Rankiem Sam obudziła się w silnych ramionach Jacka. Powoli otworzyła oczy i uśmiechnęła się, głaszcząc rękę ukochanego, która zaborczo ją obejmowała. Jack otworzył swoje oczy, kiedy tylko poczuł wiercącą się Samanthę. Spojrzał na kobietę z szerokim uśmiechem na ustach.
- Dzień dobry.- wyszeptał w jej ucho i zaczął delikatnie całować po szyi. Sam odwróciła się w jego kierunki i zanim mężczyzna zdążył umiejscowić kolejny pocałunek na jej ciele, zamknęła mu usta, swoimi. Gdy chwilę później oderwali się od siebie, Sam uśmiechnęła się i położyła swoją głowę na jego klatce piersiowej. Jack natomiast delikatnie miział ją po plecach.- Idziesz dzisiaj do pracy?
- Yhm…- wymamrotała w jego skórę, następnie uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.- Chociaż wolałabym inaczej spędzić dzień…
- Masz coś konkretnego na myśli?- Jack uniósł prawą brew, Sam zbliżyła się do jego ust.
- Co powiesz na coś takiego.- Pocałunek.- I takiego.- kolejny, tylko znacznie niżej.
Sam zaczęła całować go po klatce piersiowej. Gdy jednak usłyszeli, jak otwierają się drzwi, momentalnie się od siebie oderwali, dokładnie w tym samym momencie, kiedy do pokoju weszła Emilly. Dziewczynka uśmiechnęła się i powoli wdrapała na łóżko wciskając się pomiędzy rodziców. O'Neill momentalnie uniósł swoje ramię, pod które wsunęła się Emilly, następnie przykrył kruszynę kołdrą. Samantha uśmiechnęła się do córki i przytuliła ją do swojego ciepłego ciała.
- Kochanie dlaczego nie jesteś w swoim łóżku?- zapytała kobieta wymownie spoglądając na ojca swojej córki.
Nie żeby miała Emilly za złe, że przywędrowała do nich z samego rana. To było jeszcze małe dziecko, które nie wszystko rozumiało, pomimo swojej inteligencji. Ale dzisiaj wolałaby, aby jej córeczka została u siebie. Samantha nie była tylko matką, była także kobietą, z potrzebami. A teraz właśnie potrzebowała trochę czułości i miłości oraz Jacka.
- Bo… bo idziesz do pracy… i nie będziesz się mogła ze mną pobawić, a ja chciałam ci dać buziaka…- Emilly uśmiechnęła się szeroko w tym samym czasie bawiąc się ręką taty.- Mamusiu zostań w domu, proszę… chcę iść na lody z tobą i tatusiem, mamusiu proszę… pokażę ci co narysowałam… a wujek Daniel pójdzie z nami…- dziewczynka zrobiła maślane oczka w kierunku Carter na co Sam roześmiała się głaszcząc córeczkę po blond włoskach.
- Oh skarbie. Jesteś nieodrodną córeczką tatusia, wiesz.- rozbawiona kobieta ucałowała czoło dziewczynki. Jack posłał jej pytające spojrzenie, a następnie uniósł prawą brew imitując Teal'ca. Samantha spojrzała na ukochanego, potem przeniosła swój wzrok na Emilly i z powrotem na O'Neilla, wybuchając stłumionym śmiechem.
- Co?- zapytał Jack udając, że nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę rozbawiło Sam.- Mam coś na twarzy?
- Nie.- odparła chichocząc. Emilly i Jack posłali jej jedno z tych spojrzeń, a ona po raz kolejny parsknęła śmiechem.- Spójrzcie na siebie!- zachichotała.- Jak dwie krople wody!
Jack zmierzył wzrokiem córkę i także się roześmiał, gilgocząc przy tym swoją malutką kruszynkę.
- Jakby powiedział to Teal'c: „w rzeczy samej"!
- Dokładnie.- odparła już trochę spokojniejszym tonem. Westchnęła i ucałowała córeczkę, następnie powoli wygramoliła się z łóżka. Włożyła kapcie na stopy i odwróciła głowę, spoglądając przez ramię na leniuchującą rodzinę.- Macie zamiar dzisiaj wstać?
- Nie.- odparli zgodnie. Samantha przewróciła oczami odchodząc do komody z jasnego drewna, znajdującej się naprzeciwko łóżka. Otworzyła środkową szufladę i wyciągnęła z niej komplet czystej bielizny. Zamknęła szufladę i otwarła kolejną, tym razem zabrała czyste ubrania. Nie zawracając dalszej uwagi na poczynania dziewczynki i Jacka, podreptała z ubraniami do łazienki.
Godzinę później umyta i ubrana siedziała przy stole popijając herbatkę ziołową, która działa zapobiegawczo jej nudnością. Chociaż była już na takim etapie ciąży, w którym nudności powoli ustępowały, to jednak wolała być przygotowana na wszystko. Podczas ciąży z Emilly wiedziała, że może się spodziewać wszystkiego. Jednak Orzeszek nie był Emilly, której ojciec był naprawdę wyzwaniem. Sam uśmiechnęła się na myśl o Jack O'Neillu, popijając herbatę. Ciepły płyn spłynął przełykiem i wprawił ją w błogi, spokojny nastrój. Dzisiaj rano przeszkodziła im córka, ale przecież wieczorem będą mieli całkowita swobodę. Może zjedzą kolację w jakieś restauracji, potańczą, a potem wrócą do domu i skończą to co zaczęli rano. Kobieta położyła swoje dłonie na brzuszek i delikatnie go pogładziła, w tym samym momencie poczuła jak ktoś obejmuje ją od tyłu. Splotła swoje ręce z dłońmi Jacka, które tak jak jego zapach, poznałaby wszędzie, zanim mężczyzna złożył gorące pocałunki w zagłębieniu jej szyi.
- O której wrócisz?- wyszeptał do jej ucha delikatnie je przy tym muskając.
Sam odwróciła się na krześle i zarzuciła mu ręce na szyję. Następnie spojrzała w jego oczy. Jack uśmiechnął się i pocałował ukochaną. Z początku niewinny pocałunek przerodził się w coś więcej, pełen pasji i namiętności. Sam zadrżała, jednak nie z zimna, lecz podniecenia. Jack zawsze działał na nią, jakby zaraz miała zemdleć. Nie była jedną z tych plastikowych laleczek, które mdlały na widok pierwszego lepszego „ciacha" na ulicy, ale przy Jacku to było wprost nie możliwe. Gdyby w tym momencie nie siedziała i nie była powstrzymywana przez O'Neilla to mogłaby się zaliczyć do tych wszystkich dziewczyn, z których zawsze się śmiała. Jack rozsunął jej wargi swoim językiem, wpychając go do środka. Carter wydała cichy jęk rozkoszy. W tym samym momencie usłyszeli Daniela. Jack i Samantha oderwali się od siebie z wypiekami na twarzy, jak para nastolatków i spojrzeli na stojącego z założonymi na piersi rękami Daniela. Mężczyzna poprawił okulary pomrukując coś pod nosem i podszedł do ekspresu z kawą. Nalał sobie trochę do kubka, po czym bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając kochanków samych. Jack pogłaskał Sam po policzku i wyszczerzył zęby. Kobieta odwzajemniła uśmiech.
- To o której będziesz w domu? Może pójdziemy coś zjeść…- oznajmił bawiąc się kosmykiem jej włosów.
- Koło piątej, musze jeszcze coś załatwić na mieście.- musnęła jego usta zanim wstała z krzesła i uwolniła się z jego uścisku. Jack jednak pociągnął ją za rękę i Samantha wykonując pół obrót delikatnie zderzyła się z jego klatką piersiową. Mężczyzna przycisnął do niej swoje wargi, Sam objęła go za szyję, a kiedy kilka sekund później oderwała się od Jacka, odparła.- Kochanie musze iść do pracy, zobaczymy się później.
Sam pocałowała czubek jego nosa, a następnie dopiła herbatę i skierowała się do przedpokoju. Jack podążył za nią. Blond doktor posłała mu promienny uśmiech, ubrała buty, zabrała swoją torebkę oraz laptop, po czym ponownie pocałowała Jacka i wyszła z domu.
Tymczasem Pete zaparkował swoją furgonetkę pod budynkiem i wyciągnął telefon z kieszeni. Spojrzał w górę oczekując na połączenie. Kiedy po trzech sygnałach usłyszał głos, oczyścił gardło.
- Mamy problem. Zażądała rozwodu.
- Podpisałeś papiery?- zapytał ochrypły głos.
- Pogięło cię? Bez niej nici z wszystkiego, nie rozumiesz, że ona jest kluczem! Sam jest przepustką do Gwiezdnych Wrót! Bez niej nic nie zdziałam, ani ja ani cała organizacja! Oczywiście, że nie podpisałem tych papierów, głupku!- odparł.
- Co masz zamiar zrobić? Wiesz będzie nam potrzebny nowy plan. Może O'Neill mógłby zniknąć…
- Mam już plan, ale twój pomysł jest kuszący! Kończę, pogadamy później.- odparł kiedy tylko zobaczył wychodzącą z klatki schodowej Samanthę. Rzucił telefon na sąsiednie siedzenie i spojrzał na białą teczkę, następnie wyszedł z samochodu. Skierował się w kierunku Carter.
Samantha wyszła z budynku z uśmiechem na twarzy. Za kilka godzin, kiedy jej zmiana się skończy znowu będzie mogła być z Jackiem i Emilly. Kobieta skierowała się do swojego Volvo wyciągając przy okazji kluczyki z torebki. Przystanęła przy samochodzie, otworzyła drzwi i włożyła na tylne siedzenie laptopa oraz torebkę, Następnie zamknęła drzwi, kiedy poczuła, że ktoś za nią stoi. Wstrzymała oddech i powoli się odwróciła. Przed nią znajdował się jej małżonek, o którym wolałaby raczej zapomnieć, niż wspominać. Sam zamarła. Jego pojawienie się nie wróżyło nic dobrego. Przypomniała sobie ostatni raz kiedy go widziała, nie wyszła z tego cało, no może wyszła, lecz cała posiniaczona. „Pete jest nieobliczalny i nie zawaha się mnie uderzyć, nawet w miejscu publicznym." Pomyślała, wypuszczając oddech, który trzymała. Nie mogła mu przecież pokazać, że się go boi, to go tylko upewni w przekonaniu, że ma nad nią władzę i całkowitą kontrolę.
- Czego tutaj szukasz?- wysyczała.
- Tak witasz męża? A gdzie buziak i „cześć kochanie, jak miło cię widzieć" ?- zapytał z uśmieszkiem, który zawsze obrzydzał Samanthę.
- Czego chcesz? Dobrze wiesz, że nie jesteś mile widziany!
- Hej nie tak ostro, zdenerwujesz moje dziecko.- odparł i położył jej ręce na brzuchu. Kobieta wzięła kolejny głęboki oddech, próbując powstrzymać się przed nagłym przypływem nudności.
- Nie jest twoje!
- Ale oczywiście, że jest. Twój pułkownik nie jest jego ojcem, wiem to. Poza tym sama mi powiedziałaś o ciąży! Teraz wszystko się zmieni, Sam. Przepraszam za wszystko, nie wiem co we mnie wstąpiło. Kocham cię i chcę, abyśmy byli rodziną. Naprawdę!- odparł, a następnie przykucnął przy jej brzuchu i pogłaskał go.- Teraz naprawdę wszystko się zmieni, maluchu. Zaopiekuję się mamusią i twoją siostrą. Będziemy szczęśliwi, a jak się urodzisz to dostaniesz wszystko czego zapragniesz, zobaczysz. Będę cię rozpieszczać, kruszynko. Kocham cię.- Pete pocałował brzuch Sam, a następnie wstał i zbliżył się do swojej małżonki. Nachylił się i pocałował jej policzek. Sam zamarła, po czym położyła swoje dłonie na jego klatce piersiowej, próbując go odepchnąć, jednak Pete ani nie drgnął. Zaśmiał się tylko, po czym pocałował jej ucho.- Wrócisz ze mną do domu, nie podpiszę papierów rozwodowych i nie próbuj ze mną żadnych sztuczek, rozumiesz? Jeśli nie zobaczę cię w domu przed 18 to możesz być pewna, że twój Jack po prostu zniknie. Następna będzie twoja kochana córeczka, a potem świat dowie się o gwiezdnych wrotach. Rozumiesz?
Nie odpowiedziała. Łzy napłynęły jej do oczu. Emilly i Jack byli dla niej najważniejsi, nie mogła przecież zaryzykować ich życiem, a tym bardziej przyczynić się do wydania na światło dzienne jednej z najpilniej strzeżonych tajemnic świata. Z drugiej strony nie mogła okazywać słabości, trening wojskowy uczył jej czegoś innego. Musiała walczyć, ale jak? Z Petem nie dało się wygrać, miał ją w garści, po przez małżeństwo, po przez ich nienarodzone dziecko, które w niej rosło oraz po przez pewną szarą teczkę, która chroniła życie jej i Emilly. Łzy spłynęły jej po policzku, ale zachowała zimną krew. Zacisnęła zęby i odwróciła głowę w kierunku uśmiechniętego Peta, nie wiedząc, że jest obserwowana.
- Jeśli tylko się do nich zbliżysz, przyrzekam, że…
- Że co? Postraszysz mnie swoimi koleżkami z bazy?- roześmiał się jej w twarz i chwycił za nadgarstek, Zacisnął uścisk.- Punkt 18 chcę cię widzieć z Emilly i waszymi rzeczami pod NASZYM domem, rozumiemy się? Zerwiesz wszelkie kontakty z Jackiem O'Neillem i zostaniesz przykładną żoną i matką, następnie urodzisz mi dziecko, bez słowa sprzeciwu! Jeśli tego nie zrobisz, możesz pożegnać się z życiem Jacka i Emilly, czy zrozumiałaś mnie wystarczająco jasno! I nie próbuj ze mną żadnych gierek, dobrze wiesz, że stawka jest wysoka!
- Jak słońce.- odparła próbując powstrzymać łzy.
- To dobrze kotku. Punkt 18 i ani minuty później, inaczej twój kochaś trafi pod ziemię razem z tym bachorem.- Pete puścił jej rękę, na której został kolejny czerwony ślad.- A i jeszcze jedno! Nie piśniesz nikomu ani słowa, bo inaczej jeszcze ciebie coś spotka! No, a teraz się uśmiechnij, KOCHANIE! Masz promienieć szczęściem, w końcu nosisz moje dziecko.
Pete pogłaskał ją po policzku, po czym odszedł w kierunku swojego samochodu. Wszedł do środka, wcześniej pokazując jej jeszcze na zegarku, że czas leci, a następnie odjechał. Sam ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się, powoli osuwając na ziemię. Musiała podjąć decyzję, która najprawdopodobniej zmieni całe jej życie. Decyzję, od której zależało bezpieczeństwo jej ukochanych. Pociągnęła nosem, a następnie przeczesała włosy palcami i położyła swoją dłoń na brzuchu. To nie była prosta decyzją. Kobieta powoli wstała z ziemi i otrzepała ubrania, rozejrzała się dokoła, po czym weszła do samochodu, gdzie na nowo popłynęły jej łzy z czerwonych już oczu.
Tymczasem w mieszkaniu Daniela Jack siedział w kuchni na ziemi trzymając się za głowę. Nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą zobaczył. Sam, jego Sam całowała Peta, jej męża. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Sam i Pete nie byli normalnym małżeństwem, w dodatku rozwodzili się. Nie był to także przyjazny całus, tylko z tego co mógł się zorientować namiętny pocałunek. „Nie wyglądali na pogrążonych rozmową o rozwodzie, wyglądali raczej jak… jak zakochani, przyszli rodzice. Boże jaki ja byłem głupi, ona do niego wraca, pogodzili się i do niego wraca. Jest ojcem jej dziecka, wychował Emilly, a ja? Pojawiłem się z nikąd i oczekuję nie wiadomo czego. Jack ty idioto! Ona go kocha, nigdy nie przestała, pomimo tego wszystkiego, chce z nim być! Jak mogłaby kiedykolwiek pokochać ciebie, cały czas cię okłamywała, bo się nią zająłeś! Zrobiła to wszystko z litości! Spójrz w końcu prawdzie w oczy. Nie masz nic co mógłbyś jej zaoferować, myślisz, że ulegnie ci bo kupiłeś i urządziłeś dla was dom? Bo chciałeś przygarnąć jej dziecko? Bo kochasz Emilly, bo kochasz i zawsze kochałeś tylko ją? Nie możesz być z taką kobietą jak Samantha Carter, ona nie jest dla ciebie, jest nie z twojej ligi. Nie pasujecie do siebie, ona jest piękna, młoda, a ty… jesteś nikim O'Neill, nikim! Carter było po prostu ciebie żal, pozwoliła ci zająć się twoim dzieckiem, ale to wszystko, Samantha Carter cię nie kocha, nigdy nie kochała. Pogódź się z tym wreszcie!" mężczyzna otarł łzy, które jakimś cudem spłynęły po jego policzkach. Nigdy w życiu nie płakał, a teraz? Jego serce ponownie stłukło się na miliony małych kawałeczków. Dla jego i Sam nie było przyszłości, teraz musiał się skupić na jedynej kobiecie, która nigdy go nie zostawi, na jedynej kobiecie, która zawsze będzie go kochać. Na jego malutkiej córeczce, która w tym momencie weszła z blokiem rysunkowym i kredkami do kuchni pytając czy tatuś z nią porysuje. Jack tylko się uśmiechnął, po czym wziął małą na ręce. Pocałował ją w blond czuprynkę, a następnie posadził na swoich kolanach, kiedy już usiadł przy stole. Emilly rozłożyła swoje przybory do rysowania i uśmiechnęła się do ojca wręczając mu zieloną kredkę.
TBC :) mam już pomysł :D złowieszczy pomysł
