ROZDZIAŁ 24
„Czyżby polowanie?"
Sobotnie śniadanie w Hogwarcie trwało w ogólnym gwarze, któremu towarzyszył stukot maleńkich kropel rozbijającego się o okna deszczu. Grzmoty z rzadka się odzywały, jakby dając mieszkańcom zamku odrobinę spokoju wśród nieprzyjaznej pogody. Wiatr nie smagał tak zaciekle murów, drzew oraz tafli jeziora, bardziej je poszturchując przyjacielskim gestem wsparcia.
Roy nie powstrzymał ziewnięcia, zasłaniając w kulturalnym odruchu usta. Nawet będąc w wojsku, gdzie wczesne godziny wstawania są normą, nie potrafił się do tego tak całkowicie przystosować i znieść bez odzewu. Już dawno przysiągł sobie w duchu, że kiedy zostanie generałem drugie, co zrobi - pierwsze zarządzenie dotyczy oczywiście krótkich spódniczek dla kobiet - to zniesienie tego niepisanego nakazu. Będąc zaś tutaj, w magicznej szkole, czuwał już od wczesnego rana wbrew własnemu lenistwu. Musiał przyznać, iż Riza popisała się kolejną porcją doskonałego przekonywania, które w jej wykonaniu przybierało zazwyczaj kształt pistoletu i dźwięk strzału.
- Czy major Raikou czuje się już dobrze? – zapytał życzliwie Albus, nachylając się lekko ku pułkownikowi. Mustang dolał sobie do filiżanki więcej kawy.
- Pewnie tak, skoro wybrał się na przechadzkę – odparł po krótkiej chwili, zerkając z ukosa na puste miejsce przy stole.
Wpakuj się tylko znowu w kłopoty, to cię żywcem upiekę, Tańczący. Raporty dotyczące twoich wybryków są męczące – zagroził w myślach, na powrót zajmując się zawartością szkarłatnego kubka. Nie przeszkadzał mu panujący wokół hałas rozmów czy śmiechów. W dowództwie takie zachowanie było na porządku dziennym, zwłaszcza w stołówce, nie mówiąc o akcjach, w których dominowały ogłuszające odgłosy karabinów, pistoletów, krzyków. Czarne oczy zmrużyły się ledwo widocznie.
Ponad głowami kilkuset osób, na zachmurzonym szarym niebie sklepienia mignęła w ułamku sekundy rozgałęziona błyskawica. Przyćmiła sobą każde źródło światła znajdujące się w pomieszczeniu, natomiast towarzyszący jej huk zatrząsł całą budowlą brutalnie. Kilku pierwszaków pisnęło, kuląc się na swych krzesłach. Inni pobledli lub starali się zignorować niespodziankę natury.
- Dyrektorze. – Snape, jakby dziwnie bielszy niż zwykle, zniwelował w tym jednym słowie wszelką ironię oraz jad. – Wrócił – syknął cicho, aby wiadomość dotarła jedynie do odpowiednich ludzi. Dyrektor skinął głową, podnosząc się z wesołym uśmiechem.
- Kochani, myślę, że będzie lepiej, jeśli dzisiejszy dzień spędzicie w zamku – powiadomił uczniów, na co poniektórzy zgodzili się gorliwie. Paru starszych Ślizgonów rzuciło krytyczne, wręcz wyzywające spojrzenia w kierunku starego maga.
Członkowie Zakonu Feniksa należący do kadry wyszli z Wielkiej Sali razem z wojskowymi, a parę minut później uczyniła to również trójka Gryfonów. Burczący o niesprawiedliwości świata Ron oderwany od posiłku, zamyślona Hermiona oraz wesoła Ginny podążyli razem do gabinetu Albusa. Nie musieli podawać nawet hasła kamiennej chimerze strzegącej przejścia, gdyż ta wpuściła ich od razu na spiralne schody.
Za mosiężnymi drzwiami zdobionymi w złotą klamkę czekały już niemal wszystkie odpowiednie osoby – w tym sprowadzeni z Grimmauld Place Syriusz i Remus. Brakowało tylko Hari'ego, którego panna Granger nie widziała od trzech dni. Nie miała ostatnio czasu do niego zaglądać ze względu na zadane z wielu przedmiotów eseje, zaś dziś nie było jeszcze do ujrzenia go sposobności. I oto nadeszła ona w nieoczekiwany sposób, kamuflując się pod postacią zagrożenia.
- Tańczący, zbieraj się i przychodź natychmiast – odezwał się ostrym głosem do mini mikrofonu Roy, stojąc przy żerdzi płomiennego ptaka.
Nikt nie dosłyszał odpowiedzi młodzieńca, lecz po minach zarówno Mustanga jak i jego podkomendnych wywnioskowali, że nie była zbyt przyjemna dla ucha. Syriusz skrzyżował ręce na klatce piersiowej, z niezadowoleniem oczekując przybycia Raikou. Inni rozsiedli się w fotelach i na miękkiej kanapie cali podenerwowani, niepewni, przestraszeni. Wesołe iskierki tak często goszczące w błękitnych tęczówkach dyrektora zgasły tym razem, przykryte duszącą powłoką powagi oraz skrywanego niepokoju. Mustang oparł się o biblioteczkę w luźnej pozie, maskując niechciane uczucia głęboko w umyśle.
- Zastanawia mnie – odezwał się nad wyraz spokojny Maes – skąd ten wasz Czarny Pan wytrzasnął alchemię.
Za drgającą w rytm grzmotów szybą lśniły jaskrawe, palczaste lance światła. Ich zwężone groty orały nieboskłon bezlitośnie, wyskakując spomiędzy sczerniałych obłoków niczym rozjuszone kobry, kąsające napotkane stworzenia.
Przedzierał się niemal niezauważenie przez rozległy las, jego ubrania zahaczały o drobne gałązki krzewów. Mimo nieprzyjaznych warunków brnął przed siebie, na polankę, do której jakiś czas temu zawitał. Kierował się pamięcią, instynktem, a także nikłym zapachem nowej znajomej. Żebra bolały jeszcze przy gwałtowniejszych ruchach, czasem tracił dech przez osłabione płuca, lecz reszta ran została skutecznie wyleczona dzięki interwencji medyka.
Skręcił na północny-wschód przy starej, zniszczonej sośnie o prawie nagich gałęziach. Rozsypane wokół drzewa igiełki zaszeleściły pod stopami młodego alchemika, jakaś wiewiórka czmychnęła do swej norki w pośpiechu. Wreszcie, przemoczony i zziębnięty, dostrzegł miejsce, gdzie ją spotkał. Przystanął na skraju piętrzących się w górę drzew, rozglądając po wolnej, szumiącej własnym rytmem przestrzeni.
- Jesteś tu, nimfo? – zapytał donośnie, nie zwracając najmniejszej uwagi na przesiąknięte wodą ubranie.
I choć większość swego życia spędził w suchych warunkach, niemal bez tej życiodajnej cieczy w pobliżu, to przez czas spędzony pod dowództwem pułkownika zdołał przywyknąć do tej typu pogody – zawsze jednak odczuwał w zetknięciu z nią ukłucie niedowierzania.
- Nereida, nazywam się Nereida – odpowiedział dźwięczny głosik dziewczyny, wychylającej się z pofalowanej tafli jeziora. Uśmiechnęła się do niego promiennie. – Przyszedłeś – wyszeptała czule, błyszczącymi oczyma spoglądając na czarnowłosego. Ten skinął krótko, wychodząc jej naprzeciw.
- Obiecałem. – Wzruszył ramionami, siadając kilka kroków od brzegu na wilgotnej trawie. Zielonowłosa zachichotała, wybiegając prędko na stały ląd. Zamrugała, nie odwracając natrętnego wzroku od sylwetki majora.
- Nie jest ci zimno? – zapytała. – Słyszałam kiedyś, że jak jest deszcz, to ludzie czują zimno. Czy to prawda? Naprawdę tak jest? – Zaczęła skakać wokół młodzieńca zgrabnie jak najszlachetniejsza łania, niekiedy okręcając się dookoła własnej osi.
- Owszem, nimfo – odparł chłodno Hari, śledząc bacznie każdy jej ruch. Coś dziwnego zalęgło mu się w sercu, zakleszczyło uparcie swe szpony na duszy. Nigdy dotąd nie doświadczył tego zjawiska, przez co teraz nie potrafił go zinterpretować, wyjaśnić… nazwać.
Dziewczynka zatrzymała się raptownie, opierając drobne rączki o smukłe biodra. Zadarła zgrabny nosek, mrużąc z udawaną złością powieki. Fuknęła niemal bezdźwięcznie, tupnęła nóżką.
- Nereida! – krzyknęła z uporem. – Zwracaj się do mnie po imieniu, no! – dodała natarczywie, pochylając się nad Tańczącym i łaskocząc go po policzkach długimi włosami barwy wodorostów.
- Nie zawsze dostaje się to, czego się chce, nimfo – odpowiedział z ironicznym uśmiechem Raikou, szczególnie akcentując ostatnie słowo. Ona wydęła policzki w oburzeniu, odwracając się plecami do towarzysza.
- Jesteś strasznie niemiły – powiedziała tonem nieszczęśliwej istoty, zerkając na niego dyskretnie przez ramię.
Wilk trwał w ulewie niewzruszony, jak gdyby ignorując wypowiedź wcześniejszej wybawicielki. A on po prostu nie rozumiał do końca jednego wyrazu, był mu on obcy, daleki, nieznany. Niemiły – miły, obydwa stanowiły dlań nierozwiązaną dotąd zagadkę. Bo przecież nikt nie raczył mu tego wytłumaczyć, wyjaśnić tkwiący w tym sens. To po prostu istniało niezrozumiałe dla młodzieńca.
- Och dobra, nie obraziłam się! – wykrzyknęła zielonowłosa, sekundę później wybuchając niepohamowanym wesołym śmiechem. Wirując wśród miliona kropel zgarniała je dłońmi, kręciła się przy linii jeziora, burząc i tak chwiejną powierzchnię stopą.
A Hari przyglądał się jej bezdennymi źrenicami zionącymi pustką, nicością, przypominającymi głęboką przepaść. Woda spływała mu z kosmyków na twarz, kark, wślizgiwała się za pelerynę i bezrękawnik wijącymi się mackami. Ale on nie ruszył się nawet centymetr, nie zareagował na drżenie własnego ciała.
- Tańczący, zbieraj się i przychodź natychmiast – dobiegł z mikrofonu za uchem zniecierpliwiony głos Mustanga, przywracając myśli Raikou z powrotem na ziemię.
- Tak mówić możesz do swoich piesków, Płomyczku – warknął, przełączając niewielki pstryczek w mikrofonie. Rozłączył się zaraz po tym, podnosząc z ziemi wbrew protestującym kościom. Zdrętwiałe kończyny ugięły się pod nim na moment, stwarzając zagrożenie runięcia na podłoże. Złapawszy równowagę prychnął pod nosem, zwracając na siebie uwagę towarzyszki.
- O! Chcesz się przyłączyć? – Długim susem przemierzyła dzielącą ich odległość, rozkładając na boki ręce.
- Nie, muszę iść – odpowiedział po prostu, otrzepując z marnym efektem szatę. Nie podziałały na niego smutna mina dziewczyny ani smętne opuszczenie ramion po tych wieściach. Opuściła głowę, splatając dłonie za sobą i kiwając się na piętach.
- Kiedy przyjdziesz znowu? – zapytała cicho, z przebrzmiewającą głęboko nadzieją. Zmierzył ją długim, lodowatym spojrzeniem.
- Dlaczego sądzisz, że to zrobię, nimfo? – zapytał niemal szyderczo, już stawiając pierwszy krok do odejścia. Małe piąstki zacisnęły się kurczowo, jakby chwytając rozpaczliwie ulatniające się życie.
- Obiecałeś – wyszeptała bezsilnie. – Nie powiedziałeś, że odwiedzisz mnie tylko raz – dodała już pewniej, powstrzymując usilnie łzy. Starała się zapanować nad obawą ponownej samotności, tak wyniszczającej jej istnienie.
Zamarł wśród wyjącego wiatru, smagających go niewidzialnych biczów. Ceglany mur wokół kryształowego serca nie drgnął, lecz ono zabiło mocno, wręcz alarmująco. Zmarszczył brwi, nasłuchując rytmicznego kołatania rozchodzącego się do każdej komórki. Ciernie bólu wycofały ostre kolce, towarzyszące mu od dziecka cierpienie zelżało minimalnie.
/"Hari, jeżeli ktoś uratuje ci życie, nie możesz zignorować jego prośby…"/
- Nieźle, nimfo – odezwał się po ciągnących się minutach głuchego milczenia. – Powiadomię cię przed wizytą – rzucił jeszcze, nim zagłębił się między pokryte wilgocią pnie.
Nereida otworzyła usta w zaskoczeniu, dwie krople spłynęły po gładkiej skórze. Po gęstwinie brązu, zieleni i złota rozniósł się melodyjny krzyk szczęścia, przyprawiający na myśl orzeźwiającą falę i wabiący do siebie zaintrygowane zwierzęta. Tańczący nie obejrzał się, przystanął tylko na chwilę, aby potem ruszyć w stronę wiekowego zamku.
- Bezczelny dzieciak. Specjalnie się ociąga – warknął bardziej do siebie, niż do kogoś z zebranych Black, maszerując w kółko po gabinecie. Wyrzucił jeszcze jakieś trudne do zidentyfikowania słowa, spoglądając nieustannie na tarczę wiszącego nad pułkami zegara.
- Spokojnie, Syriuszu – rzekł do niego Remus, przeglądający aktualnie po raz wtóry dokumenty tyczące się tęczowej techniki. Dzięki wyjaśnieniom niektórych kwestii przez Płomiennego, łatwiej zrozumiał zawiłe wzory czy skomplikowane formuły.
- Wracając do poprzedniej kwestii – odezwał się poważnie Albus. – Musimy dowiedzieć się, skąd Tom dowiedział się o alchemii. Jutro z samego rana wyślę w parę miejsc szpiegów i skontaktuję się z informatorem. Może będzie coś wiedział. – Pogładził feniksa po pierzastym łebku z westchnieniem. Właściciel Kwatery Głównej przystanął, stukając się palcem po brodzie.
- A ty co, Snape? Straciłeś zaufanie tego gada? – zapytał podejrzliwie stojącego w rogu Mistrza Eliksirów, mrużąc szare oczy.
- Coś mi zarzucasz, Kundlu? – odparował ten, racząc odwiecznego wroga sporą garścią doskonale wyczuwalnego jadu.
- Dawno cię nie wzywał, prawda? – Syriusz uśmiechnął się wrednie, przekazując tym samym swoje zdanie o wątpliwej przydatności czarnowłosego profesora.
- Odezwał się ten, który partaczy wszystko, czego się dotknie – odgryzł się Severus, jawnie wytykając tragedię sprzed kilkunastu lat – śmierć Potterów. Black wyprostował się gwałtownie, wyszarpując błyskawicznym ruchem różdżkę z kieszeni.
Nim obydwaj uczynili jakikolwiek gest ku pojedynkowi, Dumbledore zaklaskał w dłonie. Dźwięk ten brzmiał jak wystrzał z armaty przy obecnym nagromadzeniu napięcia. Tonks oraz Hermiona aż podskoczyły na fotelach, z czego ta pierwsza strąciła stojący na stoliku obok srebrzysty instrument. Donośny łoskot wyrwał z dzioba Fawkesa oburzony, wibrujący skrzek w niczym nieprzypominający jego zwyczajnych pieśni.
- Moi drodzy, nie czas na kłótnie – rzekł Albus, patrząc surowo na dwójkę ponad krawędzią okularów-połówek. Syriusz burknął przeprosiny, Snape natomiast ograniczył się do pogardliwego prychnięcia.
Roy dojrzał drgnięcie od strony przyjaciela, więc zwrócił ku niemu znudzony wzrok. Niemal jęknął na głos, zauważając znajome zachowanie Maesa. Podpułkownik skoczył na równe nogi, wyszarpnął plik fotografii zza pazuchy i zaprezentował je w całej krasie zarówno dziedzicowi rodziny Black, jak i Mistrzowi Eliksirów.
- Rozładować napięcie może tylko rodzinna historia! – wykrzyknął z entuzjazmem, wymachując chaotycznie rękoma. Powieka Severusa drgnęła nerwowo, Riza wzięła głęboki oddech na uspokojenie, Breda przejechał załamany dłonią po twarzy.
- Czy ty zawsze musisz chwalić się córką? – rzucił Mustang krytycznie, pocieszając się tym, iż tym razem nie dzieli go z przyjacielem kilkadziesiąt kilometrów. Bez problemu może użyć alchemii ognia.
- Ktoś cię musi motywować! – odpowiedział Hughes radośnie, przybliżając się nieco do Roy'a. – Po za tym, mam jeszcze zdjęcia Glacier* - dodał konspiracyjnym szeptem, odsłaniając odbitki żony jak krupier najlepsze karty.
W tym momencie okno rozwarło się na oścież, wpuszczając do pomieszczenia rozbrykane podmuchy. Porwały one wszystkie papiery do tańca, w tym i ukochane fotografie podpułkownika. Zimne powietrze przeszyło każdego do szpiku kości, zasłona deszczu wdarła się bezceremonialnie do środka. Nieład zapanował w gabinecie, gdy Maes gonił za skarbami, dziewczyny pisnęły przestraszone, Ron spadł z fotela na puchaty dywan, inni zerwali się z miejsc z bijącym sercem.
- Czyżby polowanie?
*Zostawiłam imię żony Maesa w spokoju.
