O`Neill powoli odzyskiwał przytomność. Z pierwszym przebłyskiem świadomości powróciła do niego rozpaczliwa potrzeba zachowania swej tożsamości.

- Pułkownik Jonathan… O`Neill… Siły… Zbrojne... Stanów Zjednoczonych… - Szeptał samymi tylko wargami.

Długą chwilę trwało, zanim zorientował się, co się z nim dzieje. Jego głowa podskakiwała w rytm kroków niosących go Jaffa. Zdawał sobie z tego sprawę, lecz nie był w stanie nad tym zapanować. Ciało wyłączyło się spod jego kontroli. Żyło własnym życiem. A raczej zdawało się nie żyć w ogóle. Nie mógł wykonać jakiegokolwiek ruchu. Ramiona zwisały bezwładnie, nogi jak sparaliżowane ciągnęły się z tyłu. Nawet uniesienie głowy było dla niego zadaniem ponad siły. Czuł się trochę jak wielka, szmaciana lalka niesiona przez dwoje dzieci. Z tą różnicą, że lalki zazwyczaj nie mają ochoty przeklinać, a jemu przekleństwa same cisnęły się na usta. Pomimo to, z popękanych i obolałych ust wydobywał się jedynie szept, na który wojownicy nie zwrócili żadnej uwagi. Po raz kolejny stwierdził, że jest całkowicie bezsilny. Nie ma żadnej możliwości przeciwstawienia się. Narkotyk wciąż krążył w jego krwi, choć odbierane przez niego bodźce były już nieco słabsze. Wciąż jednak wyraźnie słyszał każde skrzypnięcie skórzanych butów wlokących go Jaffa, a nawet ich przyspieszone oddechy. Czuł ostry zapach ich potu, a przede wszystkim smród, który mógł pochodzić tylko od niego samego. Mimo woli zdziwił się, że wcześniej tak się do niego przyzwyczaił, że praktycznie przestał go odczuwać. Teraz, nie wiedzieć czemu, powrócił do niego ze zdwojoną mocą, nasilając dodatkowo nękające go mdłości. Z trudem przełknął ślinę. Cała sytuacja wydawała się nierealna, jak w jakimś kiepskim koszmarze, ale wiedział, że nie śni. Niestety.

Wojownicy przyspieszyli. Echo ich ciężkich kroków zagłuszało tłukące się jak oszalałe serce. Gdzie jest? Dokąd go niosą? Do Olokuna? Wspomnienie nieludzkiego bólu, jakiego doświadczył z jego ręki, błyskawicą wbiło się w głąb umysłu i sprawiło, że jego serce na moment zamarło, a gardło ścisnęło się boleśnie. Boże, jeśli to miałoby się powtórzyć, to wolałby umrzeć. Zaczerpnął głęboki oddech, czując, jak ciało mimowolnie oblewa się zimnym potem. Nie, to nie może się zdarzyć! Przecież nie może pozwolić, by zawleczono go z powrotem przed oblicze tego węża. Wszystko, tylko nie to! Nadludzkim wysiłkiem uniósł głowę, lecz wszystko wokół było zamazane i zdawało się falować. Zebrał wszystkie siły, by spróbować wyszarpnąć ramiona z uścisku Jaffa. Mizerna próba nie zrobiła na nich żadnego wrażenia. Sprawiła tylko, że chwycili go mocniej. Wiedział już, że nic nie wskóra. Że zrobią z nim, co tylko będą chcieli. Świadomość, że jest zdany całkowicie na ich łaskę, napełniła go goryczą. Co mu w tej sytuacji pozostało? Odebrano mu niemal wszystko. Posiadał już tylko wolę walki. Tylko, czy miał jeszcze o co walczyć?

Strażnicy skręcili w boczny, ciemny korytarz. Nagle przystanęli gwałtownie, nasłuchując. Huk wystrzału z lancy poniósł się echem poprzez korytarze. Wojownicy rzucili więźnia na podłogę i odbezpieczyli broń. Nadal jednak trwali w bezruchu, wsłuchując się w dobiegające z oddali odgłosy. Strzały powtórzyły się jeszcze dwukrotnie, potem nastała cisza. W pewnym momencie wyczulony słuch O`Neilla wyłowił gdzieś niedaleko szmer rozmowy. Słów nie mógł oczywiście rozróżnić, ale z całą pewnością rozmawiało dwoje ludzi. Jaffa także musieli ich usłyszeć, bo jak na komendę pobiegli w tamtym kierunku. Rozległ się głośny strzał i jeden z Jaffa z jękiem zwalił się na podłogę tuż przed pułkownikiem. Drugi pobiegł dalej. Sądząc po odgłosach, on także został trafiony.

Na wpół zamroczony O`Neill uniósł głowę. Ciało wojownika przesłaniało mu całe pole widzenia. Z trudem uniósł się na ramionach na tyle, by ujrzeć choć część korytarza. W oczach mu wirowało, mimo to zdołał dostrzec stojących nieco dalej ludzi. Zacisnął mocno powieki, bo przekonany był, że to przywidzenie. Kiedy jednak otworzył oczy, obraz wcale nie zniknął. Kapłan w brązowej szacie i dwóch ściskających w rękach goa`ludzkie lace niewolników. Pochylali się nad ewidentnie martwym gwardzistą. Naradzali się półgłosem, najwyraźniej nie dostrzegając pogrążonego w cieniu człowieka. Głowa ciążyła mu niemiłosiernie. Opuścił ją więc, by dać chwilę wytchnienia mięśniom karku. Oddychał głęboko, starając się przywrócić jasność umysłu. O co tu chodzi? Ci ludzie zabili eskortujących go Jaffa. Dlaczego? W obecnej sytuacji myślenie zdecydowanie nie należało do jego najmocniejszych stron. Jego własny oddech odbijał się od kamieni i muskał policzki. Był ciepły. Na końcu korytarza rozległ się ledwie słyszalny szelest. Zaciskając zęby, podniósł ponownie głowę. Wtedy dostrzegł coś jeszcze. Kapłan ściskał w ręku karabin maszynowy. P-90. Broń Tau`ri.

Gdzieś z daleka dobiegły ich odgłosy wystrzałów z karabinu maszynowego. Niewolnicy natychmiast skierowali się w tamtą stronę. Kapłan pozostał na miejscu. Rozglądał się wyraźnie niezdecydowany. Coś w sposobie jego poruszania się wydawało się pułkownikowi znajome. Wstrzymał oddech, kiedy kapłan pochylił się, żeby położyć na ziemi broń i jednym gwałtownym ruchem ściągnął przez głowę obszerny strój. Spod burego materiału wyjrzały krótkie, jasne włosy i polowy mundur sił powietrznych. Tego się absolutnie nie spodziewał. Carter! Cała i zdrowa w samym sercu pałacu Olokuna. Dłuższą chwilę trwał w osłupieniu z rozdziawionymi ustami. Otrząsnął się dopiero, gdy Sam gwałtownie zanurkowała i skuliła się pod osłoną ściany korytarza. Odgłos wystrzału zabrzmiał niebezpiecznie blisko.

- Carter… - Z ust O`Neilla wydobył się jedynie słaby szept.

Kobieta nie usłyszała go. Podniosła broń i porzuciwszy niepotrzebne już przebranie pobiegła w stronę nasilających się odgłosów walki.

- Zaczekaj! - Rozpaczliwie wyciągnął w jej kierunku rękę. Szept przybrał nieco na sile, lecz w żaden sposób nie mógł dotrzeć do uszu jego podwładnej.

Działanie narkotyku wyraźnie słabło. Wyciągnięta dłoń drżała z wysiłku. Opuścił ją. Oddychał głęboko. Carter była tu. Przyszła po nich. Musiał ją odnaleźć. W tym celu musiał zmusić swoje ciało do jeszcze jednego wysiłku. Z ogromnym trudem dźwignął się na kolana, potem wstał niezgrabnie, przytrzymując się ściany. Poczuł gwałtowne zawroty głowy i omal nie upadł. Zacisnął jednak zęby i zdołał utrzymać się na nogach. Wciąż opierając obie dłonie na ścianie, ruszył powoli do miejsca, w którym zniknęła Samantha. Minął ciało martwego strażnika, potem drugiego. Powoli posuwał się naprzód. Pot spływał po jego twarzy, zalewał oczy, z trudem łapał oddech. Krzyki i odgłosy wystrzałów były coraz bliżej. Nie zastanawiał się w ogóle, że zmierza prosto na pole bitwy, a nie ma żadnej broni. Nawet nie pomyślał, by jakiejś poszukać. Wiedział tylko, że gdzieś tam jest Carter i on musi dotrzeć do niej za wszelką cenę. W pewnej chwili zachwiał się i runął jak długi na ziemię. Upadek zamroczył go. Leżał bezradny i wyczerpany, walcząc z narastającymi mdłościami. Nawet nie zauważył, że wokoło zrobiło się dziwnie cicho. Znowu spróbował wstać, lecz oparł się na zranionej dłoni i ponownie z jękiem bólu osunął się na ziemię. Gdzieś niedaleko zabrzmiała seria z karabinu maszynowego, a zaraz potem krótki krzyk. Z całą pewnością kobiecy krzyk. Uniósł głowę, wytężając maksymalnie słuch. Na końcu korytarza majaczyły uchylone drzwi. To stamtąd dobiegały teraz odgłosy szamotaniny, a po chwili dziwny bulgotliwy dźwięk, jakby ktoś się krztusił. Tknięty złym przeczuciem zebrał się w sobie i wstał. Drżące nogi załamały się pod jego ciężarem. Niezrażony niepowodzeniem zaczął pełznąc na łokciach i kolanach w kierunku drzwi aż do momentu, gdy rzężenie stało się całkiem wyraźne. Ogarnęła go porażająca pewność, że doskonale wie, co się tam dzieje. I bardzo mu się to nie podobało. Zebrawszy ostatnie siły, powstał i zataczając się, ruszył ku pomieszczeniu, w którym ktoś właśnie walczył o życie.