Rozdział 25: Nie szukajcie od razu rozwiązań


Uwaga: Zwykle nauka przedstawiona w tej historii jest prawidłowa, więc muszę ostrzec, że w rozdziałach 22-25 Harry pomija wiele innych możliwości. Przede wszystkim może być wiele genów magii, ale umieszczonych na jednym chromosomie (co by nie mogło się wydarzyć ewolucyjnie, ale taki chromosom mógłby być sztucznie skonstruowany). W takim przypadku dziedziczenie wyglądałoby po Mendlowsku, ale chromosom magiczny mógłby ulegać degradacji poprzez crossing-over z homologicznym chromosomem niemagicznym (Harry czytał o Mendlu i chromosomach w książkach o historii nauki, ale nie zna zbytnio genetyki i nie wie, że istnieje coś takiego jak crossing-over. W końcu ma tylko jedenaście lat). Pomijając jednak to, że współczesny periodyk naukowy przyczepiłby się do wielu szczegółów, wszystko, co Harry przedstawia jako silne przesłanki, jest w rzeczywistości silnymi przesłankami — inne możliwości są nieprawdopodobne.

[Od tłumaczki: zakładając zgrupowanie genów magii na jednym chromosomie, w ciągu 150 lat od pierwszych małżeństw magiczno-mugolskich różne warianty tych genów tak by się wymieszały, że nie pozostałoby śladu po dziedziczeniu Mendlowskim, zwłaszcza w rodzinach, w których takie małżeństwa byłyby na porządku dziennym. W każdym razie w czasach Harry'ego widać byłoby dziedziczenie wielogenowe, ale z pewnymi skrzywieniami sugerującymi właśnie sprzężenie genów na jednym chromosomie. Ciekawsze według mnie byłyby równie prawdopodobne opcja imprintu.]


Akt 2:

(Słońce rozświetlało Wielką Salę poprzez zaczarowany sufit i wywoływało w uczniach wrażenie, że siedzą pod gołym niebem. Odbijało się w ich talerzach i miskach, podczas gdy oni, odświeżeni dobrze przespaną nocą, wchłaniali śniadanie i przygotowywali się do realizacji wszelkich swoich niedzielnych planów.)

Więc. Tylko jedna rzecz sprawiała, że zostawałeś czarodziejem. DNA w zasadzie tylko mówiło rybosomom, jak nanizać łańcuszek aminokwasów, aby wyszło białko. Klasyczna fizyka dobrze sobie radziła z opisywaniem aminokwasów, ale nie ważne ile ich byłoby w łańcuchu, konwencjonalna fizyka mówiła, że nigdy, przenigdy nie wyjdzie z tego magia.

A jakoś magia była dziedziczna, tak jak DNA.

A zatem raczej nie było tak, że DNA łączyło niemagiczne aminokwasy w magiczne białka.

Już prędzej kluczowa sekwencja DNA sama z siebie wcale nie dawała magii.

Magia brała się z czegoś innego.

Przy stole Krukonów pewien chłopiec siedział patrząc w przestrzeń. Jego prawa dłoń kładła jakieś nieistotne jedzenie do jego buzi. Można by podmienić mu talerz na kupę piachu i chyba by nie zauważył.

I z jakiegoś powodu Źródło Magii zwracało uwagę na ten konkretny marker DNA u istot, które pod każdym innym względem były zwykłymi ludźmi pochodzącymi od małp.

W sumie całkiem sporo chłopców i dziewcząt patrzyło w przestrzeń. Przecież to był stół Krukonów.

Inne ścieżki logicznego myślenia prowadziły do tych samych wniosków. Skomplikowane mechanizmy zawsze były jednolite wewnątrz gatunku rozmnażającego się płciowo. Jeśli gen B wymagał genu A, to gen A sam z siebie też musiał być użyteczny. Gen A musiał być powszechny zanim B zaczął dawać zauważalną przewagę dostosowania. A kiedy gen B się upowszechnił, może pojawić się wariant A*, który wymaga genu B, potem gen C, który wymaga genu A* oraz B, dalej B*, który wymaga C i tak dalej, dopóki cała maszyna zapętli się tak dokładnie, że usunięcie jakiegokolwiek elementu ją zawali. Ale to wszystko działo się krok po kroku. Ewolucja nigdy nie patrzyła w przyszłość, nigdy nie zaczynała faworyzować B w oczekiwaniu na to, że A się upowszechni. Ewolucja była prostym faktem historycznym, mówiła tylko, że geny tych organizmów, które mają więcej dzieci będą częstsze w następnym pokoleniu. Zatem każdy kawałek maszynerii musiał być powszechny zanim inne kawałki wyewoluowały zależność od niego.

Zatem skomplikowane, wzajemnie zależne mechanizmy białek, które rządziły życiem zawsze były jednolite wewnątrz gatunku rozmnażającego się płciowo — nie licząc garstki wzajemnie niezależnych wariantów, które właśnie podlegały selekcji i kładły podwaliny kolejnych poziomów złożoności. Dlatego wszyscy ludzie mieli ten sam bazowy wzór mózgu, te same emocje, te same miny powiązane z owymi emocjami; takie adaptacje były skomplikowane, więc musiały być wszechobecne.

Jeśli magia działała w ten sposób, jeśli była to wielka, skomplikowana adaptacja składająca się z mnóstwa niezbędnych genów, dziecko mugola i czarodzieja miałoby zaledwie połowę składników tej maszyny, a połowa maszyny to za mało. Mugolacy nigdy by się nie rodzili. Nawet gdyby wszystkie elementy z osobna dostały się do puli genowej mugoli, nigdy by się nie spotkały w jednym miejscu aby stworzyć czarodzieja.

Nie istniała żadna genetycznie izolowana dolina ludzi, którzy natknęli się na ewolucyjną drogę prowadzącą do wyrafinowanego, magicznego fragmentu mózgu. Taka skomplikowana genetyczna maszyneria po prostu nie mogła, raz wymieszawszy się z mugolami, złożyć się w mugolaka.

Zatem jakikolwiek by nie był sposób, w jaki geny decydowały o magii, nie mógł to być przepis na wymyślną maszynerię.

To był jeden z powodów, dla których Harry podejrzewał wzór Mendlowski. Jeśli geny magii nie były skomplikowane, po co miałoby być ich więcej niż jeden?

A jednak magia sama w sobie była skomplikowana. Zaklęcie zamykające drzwi powstrzymywało innych przed ich otwarciem, transmutowaniem zawiasów, opierało się przed Finite Incantatem oraz Alohomorą. Wiele części wskazywało w tym samym kierunku; można by to nazwać nakierowaniem na cel albo, prościej, sensem.

Ludzie znali tylko dwa źródła sensownie złożonych rzeczy. Selekcja naturalna, która tworzyła rzeczy w rodzaju motyli. I inteligentna inżynieria, która tworzyła rzeczy w rodzaju samochodów.

Magia nie wyglądała na coś, co samo powołało się do istnienia. Zaklęcia były sensownie skomplikowane, ale nie skomplikowane w celu reprodukcji, jak motyl. Zaklęcia były skomplikowane po to, aby służyć użytkownikom, tak jak samochód.

Zatem inteligentny inżynier stworzył Źródło Magii i nakazał, aby zwracało uwagę na pewien konkretny marker DNA.

Kolejną oczywistą myślą było to, że cała sprawa miała jakiś związek z Atlantydą.

Harry już kiedyś o to pytał Hermionę, bodajże w pociągu do Hogwartu, po tym, jak usłyszał to z ust Draco. Według jej wiedzy, ludzie znali tylko tę nazwę i nic więcej.

Może to była po prostu legenda. Ale łatwo było sobie wyobrazić, że cywilizacja czarodziejów, szczególnie sprzed Zakazu Merlina, wysadziła się w powietrze.

I kontynuując ten tok myślenia: Atlantyda była izolowaną cywilizacją, która jakoś stworzyła Źródło Magii i kazała mu służyć jedynie ludziom z Atlantydzkim markerem DNA, krwią Atlantów.

Podobnie: same słowa i gesty czarodzieja nie były wystarczająco skomplikowane, aby same z siebie wywołać efekty — nie w taki sposób, jak trzy miliardy par zasad ludzkiego DNA były wystarczająco skomplikowane aby zbudować człowieka od zera; nie w taki sposób, jak programy komputerowe, które zabierały tysiące bajtów danych.

Więc słowa i gesty różdżki były niczym spust migawki; dźwignia, która pociągała jakąś ukrytą i bardziej skomplikowaną maszynę. Guziki, nie projekty.

I tak, jak program komputerowy nie skompiluje się, jeśli popełnisz choć jeden błąd literowy, Źródło Magii nie odpowie ci, chyba, że rzucisz zaklęcie dokładnie we właściwy sposób.

Logiczny tok myślenia był nieubłagany.

Prowadził nieuchronnie do jednego wniosku końcowego.

Starożytni przodkowie czarodziejów tysiące lat temu powiedzieli Źródłu Magii, żeby unosiło przedmioty w powietrze tylko wtedy, kiedy ktoś powie…

Wingardium Leviosa".

Harry oklapł na stół i ułożył czoło na prawej dłoni.

W pierwszych dniach projektowania sztucznej inteligencji, kiedy jeszcze nikt nie rozumiał, jak trudny to będzie problem, pewien profesor oddelegował jednego doktoranta, aby rozwiązał problem komputerowego widzenia.

Harry zaczynał rozumieć, jak się czuł ten doktorant.

To zajmie trochę czasu.

Dlaczego więcej wysiłku kosztowało rzucenie Alohomory, jeśli zaklęcia działały niczym guziki?

Kto był tak niemądry, że zaprojektował takie zaklęcie, jak Avada Kedavra, które można było rzucić tylko używając nienawiści?

Dlaczego bezsłowna transmutacja wymagała dokładnego mentalnego rozdzielenia pojęć formy i materiału?

Być może Harry nie rozwiąże tego wszystkiego przed ukończeniem Hogwartu. Być może wciąż będzie nad tym pracował po trzydziestce. Hermiona miała rację, Harry wcześniej naprawdę tego nie rozumiał, jedynie wygłosił inspirującą mowę o wytrwałości.

Harry przez chwilę rozważał, czy spróbować naprawdę zrozumieć, że może mu się nigdy tego nie uda rozwiązać, ale uznał, że to byłoby zbyt daleko idące ustępstwo.

Co więcej, zakładając, że w ciągu kilku dekad dojdzie do nieśmiertelności, wszystko będzie dobrze.

Jakiej metody użył Czarny Pan? W sumie to, że jakoś udało mu się przetrwać śmierć swojego pierwszego ciała było niemalże nieskończenie bardziej istotne niż to, że próbował przejąć władzę nad czarodziejską Anglią…

– Przepraszam – powiedział spodziewany głos za jego ramieniem w niespodziewanym tonie – kiedy znajdzie pan chwilę czasu, pan Malfoy prosi o rozmowę.

Harry nie zakrztusił się płatkami śniadaniowymi. Obrócił się i stawił czoła Crabbe'mu.

– Przepraszam, ale czy nie chciałeś powiedzieć „Meter chce z tobą gamzać?"

– Pan Malfoy rozkazał mi wypowiadać się poprawnie – Crabbe nie wyglądał na szczęśliwego.

– Nic nie słyszę, nie mówisz poprawnie – Harry odwrócił się do miseczki maleńkich niebieskich śnieżynek i uważnie zjadł kolejną łyżkę.

– Meter chce z tobą gamzać – tym razem głos był pełen groźby. – Lepiej się dotaskaj, chyba żeś lemoniada.

No. Wszystko szło zgodnie z planem.


Akt 1:

– Powód? – zapytał stary czarodziej. Nie dopuścił wściekłości na swoją twarz. Chłopiec, który przed nim stał był ofiarą i nie potrzebował więcej przerażających widoków. – Nic nie może usprawiedliwić…

– To, co ja mu zrobiłem, było gorsze.

– Harry, co mu zrobiłeś? – czarodziej zamarł ze strachu.

– Nabrałem go, żeby uwierzył, że go nabrałem na rytuał, w którym poświęcił swoją wiarę w puryzm krwi. I że to oznacza, że nie może zostać Śmierciożercą jak dorośnie. Wszystko stracił, dyrektorze.

Nastała długa cisza, przerwana wyłącznie drobnymi sapnięciami i gwizdnięciami bibelotów, które po pewnym czasie też wydawały się ciszą.

– Ojej. Głupio mi. Ja tu myślałem, że będziesz próbował nawrócić dziedzica Malfoy'ów na przykład pokazując mu prawdziwą przyjaźń i dobroć.

– Pfff! Jakby to mogło podziałać!

Stary czarodziej westchnął. Harry posunął się za daleko.

– Powiedz mi, Harry. Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że twój zamiar nawracania kogoś przez kłamstwa i sztuczki jest niespójny?

– Nie powiedziałem wprost ani jednego kłamstwa, w dodatku chodzi tu o Draco Malfoy'a, więc chyba chodzi ci o słowo „spójny" – chłopiec był pełen samozadowolenia.

– I to ma być bohater. Jesteśmy zgubieni – stary czarodziej pokręcił głową z rozpaczy.


Akt 5:

Długi, wąski tunel z nieociosanego kamienia był oświetlony tylko dziecięcą różdżką i zdawał się ciągnąć kilometrami.

Była trzecia nad ranem i Fred i George ruszyli sekretnym przejściem, które prowadziło długą drogą w dół od pomnika jednookiej wiedźmy w Hogwarcie do piwnicy cukierni Miodowe Królestwo w Hogsmeade.

– I jak? – cicho zapytał Fred. Nikt ich nie mógł podsłuchiwać, ale nieswojo by się czuł mówiąc głośno w środku sekretnego przejścia.

– Wciąż nawala.

– Oba czy…

– Ten sporadyczny się znowu naprawił. Ten drugi wygląda tak samo jak zawsze.

Mapa była nadzwyczaj potężnym artefaktem. Mogła śledzić każdą świadomą istotę na terenie szkoły, na bieżąco i z nazwiskiem. Niemalże na pewno stworzono ją podczas budowy Hogwartu. Pojawianie się błędów źle wróżyło. Jeśli była zepsuta, być może tylko Dumbledore mógł ją naprawić.

A Weasley'owie nie mieli zamiaru oddać jej w ręce Dumbledore'a. Byłaby to niewybaczalna hańba dla Huncwotów — czterech nieznanych, którym udało się ukraść kawałek zabezpieczeń Hogwartu, coś, co prawdopodobnie stworzył sam Salazar Slytherin, i przerobić to w narzędzie uczniowskich figlów.

Niektórzy mogliby takie zachowanie uznać za lekceważące.

Inni mogliby je uznać za przestępstwo.

Bliźniacy święcie wierzyli, że Godryk Gryffindor by ich pochwalił.

Bracia szli głównie milcząc. Zwykle rozmawiali ze sobą, kiedy planowali nowe dowcipy, albo jeśli jeden wiedział coś, co nie było znane drugiemu. Poza tymi sytuacjami nie było po co. Jeśli wiedzieli to samo, zwykle myśleli tak samo i podejmowali takie same decyzje.

Kiedyś, dawno temu, kiedy rodziły się magiczne bliźnięta zwykle jedno z nich zabijano.

Wreszcie Fred i George wspięli się do zakurzonej piwnicy pełnej baryłek i regałów z tajemniczymi składnikami.

Czekali. Nieuprzejmie byłoby zrobić coś innego.

Wkrótce chudy stary mężczyzna w czarnej piżamie zgramolił się po stopniach do tej samej piwnicy.

– Cześć, chłopcy – ziewnął Ambrozjusz Flume. – Nie spodziewałem się was dzisiaj. Już wam się skończyły zapasy?

Bracia zdecydowali, że Fred będzie mówił.

– Nie o to chodzi, panie Flume. Mamy nadzieję, że pomoże nam pan z czymś znacznie… ciekawszym.

-No, chłopcy – pan Flume zaczął ostrzegawczo. – Mam nadzieję, że nie obudziliście mnie tylko po to, żebym wam znowu mówił, że nie sprzedam wam żadnych towarów, które naprawdę mogłyby was wpakować w kłopoty. A przynajmniej dopóki nie skończycie szesnastu…

George wyciągnął coś z szat i podał Flume'owi bez słowa.

– Widział pan to? – zapytał Fred.

Było to wczorajsze wydanie Proroka codziennego. Flume skrzywił się i pokiwał głową. Na pierwszej stronie widniał napis „NASTĘPNY CZARNY PAN?" a pod nim zdjęcie wykonane przez jakiegoś ucznia, na którym inny uczeń patrzył nadzwyczaj zimno i ponuro.

– Czy ten Malfoy nie ma za grosz przyzwoitości? – warknął Flume. – Tak się dobierać do chłopca, jak ma tylko jedenaście lat! Należałoby go zmielić i dodać do czekoladek!

Fred i George równocześnie zamrugali. To Malfoy stał za Ritą Skeeter? O tym ich Harry nie ostrzegał… A to znaczyło, że sam nie wiedział. Nigdy by ich w to nie wciągnął, gdyby wiedział…

Wymienili spojrzenia. Cóż, Harry nie musiał wiedzieć, dopóki sprawa nie była zakończona.

– Panie Flume – cicho przerwał Fred. – Chłopiec-Który-Przeżył potrzebuje pańskiej pomocy.

Flume przyjrzał im się.

A potem ciężko westchnął.

– No dobra. Czego wam potrzeba?


Akt 6:

Kiedy Rita Skeeter podążała za tłustym łupem często nie zauważała prostaczków, którzy stanowili resztę świata. W ten właśnie sposób niemalże wpadła na łysiejącego mężczyznę, który zaszedł jej drogę.

– Panno Skeeter – przemówił cokolwiek ostro i zimno jak na człowieka o tak młodej twarzy. – Cóż za zbieg okoliczności.

– Spadaj, lamusie! – warknęła Rita i spróbowała go ominąć.

Mężczyzna poruszył się równo z nią tak dokładnie, że wyglądało, jakby żadne z nich nie zmieniło pozycji, tylko stali a ulica się obok nich przesunęła.

– Za kogo ty się uważasz? – Rita zmrużyła oczy ze złości.

– Jakże nieostrożnie – sucho odparł mężczyzna – zapomnieć twarz przyczajonego Śmierciożercy, który ćwiczy Harry'ego Pottera na przyszłego Czarnego Pana. Przecież – uśmieszek – nie chciałabyś na kogoś takie wpaść na ulicy, szczególnie po tej partaninie na jego temat w gazecie.

Rita musiała się moment zastanowić. To był Kwiryniusz Quirrell? Wyglądał jednocześnie za staro i za młodo. Gdyby rozluźnił ten protekcjonalny wyraz twarzy, wyglądałby na niespełna czterdzieści lat. I już łysiał? Nie mógł sobie pozwolić na Uzdrowiciela czy co?

Nie. To nie miało znaczenia, musiała znaleźć odpowiedni czas, miejsce i postać. Właśnie dostała anonimowy donos, że Madame Bones znajduje wiele czasu dla jednego ze swoich młodszych asystentów. Dostanie niezły bonus, jeśli uda jej się to sprawdzić, bo Bones była wysoko na liście priorytetów. Donosiciel mówił, że pani Bones i jej młody asystent mają się spotkać w specjalnym pokoju w restauracji „U Mary", bardzo popularnym dla pewnych celów. W dodatku zabezpieczonym przed wszelakimi urządzeniami podsłuchowymi, ale nie przez pięknym, niebieskim żukiem usadowionym na jednej ze ścian…

– Spadaj! – Powtórzyła i spróbowała odepchnąć Quirrella. Ten wykonał unik, przez co Rita zamachnęła się na powietrze.

– Patrz – Quirrell podciągnął lewy rękaw szaty. – Nie ma Mrocznego Znaku. Proszę opublikować sprostowanie.

Rita się roześmiała z niedowierzaniem. Oczywiście, że nie był prawdziwym Śmierciożercą. W przeciwnym razie gazeta by tego nie opublikowała.

– Zapomnij, patafianie. A teraz się zmywaj.

Quirrell chwilę się w nią wpatrywał.

A potem uśmiechnął.

– Panno Skeeter, miałem nadzieję, że znajdę jakiegoś haka, który by był bardziej przekonujący. Ale po prostu nie mogę sobie odmówić przyjemności najzwyklejszego rozgniecenia pani na miazgę.

– Już próbowano. Zejdź mi z drogi, patafianie albo znajdę jakichś aurorów i każę cię aresztować za utrudnianie pracy prasy.

Quirrell się lekko pokłonił i przeszedł obok niej.

– Do widzenia, Rito Skeeter.

Kiedy ruszyła ostro do przodu zauważyła kątem świadomości, że mężczyzna gwiżdże jakąś melodię.

Jakby miało ją to przestraszyć.


Akt 4:

– Sorry, ale tym razem wypadam – powiedział Lee Jordan. – Wolę gigantyczne pająki.

Chłopiec-Który-Przeżył powiedział, że ma ważne zadanie dla Zakonu Chaosu, coś poważnego i tajemniczego, trudniejszego i o większym znaczeniu niż ich zwykły repertuar dowcipów.

Po czym Harry wygłosił mowę równie natchnioną co mętną. Chodziło w niej o to, że gdyby Fred, George i Lee mogli się nauczyć być dziwaczniejszymi, mieliby nadzwyczajny potencjał. Mogliby czynić życie innych ludzi surrealistycznym, a nie tylko zaskakiwać ich w stylu wiadra wody opartego nad drzwiami (Fred i George wymienili spojrzenia, nigdy o czymś takim jeszcze nie pomyśleli). Przypomniał im żart z Neville'a — za który, co Harry przyznał ze skruchą, Tiara Przydziału zmyła mu głowę — ale w wyniku którego Neville na pewno zaczął wątpić w stan swojego umysłu. Puchon pewnie myślał, że znalazł się w alternatywnym wszechświecie. Podobnie jak wszyscy uczniowie, kiedy usłyszeli przeprosiny Snape'a. Taka była prawdziwa moc dowcipów.

„Pomożecie?" wyskandował Harry, a Lee Jordan odpowiedział „nie".

– Pomożemy – odparł Fred, a może George, bo nie mieli wątpliwości, że Godryk Gryffindor by się zgodził.

Lee Jordan uśmiechnął się przepraszająco, wstał i opuścił Wyciszony korytarz, w którym czterech członków Zakonu Chaosu spiskowało siedząc w okręgu.

Trzej członkowie Zakonu Chaosu zabrali się do pracy.

Nie było im smutno. Fred i George nadal mieli pracować z Lee nad dowcipami z gigantycznymi pająkami, jak zawsze. Zaczęli nazywać siebie Zakonem Chaosu tylko po to, aby wciągnąć Harry'ego Pottera po tym, jak Ron im opowiedział, że Harry jest dziwny i zły, a Fred i George postanowili go zbawić, pokazując mu prawdziwą przyjaźń i dobroć. Szczęśliwie nie było to już konieczne, chociaż nie byli tego całkowicie pewni…

– To o co chodzi?

– Rita Skeeter. Wiecie, kim jest?

Bliźniacy pokiwali głowami.

– Próbuje się czegoś o mnie dowiedzieć.

To była zła wiadomość.

– Umiecie zgadnąć, czego od was oczekuję?

Zerknęli na siebie, trochę skonfundowani.

– Mamy jej podrzucić trochę z naszych ciekawszych cukierków?

– Nie! Nie, nie nie! To w stylu gigantycznych pająków! Pomyślcie trochę, co byście zrobili, gdybyście usłyszeli, że to o was szuka informacji?

A to było banalne.

Gęby rozciągnęły im się w uśmiechach.

– Rozsialibyśmy plotki o nas samych.

– Dokładnie – Harry też uśmiechał się szeroko. – Ale to nie mogą być jakiekolwiek plotki. Chcę nauczyć ludzi, aby nigdy nie wierzyli w nic, co gazeta napisze na temat Harry'ego Pottera, podobnie jak mugole nie wierzą w to, co gazety piszą o Elvisie. Na początku myślałem, żeby ją zasypać taką ilością plotek, że by sama nie wiedziała, w co wierzyć, ale wtedy by po prostu wybrała sobie te soczyste i wiarygodne. Więc chcę, abyście wymyślili o mnie historyjkę i sprawili, że Rita Skeeter w nią uwierzy. Ale musi to być coś takiego, żeby na koniec wszyscy wiedzieli, że to bzdura. Chcemy ogłupić Ritę Skeeter i jej redaktorów, a potem udowodnić, ze to wszystko było kłamstwem. Ze względu na te wymagania historia musi być tak niewiarygodna jak się tylko da, ale nie aż tak, żeby gazeta nie zgodziła się jej wydrukować. Rozumiecie, czego od was oczekuję?

– Nie do końca – jeden z bliźniaków powoli zaprzeczył. – Chcesz, żebyśmy wymyślili historię?

– Chcę, żebyście zrobili wszystko. Jestem poniekąd bardzo zajęty i chcę być w stanie mówić zgodnie z prawdą, że nie miałem pojęcia, co się wydarzy. Zaskoczcie mnie.

Przez chwilę bliźniacy uśmiechali się złośliwie.

– Ale Harry – spoważnieli. – Nie mamy w ogóle pojęcia, jak coś takiego zorganizować…

– Więc wymyślcie. wierzę w was. Nie nieskończenie, ale jeśli nie możecie tego zrobić, powiedzcie mi i poszukam kogoś innego, albo spróbuję sam. Jeśli macie świetny pomysł — zarówno na szaloną historię jak i to, jak przekonać do niej Ritę Skeeter — ruszajcie śmiało do dzieła. Ale nie możecie poprzestać na czymś poślednim. Jeśli nie możecie wymyślić czegoś fantastycznego, po prostu powiedzcie.

Wymienili zaniepokojone spojrzenia.

– Nie umiem nic wymyślić – powiedział George.

– Ani ja. Przepraszam.

Harry przyjrzał się im.

A potem wyjaśnił, jak należy myśleć o rzeczach.

Że zdarza się, że zajmuje to więcej niż dwie sekundy.

Że nigdy nie można ogłosić, że czegoś się nie da zrobić, zanim się nie namyśli przez pięć minut z zegarkiem w ręku. Prawdziwe pięć minut, nie metaforyczne.

Co więcej, Harry z emfazą walnął dłonią w podłogę, nie należy od razu szukać rozwiązań.

Następnie wytłumaczył im pewien eksperyment pewnego Normana Maiera, który był czymś, co się nazywa psychologiem pracy. Dał różnym grupom problem do rozwiązania.

Chodziło w nim o trzech pracowników i trzy prace do wykonania. Stażysta chciał pracę najłatwiejszą. Doświadczony pracownik chciał zmieniać prace, aby się nie nudzić. A ekspert od efektywności doradzał, aby stażysta dostał pracę najłatwiejszą, a doświadczony pracownik najtrudniejszą, bo wtedy produktywność wzrośnie o 20%.

Część z tych grup usłyszała ponadto instrukcję, że mają nie wymyślać rozwiązań, dopóki nie omówią problemu tak dalece, jak się tylko da bez wymieniania rozwiązań.

Pozostałe grupy nie dostały takiej dodatkowej instrukcji. Ich członkowie zrobili to, co ludzie zwykle robią w obliczu problemu, czyli zaczęli proponować rozwiązania. Zaczęli się do tych rozwiązań przywiązywać, kłócić o nie, o względną istotność wolności, efektywności i tym podobnych.

A w grupach, które miały najpierw się zastanowić, dużo częściej pojawiał się pomysł, aby stażysta dostał pracę najłatwiejszą, a pozostali dwaj pracownicy wymieniali się pracami, co by oznaczało, według danych eksperta, wzrost produktywności o 19%.

Rozpoczynanie od szukania rozwiązań było odwróceniem porządku, tak jakby zaczynać posiłek od deseru, tylko gorzej.

Harry jeszcze cytował pewnego Robyna Dawesa, który miał powiedzieć, że im problem jest trudniejszy, tym chętniej ludzie próbują go od razu rozwiązać.

W każdym razie Harry miał zamiar zostawić bliźniaków z tym zadaniem, a oni mieli omówić wszystkie jego elementy i próbować wymyślić wszystko, co mogłoby być chociaż odrobinę związane z tematem. I przed końcem takiej burzy mózgów mieli nawet nie próbować wymyślać rozwiązania, no chyba, że wymyślą coś naprawdę fantastycznego. W takim wypadku mogli to zapisać i wrócić do myślenia. Na koniec oznajmił, że przez tydzień nie przyjmie do wiadomości żadnych deklaracji o poddaniu się. Niektórzy ludzie myśleli o sprawach przez całe dziesiątki lat.

– Jakieś pytania?

Fred i George popatrzyli na siebie.

– Nie umiem żadnych wymyślić.

– Ani ja.

– Nie zapytaliście o budżet – Harry odkaszlnął.

„Budżet?"

– Mógłbym wam po prostu podać kwotę, ale to chyba wam lepiej przemówi do wyobraźni.

Harry schował rękę w głębi szaty i wyciągnął…

Bliźniacy o mało się nie przewrócili i to pomimo tego, że siedzieli na ziemi.

– Nie wydawajcie ich dla samego wydawania pieniędzy – na kamiennej podłodze przed nimi leżała kompletnie szalona ilość pieniędzy. – Wydajcie tyle, ile wymaga fantastyczność. A to, czego fantastyczność wymaga — nie wahajcie się ani chwili. Jeśli coś zostanie, oddacie mi później, wierzę wam. A, i jeszcze jedno Dziesięć procent tych pieniędzy zostaje dla was, niezależnie od tego, ile w końcu wyniosą wydatki…

– Ale nie możemy! Nigdy nie bierzemy pieniędzy za coś takiego! – Nigdy nie brali pieniędzy w sprawach nielegalnych. Bez wiedzy Ambrozjusza Flume'a odsprzedawali cały jego towar bez prowizji. Chcieli móc zeznawać — nawet pod wpływem Eliksiru Prawdy — że nigdy nie czerpali przychodów z działalności przestępczej, a jedynie dostarczali usługi.

– Ale proszę was o trudną pracę – Harry zmarszczył czoło. – Dorosły by dostał za coś takiego zapłatę, a i tak by to się liczyło jako przyjacielska przysługa. Nie można do czegoś takiego po prostu zatrudniać ludzi.

Fred i George pokręcili głowami.

– Dobra. Dam wam kosztowne prezenty na Święta, a jeśli spróbujecie ich nie przyjąć, to je spalę. Teraz nawet nie będziecie wiedzieć, ile na was wydam, poza tym, że będzie to kwota wyższa, niż gdybyście po prostu wzięli pieniądze. Kupię wam te prezenty tak czy siak, więc namyślcie się nad tym zanim powiecie, że nie umiecie wymyślić nic fantastycznego.

Harry wstał wciąż się uśmiechając, odwrócił się i odszedł. Bliźniacy wciąż siedzieli oniemiali. Po kilku krokach Potter zatrzymał się i rzucił przez ramię:

– Jeszcze jedno. Proszę, nie wciągajcie do tego profesora Quirrella. Nie lubi być na świeczniku. Wiem, że łatwo byłoby przekonać ludzi, że profesor Obrony ma dziwaczne sprawy za uszami i przepraszam, że nakładam na was takie ograniczenie. Ale proszę, nie wciągajcie go do tej historii.

Harry poszedł kolejne kilka kroków i znowu się zatrzymał.

– Dziękuję – powiedział cicho. I naprawdę odszedł.

Zapanowała długa cisza.

– Więc – powiedział jeden.

– Więc – odparł drugi.

– Profesor Obrony nie lubi stać na świeczniku.

– Harry niezbyt dobrze nas zna, prawda?

– Prawda.

– Ale do tego nie użyjemy jego pieniędzy.

– Oczywiście, że nie, to by nie było właściwe. Zajmiemy się nim osobno.

– Namówimy jakichś gryfonów, żeby napisali do Skeeter, że…

– …raz mu się podwinął rękaw i zobaczyli Mroczny Znak…

– …i że prawdopodobnie uczy Harry'ego Pottera różnych strasznych rzeczy…

– …i że jest najgorszym nauczycielem Obrony w dziejach szkoły. Że nie tylko nas nie uczy, ale wszystko mówi wspak, dokładnie na odwrót niż powinno być…

– …na przykład raz tłumaczył, że Mordercze Zaklęcie można rzucić tylko używając miłości, przez co było całkiem bezużyteczne.

– Podoba mi się to ostatnie.

– Dzięki.

– Myślę, że profesor też je doceni.

– Ma poczucie humoru. Nie nazwałby nas tak, jak nas nazwał, gdyby nie miał poczucia humoru.

– Ale czy damy sobie radę z zadaniem od Harry'ego?

– Harry mówił, żeby porozmawiać o problemie, zanim spróbujemy go rozwiązać, więc możemy tak zrobić.

Zdecydowali, że George będzie pełen entuzjazmu a Fred będzie wątpić.

– To wszystko wydaje się sprzeczne. Chce, żeby historia była tak dziwaczna, że wszyscy będą się śmiać ze Skeeter i wiedzieć, że to bzdura, ale sama Skeeter ma uwierzyć. Nie da rady zrobić obu tych rzeczy na raz.

– Będziemy musieli spreparować jakieś dowody dla Skeeter.

– Czy to jest rozwiązanie?

Pomyśleli nad tym rzez chwilę.

– Może. Ale nie sądzę, żebyśmy musieli aż tak dokładnie przestrzegać reguł, a ty?

Wzruszyli ramionami z bezradności.

– Więc fałszywe dowody muszą być na tyle wiarygodne, aby przekonać Skeeter. Myślisz, że damy radę coś takiego zrobić sami?

– Nie musimy sami – George wskazał na górę pieniędzy. – Możemy zatrudnić innych ludzi, aby nam pomogli.

Zmarszczyli czoła w zadumie.

– Budżet szybko by się nam rozpłynął. To dla nas dużo pieniędzy, ale nie dla kogoś takiego, jak Flume.

– Może jak ludzie usłyszą, że to dla Harry'ego, to nam dadzą zniżki. Ale najważniejsze, że cokolwiek zrobimy, musi to być niemożliwe.

– W jakim sensie?

– W taki sposób niemożliwe, żebyśmy nie mogli wpaść jak śliwki w kompot, bo po prostu nikt nie uwierzy, że mogliśmy coś takiego zrobić. Tak niemożliwe, że nawet Harry będzie się zastanawiać. Musi być surrealistyczne, musi sprawić, że ludzie będą wątpić we własne zmysły, musi być… lepsze niż Harry.

Oczy Freda rozszerzyły się z zaskoczenia. Rzadko, bo rzadko, ale się to zdarzało.

– Ale czemu?

– To wszystko były żarty. Placek był żartem. Przypominajka była żartem. Kot Kevina Entwhistle'a był żartem. Snape był żartem. Jesteśmy najlepszymi żartownisiami w Hogwarcie, a mamy się poddać bez walki?

– On jest Chłopcem-Który-Przeżył.

– Ale my jesteśmy bliźniakami Weasley! Rzucił nam wyzwanie. Powiedział, że możemy zrobić to, co on sam robi. Ale założę się, że nie spodziewa się, żebyśmy kiedykolwiek mu dorównali.

– Ma rację – Fred był podminowany. Czasami się nie zgadzali nawet wtedy, kiedy znali te same informacje, ale zawsze wydawało się to nienaturalne, tak jakby chociaż jeden z nich się mylił. – Mówimy o Harrym Potterze. On może robić rzeczy niemożliwe. My nie.

– Oczywiście, że możemy. Musimy być bardziej niemożliwi od niego.

– Ale…

– To właśnie by zrobił Godryk Gryffindor.

Ostateczny argument. Bliźniacy wskoczyli znowu do tego… co było dla nich normalne.

– Dobra. Zatem…

– …pomyślmy o tym.