnął po komórkę.
- Feliks, czy jesteś absolutnie przekonany, że musisz dzwonić o tej porze? – wydukał przez zaciśnięte zęby każde słowo.
- Właśnie coś odkryłem i myślę, że powinieneś to wiedzieć.
Czy ten Polak nie ma swojego życia? Kiedy on w ogóle śpi?
- Czy to naprawdę nie może poczekać do rana?
- Do rana to już bym sam powiesił tego sukinsyna za jaja. Doceń, że jednak chcę, by wszystko było po bożemu.
Ludwig przełożył komórkę do drugiej ręki i usiadł. Skrzywił się, gdy dotknął stopami zimnego parkietu. Męski problem po przyjemnym śnie wcale nie zamierzał znikać. Wprost przeciwnie, chłodne powietrze zdawało się go... pobudzać.
- Co tym razem zrobił Gilbert? – zapytał cierpiętniczym tonem.
- Czemu to zawsze ma być Gilbert? – odezwał się zbyt wesoły jak na tę porę głos z Polski – Chcę pogadać z tobą w cztery oczy, więc zróbmy tak: załatw, co masz do załatwienia pod ręką...
Ludwig ugryzł się w język.
- ... i za 15 minut włącz komputer. Zrobimy małą wideokonferencję, okey?
- Yhm...
- Wystarczy ci 15 minut?
- Tak.
- Na pewno? Ostatecznie mogę ci dać 20.
- Na pewno!
: : : : : : : :
Kwadrans później Ludwig był już innym człowiekiem. Spokojny i opanowany siedział przed laptopem z kubkiem mocnej kawy. Zanim na monitorze ukazała się wesoła gęba Łukasiewicza, owinął się szczelniej szlafrokiem.
- Słuchaj, szefie, jest sprawa.
Czy Łukasiewicz właśnie podskakiwał przed swoim laptopem, czy też nim potrząsał?
- O trzeciej w nocy? Lepiej, żeby było to coś ważnego.
Uczucie upokorzenia jeszcze go nie opuściło.
- Chodzi o hrabiego. W sumie cieszę się, że Wandzia go rzuciła. Żałuję tylko, że przy okazji nie puściła go z torbami.
No pięknie, roztrząsają teraz problemy sercowe von Meklemburga i Silesii. Co za konstruktywny sposób na spędzenie nocy.
- Co ci zrobił Eryk? – zapytał znudzony.
- Osobiście faceta parę razy w życiu na oczy widziałem. Wiesz, jakim cudem Ruscy mu majątku po wojnie nie odebrali?
- Wspominał coś, że zaniżał wartość. Kreatywna księgowość...
- Dupa, nie księgowość!
Na monitorze przez chwilę było widać tylko parę zdeterminowanych zielonych oczu. Potem pojawiły się rzędy cyfr i tabele zmieniające się z zawrotną prędkością.
- Jaśnie Państwo pracował dla Stasi!
Teraz jeden po drugim wyświetlały się skany niemieckich dokumentów opatrzonych pieczątkami i symbolami NRD-owskiego wywiadu.
- Von Meklemburg sypał Ruskim. Kablował na swoich. Nazywaj to, jak chcesz. Iwan go nie tykał, bo Eryk był pożyteczny.
Ludwig'owi coś się skręciło w żołądku.
- Pojadę do niego z samego rana i porozmawiam z nim – powiedział sztywno.
Lepiej, żeby Eryk miał dobre argumenty. Mógł wcześniej się domyślić. Ilu arystokratów pod okupacją radziecką przeżyło i jeszcze ocaliło swe majątki?
- Dobrze! To jeszcze porozmawiaj z nim o samopoczuciu Beatrycze la Mar.
Ta sugestia zbiła go z tropu.
- Co z Beatrycze? – zapytał nerwowo.
Odstawił na bok pusty kubek. Jednak kawa to nie był dobry pomysł. Miał wrażenie, że zaraz zacznie chodzić po ścianach. Roderich parzył zdecydowanie lepszą i pozbawioną efektów ubocznych.
- Cztery godziny temu zapadła w śpiączkę. Mówiłeś, że Eryk ją wczoraj odwiedzał, nie?
- Cholera...
- Właśnie.
Ludwig na moment ukrył twarz w dłoniach.
Jeden z jego zaufanych podwładnych okazał się zwyczajnym sukinsynem. I trzeba było dopiero gadatliwego Polaka, by to odkryć.
- Prześlij mi, co masz.
- Już się robi!
- Mam nadzieję, że Beatrycze z tego wyjdzie – powiedział cicho.
- Co za czasy... – westchnął Feliks i przeciągnął się.
W monitorze pojawiło się jego prawe ucho i kawałek szyi.
- Wolę nie myśleć, czemu on to zrobił – wyprostował się i splótł dłonie przed laptopem – Oby miał wystarczająco patriotyczną wymówkę.
Ludwig zgadzał się z nim w pełni.
- Sorry, że przynoszę takie nieciekawe nowiny. I że cię nimi budzę. Pewnie i tak jesteś przemęczony.
- Nie bardziej niż przedtem.
Feliks popatrzył na niego pełnym powagi wzrokiem.
- Tylko nie cackaj się z nim. Nie zasłużył na to.
Twarz Polaka zniknęła kończąc tym samym wideorozmowę. Ludwig wpatrywał się jeszcze w ekran, dopóki nie zniknęło okienko transferu danych.
Zanosiło się na pracowity dzień.
