Chapter 25
- Remusie! – krzyknął pan Weasley i podszedł do niego, obejmując przyjacielsko. Za nim z kominka wyszły jeszcze dwie osoby.
- Witaj Arturze. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Molly. – Przywitał się z kobietą, uśmiechając się do niej promiennie. – Dziękujemy za zaproszenie.
Znajdująca się w pokoju młodzież uważnie obserwowała, zmianę wyrazu twarzy gospodarzy gdy przerzucili swój wzrok na pozostałych gości.
- Dobry wieczór – przywitał się Tom, a stojąca obok niego kobieta powtórzyła jego słowa.
- Dobry wieczór – odpowiedzieli trochę powściągliwie.
Harry zauważył jak państwo Weasleyowie szukają wzrokiem potwierdzenia u Snape'a, że naprawdę mają do czynienia z Voldemortem. Przed ich oczami stał mężczyzna, niewyglądający na więcej niż około dwadzieścia kilka lat i uśmiechał się szeroko do stojących w drzwiach nastolatków.
Tom zauważył chyba wahanie gospodarzy, bo podszedł do nich i ucałował najpierw dłoń Molly, a potem uścisnął mocno rękę Arturowi.
- Tom Riddle, znany bardziej pod okropnie brzmiącym wyrażeniem Sami-Wiecie-Kto. Nie mam pojęcia, po co wymyślałem sobie tak dobrze brzmiące przezwisko, skoro nikt go teraz nie używa.
Lekki uśmiech pojawił się w kącikach ust państwa Weasleyów.
Nieznajoma gospodarzom kobieta, ubrana w piękną bordową sukienkę z odkrytymi plecami i kończącą się tuż nad kolanami, poszła w ślady swojego poprzednika i również uścisnęła ręce Molly i Artura.
- Nazywam się Anna Blauth – przedstawiła się – i tych dwóch uroczych dżentelmenów – wskazała głową na Lupina i Riddla - nie pozwoliło mi samotnie zostać w domu. Mam nadzieję, że nie mają państwo nic przeciwko nawiązania nowej znajomości?
- Oczywiście, że nie. Jest nam bardzo miło. Zapraszam na kolację, wszystko jest już podane – poinformowała pani Weasley.
- Remusie, co tam masz? – zainteresował się ojciec rudej gromady, dopiero teraz zauważając jakieś dziwne pudło w rękach przyjaciela.
- A to - Wilkołak uśmiechnął się promiennie. – Pamiętam, że interesujesz się mugolskimi rzeczami, a ja odkryłem ostatnio coś ciekawego.
- I zamęcza nas tym od miesiąca - burknął Tom, wywracając oczami.
- Nie moja wina, że słoń nadepnął ci na ucho – odpowiedział mu Lupin. – To takie elektryczne urządzenie, które niemagiczni nazywają karaoke. Używają je podczas różnych imprez i grupowych spotkać, a skoro będzie nas dzisiaj tak dużo, to pomyślałem…
- Że możesz nas uraczyć wyciem wilkołaka? – wszedł mu w słowo Snape.
- Dokładnie – podsumował Remus. – Ktoś musi przecież rozruszać napiętą atmosferę. Nieczęsto ma się możliwość spotkać byłego mordercę, wilkołaka i wampirzyce. Jakoś musimy przełamać pierwsze lody, prawda?
Ktokolwiek spodziewał się jakiegoś poruszenia na wiadomość o goszczeniu pod swoim dachem tak wybuchowej mieszanki, czuł się bardzo zawiedzony. Państwo Weasley nie dali nic po sobie poznać.
- A ty optymistycznie zakładasz, że wycie do mikrofonu bandy nastolatków i kilku dorosłych, których miałem niestety nieprzyjemność kiedyś słyszeć, nam w tym pomoże? – Upewnił się Snape, a kiedy wilkołak ochoczo przytaknął, profesor wniósł wzrok ku niebu, modląc się o siły do Merlina.
Przekomarzali się przez całą drogę na dwór. Charlie zajął rozmową Annę i już po chwili znaleźli wspólny temat. Zasiedli razem przy ogromnym stole. Potrawy pachniały smakowicie, utrzymywane przy pomocy czarów, aby nie wystygły.
Młodzież uważnie śledziła ukradkowe spojrzenia, którymi wymieniali się dorośli. Można było odnieść wrażenie, że w ten sposób próbują odkryć intencję drugiej strony. Wszyscy z wyjątkiem poskramiacza smoków i wampirzycy milczeli.
- Wydarzyło się u was ostatnio coś ciekawego? – zapytał Tom siedzącego obok niego Harry'ego i Draco, przerywając nieprzyjemną ciszę. – Ćwiczycie?
- Oczywiście – odparł Draco. – Według wszystkich zaleceń. O ile to możliwe, to codziennie w jak największej grupie. Harry ma zadatki na nauczyciela. – Zachichotał, a brunet kopnął go pod stołem w nogę. – Brutal. – Podsumował jego zachowanie blondyn, pokazując mu ukradkowo język.
Znów zapanowała nieprzyjemna cisza, przerywana jedynie odgłosem sztućców i rozmową zaledwie dwóch osób.
Witaj panie. – Harry usłyszał syczenie Kasandry, dobiegające od strony lasu, znajdującego się za domem. Wężyca pełzła w ich stronę.
Polowałaś? – zapytał.
Tak, spotkałam kilku osobników mojego gatunku. Dzięki tobie panie, poznaję coraz więcej moich pobratymców.
Cieszę się. Chociaż tak mogę wynagrodzić ci niewiele czasu, jaki z tobą spędzam.
Tom zauważył, że wszyscy zwrócili uwagę na mowę węży, jaka wydobywała się z ust Złotego Chłopca.
- O, jak się miewa twoje zwierzątko? – Zainteresował się Riddle. – Widzę, że nie przejęliście się bardzo jej obecnością – powiedział rozbawiony, przyglądając się Ginny i Hermionie, która machinalnie odsunęły się jak najdalej od Harry'ego.
- Trzeba było nie dawać mu węża ze śmiertelnym jadem w kłach – odpowiedziała na przytyk mężczyzny Hermiona.
- Ale ona jest taka urocza - mówił, gdy wężyca wspinała się po jego nodze i zmieniała jednocześnie kolor przystosowując się do niejednostajnej faktury spodni. – Prawda, malutka? – zapytał, gładząc jej łepek palcem, gdy tylko owinęła się wokół jego nadgarstka. Spojrzał na Hermionę, która miała półprzymknięte oczy i uniesione kąciki ust z rozbawienia. – Oczywiście nie tak urocza jak ty. – Zapewnił mężczyzna, uśmiechając się do panny Granger promiennie, a jej twarz pokrył zaraz niewielki rumieniec.
- Pani Weasley, obiecałam że przedstawię swojego chłopaka. To właśnie on – powiedziała, patrząc wymownie na Riddla, którego wcale nie speszył przenikliwy wzrok gospodarzy.
- Słucham? – wykrztusiła w końcu pani Weasley. – Chyba nie mówisz poważnie? On ma z 70 lat!
- Skoro martwi się pani jedynie o mój wiek, to jestem przyjemnie zaskoczony.
- Spokojnie, emocjonalnie nie jest starszy od panny Granger – dorzucił Snape. – To odrodzenie się, musiało mieć kilka skutków ubocznych. Kilka kropel Pottera, a on już zwariował. Chce zbawić świat.
- Nie bądź taki skromny Severusie, jeśli ja jestem szalony, to ty jesteś co najmniej niezrównoważony, skoro tak bardzo przyczyniasz się do mojego planu. A skoro trudno posądzić cię o jakiekolwiek umysłowe wariactwo, to o siebie również jestem spokojny.
- Hermiono, czy ty to wszystko dobrze przemyślałaś? – mówiła dalej gospodyni, nie zwracając uwagi na wymianę zdań mężczyzn. – Jesteś mądrą i rozsądną dziewczyną…
- Zgadza się pani Weasley – powiedziała Gryfonka. - Uważam swoje decyzje za racjonalne i musi mi pani uwierzyć, że tę sprawę przemyślałam wyjątkowo intensywnie.
- Nie jestem twoją matką, więc nie mam prawa wygłaszać ci żadnych morałów, ale proszę uważaj na siebie i nie kieruj się emocjami. Ginny, Fred, George – zwróciła się do swoich dzieci – czy wy również macie mi coś do powiedzenia?
Rodzeństwo pokręciło głową, zaprzeczając. Na szczęście gospodarze nie zauważyli, że połowa ich gości uważnie studiowała własne talerze, starając się ukryć rozbawione miny.
- Dzięki Merlinowi - powiedział uspokojony trochę pan Weasley.
W tym momencie uwagę obecnych zwróciło poruszenie przy końcu stołu. Charlie wstał ze swojego miejsca i informując wszystkich, że zaraz wróci, szybko odszedł w kierunku domu.
Biesiadnicy wpatrywali się w uśmiechającą się szeroko wampirzycę, która jednak nic nie powiedziała.
- Już znalazłaś sobie nową ofiarę? – zapytał Tom, a w uszach obecnych zabrzmiało to wręcz zbyt dwuznacznie, zważając na wampiryzm kobiety.
- Sam to zaproponował. Zobaczymy na co go stać, wiesz, że brakuje mi obecności Lucjusza. Ani ty ani Remus nie macie do tego serca. Technikę może macie dobrą, ale…
- O czym wy mówicie? – zapytał w końcu Bill.
Nie otrzymał słownej odpowiedzi. Wrócił Charlie, a w ręku trzymał jakieś dwa patyki. Dopiero po chwili Harry zauważył, że są one na środku połączone łańcuchem. Gryfon wiedział co to jest, bo Draco pokazywał mu kiedyś coś takiego w swojej kolekcji. Nazywało się nunchaku.
Podszedł do Anny i podał jej rękę. Wampirzyca przyjęła ją, uśmiechając się promiennie. Nagle w jej dłoni znalazła się jakaś biała broń. Bardzo cienki miecz, lekko zakrzywiony na końcu.
To katana. Japoński miecz samurajów – poinformował go blondyn. - Wampiry praktycznie zawsze noszą ze sobą broń, i trzymają ją w pochwie, na którą rzucone jest zaklęcie kameleona. To taka tradycja, która przetrwała jeszcze z czasów, w których na ziemi toczyły się wojny. Dla ich gatunku, to wcale nie było tak dawno. Jestem prawie pewien, że ona uczestniczyła w kilku z nich.
To ile ona może mieć lat?
Między osiemdziesiąt a pięćset? Wampiry są poniekąd nieśmiertelne. To znaczy nie umierają śmiercią naturalną. Żyją tak długo aż się ich nie zabije.
- Oni będą walczyć? – zapytała przerażona pani Weasley.
- Charlie… - zaczął Ron. Widział wampirzycę w akcji w Srebrnym Wzgórzu i chciał ostrzec brata, ten jednak był zbyt zajęty, aby zwrócić uwagę na Ronalda. Charlie zaczął najpierw kręcić jednym patykiem, trzymając drugi, a następnie przekładał dookoła siebie, podając sobie z ręki do ręki. Żaden z obecnych nie miał pojęcia o umiejętnościach poskramiacza smoków. – Co ty…
- Cicho – pouczył go Wolfram. – Będą się pojedynkować. Nie można im przeszkadzać.
- Ale dlaczego? Przecież ona nie będzie walczyć w sukience, prawda? – Zarzucił go pytaniami.
- Dla sprawdzenia swoich umiejętności, a dla wyuczonego szermierza, nie ma różnicy w jakim stroju walczy, szczególnie jeśli jest się wampirzą kobietą – odpowiedział i sam zapatrzył się na parę, która szykowała się do walki. Rudzielec po długim westchnięciu, w końcu zrobił to samo.
Pierwszy zaatakował chłopak, ale pomimo nadzwyczaj szybkich ruchów, które ewidentnie wskazywały na to, że jest bardzo dobry w tym, co właśnie prezentował, każdy jego atak został odepchnięty. Wampirzycy również nie udało się przebić przez obronę chłopaka.
Obserwujący nie mogli oderwać wzroku, od poczynań walczących. Czasami trudno było im się połapać, kto, kiedy i jakie wykonuje ruchy, ponieważ wszystko działo się tak szybko.
Harry pomyślał, że w porównaniu do tej pary, jego pojedynki z Draco są naprawdę wolne.
U nas nie chodzi o szybkość, a precyzję Gryfiaku.
Ale to… wygląda tak niesamowicie.
Żałuję, że sam nie możesz zobaczyć się podczas naszych walk. Ty również wyglądasz wtedy nieziemsko.
Harry uśmiechnął się do siedzącego obok niego blondyna i włożył swoją rękę w jego. Nie zabierając jej, ponownie spojrzał na toczącą się kilka metrów od niego potyczkę.
Parę minut i wiele zachwyconych westchnień później, Annie udało się w końcu odciąć połowę jednego kija. Był to ruch zdecydowanie zbyt mocny i precyzyjny jak na możliwości człowieka. Charlie spojrzał najpierw na swoją broń zdziwiony, lecz po chwili uśmiechnął się. Ukłonił się, dziękując za walkę, a kobieta odwzajemniła ten gest.
- Wygrałaś – powiedział cicho. – Gratuluję.
- Tak, ale to była bardzo wyrównana walka. Naprawdę dawno nie miałam możliwości walczyć z kimś tak dobrym.
- To było wspaniałe - wykrztusiła w końcu Ginny. – Gdzie ty się tego nauczyłeś? – zapytała brata.
- Mamy sporo wolnego czasu, kiedy smoki śpią. – Zaśmiał się, wracając z przeciwniczką do stołu. – Ale Anna mówiła mi, że wy również walczycie? – zapytał Draco i Harry'ego. – Bardzo chciałbym to zobaczyć, Anna była zachwycona waszymi pojedynkami.
- Tak są wspaniali. – Zgodziła się kobieta. – Draco jakby urodził się z szablą w ręku, a patrząc na to jak dobrze radzi sobie Harry, po niespełna półrocznej praktyce, można przypuszczać, że niedługo mu dorówna. Może wy również zaprezentujecie nam swoją technikę?
- Nie mamy ze sobą broni. – Próbował się wymigać brunet.
- To żaden problem – zapewnił Charlie. – Pojedynki białą bronią to stary zwyczaj i o ile się nie mylę, to powinniśmy znaleźć coś w domu, prawda tato? – Mężczyzna skinął głową, potwierdzając. – Może nie będzie to tak wspaniała broń jaką się zwykle posługujecie, ale jak na jeden pojedynek powinno wystarczyć. Zaraz coś przyniosę.
Znów pognał do domu.
- Chyba nie mamy wyboru – powiedział cicho brunet do blondyna.
- Nie bądź już taki skromny, będą co najmniej tak samo zachwyceni naszą walką jak tą poprzednią. Uwierz mi – szepnął.
OOO
Charlie wrócił po chwili z dwoma długimi szablami i podał je chłopakom. Harry zwarzył jedną z nich w dłoni i sam przed sobą przyznał, że nie powinien mieć z nią problemów. Była trochę podobna do tej, którą posługiwał się na co dzień w walkach z Malfoyem, jedyna różnica to rzadsze ozdobne wzory i może była mniej zadbana.
- Stawaj do walki, Gryfiaku – powiedział głośno Draco, pokazując dwa rzędy idealnie białych zębów w uśmiechu.
- Chyba nie mam wyboru – odmruknął cicho.
Ustawili się w pozycjach wyjściowych, po czym na znak przywitania i szacunku do drugiej osoby walczącej, ukłonili się sobie, a następnie skrzyżowali ze sobą miecze, uderzając nimi raz w górze i raz od dołu. Pierwszy zaatakował Harry, całkowicie pewny, że jego ruch zostanie szybko odparowany. Malfoy gładko zablokował cięcie, po czym sam zaczął napierać na przeciwnika. Krążyli po niewielkiej powierzchni, zamiennie nastawając na siebie, albo wycofując się pod wpływem ciosów partnera. W powietrzu słychać było jedynie ciężki dźwięk uderzanej o siebie broni, zmieszany z głośnymi i głębokimi oddechami chłopców. Obserwujący ich ludzie, nie mogli wydobyć z siebie słowa, nie chcąc burzyć wręcz sakralnej chwili i piękna tego, czego właśnie byli świadkiem. Kilka minut później Harry poczuł, że jego ruchy stają się coraz bardziej ociężałe, a ręka w której trzymał szable zaczyna mu coraz bardziej doskwierać. Już na samym początku pojedynku, zorientował się w kolejnej różnicy tej i jego prywatnej broni. Szabla Weasleyów była cięższa. Nie zdziwiło go, gdy po kolejnych dwóch minutach, udało się Draco pozbawić go broni. Uśmiechnął się szeroko, widząc również nieliczne kropelki potu na twarzy blondyna. Sam czuł, że jest cały mokry.
Harry przywołał broń, wyciągając po nią rękę, a ona go posłuchała. Był zbyt skupiony na swoim chłopaku by usłyszeć zachwyt, jaki wydobył się z ust dwójki najstarszych braci Weasleyów. Skrzyżowali razem broń, w taki sam sposób jak na początku, po czym ukłonili się sobie. Odwrócili się w stronę obecnych, jakby tym samym powracali do realnego świata.
Mówiłem, że będą zachwyceni – skomentował Draco, widząc dumę w oczach pani Weasley, a może nawet przebłysk niezawistnej zazdrości w oczach pozostałych, nie wyłączając z nich nawet tych nastolatków, którzy nie raz ich już oglądali.
OOO
Siedzieli w salonie, rozmawiając o całkowicie przyziemnych sprawach, a w między czasie pan Weasley i Lupin przygotowywali przyniesiony przez wilkołaka sprzęt. Gdy radośnie oświadczyli, że udało im się go uruchomić, przed obecnymi zostało postawione coś, co przypominało z wyglądu trochę większego laptopa. Z boku podłączony przewodem był mikrofon, a na ekranie znajdowała się obszerna playlista, na której umieszczone zostały linie melodyczne piosenek wraz z tekstem.
Remus nie musiał długo zachęcać, by ktoś pierwszy wypróbował gadżet. Huncwoci ochoczo zaproponowali, że pierwszy występ będzie należał do nich. Niestety zawiedli się gdy, wilkołak oświadczył, że w spisie nie znajdą ani marszu pogrzebowego, ani nawet hymnu narodowego, więc korzystając z tego, że w końcu jest już początek listopada, postanowili postawić na odśpiewanie Merry Christmas.
Wolfram zachwycony przedmiotem namówił, czerwieniącego się co chwilę Rona, do głośnego i całkowicie nie profesjonalnego odśpiewania ballady Our Great Love. Próbując zetrzeć plamę na honorze Malfoyów, Draco zmusił Harry'ego do duetu. Długo nie mógł znaleźć sobie odpowiedniego utworu, więc bliźniacy postanowili zrobić to za niego. Ku wielkiemu oburzeniu Ślizgona i zachwytowi Złotego Chłopca, Fred ustawił mu utwór Lenka The Show.
Malfoyowska duma nie pozwoliła mu na żądanie zmiany piosenki, więc przybierając jak najbardziej wyniosłą minę zaśpiewał utwór. Gdy przez jego ściśnięte usta, przeszły słowa I'm just a little girl lost in the moment obecni nie mogli powstrzymać śmiechu. Harry od początku jedynie chichotał, więc w rezultacie Draco sam odśpiewał piosenkę, nie zważając na zachowanie obecnych, którzy w końcu musieli przyznać, że suma summarum, blondynowi wyszło to naprawdę rewelacyjnie.
Bliźniacy nie mogli sobie darować i również postanowili się popisać. Nawet całkiem nieźle im szło, gdyby nie zważać na to, że przekręcali co trzecie słowa piosenek, sprawiając, że albo zawierały one dwuznaczne podteksty, albo dotyczyły którejś z obecnych w pokoju osób.
Goście zdecydowanie dobrze się bawili, dlatego nikt nie spostrzegł, że jest już bardzo późno. Dopiero gdy zegar nad komikiem wybił drugą, zorientowali się, że najwyższa pora wracać do domu. Obydwie strony wyraziły chęć powtórzenia spotkania, tym razem w Srebrnym Wzgórzu.
Tom w domu Severusa czuje się zdecydowanie jak u siebie – pomyślał Harry i zachichotał w duchu, słysząc zaproszenie Riddle'a.
- Was chyba nie trzeba namawiać na wizytę, prawda? – zapytał młodzież, która ochoczo przytaknęła. Pożegnał się uściskiem dłoni z każdym obecnym w pokoju mężczyzną oraz całując w dłoń kobiety. Hermina dodatkowo została mocno przytulona i delikatnie pocałowana. Mimo wszystko Tom nie chciał pozwalać sobie na nic więcej przy pani Weasley i dziewczyna doskonale to rozumiała, ba, sama była dokładnie tego samego zdania. Lupin poszedł w jego ślady żegnając się ze wszystkimi, tak samo jak Severus i Malfoyowie żegnający się z Anną, tak samo wilkołak ucałowali dłonie kobiet. Nawet Charlie, Bill, Neville i Harry, ponaglony przez Draco i poinformowany, że jest to ogólnie przyjęty zwyczaj magicznych rodzin, powtórzyli ich gest. Bliźniacy spojrzeli na siebie i również ucałowali dłoń kobiety, robiąc to zdecydowanie głośniej niż wymagała tego sytuacja, po czym zamierzyli się w stronę Remusa i Toma, i zrobili to samo zaskoczonemu wilkołakowi. Riddle spojrzał na nich spojrzeniem, które mogłoby być uznane za godne człowieka posądzanego o bycie masowym mordercą, więc bliźniacy wycofali się cicho, kryjąc się za Snape'em, który miał zdecydowanie zbyt zadowoloną minę. Kilka osób chichotało, nie kryjąc się z tym. Ron w końcu przełamał się i nie chcąc być gorszym, podszedł do Anny, czerwony z zażenowania po same końce uszu i również odpowiednio ją pożegnał.
Goście wrócili do siebie przez kominek, a stali i tymczasowi domownicy powlekli się do wyznaczonych im sypialni. Transmutowali kilka dodatkowych łóżek i nadzwyczaj szybko, jak na tak dużą liczbę osób, uporali się z myciem, po czym zasnęli spokojnym snem.
OOO
Harry'ego obudziły ze snu promienie słońca, okupujące jego twarz. Ziewnął potężnie i szturchnął Rona, leżącego niedaleko niego. Rudzielec przewrócił się na drugi bok, mamrocząc coś o włochatych pająkach i bezbronnych pluszowych misiach.
Potter podniósł się, a tym ruchem obudził ze snu Neville'a, leżącego na transmutowanej z poduszki, przez Harry'ego, jednoosobowej sofie, dokładnie takiej, jak ta Złotego Chłopca.
- Rooon! – jęknął Potter. – Budź się, pewnie już południe.
Weasley mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi.
- Wstawaj albo sam cię obudzę - zagroził.
- Spadaj – odburknął chłopak.
- Sam tego chciałeś – Potter mrugnął do Neville'a, który obserwował go z zainteresowaniem, po czym oblał rudzielca zimnym i gwałtownym prysznicem. Nauczył się tego, któregoś wieczoru, śledząc książki, zabrane ze Srebrnego Wzgórza. Choć zwykłe podstawy chemii, którą przerabiał w mugolskiej szkole, były tak samo pomocne. Przemiana była niewielką ingerencją w przyrodę, więc bez problemu mógłby użyć jej w każdym przypadku i na dużo większą skalę. Co prawda miał nadzieję użyć kiedyś tej transmutacji w zupełnie innym, znacznie poważniejszym przypadku, ale mina Rona, który poderwał się całkowicie rozbudzony, była również warta zachodu.
- Oszalałeś? – kwiknął, zdecydowanie nie męskim głosem. – Chcesz mnie utopić we własnym łóżku!
Rudzielec spojrzał na niego ostrym wzrokiem, ale zaledwie po chwili śmiał się również mocno, jak pozostała dwójka gryfonów.
W dobrych humorach zeszli na śniadanie. Choć każdy normalny człowiek, o tej godzinie jadłby już co najmniej lunch. W kuchni siedział Snape, razem z Malfoyami, w nienagannych strojach i z wyprostowanymi plecami. Dziewczyny krzątały się z panią Weasley, przygotowując coś do jedzenia. One również miały na sobie codzienne, choć może nawet lekko eleganckie ubranie. Trójka gryfonów poczuła się lekko nie na miejscu w swoich piżamach.
- Potter – warknął Snape. – Czy mógłbyś nie paradować po domu w bieliźnie?
- Mi się tam podoba – zauważył Draco, mierząc Harry'ego pełnym pożądania wzrokiem od stóp do głów.
Jeśli Ślizgon myślał, że doda to brunetowi otuchy, to grubo się pomylił. Jego zielona, bawełniana piżama, wydała mu się nagle zbyt obcisła i mało zakrywająca to, co powinna.
Obrzucił mężczyzn nienawistnym spojrzeniem, bąknął coś pod nosem i skierował się do pokoju Rona. Neville podążył za nim, choć jego piżamę można by zdecydowanie uznać bardziej za dres niż normalny, nocny strój, szczególnie, że zamiast góry nosił zwyczajny t-shirt.
Rudzielec, uznawszy, że uwaga profesora go nie dotyczy, usiadł ciężko za stołem i zabrał za nakładanie sobie na talerz kiełbasek. Pani Weasley postanowiła wyprowadzić go z błędu i czysto matczynym gestem, ciągnąć biadolącego chłopaka za ucho, poprowadziła go ku schodom. Resztę drogi przebył sam, cicho przeklinając pod nosem.
Kilka minut później, zeszli całkowicie ubrani. Teraz również bliźniacy pojawili się w kuchni i, ku rozbawieniu Harry'ego, wyglądali na zaspanych.
Gryfon nałożył sobie śniadanie, które w porównaniu z kopcem Rona, można było uznać za skromne. Mimo, że próbował nie mógł wmusić w siebie więcej jedzenia. Będzie musiał się pogodzić z tym, że zawsze będzie niski i chudy
Seksowny, umięśniony i nieziemsko przystojny. – Poprawił go blondyn.
Prawie tak wspaniały jak ty? – zapytał, chichocząc mentalnie.
Prawie. Ale skoro nie mogę umawiać się sam ze sobą, zostajesz mi tylko ty.
- Harry - Wyrwał go z zamyślenia głos pani Weasley. – Moglibyśmy porozmawiać jak zjesz? Na osobności?
Chłopak poczuł, jak jakaś gula przewraca się mu w żołądku i momentalnie stracił apetyt, choć z jego skromnej porcji, nie zniknęła nawet jedna czwarta nałożonego jedzenia.
- Już zjadłem – poinformował, odsuwając od siebie talerz.
Snape poparzył na niego, unosząc wysoko brew, okazując tym swoje niezadowolenie odnośnie opuszczania jakichkolwiek posiłków. Nie powiedział jednak nic. Musiał wiedzieć, jak ważne dla Harry'ego jest to, czy pani Weasley zaakceptuje jego nowe poglądy.
- Dobrze, więc chodźmy na zewnątrz – zachęciła pani Weasley. – Jest tam wygodna ławeczka.
Gryfon przytaknął i poszedł za kobietą. Nie odzywali się do siebie dopóki nie doszli do wyznaczonego miejsca. Brunet zdziwiony zauważył, że w nocy musiał padać, a może nawet przeszła burza. Powietrze pachniało wspaniale, a ziemia była mokra. Ławka, zapewnie magiczna, była jednak sucha.
- Kochaneczku - odezwała się po chwili mama Rona – ja nie mam pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. To, co słyszałam przez tyle lat od Dumbledore'a i to, co przedstawiłeś mi wczoraj, to zupełnie różne od siebie wersje… Nie miałam pojęcia w jakich żyjesz warunkach. Gdybym tylko wiedziała o mniej niż połowie tego, przez co musiałeś przejść, już dawno wymusiłabym na dyrektorze zabranie cię od tych strasznych mugoli. Ron mówił mi, że jesteś czasami głodny, ale myślałam, że chodzi tu o normalne potrzeby dorastającego chłopca. Nigdy nie przyszło mi na myśl, że mógłbyś naprawdę głodować. O reszcie naprawdę nie miałam żadnego pojęcia, kochanie. I nie mogę zrozumieć jak… - potrząsnęła głową. Nie umiała wyrazić tego, co myśli, nie używając wulgarnych słów, a nie chciała tego robić przy wpatrzonym w nią chłopcu. Naprawdę kochała tego dzieciaka, tak samo jak każdego swojego syna. Westchnęła głośno. – Nawet nie wiesz, jak cieszę się z takiego obrotu spraw. Choć może profesor Snape nie okazuje ci tego we właściwy sposób, naprawdę się o ciebie troszczy. A Draco… nie miałam pojęcia, że to taki miły i dobrze wychowany chłopiec. Zawsze widziałam go przez pryzmat wojny Slytherinu z Gryffindorem, która trwała jeszcze za czasów kiedy ja, Artur i Lucjusz chodziliśmy do szkoły. Muszę przyznać, że bardzo się w tej kwestii myliłam. Wspaniale, że udało wam się zakończyć ten dziecinny konflikt. Choć nie zaprzeczę, że związek Rona z Wolframem… z Malfoyem… z mężczyzną… - wymieniała coraz słabszym tonem - był dla mnie sporym zaskoczeniem. Ale nie o to chodzi. Chciałam ci powiedzieć, że w jakimkolwiek przypadku, gdy będziesz tego potrzebował, masz różdżkę moją, Artura i całej naszej rodziny, choć przypuszczam, że moje dzieci już dawno zasugerowały ci taką możliwość – uśmiechnęła się do niego, a w jej oczach można było dostrzec matczyną troskę. Przytuliła chłopca do siebie, a Harry poczuł się bardzo szczęśliwy.
OOO
- Wszystko idzie po naszej myśli? – zapytał mężczyzna siedzący za ciężkim biurkiem.
- Oczywiście – zapewnił Anton, obserwując Toma, przeglądającego swoje notatki. – Idzie nam nadzwyczaj dobrze. Duża większość aurorów jest po naszej stronie. Lucjusz również przemówił do rozsądku kilku swoim wysoko postawionym przyjaciołom. Myślę, że już niedługo, na poważnie będziemy mogli zająć się przejęciem Ministerstwa. Knot jest po prostu ślepy, nie widząc tego wszystkiego, co dzieje się pod jego nosem.
- On zawsze był tylko marionetką – rzucił zdawkowo Tom.
- Racja – przytaknął wiceminister. – Mam również inną dobrą wiadomość. Lucjusz posiada już osiemdziesiąt procent akcji Proroka. Oczywiście wszystkie na podstawione nazwiska. Wieczorem ma spotkanie z ostatnim udziałowcem, posiadającym sporą część akcji. Właściwie to ma w rękach ostatnie dwadzieścia procent. A patrząc na sumkę, jaką macie mu do zaoferowania, nie powinno być najmniejszych problemów z ich przejęciem.
Twarz Toma wyraźnie pojaśniała.
- Od poniedziałku będziemy mogli w końcu drukować rzetelne informacje. To będzie kolejny krok, ku zniszczeniu Dumbledora.
OOO
Ostatni dzień pobytu w Norze minął im wspaniale. Oczywiście nie obyło się bez meczu quidditcha. Ale Harry postanowił spróbować także czegoś innego. Transmutował kafla, ku oburzeniu Rona, gdy pierwszy raz to zobaczył, w zwykłą mugolską piłkę do siatkówki. Przy pomocy Hermiony wytłumaczył reszcie zasady i ku zdziwieniu wszystkich, dziewczyna również postanowiła z nimi zagrać. Okazała się bardzo dobra w tej dziedzinie sportu, informując ich dodatkowo, że w podstawówce należała do szkolnej drużyny. Potem czasami grywała w wakacje, zazwyczaj w plażową wersję. Ronowi zalśniły oczy, gdy opowiadała o boisku pełnym roznegliżowanych dziewczyn w strojach kąpielowych, ale Wolfram szybko przypomniał mu o swojej obecności, dobrze wymierzonym ciosem w tył głowy.
Harry również lubił kiedyś wychowanie fizyczne. Ciotka zawsze załatwiała Dudleyowi zwolnienie, więc była to jedyna lekcja, na której Potter mógł swobodnie odetchnąć. Petunia zawsze twierdziła, że Dudziaczek jest zbyt chorowity oraz delikatny na tak brutalny i intensywny wysiłek fizyczny. Jeszcze mógłby się rozchorować! Harry był natomiast niski, zwinny i szybki, więc nie miał większych problemów z żadną z dyscyplin sportowych, a nawet wzrost nie przeszkadzał mu w koszykówce, nadrabiał ten mały mankament sprytem, celem i wyskokiem. Szybko stał się jednym z lepszych uczniów i przynajmniej na tej lekcji zwykle był wybierany jako pierwszy do drużyny, co zdecydowanie było jakoś odmianą w jego codziennym życiu. Wszystko jednak skończyło się, gdy poszedł do Hogwartu. Zachwycił się quidditchem, a w wakacje nawet jakby chciał, to nie miał najmniejszej możliwości na trenowanie żadnego sportu drużynowego, ze względu na ogólny strach przez zemstą bandy jego kuzyna. Inaczej było grać z nim na zamkniętej sali gimnastycznej, a inaczej na dworze, gdzie Dudley mógłby to zauważyć.
Hermiona poszła do pani Weasley i po chwili wróciła z kawałkiem jakiegoś materiału, który został przetransmutowany w siatkę i zawieszony przez Billa i Charlie'ego między dwoma drzewami. Podzielili się na dwie drużyny i rozpoczęli rozgrywkę.
- Stary – powiedział zmęczony, ale całkowicie usatysfakcjonowany Ron, gdy trzy godziny później zakończyli mecz. Udało im się rozegrać całe pięć setów. – Qudditch zdecydowanie nie jest taki wyczerpujący.
- Ale czego ci mugole nie wymyślą. – Zaśmiał się Bill. – To naprawdę wspaniała gra, szkoda, że nie wiedzieliśmy o niej wcześniej. Moglibyśmy urozmaicić sobie nieco lato. Znasz jeszcze jakieś ciekawe dyscypliny?
Praktycznie do wieczora rozmawiali o sporcie. Pan Weasley był wyraźnie zainteresowany ich rozmową i po krótkim czasie osobiście się w nią włączył, za to Snape czasami wtrącał do rozmowy swoje trzy grosze, wykazując się całkiem dobrą znajomością zasad gry.
- Mam telewizor – oświadczył, gdy po raz kolejny spojrzeli na niego zdziwieni.
- Chyba nie powiesz profesorze, że można zobaczyć cię kiedykolwiek siedzącego na kanapie, z piwem w ręku i kibicującego różnym drużynom? - Harry momentalnie zachichotał, wyobrażając sobie jak wyglądałoby spełnienie jego słów w rzeczywistości.
- Oczywiście, że nie – odparł oburzony, że chłopak mógł go posądzić o coś tak plebejskiego. – Piję brandy.
OOO
Pora wyjazdu przyszła zdecydowanie szybciej niż by tego chcieli. Dopiero co jedli obiad, a już po chwili Snape poganiał ich do zebrania swoich rzeczy i uderzali nogami o nienaganny trawnik błoń Hogwartu. Wspólnie doszli do zamku, a potem rozstali się, wykończeni wydarzeniami dnia.
- Potter – zawołał go Snape, chwilę przed tym jak się rozstali. – To nawet nie najgłupszy pomysł z tą siatkówką. Nie musicie się specjalnie kryć z tym, jakbyście chcieli znów pograć. Czarodzieje muszą zacząć się stopniowo przystosowywać do myśli, że nie mają monopolu na dobre pomysły.
Harry ze zdziwieniem przyznał, że Snape w te słowa wplótł zawoalowany komplement. Uśmiechnął się do niego, co profesora zbiło lekko z tropu i uniósł brew w pytającym geście.
Gryfon jedynie potrząsnął głową i pobiegł za przyjaciółmi, przekazując co powiedział mu Snape. Hermiona była tą osobą, która zdecydowanie najbardziej cieszyła się z tego, że jutro znów będą mogli zagrać.
OOO
Gdy Harry obudził się następnego ranka, nie spodziewał się żadnego z wydarzeń jakie miały nastąpić tego dnia. Nie wiedział także, że będzie stanowiło on jeden z przełomowych dni na drodze do połączenia dwóch, wrogo nastawionych do siebie światów.
Wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Obudził się wypoczęty i we własnym łóżku, co właściwie, w ostatnim czasie było rzadkością. Ron pochrapywał obok, a Neville krzątał się już w łazience. Jak tylko Longbottom wyszedł, Potter zajął pomieszczenie i wziął długi, relaksujący prysznic.
Kiedy Weasley również uporał się z porannymi obowiązkami, zabrali ze sobą wypracowania na OPCM i zeszli na śniadanie.
Jak zwykle w poniedziałkowy ranek, Wielka Sala pełna była szeroko ziewających ludzi, niezadowolonych z tego, że skończył się weekend. Harry rzucił okiem na gryfoński stół i nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy zauważył siedzącego tam już blondyna, który wyraźnie na niego czekał. Towarzyszył mu Wolfram, a obok nich Ginny razem z Luną. Obok Krukonki siedziała Jean, z którą Lovegood zaprzyjaźniła się niedługo po kawale, jaki zrobili Huncwoci. Neville usiadł obok dziewczyny i zaczął z nią uprzejmą rozmowę. Różnice między domami coraz bardziej zaczynały się zacierać.
Deszcz sów wleciał do sali, ale Harry nie zwrócił na to uwagi, zajmując miejsce obok swojego chłopaka. Nie spodziewał się żadnego listu, więc czarna sowa, która przed nim wylądowała, zaskoczyła go. Jeszcze dziwniejsze było to, że miała do nóżki przyczepionego Proroka. Harry unikał tego szmatławca jak ognia, nie chcąc niepotrzebnie denerwować się kłamstwami, jakie wypisywała o nim Skeeter, co mogłoby spowodować wybuchy magii. Ostatnio coraz lepiej udawało mu się nad nimi panować. Draco musiał wyczuć jego wahanie, bo sam odebrał od ptaka gazetę. Ze środka wyleciał krótki liścik, który odczytali wspólnie. Gryfon poznał pismo Toma.
Prorok zmienił właściciela. Miłego czytania.
Spojrzeli na siebie zaskoczeni, po czym rzucili się na gazetę. Pierwszą stronę zajmowało duże zdjęcie Knota, w jego uroczym, zielonym meloniku oraz z kwaśną miną.
Tytuł głosił: Koniec urzędowania Korneliusza Knota? Oraz dopisek mniejszą czcionką Minister Magii nie radzi sobie z powołaniem, do którego został wybrany. Społeczność czarodziei żąda dymisji Knota.
Szybko przeszli na następną stronę, gdzie znajdował się artykuł. Zajmował on w sumie pięć pierwszych stron i był pełen zarzutów względem jego urzędowania. Ponadto znalazły się tam również komentarze osób trzecich, którzy jak sami przyznawali, mieli nieszczęście z nim pracować. Ubarwiony był również kilkunastoma kompromitującymi zdjęciami, jakby dziennikarze tylko czekali na moment kiedy będą mogli je w końcu wykorzystać.
Kolejne dwie strony przedstawiały opis trójki czarodziejów, którzy przypuszczalnie, w oczach społeczeństwa, nadawaliby się na zastąpienie Knota na jego stanowisku. Szczególnie jeden z nich zainteresował chłopców, ponieważ jak głosił artykuł, według przedstawionych wyników ankiet, już w tym momencie miał zapewnione przeszło sześćdziesiąt procent głosów.
- Ludwig Akerman. To przyjaciel ojca – poinformował go Draco, nie odrywając wzroku od artykułu. – Zdecydowanie jest zwolennikiem poglądów Toma. To bardzo… specyficzny człowiek. Przez wiele lat żył na pograniczu obu światów, całkowicie odcinając się od wojny. Albo przynajmniej było tak w oczach postronnych obserwatorów. Był jednym z prężnie działających przeciwników Voldemorta. Narobił mu wiele kłopotów, a mój ojciec długo nie mógł rozpracować kto stoi za tymi wszystkimi kłodami, jakie Akerman rzucał im pod nogi. Spotkali się dopiero jakieś dwa, może trzy lata temu, gdy Ludwig zaczął pracę na stanowisku kierownika biura Magicznego Prawa. Jest zupełnym przeciwieństwem mojego ojca. Uwielbia się śmiać, żartować, a jego mieszkanie ponoć zagracone jest najróżniejszymi przedmiotami, które kolekcjonuje, niezależnie od tego czy są stworzone przez czarodziejów czy mugoli. W pracy utrzymuje jednak opinię sumiennego, odważnego i nielękającego się podejmowania wyzwać. Myślę, że będzie idealny.
Harry nie mógł uwierzyć, że zobaczył pod głównym artykułem gazety nazwisko Skeeter. Był pewny, że Tom natychmiast ją zwolni, ale teraz przyznał, że jednak pozostawienie jej na stanowisku było całkiem dobrym pomysłem. Artykuł był tak jadowity, jak miała to w zwyczaju Rita i Gryfon chętnie czytał ostre słowa krytyki, których autorką mogła być jedynie ona.
Reszta gazety dotyczyła już mniej istotnych informacji, choć zdecydowanie było widać, że artykuły różnią się od tych, jakie zazwyczaj pojawiały się na łamach tego pisma. Nowością, która nie uszła bystrym oczom chłopaków, był artykuł poświęcony opisowi działania mugolskiego telewizora, a na samym dole dodane zostało, że podobne tematy będą się ukazywać w każdym poniedziałkowym, środowym i piątkowym numerze. W artykule zostały umieszczone odpowiednie zaklęcia, które miały by chronić elektroniczny sprzęt przed zgubnym dla nich oddziaływaniem magii. Poza tym zostało wymienionych tak wiele zalet, że Harry nie zdziwiłby się, gdyby jeszcze tego dnia, wiele czarodziejskich rodzin zapragnęło mieć takie urządzenie w swoim domu.
Z zadowoleniem stwierdził, że wielu uczniów również przegląda Proroka. W sali podniósł się gwar rozmów, a co dziwne, żądanie dymisji Knota było na równi zaskakujące, jak fascynująca była nowa kolumna w gazecie. Któryś z jego przyjaciół musiał coś napomknąć o laptopie, jaki był w posiadaniu Harry'ego, bo dwóch starszych Gryfonów, dosiadło się do niego, prosząc czy mógłby im pokazać jak w ogóle wyglądają takie urządzenia.
Potter wdał się w uprzejmą rozmowę, odpowiadając zdawkowo na pytania, ale zainteresowany był zgoła czymś zupełnie innym. Śledził wyraz twarzy dyrektora, gdy w szybkim tempie, zaraz po dołączeniu do profesorskiego stołu, zabrał się do odczytywania gazety. Brunet widział, że czym dalej Dumbledore się zagłębiał w artykuły, tym wyraz jego twarzy był inny. Na początku zaskoczenie, potem zniesmaczenie, a przy końcu pojawił się na jego obliczu autentyczny, dziki gniew. Ich oczy spotkały się ponad głowami innych uczniów i Harry zauważył, że zniknęły iskierki, które choć fałszywe, zazwyczaj wypełniały oczy dyrektora. Teraz płonęła w nich czysta, nieokiełznana furia. Przerzucił szybko wzrok na Snape'a, ponieważ w jego serce wdarł się niepokój.
Nie może ci nic zrobić w Wielkiej Sali, a nawet jak spróbuje, to twoi przyjaciele nie pozwolą mu cię skrzywdzić. – Usłyszał w swojej głowie głos, złudnie podobny do tego, który należał do Snape'a.
Draco wyczuwając co dzieje się w umyśle Gryfona, przylgnął do niego, otaczając go ramieniem, jakby w ten sposób mógł go uchronić przed całym złem świata. Nie musiał nic mówić, ponieważ Harry doskonale widział co blondyn chce mu przekazać przez ten gest.
Przez cały posiłek czuł, że jest obserwowany. Nie mógł się skupić na lekcji OPCM i chyba pierwszy raz poszło mu gorzej niż Ronowi. Jego zaklęcie kopuły wyciszającej, zamiast blokować wydostawanie się dźwięków, podwajało je. Look pierwszy raz na ich wspólnej lekcji, zmuszony był odebrać punkty Gryffindorowi za brak skupienia bruneta, kiedy po raz trzeci nie odpowiedział na zadane przez nauczyciela pytanie.
Gdy wychodzili, profesor przekazał mu, że jego ojciec chrzestny chce się z nim widzieć i mają razem z Draco zjeść u niego lunch.
Gdy zapukali do komnat profesora, one automatycznie się przed nimi otwarły. Weszli do środka i zauważyli, że Snape przygotowuje coś w kociołku, w rogu pokoju,. Słownie zaproponował im, aby usiedli na kanapie i zjedli coś. Na stole stały dwa talerze, taca pełna przepysznie wyglądających kanapek oraz dwie pełne szklanki. Kawa dla Draco i herbata dla Harry'ego. Chłopcy powoli zabrali się do jedzenia, ale byli o wiele bardziej zainteresowani tym, co ma im do powiedzenia Severus. Nauczyciel jednak milczał, dopóki nie skończył wywaru. Dodał ostatni składnik, zamieszał trzy razy w prawo i dwa razy w lewo, po czym ściągnął kociołek z ognia. Dopiero wtedy dosiadł się do młodzieży.
- To większy zapas eliksiru na ból głowy. Myślę, że jeśli Dumbledore zdecyduje się na użycie Hypnosis Oblique to będzie to właśnie dzisiaj. Ważąc eliksir uodparniający dodałem trochę mniejszą dawkę krwi buchorożca, by w sytuacji kiedy zostanie im podana mikstura Wladimira, odczuli niewielki ból głowy. Da nam to możliwość zaobserwowania, kiedy to się stanie.
- Dumbledore wyglądał na strasznie wkurzonego - zauważył Harry. – Jak udało wam się zdobyć udziały gazety?
- Cały pakiet należy już do nas – odpowiedział Severus. – Lucjusz ma siłę przekonywania. – A po chwili szybko dodał, widząc wyraz twarzy Gryfona. – Pieniądze, Potter. Nic im nie zrobił, tylko przekupił.
Harry zawstydził się swoich podejrzeń. Oczywiście, pierwsze co przyszło mu do głowy to zabójstwa, porwania albo tortury. Lucjusz w jego mniemaniu, nie należał do cierpliwych ludzi, którzy prowadzą spokojne negocjacje, a wątpił aby dokładnie wszyscy udziałowcy zechcieli odsprzedać swoje akcje.
- Jeśli zaoferuje się odpowiednią, zdecydowanie przewyższającą wartość, sumę to wszystko da się kupić – powiedział profesor, trafnie odczytując wyraz twarzy Gryfona. – Myślałem, że nam ufasz. – W jego głosie można było wyczuć nieznaczne rozczarowanie. – Obiecywaliśmy, że nie będziemy używać żadnych drastycznych środków perswazji, o ile nie będą one absolutnie konieczne. I zamierzamy dotrzymać słowa.
Złoty Chłopiec kiwnął głową. Znów poczuł lekkie zawstydzenie.
- Myślisz, że Dumbledore spróbuje czegoś jeszcze? – Draco zadał w końcu pytanie, które męczyło również Harry'ego od chwili, gdy pierwszy raz ujrzał wyraz twarzy dyrektora, po odczytaniu artykułów w Proroku.
- Tak, myślę, że może być dość zdesperowany i nie jestem pewien, czy w tej sytuacji sam atak na mugolskie rodziny mu wystarczy. Dlatego też chciałem, żebyście się dzisiaj i w ciągu najbliższych dni jak najbardziej pilnowali. Przekażcie też reszcie moją informację.
Zjedli jeszcze po jednej kanapce, zanim podnieśli się do wyjścia. Powinni udać się już pod klasę eliksirów, jeśli nie chcieli sprawiać wrażenia, że spędzili lunch ze Snape'em.
- Musimy już iść. Zaraz mamy lekcję z pewnym, bardzo wymagającym profesorem. Bardzo nie lubi, kiedy ktokolwiek spóźnia się na jego zajęcia. Zachowuje się jakby tylko czekał na okazję, by móc odebrać mojemu domowi punkty – powiedział Harry. – A my nie chcemy go prowokować. Jeszcze mogłaby mu ręka zadrżeć nad naszym eliksirem i w efekcie spowodowałoby to, że do końca życia nie moglibyśmy mówić, albo co gorsza, że idealne, proste włosy Draco, zostałyby przefarbowane na rudo i zaczęłyby się kręcić. W najgorszym wypadku mógłby być to nieodwracalny proces.
Blondyn trącił go w bok, a jego mina wyglądała na przerażoną.
- Wolałbym zginąć – oświadczył, wywołując u swojego chłopaka napad śmiechu.
Snape popatrzył na nich z politowaniem. Powinien kiedyś naprawdę wyciąć taki numer Ślizgonowi, oczywiście taki by zeszło mu to po kilku godzinach. Nie musiałby jednak informować o tym Malfoya. Niechby trochę ucierpiało jego ego.
Kiedy stałeś się taki skory do żartów Severusie – zapytał sam siebie, a po chwili dodał jeszcze pełen obaw. – I czy zrobiłbyś to dla własnej satysfakcji, czy może po to by rozśmieszyć Pottera? Szybko odrzucił jednak tą myśl. Wziął z biurka kilka kartek, które miały stanowić niezapowiedziany test dla szóstego roku. Przynajmniej poprawi sobie humor stawiając kilka złych ocen.
OOO
Kiedy lekcje się skończyły postanowili zagrać obiecany Hermionie mecz. Wyszli na błonia z transmutowaną piłką do siatkówki, tym razem z jakieś piłki Krzywołapa. Bliźniaki również chętnie do nich dołączyli, tak samo jak Ginny, Luna i Jean, które spotkali, gdy wracały z biblioteki. Szybko pobiegły tylko zrzucić szkolne szaty i założyć coś wygodniejszego.
Huncwoci przy pomocy Neville'a i Rona założyli między drzewami, zabraną z Nory siatkę i kiedy dziewczyny do nich dołączyły, po krótkim wytłumaczeniu zasad Krukonkom, rozpoczęli mecz.
Było dość zimno kiedy wychodzili, dlatego wszyscy mieli na sobie bluzy, lecz już po kilku minutach gry, większość z nich się ich pozbyła. Czym dłużej trwał set, tym więcej schodziło się gapiów, którzy chcieli popatrzyć na dziwne przedstawienie. Kilku uczniów wyraziło chęć dołączenia do gry, więc kolejną rundę mogli już zacząć w pełnym składzie: siedem na siedem zawodników.
Jakąś godzinę później, przestali już grać na wygrane sety, bo coraz więcej różnych osób chciało do nich dołączyć. Dochodzili parami do dwóch drużyn, tak że czasami kilka osób musiało długo czekać, zanim przyszła kolej na ich dołączenie do gry.
Jakiś drugoroczny Krukon podszedł do Harry'ego, gdy ten akurat był poza boiskiem.
- Czy miałby pan może jeszcze jakąś piłkę? – zapytał nieśmiało, w asyście dwóch kolegów.
- Nie, ale mógłbym ją dla was zdobyć – odpowiedział bardzo zadowolony z tego, że coraz więcej osób interesuje się grą. – Chcielibyście jakoś konkretną?
- A ma pan taką do piłki nożnej? – zapytał uradowany dzieciak.
- Oczywiście, poczekajcie chwilę. – Rozejrzał się w koło i zobaczył w miarę okrągły kamień. Może nie był to przedmiot, który idealnie nadawałby się do przemiany, ale przy użyciu większej ilości mocy, nie powinno sprawić mu to problemu. Już za chwilę trzymał w rękach, skórzaną, mocno napompowaną piłkę.
Podał ją Krukonowi, a potem skierował się z nimi w kierunku najbliższych blisko rosnących drzew. Sprawił, że dwie pary z nich, połączyły się ze sobą gałęziami tak, że od biedy mogły być uznane za prowizoryczne bramki. Trójka uczniów zaczęła od strzelania sobie karnych, a kilkanaście minut później już parę osób zechciało zagrać z nimi i mogli rozpocząć mecz.
OOO
Duża grupa uczniów, zarumienionych od wysiłku, weszła wspólnie do Wielkiej Sali na kolację. Chyba pierwszy raz można było zauważyć, że różnice między domami tak się zatarły. Grupkami siadali przy stołach, nie zważając na kolory emblematów, jakie zazwyczaj mieli doszyte na piersi. Bez szkolnych szat, pozornie nikt nie mógłby domyślić się, że pochodzą z różnych domów. Rozmawiali rozentuzjazmowani, opisując kolejne etapy gier.
Draco i Harry siedzieli przy stole Hufflepuffu razem z Ginny i Luną, nawet nie zauważając kiedy tu usiedli, pochłonięci obmyślaniem kolejnych sportów, w jakie mogliby zagrać następnym razem. Luna opowiadała im, że kiedyś z ojcem, grali z jego przyjaciółmi i ich dziećmi w baseball. Gryfon nigdy nie był szczególnym fanem tej dyscypliny, ale po historii Krukonki, postanowił, że jutro po lekcjach mogliby spróbować.
Zdziwieni zauważyli również, że Luna mówiła całkiem od rzeczy, a wszystkie zasady jakie wymieniała, zgadzały się z niewielką wiedzą na ich temat, jaką posiadał Gryfon.
Draco śmiał się razem z nimi, popijając swoją ulubioną kawę. Skrzaty zawsze przygotowywały jeden dzbanek tego aromatycznego, portugalskiego specyfiku, specjalnie dla niego. Już dawno zauważył, że niezależnie czy siadał przy swoim stole czy w otoczeniu Gryfonów, jego kawa zawsze pojawiała się przed nim.
Raczył się jej głębokim aromatem, gdy nagle poczuł, że coś jest nie tak. Przełykany napój zaczął palić jego gardło, powodując, że łzy napłynęły mu do oczu. Coś wywróciło mu się w żołądku i blondyn poczuł nieświeży smak w ustach, który natychmiast ustał, zamieniony na gorzki. Zrobiło mu się gorąco, potem zimno i znów gorąco. Próbował oddychać, ale powietrze nie chciało swobodnie przepływać przez jego gardło. Nie trwało to dłużej niż dwie – trzy sekundy, a jemu zdawało się, że cały jego organizm płonie od kilku dobrych godzin. Próbował złapać haust powietrza, ale nie mógł tego zrobić.
- Draco! – krzyknął Harry, odwracając się do niego. – Co ci się stało? - Nie widząc reakcji Ślizgona, który już po chwili opadł do tyłu, szybko wyciągnął ręce, by go złapać.
- Profesorze Snape! – krzyknął, patrząc błagalnie na stój prezydialny, wnosząc ciche modlitwy do Merlina, by nauczyciel był tym razem na posiłku.
Jakaś siła musiała go wysłuchać, bo już chwilę później Severus znalazł się przy nich, razem z McGonagall i Look'iem.
- Natychmiast do pani Pomfrey – powiedział pozornie spokojny mężczyzna, ale w jego oczach kłębił się strach, gdy zobaczył nieruchomego blondyna.
Harry w szoku patrzył, jak Draco wyjmowany jest z jego rąk, a po chwili Snape skierował się z nieprzytomnym Malfoyem, w kierunku wyjścia z sali. Brunet odruchowo, patrząc przed siebie, rzucił okiem na stół, przy którym siedzieli nauczyciele. Na ich twarzach malowało się zaskoczenie albo zmartwienie.
Tylko jedna z nich wyrażała minimalną satysfakcję, której nie dało się ukryć jej właścicielowi. Dumbledore był bardzo zadowolony, że jedna część jego planu tym razem się powiodła. Miał nadzieję, że na rezultaty drugiej części zadań, które powierzył Wladimirowi, nie będzie musiał długo czekać. Przysiągł sobie, że nie pozwoli by ci niedorozwinięci mugole, namieszali w jego świecie. A jeśli będzie musiał w obronie swoich racji poświęcić jakiś potencjalnych buntowników, to on weźmie na siebie tą odpowiedzialność. To tylko ofiary wojny o lepszy świat. A skoro ten przeklęty Potter postanowił zmienić strony, to on zrobi wszystko by pożałował swojej decyzji.
Harry stał nad łóżkiem Draco, patrząc na jego śmiertelnie bladą twarz. Dokoła niego krzątała się pani Pomfrey, wykłócając się z Severusem, ale Złoty Chłopiec nie miał pojęcia o co chodzi w ich sporze. Pielęgniarka zbadała blondyna szybko, rzuciła na niego kilka zaklęć, a potem wlała mu do gardła kilka eliksirów. Jednak Ślizgon, wyglądał na tak samo chorego jak jeszcze chwilę temu. Oczy miał zamknięte, a Potter nie wyłapywał z łączących ich więzi nawet najmniejszej aktywności ze strony Malfoya. Trzymał go po prostu za rękę, szepcząc w myślach kojące słowa i prosząc by przestał się zgrywać i szybko otworzył oczy.
Poczuł uścisk na swoim ramieniu i powoli odwrócił się, żeby stanąć twarzą w twarz ze zmartwionym wzrokiem swojego ojca chrzestnego.
- Zapadł w śpiączkę – poinformował go Snape. – Trucizna była skierowana specjalnie na niego. Gdyby nie nasza szybka interwencja, zapewne już by nie żył. Nie wiem jednak kiedy i czy w ogóle się obudzi. Powinien być martwy w kilka sekund po jej zażyciu.
Chłopak patrzył z niedowierzaniem na swojego nauczyciela. Troska, strach i uczucie jakie żywił do Draco, przerodziły się w czystą nienawiść do sprawcy tego wydarzenia.
Wyszarpnął się z uścisku i szybko przemierzył odległość dzielącą go od drzwi wyjściowych ze skrzydła szpitalnego. Czekała za nimi grupka jego przyjaciół, których na pewno pani Pomfrey nie zgodziła się jeszcze wpuścić do środka. Natychmiast zarzucili go pytaniami, ale on miał teraz ważniejsze sprawy na głowie. Ruszył wszystkimi znanymi mu skrótami, by jak najszybciej znaleźć się na siódmym piętrze. Pięć minut później stał pod kamienną chimerą, która natychmiast odskoczyła. Nie wiedział, czy było to spowodowane tym, że dyrektor mógł spodziewać się jego wizyty, czy może mocą, która krążyła teraz w jego organizmie.
Otworzył drzwi nie czekając na zaproszenie. Dumbledore siedział za swoim biurkiem, pogrążony czytaniem jakiś pergaminów. Podniósł głowę na swojego gościa, uśmiechnął się dobrodusznie, co doprowadziło Harry'ego do jeszcze większej furii. Po chwili starzec wisiał kilka centymetrów nad ziemią, przyszpilony do ściany, jakby trzymany za szyję przez niewidzialną rękę.
- Puszczaj mnie ty bachorze – ryknął, tracąc maskę miłego człowieka i próbując oswobodzić się z uścisku. – Puszczaj, mówię! Albo wyrzucę cię ze szkoły! Atakujesz swojego dyrektora!
Harry zauważył, że większość portretów zniknęła ze swoich miejsc, zapewne w celu wezwania pomocy. Miał mało czasu.
- Czy to ty otrułeś Draco? – zapytał, choć już dawno znał odpowiedzieć. Chciał jednak by starzec przyznał się do tego, co zrobił.
- A jak myślisz, kretynie? Ten twój zakochany w sobie, pożal się Merlinie, chłopak, nie zasłużył sobie na nic innego! Był tak samo nic nie warty jak cała jego rodzina! Zwykli zdrajcy i mordercy! Twoi rodzice przewracają się w grobie, wiedząc, że poświęcili swoje życie po to, by ich syn bratał się z potworami!
Harry poczuł moc, która wręcz ogarniała go z każdej strony, czekającą na pozwolenie swojego pana, by móc się uwolnić i zaatakować. W takich sytuacjach Gryfon zawsze tracił już nad nią panowanie, ale tym razem było inaczej. Czuł, że nie stanie się nic, czego on nie będzie chciał. A w tym momencie gorąco pragnął skrzywdzić człowieka, który manipulował nim przez całe życie, który sprawił, że jedyne wspomnienia jakie posiadał z dzieciństwa, były pełne bólu i cierpienia, który chciał aby zginął w sprawie, która przestała go już dotyczyć i który otruł osobę, którą kochał i która odwzajemniała jego uczucie.
Pozwolił opuścić jej swoje ciało. W tym momencie do pokoju wpadli Snape i McGonagall. Dla Dumbledora było jednak za późno. Widział szok, który sekundę później został zamieniony na odczucie strasznego bólu jakie wypełniło całe ciało dyrektora, tylko po to, by moment później jego oczy zgasły i może już nigdy nie miały się otworzyć.
Nie pozwolę byś kiedykolwiek zrobił komuś krzywdę. Nawet gdybym miał cię zabić. To była ostatnia myśl Gryfona, zanim zemdlał.
OOO
Szedł wąskim korytarzem, w kierunku niebieskiego światła. Był bardzo zaciekawiony co znajdzie na końcu tunelu. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, a gdy dotknął jednej ze ścian, w celu utrzymania równowagi, poczuł, że jest mokra.
Kiedy zbliżał się do światła, jego nos wyczuł przyjemny zapach, jakby skoszonej trawy. Oślepiał go blask dochodzący z wyjścia. Wszedł w niego, nie mając pojęcia, co może czekać go po drugiej stronie.
Na twarzy odczuł ciepło, jakby bijące od słońca oraz lekki wiaterek, który rozwiewał jego włosy. Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do światła, zobaczył, że znajduje się na polanie. Wokół otaczały go drzewa, słyszał śpiew ptaków i odległe wycie. Rozejrzał się, mając nadzieję, że dzięki temu uda mu się zlokalizować, gdzie tak właściwie się znajduje.
Nie mógł znaleźć żadnego punktu zaczepienia, który mógłby mu w tym pomóc. Coś ruszyło się między krzakami i chłopak natychmiast skierował tam swój wzrok. Podszedł bliżej.
Wtedy usłyszał głos dochodzący zza jego pleców. Ktoś go wołał. Odwrócił się, ale nikogo nie zobaczył. Polana była pusta, a echo pierwszego głosu wciąż roznosiło się wokół niego.
-… ale na pewno nic mu nie będzie? – usłyszał przytłumiony dźwięk, dochodzący jakby z miejsca, z którego wcześniej przyszedł.
Poczuł, że coś ciągnie go z powrotem, choć nie poruszał nogami. Jaskinia przybliżała się, a z nią głosy, które były coraz wyraźniejsze. Mógł prawie rozpoznać do kogo należą. Znów znalazł się w ciemnym korytarzu.
- Mówiłem już – odparł poirytowany głos, który należał do Snape'a. - Jest magicznie wyczerpany, ale powinien się niedługo obudzić.
- Wie pan, że nie o to chodzi – To musi być Hermiona. Dziewczyna również nie miała najlepszego nastroju, sądząc po ostrym tonie jakim odezwała się do profesora. – Przecież on zaatakował dyrektora .
- Panno Granger – odparł już nieco spokojniej Severus. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Powinienem go zatrzymać – dodał ciszej, pochylając się nad chłopcem. – Powinienem sam to zrobić za niego.
Harry uzmysłowił sobie, że ciemność, która go otacza jest spowodowana jego zamkniętymi oczami. Spróbował je otworzyć, ale okazało się to zadaniem przekraczającym jego obecne możliwości.
- Ale oni nie mogą go zamknąć, prawda? Nie w Azkabanie?
- Nie dopuścimy do tego – powiedział, a w swoją wypowiedź włożył całą pewność, na jaką mógł sobie pozwolić. – Na pewno nie będzie to proste, jak zatuszowanie śmierci terapeutki. Ona nie miała rodziny czy przyjaciół, którzy mogliby podnieść alarm o jej zaginięciu. A Dumbledore… jest Dyrektorem jednej z największych szkół magii. Jest teraz w śpiączce, takiej samej jak Draco. Paradoksalnie trzeba przyznać, że Potter wybrał dla Dyrektora całkiem odpowiednią karę. Wątpię też, by udało nam się znaleźć dowody na to, że otruł pana Malfoya.
- Przyznał się – powiedział słabo Złoty Chłopiec, co kosztowało go całą siłę, jaką udało mu się odzyskać po obudzeniu.
- Harry! – Podniosło się w pomieszczeniu kilka głosów. Zaraz tłumek przybliżył się do niego, chcąc osobiście sprawdzić, czy nic mu nie jest.
Jakaś ręka dotknęła jego czoła, sprawdzając gorączkę. Do ust, ktoś przytknął mu szklaną fiolkę, zachęcając by przełknął jej zawartość. Po chwili, gdy ciepło eliksiru wypełniło jego żołądek, poczuł się trochę lepiej. Mógł nareszcie otworzyć oczy. Rozejrzał się przytomny po pomieszczeniu. Oprócz Snape'a i Hermiony, była tam też pielęgniarka, Ron i Wolfram.
- Draco – powiedział słabo.
- Ciągle śpi – opowiedziała Hermiona, doskonale rozumiejąc o co jej przyjaciel chce zapytać. – Ale nie martw się, na pewno nic mu nie będzie i już niedługo się obudzi.
Poczuł jakiś uścisk w sercu. Nie mógł wyczuć swojej więzi z blondynem.
- Co miałeś na myśli, mówiąc, że Dumbledore przyznał się do otrucia Draco? – zainteresował się profesor.
Harry przełknął głośno ślinę.
- Rozmawiałem z nim przed… tym co zrobiłem. Powiedział, że Draco na to zasłużył.
- To powinno ułatwić nam sprawę – powiedział cicho Mistrz Eliksirów. – Działanie w afekcie. Jeśli wyjawił ci prawdę, to będziesz mógł wyznać to pod przysięgą. Dodatkowo mamy nagrania odnośnie tworzenia zakazanego eliksiru i innych jego zbrodni i manipulacji. Skoro mamy niezaprzeczalne dowody na kilka jego przestępstw, to inne będą brzmiały również wiarygodniej.
- Bolała cię głowa? – Brunet zapytał Hermionę, przypominając sobie co wcześniej mówił im nauczyciel. Chciał zmienić temat, by nie musieć myśleć o konsekwencjach swojego postępowania. Pomyślał, że nawet jeśli miałby skończyć w Azbakanie za doprowadzenie dyrektora do takiego stanu, to było warto.
- Tak, przy kolacji poczułam, że coś jest nie tak.
- Kilkanaście osób zgłosiło się po eliksir przeciwbólowy do pani Pomfrey – dodał Snape. - Wszystkie z rodzin mugoli, więc jesteśmy pewni, że dzisiaj miało miejsce podanie Hypnosis Oblique. Zadaliśmy im po dwa pytania tak, by nie wzbudzać podejrzeń i każdy z nich pamięta swoją rodzinę.
- Co teraz będzie? – zapytał Harry profesora.
- Masz na myśli szkołę? - Gryfon skinął głową. – Urząd Dyrektora tymczasowo przejmie McGonagall. Ministerstwo powinno powołać komisję, która zbada całą sprawę. Jeśli dopisze nam szczęście, to do tego czasu na stanowisku powinien być już nasz kandydat. Artykuł w dzisiejszym proroku wywołał niemały skandal i wątpię by Knot długo opierał się dymisji bez pomocy dyrektora.
- A co z Draco? - Zadał pytanie słabym głosem. Zauważył, że na twarzach obecnych formuje się coś na kształt współczucia. Przecież nie może być tak źle…
- Trucizna powinna go zabić – stwierdził Snape, nie zważając na protestujące spojrzenia Gryfonów. On nie zamierzał ukrywać prawdy przed chrześniakiem. Obiecał mu to kiedyś i zamierzał dotrzymać słowa. – To, że jeszcze żyje zawdzięczamy nie tylko natychmiastowej reakcji ze strony pani Pomfrey, ale również swojej magicznej sile, która pomogła spowolnić działanie trucizny. Obecnie przebywa w stanie hibernacji organizmu. Tak długo, aż nie uda nam się znaleźć odtrutki, będziemy musieli utrzymywać go nieprzytomnego.
- Jak długo zajmie sporządzenie odtrutki? – W jego umysł wdarła się nadzieja.
Snape westchnął, co nie wróżyło nic dobrego. Spojrzał uważnie na swojego chrześniaka, jakby obawiał się, że jego słowa mogą spowodować jakieś straszne zmiany w samopoczuciu Gryfona.
- To działa na takiej samej zasadzie jak uodparniacz na Hypnosis Oblique. Bez receptury albo próbki eliksiru, nie jestem w stanie sporządzić odtrutki. Po skutkach jakie zaszły w organizmie Draco, mogę spekulować, co do kilku głównych składników trucizny, ale bez jej dokładnego składu, moje działania mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku.
- Nie możemy przeszukać gabinetu Dumbledora? Sypialni na Grimmauld Place? Zapytać skrzaty? Może któryś z nich został bezpośrednio zaangażowany do dodania trucizny do posiłku Draco.
Obecni pokręcili głowami.
- Zrobiliśmy to zaraz po przyniesieniu tutaj pana Malfoya – odpowiedział mu Snape. – McGonagall sprawdziła gabinet, Molly udała się na Grimmauld Place i Stworek, jako skrzat mógł otworzyć drzwi. Co prawda zaburzyło to zaklęcia i Dumbledore dowiedziałby się o naszym włamaniu, ale nie jest to istotne w stanie jakim się znajduje. Skrzaty są związane przysięgą milczenia i wierności względem swojego pana, w tym wypadku dyrektora szkoły. Jednak Zgrzebek, czy jak ma na imię ten zwariowany skrzat, który wielbi ziemię po której stąpasz – powiedział lekko ironicznie – przysięgał, że w kuchni nikogo nie widział przed kolacją.
- Nawet nie wiesz Harry, jak trudno było mi przekonać Zgredka do tego, że jest wolnym skrzatem i nie musi się karać, ponieważ nie obejmuje go ta przysięga – dodała Hermiona. – Trucizna mogła być dodana bezpośrednio przy stole, do posiłku Draco. Zaklęcie niewidzialności plus lewitacji. Nic trudnego.
- Gdzie on jest, mogę go zobaczyć?
- Oczywiście, Draco leży w drugiej sali. To taki niewielki pokoik, w którym leżą osoby, potrzebujące dłuższej rekonwalescencji. Z tego co pamiętam, za moich czasów, najczęściej lądował tam Remus – powiedział Snape.
Wstał ze swojego łóżka, przy pomocy Mistrza Eliksirów. Profesor podtrzymał go za ramię, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Gdy tylko spuścił nogi na ziemię, poczuł wdzięczność za ten gest. Nogi były jak z waty i czuł w nich mrowienie, podobne do tego, które odczuwa się, gdy trzyma się ciało zbyt długo, w jednej pozycji. W głowie mu huczało, jakby wypił całą butelkę ognistej whisky. To znaczy przypuszczał, że tak można się wtedy czuć.
Zdeterminowany by dotrzeć do blondyna, przerzucił ciężar swojego ciała na stopy i wciąż podtrzymywany przez nauczyciela, poszedł w wyznaczonym kierunku, gdzie według Snape'a miał leżeć Draco. Zauważył również, że nikt inny za nimi nie podążył. Tak, potrzebował teraz trochę samotności ze swoim chłopakiem, by pomyśleć.
Profesor wprowadził go do pokoju, przysunął krzesło do łóżka, na którym leżał teraz Ślizgon, a następnie opuścił pomieszczenie.
- Draco - szepnął Harry, uważnie oglądając sylwetkę leżącego blondyna. Wyglądał tak jak w chwilach, kiedy brunet przyglądał mu się podczas snu. Spokojny, odprężony i piękny. Jego skóra była jeszcze bledsza niż zwykle, ale to dodawało mu jedynie uroku. Włosy miękko opadały na twarz i ramiona nastolatka. – Obudź się, proszę…
Wiedział, że to nic nie pomoże, ale nie mógł powstrzymać się przed mówieniem do blondyna. Tak bardzo go kochał i nie mógł zapomnieć o przerażającej pustce, którą poczuł, kiedy myślał, że może stracić go na zawsze. To byłoby gorsze niż piekło i niekończące się lato z Dursleyami razem wzięte. Nie umiałby już dłużej żyć bez tego chłopaka, który zmienił całe jego życie. To on pomógł mu uwierzyć, że nie jest tylko zwykłym, nic nie wartym popychadłem, ani bohaterem od siedmiu boleści, który po prostu musi w końcu umrzeć dla dobra innych. On pokazał mu, że może być szczęśliwy i kochany.
- Nie możesz mnie zostawić… - szeptał, gładząc jedną ręką jego włosy. – Wiesz, że bez ciebie nie istnieję - dotknął jego policzków, które były nienaturalnie zimne. – Nie po to zaprzyjaźniłem się ze Ślizgonami, byś teraz sobie tutaj tak bezczynnie spał. Wiesz, że twoje włosy są w nieładzie? A na twojej zwykle idealnej koszuli jest plamka. Musiałeś się zakrztusić pod wpływem tej trucizny. Jednak to nie przystoi Malfoyom, by byli brudni i potargani, prawda? Nawet w takim stanie. Co pomyśleliby o tobie twoi przodkowie?
Gryfon zaśmiał się nerwowo, pod wpływem własnych słów.
- Draco, musisz się obudzić… Przecież widzisz, że ja już wariuję.
Przesiedział w sali blondyna jeszcze ze dwie godziny, zanim nie przyszedł Snape i groźbą, zmusił do powrotu do wieży Gryffindoru. Odprowadził go pod same drzwi, a Harry nie widział czy powodem jego uczynku była obawa, że mógłby sam nie być w stanie dojść do dormitorium, czy może wręcz przeciwnie, że mógłby gdzieś niepostrzeżenie skręcić. Złoty Chłopiec stawiał na to drugie.
Gryfoni powitali go entuzjastycznie, jednocześnie zadając wiele pytań na temat okoliczności zdarzenia i stanu, w jakim obecnie znajduje się Draco. Zbył ich krótkimi półsłówkami, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Gdy tylko tam dotarł szybko przeszukał kufer w poszukiwaniu Mapy Huncwotów i peleryny niewidki. Gdy tylko je znalazł i wyjął, ruszył w kierunku wyjścia z pokoju.
- Gdzie idziesz kumplu? – zapytał Ron, z którym prawie zderzył się w drzwiach.
- Muszę pomyśleć. Czuję się już dobrze – dodał, widząc zmartwioną minę przyjaciela. Była to jednak prawda, udało mu się odzyskać siły, gdy siedział w sali blondyna.
- Mam iść z tobą? – zapytał rudzielec.
- Nie, poradzę sobie. Musze tylko trochę pomyśleć, dobrze? W spokoju.
Weasley skinął głową, pozwalając Harry'emu, żeby sam podejmował decyzję za siebie. Po raz kolejny, brunet dziękował Merlinowi za tak wspaniałych przyjaciół.
Zarzucił na siebie pelerynę i zniknął z oczu przyjaciela, kierując się w stronę portretu Grubej Damy.
Bez problemu dotarł do Pokoju Życzeń. Właściwie nie wiedział skąd u niego taka chęć dostania się do tego miejsca. Trzy razy przeszedł obok drzwi, myśląc jedynie o tym, że pragnie pomóc Draco. Nie było to zbyt sprecyzowane życzenie, ale wejście pojawiło się.
Pomieszczenie, gdy tylko przekroczył jego próg, przybrało kształt małego laboratorium. Na jednym biurku stał dymiący eliksir, w którym Harry rozpoznał miksturę uspokajającą. Na jednej z bocznych szafek znalazły się najróżniejsze składniki, których większość bez trudu rozpoznał, a kilka półek zajmowały książki. Obszedł cały pokój, lecz nie znalazł nic, co mogłoby mu kojarzyć się z truciznami. Wziął do ręki po kolei kilka różnych woluminów, ale były to przede wszystkim podręczniki albo encyklopedie, które w żaden sposób nie przybliżyły go do zagadki.
Albo pokój źle rozpoznał moje życzenie, albo szukam w złym miejscu – pomyślał, mając nadzieję, że to jednak ta druga opcja.
