Kochani! Ale mnie rozpieszczacie, tyle komentarzy i wiadomości.

Eidorian, GinnyLFC, Sophie, anonimek, TrustNo1PL, Keti, c-thru, Wersus, J./wiosennalaska77, Fanka, Amanda, Olena, severitus97, Ellie, Noyczki, Guest (niestety, nie podpisałaś/eś się), Grey, Gatissa, kto i Saliy - naprawdę, jesteście wspaniali.

Oto przed Wami najdłuższy rozdział, jaki udało mi się napisać (tak, to się już staje powoli regułą, że rozdziały są coraz to dłuższe!).

Beta: Grim

Miłej lektury:


Pył powoli zaczął opadać, ujawniając zrujnowane wnętrze Dziurawego Kotła. Podłoga pokryta była odłamkami szkła, pochodzącymi z wybitych okien. Ostatnie krople alkoholu ściekały jeszcze leniwie z rozbitych butelek na podłogę, tworząc mieniące się w świetle kałuże. Roztrzaskane krzesła i połamane stoliki walały się po pomieszczeniu, a ukruszony tynk ze ścian zasnuł posadzkę białą pierzyną.

Po śmierciożercach, na szczęście, nie było już śladu, a na miejscu kręcili się teraz aurorzy i uzdrowiciele. Z niektórych zakamarków wyłaniały się umorusane twarze ocalałych, nadal zbyt przerażonych, by całkowicie opuścić swoje ukrycie. Paru mężczyzn wciąż pilnowało drzwi wejściowych, trzymając różdżki w pełnej gotowości do walki. Nikt nie wiedział, kiedy można się było spodziewać kolejnego ataku.

Ostre głosy, wydające rozkazy mieszały się z cichymi rozmowami. I z lamentem. Nie obyło się bowiem bez ofiar. Nikt nie potrafił jednak jak na razie ocenić liczby zabitych. Wszyscy byli w szoku. Jeszcze nigdy atak nie był tak jawny i zuchwały. Tuż pod nosem ministerstwa, na jednej z najlepiej pilnowanych ulic w magicznym Londynie. I to jeszcze w tak sławnym miejscu, gdzie codziennie przewijały się setki czarodziei, także tych z pierwszych stron gazet.

To nie był kolejny atak na mugolską wioskę. Nie anonimowe zaginięcia. Uderzono w same centrum magicznej Brytanii. Od teraz wszystko miało się zmienić, nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

James w milczeniu głaskał Lily po głowie i obserwował jak jeden z medyków zajmuje się nogą Syriusza. Przyjaciel nie krzywił się, dzielnie znosząc wszystkie niezbędne zabiegi i łykając lecznicze eliksiry. Dorcas, Margot, Peter i Remus także obserwowali tę scenę, nie kwapiąc się zbytnio do rozmowy. James był pewien, że wszyscy mieli podobne odczucia, co on. Zaczęła się nowa era. Widmo strachu i terroru padało teraz prosto na nich. Tu nie chodziło już o niewiele mówiące nagłówki gazet, to się działo naprawdę. Brali w tym udział, będąc tej nocy w samym sercu zawieruchy.

- Mogę z wami zamienić parę słów? – spytał wysoki mężczyzna, ubrany w butelkowo-zieloną szatę. Auror.

James skinął głową, nie wypuszczając Lily ze swoich ramion. Miał dziwne wrażenie, jakby nie powinien tego robić. Jakby wtedy mogło stać się coś okropnego.

- Możecie opowiedzieć, co pamiętacie z tego wieczoru? Wszystkie szczegóły mogą być istotne.

James potarł zmęczone oczy, starając się odtworzyć wszystkie wydarzenia. Niektórych rzeczy nie chciał pamiętać. Był tak strasznie wściekły na Lily. To dziwne, jak szybko priorytety mogą ulec zmianie. Teraz to wszystko, co zajmowało go przed atakiem nie miało już najmniejszego znaczenia.

- Byłem w drodze do toalety, kiedy usłyszałem huk. Jakby naraz stłuczono wszystkie okna w Dziurawym Kotle – zaczął. Tak bardzo pragnął, żeby głos mu nie zadrżał. Nie chciał okazać słabości. – Pobiegłem do głównej sali. Szukać przyjaciół. Ale wszystko było zadymione, nic nie widziałem, oprócz cieni. Nie trudno było się domyśleć, że to śmierciożercy.

- Jak wyglądali? Zdążyłeś się im przyjrzeć?

- Oni… Moje okulary pokrywała sadza…

- Byli zakapturzeni. Twarze mieli ukryte za czarnymi maskami – odezwała się słabo Lily. Przemówiła po raz pierwszy, odkąd rzuciła się Jamesowi na szyję. Przesunęła palcami po jego szyi, wtulając się w niego jeszcze mocniej, trochę zachłannie i zaborczo zarazem. – Nic więcej nie da się o nich powiedzieć.

- Dobrze, dziękuję. – Auror westchnął ze zmęczenia, rozglądając się po pubie. – Przepytujemy wszystkich, takie procedury. Może ktoś, wie coś więcej na ten temat…

Oddalił się, przekraczając połamane krzesło. James spojrzał na Lily. Dziewczyna wpatrywała się w niego z poważna miną. Nie mieli jeszcze okazji do rozmowy, a tak wiele było do powiedzenia. James patrzył w jej duże, zielone oczy i nie miał pojęcia od czego zacząć. Mógłby spytać o jej samopoczucie, ale to brzmiało jakoś strasznie banalnie. Powinien przeprosić za swój wybuch? Powiedzieć, że nie chciał jej skrzywdzić, ale czuł się tak bardzo bezradny, że nie wytrzymał? Rzadko zdarzało mu się być w sytuacji, w której nie wiedział co powiedzieć.

Objął dziewczynę mocniej, wtulając twarz w jej włosy. Uwielbiał ten zapach. Nawet, gdy mieszał się z ostrą, pieprzową wonią pyłu.

- Nawet nie wiesz… - zaczęła cicho Lily, głaszcząc go po policzku wciąż drżącymi palcami. – Nie masz pojęcia, jak bardzo się bałam. James, przepraszam za tamto…

- Nie, to ja powinienem cię przeprosić – przerwał jej, podnosząc głowę i ujmując jej twarz w obie dłonie. – Nie powinienem był tak na ciebie naskakiwać.

Lily zamknęła oczy, stykając się z nim nosem.

- Ale miałeś rację.

Zamilkli na chwilę, rozkoszując się swoją bliskością. James nie miał zamiaru jej wypuszczać z uścisku. Była taka ciepła, a na dodatek teraz wydawała mu się wyjątkowo krucha.

- Czemu ty mnie nigdy nie słuchasz? – spytał nagle, z pretensją, gdy jego wspomnienia, dryfując łagodnie natrafiły na jeden z bolesnych momentów. – Miałaś się schować w łazience!

Lily westchnęła, spuszczając wzrok.

- Spanikowałam. Straciłam cię z oczu! Nie wiedziałam, co się z tobą dzieje. Nie mogłam tak po prostu się schować…

- Już dobrze – mruknął James.

Nie chciał jej mówić, jak bardzo się przeraził, kiedy zajrzał do łazienki i odkrył, że jej tam nie ma. Czuł się wtedy tak, jakby postradał zmysły. Jakby gęsty dym, wypełniający całe wnętrze, przeniknął także do jego serca.

- Lily, my chyba pójdziemy już spać – powiedziała Margot, podchodząc do nich nieśmiało.

Widać było, że przyjaciółki Lily potrzebują czasu, by oswoić się z nową sytuacją.

- Pytałam barmana i nasze rezerwacje na piętrze są nadal aktualne. Powiedział, że do jutra wnętrze Dziurawego powinno już całkiem wrócić do normalności – dodała Dorcas, pocierając brudne czoło wierzchem dłoni.

Lily spojrzała pytająco na Jamesa, jakby oczekiwała na jego pozwolenie. W normalnych okolicznościach chłopak zaśmiałby się i zażartował, że łaskawie zezwala, ale nie teraz. Nie bardzo podobała mu się myśl o rozłące, jednak wszystkim doskwierało zmęczenie.

- Idź – powiedział cicho, całując ją w czoło. – Wyśpij się.

Lily musnęła wargami jego usta, potarła policzkiem o policzek i poszła w ślady swoich przyjaciółek. James jeszcze przez chwilę śledził ją wzrokiem jakby się upewniał, że nic jej nie jest, po czym usiadł na zakurzonej podłodze, obok Remusa i Petera.

- Jak tam? – spytał Pettigrewa, który nadal wyglądał na nieco otumanionego.

Przyjaciel podrapał się po głowie, widocznie starając się skupić myśli.

- Dali mi jakiś eliksir i już trochę lepiej – mruknął Glizdogon. – Ale dalej mam gwiazdki przed oczami…

- Musiałeś się mocno rąbnąć – przyznał Remus.

- Ta… Założyli mi bandaż. – Peter, z ponurą miną, wskazał na tył swojej głowy.

Chłopcy zamilkli obserwując, jak Syriusz, krzywiąc się lekko, kuśtyka w ich stronę.

- Jak noga, Łapo?

Machnął niecierpliwie ręką, mijając ich i ruszając w stronę schodów.

- Noga? – rzucił przez ramię, wyraźnie wściekły. – Zagoi się, ale gnoje potargali mi kurtkę! – Przełożył palec przez jedną z dziur w materiale. - Nie wiem jak wy, ale ja jeszcze nie skończyłem pić jak na ten wieczór.

James westchnął ciężko, podążając wraz z przyjaciółmi na górne piętro. Ich pokój był niewielki, ale zaskakująco przytulny. Pod ścianami znajdowały się cztery łóżka i szafa, a na środku stał stół, otoczony krzesłami. Ich bagaże także już były na miejscu. Syriusz sięgnął do swojego kufra i wyjął butelkę Ognistej, stawiając ją z głośnym brzdękiem na blacie.

- Dobrze nam to zrobi – mruknął siadając i wyciągając zranioną nogę na małym taborecie. – Ciekawe, czy napiszą coś o tym wszystkim w Proroku.

- No tego, to się im raczej już nie uda zatuszować – mruknął James, zdejmując okulary i pocierając zmęczone oczy.

Czuł się brudny. Oblepiony przez pył, klejący.

- Dobrze, że Ministerstwo zawiadomiło naszych rodziców. Przynajmniej nie będą się martwić – powiedział Peter, kładąc się na łóżku i zakładając ręce pod głowę.

Syriusz pociągnął porządnego łyka z butelki, spojrzał na ścianę, po czym znów się napił, krzywiąc się.

- Moi to by raczej zaczęli świętować – stwierdził ponuro. – Nie zdziwiłbym się, gdyby byli w to zamieszani.

- Ale moi by się na pewno o ciebie martwili – zapewnił go James, poklepując przyjaciela po ramieniu.

- Nie wspominając już o twoim funclubie w Hogwarcie – dodał Remus z uśmiechem, przejmując od Syriusza butelkę. – Dawaj to, bo nie będę cię potem zbierał z podłogi!

- Porozmawiajmy o funclubach. Myślałeś, że jesteś taki sprytny i o niczym nie wiemy? – Łapa rzucił ostro w stronę Jamesa, bez żadnej zapowiedzi, celując w przyjaciela oskarżająco brudnym palcem. – Tylko czekaliśmy, aż sam się przyznasz, kretynie!

James rozszerzył lekko usta, zaskoczony. Założył okulary, by lepiej widzieć otaczające go twarze.

- Mapa Huncwotów – Remus odpowiedział na niezadane pytanie, wzruszając ramionami i pociągając parę łyków z butelki.

- Nawet wiemy, która sala jest waszą ulubioną – dodał Peter, uśmiechając się złośliwie. – Strasznie długo tam przesiadywaliście…

- Zamknij się – warknął James, rzucając w niego poduszką. Peter zarechotał.

- Powiedz tylko jedno – zaczął Remus, rozpinając guziki szaty i przeczesując włosy palcami. – Jaki był sens ukrywania tego związku?

James przejął butelkę czując, jak ostry płyn przepala jego gardło.

- Musicie mnie dzisiaj jeszcze maglować? – jęknął. – Powiem tylko tak: to nie był mój pomysł, więc nie do mnie to pytanie.

- Mamy pogadać z Rudą? – spytał Syriusz szczerząc zęby i masując sobie kolano.

- Proszę bardzo – prychnął James. – Jak się czegoś dowiesz, to daj mi znać.

- Kobiety – stwierdził Syriusz, wyciągając rękę po butelkę.

- Gdzie z tą łapą, Łapo? – odtrącił go James, śmiejąc się po raz pierwszy od czasu ataku.

Beztroska atmosfera była teraz na wagę złota. Wręcz fizycznie można było odczuć spadek napięcia w pokoju.

- Lunatyk mógłby pogadać z Evans – ciągnął dalej Black, niezrażony. – Ona cię lubi.

- Tak, wiem. – Remus uśmiechnął się nieco pyszałkowato, rzucając wyzywające spojrzenie Jamesowi.

- Co wiesz? Co wiesz? – krzyknął James, zgrywając się z miejsca i przybliżając twarz do przyjaciela.

Było prawie tak, jakby nic się nie zdarzyło.

- A nie możemy już po prostu iść spać? – mruknął Peter, zakrywając twarz poduszką. – James miał rację, to był długi dzień, ciężki wieczór…

- Popieram – przytaknął Remus, zdejmując szatę i przewieszając ją przez oparcie krzesła. - Padam z nóg…

James uśmiechnął się widząc, jak Syriusz przewraca oczami dosięgając butelki i pociągając dużego łyka Ognistej.

- Baby – szepnął niemal niedosłyszalnie, uśmiechając się do siebie.

Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.

- O tej porze? – szepnął James, sięgając do kieszeni.

Peter zamarł, nasłuchując.

- Kto tam? – krzyknął Remus, ostrożnie podchodząc do drzwi z wyciągniętą przed sobą różdżką.


Ta noc okazała się dla Lily bezsenna. Dziewczyna przewracała się niespokojnie z boku na bok, starając się odgonić mnożące się w jej głowie obrazy. Martwe oczy, krzyki, zakapturzone postacie, zakrwawiony James… No i ten straszliwy ból, jakby ktoś żywcem ćwiartował jej ciało. A potem kolejne oczy, dziwnie znajome, a zarazem przerażające. A jakby tego było mało, ostatnia rozmowa z przyjaciółkami też nie należała do najprzyjemniejszych.

- Jak mogłaś – niemal krzyknęła Dorcas, krążąc nerwowo po pokoju. – Ile to już trwa, co?

Lily spojrzała na swoje splecione dłonie, starając się stopić ze ścianą. Dlaczego wszyscy tak bardzo nalegali na rozmowy o uczuciach? Stanowczo nie był to jej mocny punkt.

- Lily, nam nie chodzi o to, że z nim jesteś – dodała łagodniejszym tonem Margot. – Po prostu poczułyśmy się tak, jakbyś nam nie ufała.

- Ale to nie tak… - zaczęła bezradnie Lily.

- A jak? – warknęła Dorcas, nachylając się do niej nad stołem, jak policjant w czasie przesłuchania.

- Ja… Do jasnej cholery! – zdenerwowała się Lily, podrywając się z krzesła i podchodząc do małego, drewnianego okna. – Pytacie, jakbyście się nie domyślały! Mówimy o mnie i o Jamesie Potterze! Mało? Muszę coś jeszcze dopowiedzieć?

Przyjaciółki zamarły, wpatrując się w nią w milczeniu. Lily dyszała ciężko, zaciskając dłonie w pięści.

- Sęk w tym – zaczęła delikatnie Margot, - że tylko w twojej głowie ten związek był problemem.

- Wiem – jęknęła Lily, rzucając się na łóżko. – Nie gadajmy o tym, okej?

- Jak tam chcesz – mruknęła Dorcas, nadal lekko urażonym tonem, przebierając się w piżamę.

W ciszy położyły się spać. Teraz Lily słyszała miarowy oddech Margot i lekkie pochrapywanie Dorcas. Zazdrościła im. W jej głowie ciągle trwała projekcja najgorszych scen z ataku, nie pozwalając jej na sen. Jakimś dziwnym trafem ciągle powracała do niej twarz Severusa. Dlaczego? A może… Z nadmiaru emocji aż usiadła gwałtownie na łóżku. A co, jeśli te znajome oczy… Idiota! Czy on w ogóle wie, w co się pakuje? Jak długo Voldemort będzie dla niego jedynie zbiorem wzniosłych idei, z którymi myśli, że wystarczy się uosabiać, by zasłużyć na miano poplecznika?

Wpatrywała się w ścianę, starając się uspokoić. To wszystko było tak przytłaczające, że z trudem łapała oddech. Nagle poczuła tak naglącą potrzebę zobaczenia Jamesa, dotknięcia go, że towarzyszył temu wręcz fizyczny ból. Nie mogła zostać w tym pokoju.

Jak najciszej, żeby nie zbudzić przyjaciółek, odsunęła kołdrę i na palcach ruszyła w stronę drzwi. Zamarła tylko na chwilę, gdy Dorcas chrapnęła głośno, odwracając się na prawy bok.

Korytarz na piętrze Dziurawego Kotła był pusty i oświetlały go jedynie pojedyncze świece. Blask płomieni załamywał się na ścianie pod dziwnymi kątami, sprawiając wrażenie ruchu. Po znajdującej się za oknem Pokątnej przemykały pojedyncze cienie, tylko nieznacznie oświetlane przez blade światło księżyca, odbijające się niekiedy od odłamków szkła – materialnej pozostałości po ataku. Lily przygryzła dolną wargę, wpatrując się w drzwi, przed którymi się znalazła. Nawet nie pamiętała, jak tu dotarła.

Czy powinna tak po prostu tam wejść? I co zrobić? A co, jeśli James nie lubi, jak ktoś mu przerywa sen? Z sercem tłukącym jej głośno w żebra, zapukała delikatnie do drzwi.

- Kto tam? – usłyszała stłumiony głos.

Drzwi otwarły się powoli, po czym jej oczom ukazał się Remus, celujący w nią różdżką. Tylko cudem Lily powstrzymała się przed wrzaskiem.

Starając się uspokoić, odgarnęła włosy za ucho czując, że się czerwieni. Nagle bardzo dobitnie zdała sobie sprawę z tego, że jest ubrana jedynie w koszulę nocną. Walcząc z pokusą, by uciec z krzykiem, skrzyżowała ręce na piersi. Lupin opuścił różdżkę, a przez jego twarz przebiegł nieznaczny cień ulgi.

- O, proszę – zaśmiał się głośno Syriusz. – Kogo my tu mamy? Następny lunatyk?

Remus odwrócił się do niego przez ramię, z nieodgadniona miną.

- Nie umiałam zasnąć i… - wydukała Lily.

- No to witaj w klubie – stęknął Peter, z twarzą częściowo zasłoniętą poduszką.

- Chodź, siadaj – zaprosił ją James wstając i wskazując na swoje krzesło.

Lily niepewnie zajęła miejsce, zauważając niemal pustą butelkę w ręku Syriusza. To by tłumaczyło jego dziwną minę i podniesiony głos.

- Może łyczka? – spytał, szczerząc zęby.

- Chyba jednak nie – odpowiedziała Lily, unosząc brwi. – I tobie już też radzę przestać.

- Evans, Evans… Pani Prefekt w każdym calu i w każdej sytuacji – zakpił, gładząc ciemny cień zarostu na podbródku.

- Co nie zmienia faktu, że ma rację – mruknął Remus, wyrywając mu butelkę z dłoni i wychylając jej resztę za jednym razem.

- Remusie! – niemal krzyknęła Lily, przypominając sobie o czym chciała z nim porozmawiać. Chłopak zakrztusił się, zaskoczony. – Ja ci zapomniałam podziękować!

- Nie ma o czym gadać – bąknął nieśmiało Lupin ocierając brodę, a jego blade policzki oblały się delikatnym szkarłatem. – Dobrze, że cię znalazłem na czas. Jak dziewczyny?

- Wykończone i trochę wkurzone. – Zerknęła znacząco na Jamesa. – Śpią.

- Takim to dobrze – dobitnie podkreślił Peter, odwracając się na bok.

- Marudzisz i marudzisz, a noc taka młoda – śpiewnie odparł Syriusz, wstając z krzesła. – Może zatańczymy? – zwrócił się niskim głosem w stronę Lily, wyciągając do niej rękę.

- Chyba te leki, które dostałeś źle działają w połączeniu z alkoholem – zaśmiał się James, łapiąc przyjaciela za ramię i popychając go na łóżko.

– O mało ci nogi nie amputowali, a tobie się tańców zachciewa? – dodał Lupin, śmiejąc się.

- Co wy wszyscy tacy dorośli? – warknął Syriusz, starając się odepchnąć Jamesa. – Ciebie do tańca nie prosiłem, matole.

- Nie wytrzymam – rozległ się stłumiony przez poduszkę głos Petera.

Lily zaśmiała się, czując jak wielki, ciężki kamień spada jej z serca.

- Też z tobą nie zamierzam tańczyć, pajacu – parsknął James, zdejmując Blackowi kurtkę. – Idziesz spać.

- Jak my wszyscy – ziewnął Remus, przeciągając się.

- Jutro pogadamy – zagroził Syriusz.

- Z pewnością – potwierdził Lupin, puszczając oczko w stronę Lily. - A teraz dobranoc.

- No, nareszcie – westchnął Peter, odsłaniając jedno oko, które skierował z groźnym błyskiem na Jamesa. – Tylko żadnych dziwnych dźwięków, co? Państwo Prefekt muszą pamiętać, że nie są tutaj sami.

- No wiesz! – oburzyła się Lily, z trudem przestając się śmiać.

- No tak, niektórzy tu są dalej prawi… - zaczął trochę bełkotliwie Syriusz, ale nie dane mu było dokończyć, bo oberwał poduszką prosto w twarz.

- Śpij już! – wydarł się Peter.

Remus parsknął stłumionym śmiechem, przykrywając się kołdrą po sam czubek nosa.

James, szczerząc zęby, spojrzał na Lily pytająco.

- To co? – zaczął niepewnie. – Wracasz do siebie, czy jak?

Lily nerwowo wstała od stołu, przestępując z nogi na nogę i rumieniąc się.

- No… Ja… Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, to…

- Jasne, że by nie miał – odezwał się niezidentyfikowany, przytłumiony głos.

James uniósł brwi i zapraszającym ruchem ręki wskazał na swoje wąskie łóżko.

- Chodź, jakoś się pomieścimy – powiedział cicho, uśmiechając się.

Lily, z łopoczącym sercem przeszła na palcach przez pokój i położyła się, czując się wyjątkowo głupio. Chwilę potem łóżko ugięło się pod ciężarem Jamesa i Lily niemal nie podskoczyła, gdy chłopak przytknął swój zimny nos do jej szyi. Objął ją ramionami, a Lily wtuliła się w niego, rozluźniając. Miał takie lodowate stopy i dłonie.

- Śpij – mruknął jej na ucho, posyłając dreszcze przez całe jej ciało. – Teraz nic ci nie grozi.

Lily pocałowała go krótko w usta, zamykając oczy.

Minęła może noc, a może tylko pięć minut, gdy drzwi pokoju, bez zapowiedzi otwarły się z trzaskiem. Syriusz, który był rozłożony na całej szerokości łóżka podniósł się gwałtownie, śpiący na boku Remus omal nie spadł z łóżka, a Peter zakrył się w całości kołdrą, jakby liczył na to, że to go ochroni. Lily wbiła palce w ramię Jamesa, który zdążył już wyjąć różdżkę spod poduszki.

- Lily zniknęła! – wrzasnęła Dorcas nie kłopocząc się i bezceremonialnie wparowując do pokoju.

Promień słońca oświetlał tylko połówkę jej twarzy, ale było to wystarczające, by ukazać jak bardzo była wzburzona. Za nią, też z różdżką w ręce kuliła się przerażona Margot.

Syriusz jęknął ze złości, opadając bezwładnie na poduszkę i zakrywając twarz dłońmi.

- No to mamy problem, prawda? – warknął.

Lily, czując się jak zbiegły przestępca, wychyliła się zza pleców zdezorientowanego Jamesa. W pokoju rozległ się cichy chichot Petera.

- Eee… Cześć – wyjąkała zawstydzona.

- Na Merlina! Evans! – zezłościła się Dorcas, wystrzeliwując z różdżki czerwone iskry. – Już chciałyśmy zawiadamiać Ministerstwo!

- Przepraszam. Nie mogłam zasnąć.

- Już okej – westchnęła ciężko Margot, opadając na najbliższe krzesło. – Tylko o mało nie umarłyśmy na zawał, ale okej.

- Musicie się tak wydzierać? – stęknął Syriusz, nieco zielony na twarzy.

- A temu co? – spytała Dorcas, też zajmując wolne miejsce przy stole.

- Nic. To tylko sprawiedliwość, która się czasem zdarza we wszechświecie – uśmiechnął się Remus, ugładzając sterczące włosy. – Sprawdzałyście jak wszystko już wygląda na dole?

- Trochę aurorów dalej się tam kręci, ale poza tym sprzątnęli wszystko – odparła Margot, przyglądając się z troską jęczącemu Blackowi. – Zamówiłyśmy śniadanie.

- O, no to się zbieramy – dziarsko oznajmił Peter, wstając z łóżka.

Lily zerknęła na zegarek, leżący na szafce nocnej Jamesa, ale nic z niego nie odczytała. Czas, w magicznym ujęciu nadal był dla niej enigmą.

- O której mamy pociąg? – zapytał Lupin, przeciągając się.

- Jest koło godziny dziewiątej. Na peronie musimy być przed jedenastą – odrzekła Dorcas, rozsiadając się na jednym z krzeseł.

Lily, czując się wyjątkowo niezręcznie i starając się naciągnąć swoją koszulę nocną aż do kostek, wygramoliła się z łóżka. Wolała nawet nie myśleć o swoich rozczochranych włosach i tych zdrajcach – czerwonych policzkach, które zawsze ujawniały akurat te emocje, które wolałaby zakopać głęboko w umyśle. James spojrzał na nią pytająco.

- Muszę się ubrać – bąknęła i starając się unikać wzroku przyjaciół, przemknęła przez pokój na palcach, po drodze potykając się o rozrzucone buty Syriusza.

Powstrzymała się od zaklęcia głośno, niemal wypadła na korytarz i z zawrotną prędkością przemknęła do pokoju dziewczyn. Oparła się z głębokim westchnięciem o zamknięte drzwi. Dlaczego to wszystko musi być dla niej takie trudne? Inne pary wcale nie miały problemu z okazywaniem sobie czułości publicznie. Ale z drugiej strony, czy ona i James kiedykolwiek będą tacy, jak inni?

- I dzięki Merlinowi za to – mruknęła pod nosem.

Na śniadanie dotarła jako ostatnia. Była tak skoncentrowana aby puszczać mimo uszu wszystkie dwuznaczne komentarze Syriusza, że omal nie przegapiła dodatkowego gościa przy stole. Wysoka i smukła blondynka, z włosami do ramion, zajmowała miejsce tuż obok Margot i była do niej tak podobna, że nie trudno się było domyślić, kim jest.

- Lily! – zawołała Margot z promiennym uśmiechem. – Pamiętasz moją siostrę, Marlene?

- Oczywiście – odpowiedziała Lily. – Miło cię znowu zobaczyć.

- Wzajemnie – odpowiedziała blondynka niskim i trochę ostrym głosem.

- Marlene mówi, że przysłał ją tutaj Dumbledore – mówiła dalej Margot. – Ma nas bezpiecznie odprowadzić na peron…

- Dumbledore wie, że tu jesteśmy? – zdziwił się James, odsuwając dla Lily krzesło.

- Nic się przed staruszkiem nie ukryje – uśmiechnęła się Marlene.

- No tak, podobno dla niego pracujesz! – zapiszczał podekscytowany Peter.

Marlene spojrzała karcąco na młodszą siostrę, która nagle udała, że jest bardzo zainteresowana jajecznicą na talerzu.

- Widzę, że ktoś tu ma wyjątkowo długi jęzor.

- Ja też bym chciał pracować dla Dumbledore'a – podchwycił Syriusz, wpatrując się w blondynkę i niemal nie mrugając.

- Przypomnij mi, jak się nazywasz?

- Syriusz Black.

- Black? – powtórzyła Marlene, jakby wymawiała brzydkie słowo. – Ostatnio miałam małe tête-à-tête z twoją uroczą kuzyneczką.

- Ale Syriusz nie jest taki, jak reszta jego rodziny! – odezwała się Margot niespotykanym u niej, ostrym tonem. – Jest po naszej stronie!

Siostra uśmiechnęła się półgębkiem i spojrzała na nią z ukosa.

- Dobra, dobra – powiedziała. – Wybacz, młody. Niektóre nazwiska nie wywołują zbyt przyjemnych wspomnień. Zobacz – zwróciła się do Syriusza. Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i wyprostowała mały palec, w którym wyraźnie brakowało połowy opuszka. – Twoja kuzyneczka coś mi ukradła.

- Przykro mi – mruknął Syriusz z nieodgadnioną miną.

- Ale wracając do przerwanego wątku – wtrącił się James, nieco podniesionym głosem. Lily dobrze znała ten zuchwały ton. – Też chcemy pomagać Dumbledore'owi. Co musimy zrobić?

Marlene zaśmiała się, pociągając duży łyk parującego kakao z obszczerbionego kubka. Omiotła rozbawionym wzrokiem wpatrzone w nią twarze. Lily stwierdziła w myślach, że oprócz fizyczności, siostry McKinnon były tak dalece do siebie niepodobne, jak to tylko możliwe.

- Po pierwsze, to musicie skończyć szkołę i osiągnąć pełnoletniość. Bez tego ani rusz! – odpowiedziała niespiesznie. – A w tym celu mam was odeskortować w jednym kawałku na pociąg. To będzie pierwszy sukces. – Puściła oko do Dorcas, która w odpowiedzi wyszczerzyła umazane dżemem zęby. – A potem, to już wszystko zależy od staruszka. On tu dowodzi. I jeszcze jedno. – Zmarszczyła czoło, a jej ładna twarz niespodziewanie przybrała wyjątkowo groźny wyraz. – Jak jeszcze raz usłyszę, że tak na głos o tym paplacie, to się z wami policzę osobiście. – Spojrzała każdemu w oczy, przeciągając chwilę napięcia. – Zrozumiano?

- Tak jest – mruknęli zgodnie w odpowiedzi.

- Zobaczcie – powiedział Remus, po raz pierwszy wystawiając twarz zza gazety.

- Tak. „Atak w Dziurawym Kotle" znajduje się na pierwszej stronie – mruknęła Dorcas znudzonym tonem.

- Nie o to chodzi. – Remus machnął na nią ręką, składając papier w pół i zaczynając czytać na głos: - „Lucjusz Malfoy, syn Abraxasa Malfoya i spadkobierca rodowej fortuny, został najmłodszym w historii szefem Departamentu Do Spraw Bezpieczeństwa. Jest to druga, zaraz po Departamencie Aurorów, taka komórka w Ministerstwie, pilnująca ładu w Magicznym Świecie. To niebywały sukces, ponieważ pan Malfoy dopiero niedawno ukończył edukację w Hogwarcie. Gratulujemy."

Remus zamaszyście złożył gazetę i położył ją na stole. Rzadko bywał aż tak wzburzony.

- Czy to nie miało miejsca przypadkiem…? - zaczęła Lily, ponownie czując nieprzyjemny węzeł w żołądku.

- Wczoraj? – dokończył za nią James,

Lily złapała go za rękę, z nerwów ściskając ja nieco zbyt mocno.

- Zabawny zbieg okoliczności, prawda? – uśmiechnął się gorzko Lupin. – I akurat wczoraj śmierciożercom udaje się dostać w samo serce Pokątnej.

- Zawsze nie lubiłem tego oślizgłego typa – warknął Syriusz. – A jego ojczulek wcale nie jest lepszy! Pewnie kupił synalkowi ciepłą posadkę.

- Nie obraź się – bąknęła Dorcas. – Ale wy, czystokrwiści, jesteście wyjątkowo porąbani.

- No, koniec tych spisków i żalów – przerwała im Marlene, spoglądając na zegarek i klaszcząc w ręce. – Komu w drogę, temu czas. Bierzcie kufry i spadamy na King's Cross. Będziecie się teleportować dwójkami, okej? Ty będziesz ze mną. – Wskazała na siostrę.

Lily złapała Jamesa za ręce i już po chwili znajdowali się na przepełnionym ludźmi peronie. Marlene rozglądała się z czujną miną, a jedną rękę miała schowaną w kieszeni. Nie trudno było się domyśleć, że trzyma różdżkę.

- Patrz – szepnął James, wskazując podbródkiem na lewo.

Lily poczuła, jak supeł w jej żołądku jeszcze bardziej się zaciska. Samotnie, oparty o wielką kolumnę stał Severus. Nawet z tak daleka można było dostrzec, że jeszcze bardziej schudł i ma wielkie cienie pod oczami. Wystrzępiona szata wisiała na nim smętnie. Ręce miał schowane w kieszeni i wpatrywał się bez mrugnięcia w jakiś odległy punkt. Przez małą chwilę Lily poczuła, że powinna do niego podejść. Mogłaby go wtedy złapać za rękę, zadać te wszystkie pytania, które od wczorajszego wieczoru w sobie dusi. Powiedziałaby mu też, że jest przecież inna droga!

James objął ją ramieniem w zaborczym geście i przysunął do siebie jak najbliżej. Severus jakby czuł, że ktoś go obserwuje. Spojrzał w ich stronę akurat w tym momencie. Zamarł przez chwilę, po czym odwrócił wzrok, marszcząc czoło.

- Smarkerus – warknął Syriusz, materializując się tuż u ich boku. – Można by mu tak, starym sposobem, przetrzepać trochę skórę i zadać parę pytań. Co ty na to?

Lily podniosła głowę, by spojrzeć na Jamesa. Przez twarz chłopaka przebiegł ledwie zauważalny cień, ale zniknął jeszcze szybciej, niż się pojawił.

- Nie mam zamiaru sobie nim zaprzątać głowy – mruknął dziwnym tonem i pocałował Lily w czoło.

Dziewczyna odniosła wrażenie, że tylko jej obecność powstrzymała go od zgody na propozycję przyjaciela. Lepsze to, niż nic.

- Ciekawe, czemu jest sam – dodał Remus, gładząc się po brodzie.

- Podobno Avery i Mulciber rzucili szkołę – odrzekł Peter, otrzepując szatę i poprawiając szalik.

- Dobra, dzieciaki – odezwała się Marlene, gdy wszyscy się już pojawili. – Mam dalsze rozkazy od dyrektora do wykonania, ale nie martwcie się. Będę w pociągu. Sprawujcie się dobrze, żadnych kłopotów i pamiętajcie – ani słowa, bo nie ręczę za siebie! Trzymajcie się.

Sprężystym krokiem ruszyła w stronę lokomotywy, by już po chwili zniknąć w tłumie.

- Co za kobieta – westchnął Syriusz z szerokim uśmiechem.

Margot omiotła go zaskoczonym spojrzeniem, po czym pospiesznie, bez słowa, ruszyła w stronę drzwi wagonu. Cała reszta udała się za nią, oprócz Lily i Jamesa.

- Musimy się upewnić, że wszyscy wsiądą – powiedziała Lily, przypinając do szaty plakietkę.

- Witajcie obowiązki – mruknął James. – Nie powiem, żebym tęsknił.

Gdy udało im się rozdzielić dwie kłótnie, pomóc w znalezieniu zaginionej ropuchy i uspokoić rozhisteryzowaną pierwszoroczną, z ulgą wsiedli do wagonu. Rozległ się gwizd, po czym pociąg ruszył, furkocząc miarowo. Krajobraz za oknem zaczął się zmieniać i już niedługo opuścili Londyn.

- Rozdzielimy się, dobrze? – powiedziała Lily, starając się nie okazać emocji. – Ty idź w stronę lokomotywy, a ja pójdę w dół pociągu.

James uniósł brwi i Lily była pewna przez małą chwilę, że chłopak przejrzał jej plany, ale potem przytaknął potulnie, pocałował ją krótko i dziarsko ruszył we wskazanym kierunku. Lily odetchnęła z ulgą, opierając się czołem o zimną szybę. Łąki rozmyły się przed jej przymkniętymi oczami w zieloną plamę.

Wiedziała, że James nigdy by jej nie puścił, gdyby podejrzewał, co zamierzała zrobić, ale nie mogła postąpić inaczej. Czuła, że będzie to kolejna lekcja chowania dumy do kieszeni, jednak musiała uspokoić swoje sumienie. Wzięła głęboki wdech, by dodać sobie otuchy. Zaczęła zaglądać w szyby mijanych przedziałów, by wreszcie, niemal na końcu pociągu, odnaleźć ten właściwy.

Severus siedział sam, wyglądając równie posępnie i niezdrowo, co na peronie. Tłuste włosy zasłaniały mu twarz, odsłaniając jedynie koniuszek spiczastego nosa, a na kolanach trzymał otwartą książkę. Lily poczuła ukłucie żalu w sercu. Sięgnęła lekko drżącą ręką za klamkę i otwarła drzwi, z cichym skrzypieniem.

Severus podskoczył, zaskoczony, w mgnieniu oka wyciągając z kieszeni różdżkę i celując nią prosto w głowę Lily. Dziewczyna zamarła, wstrzymując oddech. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu. Lily czuła, jak serce łopocze jej w klatce piersiowej, jakby zaraz miało z niej wyfrunąć.

- Nie zamierzasz opuścić różdżki? – spytała cicho.

- To zależy – warknął Severus, wykrzywiając twarz w grymasie wściekłości.

- Od…?

- Jeżeli zaraz za tobą przypełznie tu twój chłoptaś, to nie.

- Jestem sama – wyznała Lily, czując się nagle wyjątkowo bezbronna.

Severus zamrugał, a jego mięśnie twarzy się nieznacznie rozluźniły. Powoli opuścił rękę.

- Czego chcesz? – spytał z niechęcią.

Lily nie odpowiedziała, wpatrując się prosto w jego ciemne oczy. Znała je od dziecka i potrafiłaby je rozpoznać nawet przez maskę. Nawet w wszechogarniającym chaosie. I nawet w unoszącym się nad ziemią pyle.

- No, słucham! – ponaglił ją niecierpliwie, zatrzaskując z impetem książkę. – Chcesz mi coś powiedzieć? Oznajmić? Wszystko widziałem! Wszystko wiem! Ty i Potter…

- Ja też wiem – przerwała mu Lily, niemal szeptem.

Severus zamarł, z otwartymi ustami, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.

- Wiem, że to byłeś ty – dodała cicho Lily.

- O czym ty…?

- To były twoje oczy.

Te słowa ciężko zawisły między nimi w powietrzu. Severus pochylił głowę i zacisnął dłonie w pięści. Otwierał usta i zamykał, jakby się dusił, ale nic nie powiedział. Wstał i odwrócił się do niej plecami, wpatrując się w okno. Lily, z żalem obserwowała, jak dawny przyjaciel garbi się i kurczy w sobie, jakby niewidzialny ciężar spoczywał na jego barkach.

- Dziękuję – powiedziała, robiąc krok do przodu. – Gdyby nie ty, pewnie by mnie tutaj teraz nie było.

- Nie wiem, o czym mówisz – odpowiedział oschle.

- Nie ważne. Chciałam ci to tylko powiedzieć. – Odwróciła się, by wyjść, ale zaraz nagle przystanęła. Zawahała się, po czym usiadła, wpatrując się w podłogę. – To się nie musi tak skończyć, Severusie. Nie jest jeszcze za późno, nadal masz wyjście.

Odpowiedziało jej tylko ciche prychnięcie.

- Porozmawiaj ze mną, proszę – jęknęła żałośnie, całkowicie nie kontrolując swojego głosu.

Chłopak odwrócił się gwałtownie i spojrzał na nią z góry. Przez chwilę jego oczy zabłysły znajomymi, ludzkimi uczuciami, ale zaraz znów przybrał surowy, beznamiętny wyraz twarzy.

- Nie ma o czym – wycedził. – Wracaj do Pottera.

Wskazał palcem wyjście z przedziału, niewzruszony, jakby był zrobiony z kamienia. Lily wstała, ocierając oczy skrawkiem szaty.

- I radzę ci zapomnieć – dodał dobitnie, po czym znów odwrócił się w stronę okna.