Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 25

Tonks wyruszyła do domu z listą dziewcząt, z którymi powinna porozmawiać, dostarczoną przez Daphne, a Ślizgonka poszła z Emmą odprowadzić ją do Wieży Griffindora. Harry i Ginny pozostali we dwójkę w wielkim pomieszczeniu. Ginny tak bardzo zatopiła się w myślach, że nawet nie zorientowała się, że Harry rzuca zaklęcie ciszy, żeby upewnić się, że ich rozmowa pozostanie między nimi. Z opóźnieniem zrozumiał, że powinien to zrobić zanim zaczął rozmawiać z Tonks.

- To jak bardzo chcesz we mnie cisnąć upiorogackiem? – spytał, zbliżając się do swojej dziewczyny. Uniosła głowę i zorientowała się, że Harry jest bardzo zdenerwowany, czego wcześniej u niego nie widziała.

- Słucham? – spytała pozornie beztrosko. Z całych sił walczyła ze swoimi instynktami animagicznymi. Teraz nie czas na nie.

- Słyszałaś co powiedziałem.

- Tak słyszałam i tak, czuję taką potrzebę. Ale zamierzam dać ci szansę, żebyś się wytłumaczył. Zasłużyłeś na to.

- Dziękuję. Po prostu mnie wysłuchaj. Kiedy skończę, a ty dalej będzie chciała mnie przekląć, nie będę protestował.

- Lepiej, żeby twoje tłumaczenie było dobre, Potter.

- Poznałem Nimfę, kiedy miałem czternaście lat, w najgorszym okresie dojrzewania. To był kiepski czas. Byłem chudy, syfy na gębie, moje włosy wyglądały, jakbym przed chwilą wyciągnął je z dupska wściekłego niedźwiedzi i nosiłem okulary. Jak ja nienawidziłem tych pieprzonych okularów. Szczerze mówiąc mogłem sobie sprawić pelerynę i koszulę w wielkim N i mogłabyś mi mówić Supernerd. Jak możesz sobie wyobrazić, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Tonks, zarumieniłem się tak bardzo, że mogłabyś mnie nazwać Szkarłatnym Supernerdem. Nie potrafiłem wydusić dwóch słów, nawet jeśli od tego zależałoby moje życie. Mieszkała przez jakiś czas z nami, żeby Łapa pomógł jej dopracować jej formę animagiczną. Zawsze przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, więc moja mama była właściwie jedyną inną kobietą, którą znałem. Nie żebym nie miał znajomych, ale nie chciałem zbliżać się za bardzo do ludzi, bo wtedy pożegnania mniej bolały. Więc w samoobronie dopuszczałem ludzi tylko na pewien dystans i skupiałem się całkowicie na moim treningu. Dla mnie wydawało się to logiczne. Przynajmniej póki Nimfa nie wkroczyła w moje uporządkowane życie i nie wsadziła mi wielkiej belki w szprychy. Podkochiwałem się w niej tak ewidentnie, że mój chrzestny nie mógł się przestać śmiać, a rada mojej mamy, żebym był sobą, nie okazała się nawet w połowie tak dobra, jak jej się wydawało. Nimfa mogła to po prostu zignorować, ale w dobroci swojego pokręconego serca wymyśliła swoją własną metodę na wyleczenie mnie z permanentnego rumieńca. Zaczęła ze mną flirtować, jakby nie miała nic lepszego do roboty i muszę ci powiedzieć, że była w tym zajebista. Dwa razy nawet zemdlałem. Czułem się koszmarnie zażenowany, ale trzeci raz mnie złamał. Kiedy doszedłem do siebie, byłem wkurzony i to zdrowo. To chyba mój wewnętrzny Huncwot przebudził się po raz pierwszy. Zacząłem jej odpowiadać tym samym. Nie byłem w tym nawet w połowie tak dobry, ale się postawiłem. Zacząłem się leczyć z tego dziecięcego zabujania i dokładnie o to jej chodziło. Postanowiłem sobie, że tym razem to ona się zaczerwieni i nie zamierzałem przestawać, aż to osiągnę. Kilka razy byłem blisko, ale bez skutku. A to doprowadziło do wydarzeń podczas mojej niesławnej imprezy na piętnaste urodziny. Tej, podczas której Tonks zmieniała rozmiar swoich cycków, kiedy moja mama nie patrzyła. Zniszczyłem tamtego wieczoru naprawdę fajną parę dżinsów, a sądząc po twojej minie naprawdę nie potrzebowałaś tego wiedzieć.

- No raczej – odpowiedziała Ginny, krzywiąc się i wywracając oczami. Harry wzruszył ramionami i kontynuował.

- W każdym razie, niezależnie od tego, jakie to było upokarzające, to i tak nic w porównaniu z tym, co stało się następnego dnia. W moim ogłupionym hormonami umyśle zrodził się pomysł, że ona czuje do mnie to samo co ja do niej. Tak więc spędziłem trzy godziny, usiłując zmusić moje włosy, żeby leżały równo, wziąłem kwiaty i pełen nadziei poszedłem do niej… - Harry potrząsnął głową. Pamiętał to tak dobrze, jakby zdarzyło się poprzedniego dnia.

Ginny zdawała sobie sprawę, że zaraz usłyszy relację z momentu, którego Harry wstydzi się najbardziej w swoim życiu. Jakaś jej część cieszyła się zaufaniem, jakie jej okazywał, choć nie przestawała być na niego trochę zła. Inna część chciała go pocieszyć i powiedzieć, że ona wcale nie musi tego wiedzieć, ale to nie była prawda. Ostatecznie nie odezwała się ani słowem i czekała, aż zacznie znowu mówić.

- Dalej nie mogę uwierzyć, że to zrobiłem. Na oczach wszystkich wziąłem ją za rękę, ukląkłem na jedno kolano i przysiągłem jej moją dozgonną miłość. Teraz zdaję sobie sprawę, że było to co najwyżej dozgonne pożądanie, ale w końcu miałem dopiero piętnaście lat. Co ja mogłem wiedzieć na ten temat?

- Harry, na Merlina, coś ty sobie myślał?

- Wydaje mi się, że krew popłynęła gdzie indziej i mózg był trochę niedotleniony. Mówiłem przecież, że to był najgorszy moment dojrzewania.

- A co ona zrobiła? – spytała Ginny, starając się nie okazywać emocji. Znając Tonks, to pewnie było niezłe.

- Tylko się nie śmiej – zastrzegł Harry.

- Nie mogę ci tego obiecać, ale spróbuję… może – mrugnęła do niego.

- Poklepała mnie po głowie jak psa albo inne zwierzątko i powiedziała mi, że jestem słodki. A potem poszła sobie, jakby nigdy nic.

- Auć.

- No co ty? Ej, miałaś się nie śmiać!

- Nie – zachichotała Ginny. – Powiedziałam, że spróbuję. Musisz przyznać, że to cholernie zabawne.

- Nieprawda – obruszył się Harry dla zasady, ale jego ciało nie słuchało jego umysłu. Jego barki podskakiwały, a kąciki ust uniosły się ku górze. Wkrótce śmiał się równie mocno jak Ginny. W końcu oboje osunęli się na podłogę ze śmiechu, a jej głowa wylądowała na jego brzuchu. Nawet się nie zorientował, kiedy wzięła go za rękę.

- Wiesz przecież, że musiała dać ci kosza tak ostro, bo inaczej nigdy byś się nie poddał.

- Tak, ale to i tak było do dupy.

Ginny rzuciła mu spojrzenie.

- No co? Mam bardzo wrażliwą psychikę – zaprotestował.

- Pieprzysz bzdury i oboje to wiemy, Dupku – klepnęła go żartobliwie wierzchem dłoni.

- Czasem tak bywa, Flirciaro. Wiesz, nigdy wcześniej nie potrafiłem się z tego tak śmiać. Chyba faktycznie już mi przeszło – stwierdził Harry.

Usiadł, a jej głowa ześliznęła się na jego kolana. Na Merlina, ależ ona piękna, pomyślał Harry, gdy spojrzała na niego z uśmiechem na anielskiej twarzy. Założy jej za ucho kilka luźnych kosmyków włosów i skorzystał z okazji, by przesunąć palcami po jej jedwabiście miękkich puklach. Wyciągnęła rękę i pogładziła go po policzku.

- Na pewno? – spytała Ginny. Postanowiła wziąć przykład z Daphne. Nie chciała między nimi żadnych niedopowiedzeń.

- Ani Nimfa, ani nawet Sasha nie sprawiły, że brakło mi tchu w piersi. Tylko ty. Wtedy nie wiedziałem, czego naprawdę pragnę. Teraz już wiem.

- Dobra odpowiedź, Dupku – Ginny się uśmiechnęła, a Harry wyciągnął rękę i otarł jej pojedynczą łzę z oka.

- Wiesz, to taka gra. Między mną i Tonks. Czasami nas ponosi, kiedy próbujemy wyprowadzić się z równowagi i zapędzamy się trochę za daleko. Chcę, żebyś wiedziała, że żadne z nas nigdy nie przekroczy tej granicy. Zapomniałem o twoich wzmocnionych zmysłach. Miałaś tego nie słyszeć, ale to nie zmienia faktu, że to powiedziałem. Okazałem brak szacunku tobie i nam obojgu. Przepraszam, jeśli poczułaś się zraniona tym, co powiedziałem. Nie zrobiłem tego celowo, ale to żadne usprawiedliwienie. Wygląda na to, że mój zmysł trzeźwego osądu okazał się wolniejszy od mojej niewyparzonej gęby.

Ginny roześmiała się na głos, słysząc to podsumowanie. Trudno było dalej się na niego obrażać, kiedy wyjaśnił wszystkie kwestie, które najbardziej jej dokuczały. Postanowiła odpuścić.

- Dlatego właśnie nazywam cię Dupkiem, ale jesteś moim Dupkiem. Nie zrobiłeś tego złośliwie. To jak swobodnie mówisz może być czasem szokujące, ale to też naprawdę orzeźwiające, nawet dodające energii. Nie powstrzymujesz się i uwielbiam to w tobie. Ale czasami potrafi to mnie przytłaczać. Rozumiesz o czym mówię? – spytała Ginny, siadając okrakiem na jego udach, żeby móc spojrzeć mu w oczy.

- Rozumiem – szepnął Harry, przyciągając jej twarz do siebie. Nie oponowała. Wciągnął głęboko powietrze i uśmiechnął się. Nigdy mu się nie znudzi jej zapach.

- Właśnie się przede mną otworzyłeś i nie masz pojęcia ile to dla mnie znaczy. Tak więc tym razem odpuszczę, ale następnym razem zapoznasz się z moim upiorogackiem – zagroziła Ginny z różdżką w ręce.

- Czy to niewłaściwe, że ta perspektywa mnie podnieca? - spytał Harry, nachylając się tak, że ich usta były o włos od siebie. Ginny przesunęła wargami po jego policzku, zatrzymując się przy uchu.

- Czy to niewłaściwe, że sprawiasz, że jestem napalona, chociaż się na ciebie złoszczę? – odpowiedziała pytaniem i przygryzła lekko płatek jego ucha, aż Harry jęknął na głos. To było pytanie retoryczne, a Harry miał na tyle rozsądku, żeby nie odpowiadać, poza tym jego usta zajęte były smakowaniem jej szyi. To wywołało z jej strony przeciągły, ochrypły jęk. Do kolacji została im jeszcze godzina i planowali ją dobrze wykorzystać.


Artur wyszarpnął różdżkę w chwili, gdy rozpoznał Narcyzę. Ta zawirowała na krześle i wycelowała swoją w niego. Lily błyskawicznie zerwała się z miejsca i skoczyła między nich, rozkładając szeroko ręce, by ograniczyć pole celów.

- Najpierw wchodzisz do mojego biura nie kłopocząc się choćby grzecznościowym pukaniem, a potem bez powodu grozisz mojemu gościowi. Artur Weasley, którego pamiętam, miał lepsze maniery – zganiła go Lily. Choć mówiła znacznie spokojniejszym tonem, niż jego żona w takich sytuacjach, wstyd płynący z jego zachowania wcale nie był mniejszy. – Z takim zachowaniem nie masz co liczyć na zaproszenie na święta – dodała unosząc brew i krzyżując ramiona na piersi dla lepszego efektu.

Artur spoglądał to na Lily to na Narcyzę, a jego umysł usiłował przetworzyć to, co tutaj widział. Nie zamierzał tracić czujności w obecności kogoś z rodu Malfoyów, ale to on był tu agresorem, nie ona. Lily stała między nimi, a on nie chciał, by dostała się w krzyżowy ogień. Powoli opuścił różdżkę, ale trzymał ją w gotowości. Narcyza powtórzyła jego ruch. Lily westchnęła sfrustrowana.

- RÓŻDŻKI! – ryknęła, wyciągając jedną rękę po różdżkę Artura, drugą po różdżkę Narcyzy. Oboje podskoczyli lekko. Jednocześnie oddali jej swoje różdżki. – Dobrze, teraz możemy zachowywać się jak dorośli – stwierdziła Lily. Obeszła biurko, wrzuciła obie różdżki do pustej szuflady i zatrzasnęła ją. Słowo daję, gorsi niż pięciolatki.

- Dość żywo pani wygląda jak na martwą kobietę, pani Malfoy – wydusił Artur przez zaciśnięte zęby. Wydawało mu się, że jest dość uprzejmy, biorąc pod uwagę historię ich rodzin. Dlatego nie potrafił zrozumieć jej nagle jadowitego spojrzenia.

- Black. Narcyza Black. Jeśli zamierza mnie pan obrażać, proszę przynajmniej używać właściwego nazwiska – warknęła Cissy.

- Black?

- Tak, brzmi dużo lepiej, niż Lady Sucz – odparła znacząco Cissy.

- Eeee… no więc… tego, ten… yyyy…. Rozumiem, że to do pani dotarło? – spytał nagle onieśmielony Artur, wbijając wzrok w dywan i trąc kark.

- Arturze, naprawdę? – zganiła go Lily.

- Wszyscy Weasleyowie są tacy elokwentni, czy to pan się wyrodził?

- Cissy, nie pomagasz!

- Chyba wtedy całkiem nieźle to do pani pasowało, pani Black – Artur zaakcentował zgryźliwie jej nazwisko i nagle zorientował się, jak Lily się do niej zwróciła. – Chwila, czy ty właśnie powiedziałaś do niej Cissy?

- Tak, Arturze, Cissy jest moją drogą przyjaciółką od dziewiętnastu lat – powiedziała Lily.

Artur popatrzył na Lily, na Narcyzę i znowu na Lily. Dostrzegł serwis do herbaty na stoliku i przypomniał sobie przyjacielską rozmowę, którą usłyszał, gdy wchodził, jeszcze zanim rozpoznał Narcyzę. Zamknął oczy i potrząsnął głową.

- Wygląda na to, że nie tylko moja żona dochodzi dzisiaj do pochopnych wniosków. Proszę przyjąć gorące przeprosiny za moje gwałtowne zachowanie, pani Black.

Między ich rodzinami było zbyt dużo złej krwi, by kiedykolwiek miał jej zaufać, ale najwyraźniej była przyjaciółką Lily. A że przybył tutaj, by naprawić zło wyrządzone wcześniej przez jego żonę, uprzejmość była jak najbardziej wskazana.

- Chwila, co pan właśnie zrobił?

- Przeprosiłem. Owszem, tak robię, kiedy jestem w błędzie.

- Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego w wykonaniu mężczyzny.

- Oj, Arturze, chyba ją rozdziewiczyłeś.

Narcyza i Artur spojrzeli na nią zaczerwienieni i oburzeni.

- TAK! Dwoje na raz! I niech ten łobuz to przebije! Tak, tak, tak, rządzisz, Lily! – krzyknęła Lily, zrywając się z miejsca i wykonując mały taniec zwycięstwa. Narcyza założyła ramiona na piersi i wywróciła oczami na widok wygłupów przyjaciółki. Artur patrzył na nią, jakby nagle wyrosła jej druga głowa. Nie widział nigdy, żeby Lady zachowywała się w taki sposób. Kiedy zatrzymała się i zobaczyła, jak pozostała dwójka na nią patrzy, sama się zarumieniła.

- Przepraszam, wygląda na to, że huncwocka strona mojego syna odcisnęła na mnie nieco za mocne piętno.

Narcyza cieszyła się zażenowaniem Lily przez kilka chwil, wreszcie odciągnęła uwagę Artura:

- Panie Weasley, chciałabym wykorzystać tę chwilę, żeby złożyć na pana ręce przeprosiny za wszystkie moje czyny i zaniechania wobec pana i członków pana rodziny, których dopuściłam się podczas podtrzymywania mojej przykrywki jako żony tego odrażającego człowieka – powiedziała szczerze.

Artur kilka razy otworzył usta, ale nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Szczere przeprosiny były ostatnim, czego spodziewałby się po Narcyzie Malfoy, czy raczej Narcyzie Black. Wyglądał, jakby został trafiony tłuczkiem.

- Droga Cissy, chyba go złamałaś.

- Ja? Może raczej ty i twój dziwaczny taniec?

- Wcale nie był dziwaczny!

- A właśnie, że tak!

- A właśnie, że nie! Spytajmy Artura, on mnie poprze. Arturze? Arturze?! Ziemia do Artura!

- Chyba potrzebuję kielicha – stwierdził Artur, bardziej do siebie niż do którejś z dwóch kobiet.

- Choć raz się z nim zgadzam. Chyba wszystkim nam przydałaby się porządna kolejka brandy, a potem może oświecimy pana Weasleya w kilku kwestiach – rzuciła Narcyza, a Lily skarciła ją spojrzeniem. – No naprawdę, Lily, mam tu więcej do stracenia niż ktokolwiek inny. On ma prawo wiedzieć.

Lily wyglądała, jakby chciała się sprzeciwić, ale Artur wstał i powstrzymał ją.

- Zanim przejdziemy dalej, uważam, że muszę coś jeszcze powiedzieć, oczywiście o ile panie mi na to pozwolą – powiedział Artur, parząc prosto na Lily. Skinęła głową, w niemym przyzwoleniu. – Dziękuję, Lady Potter. Nie jestem w stanie wyrazić skruchy, jaką czuję z powodu braku szacunku, który twemu Rodowi okazała moja żona.

Lily chciała go zatrzymać, ale powstrzymało ją ostrzegawcze spojrzenie Cissy. Nie potrzebowała, nie pragnęła, wręcz nie chciała jego przeprosin. To była jedna z rzeczy, których nienawidziła w byciu Lady. Wolała postrzegać innych jako równych sobie i tak się wobec nich zachowywać. Chociaż w przeszłości w głębi ducha cieszyła się, gdy jakiś napuszony arystokrata czystej krwi, który postrzegał ją jako szlamę, musiał się przed nią skłonić z szacunkiem. Tak, to było małostkowe, ale okrutna ironia bardzo satysfakcjonująca.

Jednak to Molly Weasley powinna przepraszać, nie Artur. Lily podejrzewała, że także ona była winna przeprosiny pani Weasley. W czasie kłótni powiedziała kilka rzeczy, z których nie była specjalnie dumna. A do tego, dość niespodziewanie, Molly pomogła Lily uwolnić się od niepotrzebnego brzemienia. Nie planowała chować urazy, ale Molly na pewno była też winna przeprosiny jej synowi.

- To kobieta, która kocha nasze dzieci z całego serca i to sprawia, że czasami przekracza wszelkie granice – kontynuował Artur. – Nie miała jednak prawa traktować ciebie ani Lorda Pottera w tak niegodny sposób. Jestem oburzony jej zachowaniem. By naprawić zło wyrządzone przez mój Ród twojemu, jestem gotów, zgodnie z tradycją, do wyegzekwowania wszelkich kar, jakie uznasz za stosowne, by naprawić zło wyrządzone przez moją żonę.

Narcyza gwałtownie popatrzyła na Artura. Musiał być naprawdę wściekły na żonę. Los Molly Weasley leżał teraz w rękach Lily. Jeśli Lily zażąda, by Artur przepędził żonę z rodziny, Molly za kilka godzin znajdzie się na ulicy. Jej przyjaciółka nigdy by czegoś takiego nie zrobiła, ale ex-Lady Malfoy widziała już znacznie gorsze rzeczy. Artur czekał w ciszy, podczas gdy Lily rozważała karę dla Molly.

- James niegdyś powiedział ci, że Ród Potterów przyjdzie twemu Rodowi z pomocą na każdą waszą prośbę. To się nie zmieniło. Ja również pozwoliłam mojemu gniewowi wymknąć się spod kontroli. Przekaż proszę swojej żonie, że żałuję niektórych rzeczy, które jej powiedziałam. Ja również czasem przekraczam granice, jeśli chodzi o mojego syna. Tak więc nie chowam urazy do twojej żony. Domagam się jednak, żeby publiczne, szczere i wyczerpujące przeprosiny zostały złożone nie tylko na ręce mojego syna, ale również panny Granger, młodego Ronalda i, co najważniejsze, Ginny. Żeby upewnić się, że będzie mogła odpowiednio rozważyć konsekwencje swoich czynów, twoja żona będzie spała najbliższy miesiąc na kanapie – powiedziała spokojnie Lily. To ją nauczy co czuje jej druga połówka.

- Twoje współczucie mnie zdumiewa, Lady Potter, jak zawsze zresztą. Twa wola zostanie spełniona.

- Ale i tak przydałby się panu kielich? – spytała Narcyza, puszczając oko do Lily.

- I to bardzo – zaśmiał się lekko. Lily rozlała kolejkę i cała trójka posmakowała brandy w ciszy.

- Arturze, skoro już pobyliśmy się tych wszystkich bzdur, chciałbym, żebyś znowu mówił mi po imieniu – odezwała się Lily.

- Z przyjemnością. Chciałbym również podziękować za to, co zrobiłaś dla mojej córki.

- Słucham?

- Wiem, ze to ty wyleczyłaś ją i opiekowałaś się nią po tym, jak Tonks ją uratowała.

- Remus ci powiedział?

- Wyczytałem to między wierszami.

- W takim razie popatrz w lewo i podziękuj również Cissy. To ona powiedziała Tonks, gdzie jest trzymana Ginny i przeprowadziła je przez osłony Dworu Lestrange'ów.

- Stanęła pani przeciwko własnej siostrze, żeby uratować życie mojej córce? – spytał Artur drżącym głosem. Wszystko co uważał za pewnik, rozpadało się na jego oczach.

- Tak – odpowiedziała bez wahania Narcyza.

- To pani jest tym szpiegiem, o którym wspomniał mi Remus? – dopytywał Artur, widząc ją w nowym świetle. Bardzo źle ocenił tę kobietę.

- Tak – powtórzyła, patrząc mu w oczy. Jego oczy były pełne wyrazu. Wyczytała w nich skruchę. Całe mnóstwo skruchy.

- Dziękuję, dziękuję wam obu – głos Artura się załamywał. Przeniósł wzrok na Lily. – Wy dwie zrobiłyście więcej dla mojej córki w ciągu kilku dni, niż ten świętoszkowaty sukinsyn kiedykolwiek. Wiem, że obie podjęłyście ogromne ryzyko dla dziewczyny, której nawet nie znałyście. Na… na zawsze pozostaję waszym dłużnikiem – wykrztusił Artur, po czym się załamał. Lily podeszła do niego i uściskała go. Przyjął pociechę, którą ofiarowała, choć wiedział, że na nią nie zasługuje. Narcyza patrzyła na nich i zazdrościła przyjaciółce instynktownej umiejętności zachowania się w każdej sytuacji. Kiedy Artur się opanował, Lily wróciła na miejsce, a Cissy napełniła jego szklankę. Wziął łyk, żeby ukoić nerwy.

- Z pana określenia Dumbledore'a jako świętoszkowatego sukinsyna wnoszę, że nie żyje pan już z klapkami na oczach? – spytała Narcyza, nieco ostrzej niż zamierzała.

- Cissy!

- Nie, ona ma rację. Zaufałem złym ludziom i sprowadziłem tym ogromne cierpienia na moją córkę. Jeśli już, to pani Black jest bardziej uprzejma, niż na to zasługuję – powiedział, zbyt zażenowany, by spojrzeć którejś z kobiet w oczy.

- Arturze, jakim cudem sprawy tak bardzo wymknęły się spod kontroli? Nie mogę uwierzyć, że nigdy nie zakwestionowałeś tego żałosnego podstępu z Długiem Życia.

- Oczywiście, że kwestionowałem… o czym to mówiliśmy? - spytał zmieszany Artur. Lily i Narcyza spojrzały po sobie z niepokojem.

- Panie Weasley… - zaczęła Narcyza.

- Artur. Proszę mi mówić po imieniu.

- W porządku, Arturze, kiedy po raz ostatni przeszedłeś kompleksowe badania magiczne?

- Robię okresowe badania co roku. Czemu pani pyta?

- Kto je przeprowadza?

- Uzdrowiciel Jenkins. Z Zakonu.

Kiedy tylko to powiedział, zrozumiał. Lily wyciągnęła różdżkę Narcyzy z szuflady i rzuciła jej. Kobieta odwróciła się do Artura, ale nim zdołała zapytać o zgodę, mężczyzna potakująco skinął głową.

- Proszę to zrobić.

Zaczęła od zaklęcia diagnostycznego, które potwierdziło ich obawy. Artur miał na sobie kilka uroków, ale żaden nie był tak silny jak zaklęcie przymusu. Po kilku minutach ciężkiej pracy Narcyza zdołała usunąć je wszystkie. Artur znosił to spokojnie, ale jego gniew na Dumbledore'a docierał do punktu wrzenia. Narcyza ostro złapała go za brodę i zmusiła, żeby spojrzał jej w oczy.

- Nie czas na nieprzemyślane zachowanie. Skup swój słuszny gniew na czymś bardziej produktywnym. Twoja córka wciąż jest w niebezpieczeństwie i potrzebuje swojego ojca. Potrzebuje, żebyś znów stał się jej ojcem.

Lily chciała zganić Narcyzę za jej brak taktu, ale Cissy uniosła rękę, by ją zatrzymać.

- Zemsta będzie twoja, obiecuję – kontynuowała. – Wiedza to moc i będziesz jej potrzebował, żeby chronić swoją rodzinę. To ważniejszy cel, niż twoja zraniona duma.

- Powiedzcie mi wszystko co wiecie – zażądał Artur, kiedy dotarły do niego jej słowa.

- To może chwilę potrwać – ostrzegła Lily.

- Mam czas – odparł, a potem zwrócił się do Narcyzy: - Dziękuję za precyzyjnego kopniaka w jaja. Potrzebowałem tego.

- Cała przyjemność po mojej stronie i mów mi proszę po imieniu – odpowiedziała, a potem wraz z Lily przez następną godzinę wtajemniczały go we wszystko od zabójstwa Charlusa Pottera, aż po niedawny atak na Ulicę Pokątną. Opowiedziały co wiedzą, a co tylko podejrzewają. Potem czekały, aż Artur to wszystko przetrawi. Lily miała nadzieję na najlepsze, ale Narcyza miała pod ręką różdżkę, by wymazać mu pamięć, jeśli okaże się, że to dla niego za dużo. Artur powoli wstał, opierając się ciężko na biurku Lily.

- Wchodzę w to – powiedział i wtedy dostrzegł runę narysowaną na kawałku pergaminu.

- Miałyśmy taką nadzieję – odpowiedziała Lily, wypuszczając oddech, który wstrzymywała w oczekiwaniu na jego decyzję.

- Po co wam kopia Niewolniczej Runy DeKy?

- Wiesz czym jest ta runa? – spytała zdumiona Lily.

- Tak wygląda Niewolnicza Runa DeKy? – spytała jednocześnie Narcyza ze złością w oczach. Artur skinął jej głową.

- Cissy, w co ty się wpakowałaś i jak, na miłość boską, działa pieprzona Niewolnicza Runa DeKy? – Lily nie podobało się brzmienie tej nazwy. Miała naprawdę złe przeczucia.

- Niewolnicza Runa DeKy używana jest głównie za granicą na najbardziej niebezpiecznych więźniach. Szczerze mówiąc to dość paskudna runa. Złapaliśmy kilka lat temu paru uciekinierów z Rumunii. Nie polecam robienia sobie takiego tatuażu.

- Arturze, ale co ona robi?

- W praktyce pozbawia cię twojej magii, czy może raczej dostępu do twojej magii. Dość okrutne, jakby się nad tym zastanowić. Wiesz, że masz dalej swoją magię, ale nie jesteś w stanie z niej skorzystać. A co gorsza, jak przekonał się jeden nieszczęsny zbieg, nie można nawet znaleźć schronienia wśród mugoli – powiedział ze smutkiem Artur. Kiedy Lily spojrzała na niego pytająco, doprecyzował: - Wymusza na organizmie produkcję feromonu, na który mugole reagują agresją.

- Masz rację, Arturze, to potworna runa. Zbrodniarz czy nie, żal mi każdego, komu wypalono to przeklęte piętno.

- Niestety to nie jedyne zastosowanie tej… runy – wtrąciła się Narcyza.

- A do czego jeszcze można by ją zastosować?

- Żeby zmusić niechętną kobietę do podpisania Kontraktu Małżeńskiego i wymusić jej lojalność i posłuszeństwo ze strachu, że runa zostanie aktywowana – odezwał się gorzko stojący w progu Syriusz. Lily zatchnęło, a Artur mocno zacisnął zęby. Nie po raz pierwszy usłyszał o takim zastosowaniu tej runy. To była jedna z tych rzeczy, których naprawdę nienawidził w świecie czystej krwi.

- Ojciec Lucjusza domagał się, żeby mi ją wypalić, ale Lord Orion Black tego zakazał – powiedziała Narcyza, podchodząc do kuzyna, żeby go przytulić. – Nie musisz tego robić, ja im to wyjaśnię – szepnęła do niego.

- Dziękuję Cissy, ale jednak muszę – odpowiedział Syriusz, pochodząc do biurka i podnosząc pergamin. Popatrzył na niego z nienawiścią. – Jeśli dziewczyna decydowała, że nie chce zaakceptować kontraktu, była odurzana, rozbierana do naga, przywiązywana do rytualnego ołtarza i wypalano jej Niewolniczą DeKy. Poprawnie przeprowadzony rytuał nasycał runę mocą trzech czarodziejów lub czarodziejek. Klątwę aktywującą umieszcza tradycyjnie pan młody – wyjaśnił Syriusz przez zaciśnięte zęby.

- Czy można to złamać lub usunąć?

- Dziewczyna musiałby wystawić swój magiczny rdzeń przeciwko trójce, której magia tkwi w jej runie. Jedna przeciwko trzem. Nikt nie jest tak silny – wyjaśnił Syriusz z przekonaniem. Atmosfera w pokoju zgęstniała, nagle nie było czym oddychać.

- Cissy, może weźmiesz Artura na Grimmauld Place i wyjaśnisz mu w co się dokładnie wpakował – Lily mówiła uprzejmie, ale nie było wątpliwości, że to rozkaz. Nie trzeba było im powtarzać dwa razy, oboje opuścili jej biuro przez Fiuu. Lily podeszła do Syriusza i ujęła jego twarz w dłonie.

- Czego mi nie mówisz? Za dobrze znasz szczegóły rytuału.

- Byłem związany, pod zaklęciem ciszy i zakameleonowany. Jej mąż skurwiel i jego ojciec chcieli, żebym widział to wszystko.

- Czy ona o tym wiedziała?

- Nie, a później wymuszono na mnie magiczną przysięgę.

Zszokowana Lily mocno uderzyła Syriusza.

- Ocipiałeś? Czemu miałbyś robić coś takiego dla tych skurwieli? – nie wiedziała czemu wciąż go bije. Wbicie mu rozsądku do głowy było trochę bezsensu, skoro brakowało jej słów, które mogłaby wbić.

- To nie była nienaruszalna! Nie jestem idiotą, ale zdziwiłabyś się co można zrobić, żeby chronić ukochaną kobietę, nawet jeśli to cholernie bolesne.

Lily nie wiedziała co na to odpowiedzieć, wiec zrobiła jedyną rzecz, która przyszła jej do głowy. Przytuliła go pocieszająco. Wygląda na to, że tego właśnie potrzebował.

- Poinformuję, że nie będzie nas dzisiaj na kolacji – powiedziała, kiedy się od niego odsunęła.

- Czemu?

- Bo zamierzam ugotować twoją ulubioną potrawę, a potem siądziemy i spróbujemy z tym dojść do ładu.

- Lils, jesteś najlepsza – odpowiedział ze słabym uśmiechem.

- Pewnie że tak – mrugnęła do niego.


Po kolacji liczna grupa uczniów, złożona głownie z byłych członków GD, zebrała się w pokoju, w którym nieco wcześniej rozmawiali Harry i Ginny. Para nie dotarła w ogóle na kolację, nie żeby tego żałowali. Wysłali tylko wszystkim wiadomość, żeby spotkali się z nimi w tej opuszczonej, odosobnionej sali. Stawili się członkowie wszystkich domów. Większość stanowili Gryfoni, ale pojawiła się też zaskakująco liczna grupa Ślizgonów. Wyglądało na to, że Daphne zajęła się rekrutacją na własną rękę.

- No dobra, chciałbym wam podziękować za przybycie. Chyba mogę powiedzieć, że wszyscy tutaj chcemy zmiany, czy to w samych sobie, czy w szkole czy w czarodziejskim świecie jaki znamy. Dzięki ciężkiej pracy i uporowi możemy osiągnąć to i dużo więcej – zaczął Harry stojący przed biurkiem. U jego boków stały Ginny i Daphne. Harry rozstawił już osłony wokół pomieszczenia, które powstrzymałyby każdego z nieczystymi zamiarami. Chciał, żeby każdy zdecydował na własną rękę czy chce się do nich przyłączyć czy nie. Jeśli wybiorą to drugie, wszystko co zostało powiedziane w tej sali, pozostanie w tej sali. Zapewni to kolejny dar Sashy. Nauczyła go znacznie więcej niż tylko cielesne rozkosze.

- Wiem co sobie myślicie. „Ładne słówka, ale czy może je poprzeć czynami?" A może zastanawiacie się, czy jestem jak Longbottom i będę chciał was wykorzystać dla własnych korzyści. Nie mam wam za złe, jeśli tak uważacie. Na zaufanie trzeba sobie zapracować, więc powiem wam coś, czego nigdy nie przeczytacie w Proroku Codziennym – zaczął Harry i przerwał na moment, by zebrać się w sobie. To była bolesna kwestia, ale musiał to zrobić, by zacząć budować więzy zrozumienia i zaufania między nim i jego nowymi Huncwotami. Ginny delikatnie ujęła go za rękę. Uśmiechnął się, czując jak go to uspokaja. Daphne delikatnie położyła mu rękę na ramieniu, żeby również zaznaczyć swoją obecność.

- Ciągle pamiętam każdy detal tej chwili, gdy mój ojciec został zamordowany. Wydarzyło się to niecałe półtora metra od mojej kołyski i zanim zapytacie, wiedzcie, że są wspomnienia, które są wypalane w waszej duszy na zawsze. Widzicie, ten wężogęby skurwiel przyszedł do naszego domu, żeby zabić mnie. Nie moją mamę, nie mojego tatę, ale mnie. Jakaś kretynka wygłosiła przepowiednię o kimś świeżo urodzonym, kto może zniszczyć Czarnego Pana. Pasowała do niej dwójka dzieci: ja i Neville Longbottom.

Kilka osób westchnęła zaskoczonych. Spodziewał się tego i poczekał aż się uspokoją, nim podjął wątek.

- Tomuś najpierw uderzył na mój dom. Wydawało mu się, że zabił mojego tatę, ale zapomniał o jednej bardzo ważnej rzeczy. Mój tato był Huncwotem, a Huncwoci nigdy nie grają zgodnie z zasadami. Mój tato zmienił moją kołyskę w świstoklik i wepchnął do niej moją mamę. Zanim zniknęliśmy… widziałem, jak ten tchórz trafia mojego ojca w plecy Avada Kedavrą. Widziałem życie uciekające z oczu mojego ojca. Uwierzcie mi, nikt nie pragnie takiego wspomnienia. Jest ono ostatnim darem, który zostawił mi mój ojciec. Przekleństwo i błogosławieństwo. Dzięki temu wspomnieniu mam pragnienie, motywację, poczucie obowiązku, żeby docierać do granic wytrzymałości i jeszcze dalej. Dzięki temu wspomnieniu mogę zrobić to: EXPECTO PATRONUM ELEMENTIA!

Z różdżki Harry'ego wyskoczył płonący patronus w kształcie jelenia i ukłonił się zdumionym uczniom. Kilkoro cofnęło się, nie ze strachu, ale by uchronić się przed emitowanym przez niego żarem. Machnięciem nadgarstka Harry zmienił jelenia w wodę, potem kamień, kryształ i wreszcie czystą elektryczność. Po ostatnim machnięciu patronus żywiołów zniknął.

- Jakieś pytania? – rzuciła z uśmiechem Ginny. Odpowiedziała jej cisza.

- Wszyscy mamy potencjał, by zrobić to i wiele więcej – powiedziała Daphne z przekonaniem. - Wszyscy przyszliśmy tu, bo mamy dość tego, jak układają się sprawy w tej szkole i czarodziejskim świecie. Po zakończeniu ostatniej wojny nic się nie zmieniło, a teraz znowu zaczynają ginąć ludzie. Ci, którzy mieli nas poprowadzić ku świetlanej przeszłości są zbyt wrośnięci w dawne czasy, żeby dostrzec jak bardzo zdezaktualizowała się ich wizja świata. Zmuszają nas do życia, jakby wciąż trwało średniowiecze.

Kilka osób patrzyło na nią ze zdumieniem. Pewnie po raz pierwszy słyszeli jej głos. Będzie musiała ciężko pracować, żeby pozbyć się łatki Lodowej Królowej.

- Ma rację. Nie bez powodu te czasy nazywano wiekami ciemnoty* - zgodziła się z nią Hermiona, nim jej dom spróbował zdyskredytować to stwierdzenie. Nie sądziła, że rywalizacja domów może skończyć się z dnia na dzień, a to była zbyt ważna sprawa, żeby jakiś burak ją rozwalił.

- Moja ciotka powiedziała mi, że jesteś bardzo potężny i ruszasz do bitwy bez strachu. Byłaby już martwa, gdyby nie ty i twoja rodzina – powiedziała Susan Bones, podchodząc do Harry'ego i podając mu rękę. – Masz moją wdzięczność i zaufanie. Wesprę twoje działania. Masz rację, dawno już czas na zmiany.

- Amelia powiedziała, że jesteś dobra. Ja mogę ci pomóc stać się bardzo dobrą – odparł Harry, ściskając jej dłoń.

- Miałam nadzieję, że to powiesz – stwierdziła Susan z uśmiechem. Czuła, że Harry jest szczery, nie arogancki.

- Nie powinniśmy używać Pokoju Życzeń? – spytała Hanna Abbott.

- Tak, Harry, tam jest naprawdę potężna magia – poparł ją Colin Creevey. – Może stworzyć właściwie wszystko.

- Jest też kulą, która tylko spowolni waszą zdolność do rozwijania magii. To jak danie pistoletu jaskiniowcowi. Jasne, uczyni go to najsilniejszym gościem w jaskini, ale w końcu skończą mu się naboje – odparł Harry.

- Poza tym to mały kawałek metalu kontra wielka maczuga. Jak myślisz, kto wygra? – dopowiedział Ron. Wszyscy wiedzieli, że Ron uratował Hermionę przed górskim trollem i często żartował na temat zniszczeń, jakie może poczynić wielka maczuga.

- Ta moc to iluzja, która jedynie pokazuje waszą słabość. Poza tym tu mamy obszar chroniony przed spojrzeniem starego pierdziela. Żadnych portretów, które mogłyby na nas naskarżyć, a zaklęcie przymusu trzyma z dala niepowołanych ludzi. To nie moje pierwsze rodeo.

- To mugolski albo jankeski tekst. Przywykniecie – rzuciła nonszalancko Ginny, nim ktoś zdołał zapytać o ostatnie zdanie.

- To co sugerujesz, Potter? – spytał sarkastycznie Zachariasz Smith. W każdej grupie się taki trafi.

- To oczywiste. Zrobimy swój własny Pokój Życzeń – odparła Luna swoim zwyczajowym nieobecnym tonem, odsuwając różdżkę Ginny sprzed twarzy Zachariasza.

- Dokładnie to sugeruje, ty pompatyczny gnoju – warknęła na niego Ginny, chociaż wolałaby potraktować go upiorogackiem.

- A jak niby mamy to zrobić? Harry, żądasz niemożliwego – powiedział z niedowierzaniem Dean.

- Skoro założycielom się udało to czemu nie nam? – zaoponowała podekscytowana Hermiona. W myślach sporządzała już listę książek, które będzie musiała wypożyczyć z biblioteki, żeby zacząć badania.

- W 1975 r. grupa nieco lekkomyślnych figlarzy oszukała zaklęcia rzucone przez samą Rowenę Ravenclaw i przeprowadziła jedyny udany Rajd po Majtki w historii Hogwartu. Z tych czterech łobuziaków jeden był, a drugi jest naszym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią. Byli znani jako Huncwoci, a syn ich przywódcy stoi właśnie przed wami – powiedziała Daphne, uśmiechając się znacząco do Harry'ego. Popatrzyła na nią z udawaną złością, a ona udała niewiniątko.

- Jak udało ci się wyciągnąć z niego tę historię, Hellcat? – spytał Harry, potrząsając z niedowierzaniem głową. Kilka osób zauważyło nowy pseudonim i nacisk, jaki położył na niego Harry.

- Ponieważ, Cieniu, jestem zajebista – odpowiedziała mu z szerokim uśmiechem, zarzucając teatralnie włosy na ramię. Harry zanotował w myślach, żeby postawić ją na czele swojego wywiadu.

- Chwila, moment, twój tato poprowadził ten rajd? – spytała Hanna patrząc na Harry'ego zszokowana.

- Aż do dziś był to pilnie strzeżony sekret Hufflepuffu – dodał Ernie Macmillan, patrząc spode łba na Daphne.

- I czemu on nazwał cię Hellcat, a ty jego Cieniem? – Susan uniosła brew w geście niezmiernie przypominającym jej ciocię. Harry wyczarował sporo krzeseł.

- Siadajcie wszyscy, ta historia chwilę zajmie – powiedział i przez następną godzinę wyjaśniał, co chce osiągnąć. Potem omawiali zaklęcia, uroki i runy, które zmienią tą salę w pomieszczenie, które będzie im potrzebne. Rozmawiali też o rekrutacji, co doprowadziło do ostrej wymiany zdań między Harrym i Hermioną.

- Nie, Harry, nie możemy tu wpuścić pierwszaków. To zbyt niebezpieczne!

- Niebezpiecznie jest pozwolić im włóczyć się po korytarzach, choć nie umieją się obronić!

- Przesadzasz!

- Przesadzam?! Emma została zaatakowana zanim dotarła na pierwszą pieprzoną lekcję! Malfoy i jego ziomki próbowali zrobić sobie z niej worek treningowy! Gdyby Daphne nie przyszła jej na ratunek, nie wiadomo na czym by się to skończyło!

- No właśnie, Granger, Ślizgonka przyszła na pomoc Gryfonce i ten dobry czyn nie pozostał bez konsekwencji! – Tracy Davies krzyknęła na Hermionę. Miała dość nieufnych spojrzeń w stronę jej domu, choć Harry i Ginny za nich poręczyli.

- Tracy, proszę – Daphne próbowała ją uspokoić. Nie chciała iść w tę stronę.

- Nie, Daphne! Nie mają pojęcia jak to jest żyć w gnieździe węży, co zaryzykowałaś, co oni mogli ci… - Tracy prawie wpadła w histerię. Harry położył jej rękę na ramieniu, ale to nie przyniosło takiego efektu, jaki planował.

- Proszę cię, Tracy, nie tu i nie teraz. Niedługo porozmawiamy – wyszeptała Daphne, ujmując twarz przyjaciółki w dłonie. Ginny dołączyła do nich i we trójkę starali się uspokoić dziewczynę.

- Pansy powiedziała mi, że Draco znalazł ich różdżki i wymusił za nie okup. Powiedziała, że pożałujesz, że stanęłaś przeciwko nim – załkała Tracy. Na szczęście Harry wyciszył teren wokół nich.

- Próbowali, ale Ginny ich powstrzymała. Crabbe i Goyle już nie wrócą. Nie skrzywdzą już więcej ani mnie ani nikogo innego. Proszę, Tracy, uspokój się.

Tracy popatrzyła na Ginny, Harry'ego, Daphne i znowu na Ginny, dziękując jej bezgłośnie.

- Myślicie, że ona naprawdę staje po naszej stronie? – spytał Dean, który obserwował z drugiego końca pokoju.

- A widziałeś kiedyś, żeby Ślizgon stracił kontrolę? – odpowiedziała Lavender.

- Widzieliście jak Harry i Ginny tam podbiegli. Coś tam się na pewno stało – dopowiedziała Hermiona.

- Nigdy nie słyszałem, żeby nazwała jakiegokolwiek mugolaka tym słowem na „sz", a to naprawdę dużo jak na Ślizgonkę – dodał Ron.

- Daphne, Trace, kiedy będziecie chodzić tymi korytarzami… możecie na nas liczyć – zapewnił Seamus, kiedy racy w końcu się uspokoiła, a Harry rozproszył zaklęcie ciszy. Dean, Ron, Lavender, Parvati i Hermiona jednocześnie pokiwali głowami. Takie wsparcie Gryfonów dla Ślizgonki było bardzo znaczące. Wkrótce cała sala poszła za ich przykładem. Nikt ze Ślizgonów się tego nie spodziewał i było to widać po ich minach.

- Nigdy nie naraziłbym dzieciaków, ale muszą wiedzieć jak bronić siebie i swoich kolegów i koleżanki – powiedział Harry do Hermiony. – Eliksiry, zaklęcia uzdrawiające, zrozumienie i poprawne użycie Starożytnych Run, może nawet pomóc w badaniach. Potrzebują solidnych podstaw.

Prefekt Naczelna czuła, że Harry nie odpuści, więc pokonana pokiwała głową. Harry chciał, żeby Huncwoci pozostali pozytywną siłą w Hogwarcie długo po tym, jak obecni skończą szkołę.

- Dobrze, teraz nadszedł czas, żeby zdecydować, czy pasuje wam ta droga. Nie decydujcie pochopnie. Jeśli postanowicie stąd odejść nikt nie będzie miał wam tego za złe. Musicie zrobić to, co właściwe dla was, a tylko wy możecie wiedzieć co to jest – rzekł Harry i czekał na ich decyzję. Jedno po drugim podnosili ręce. – W takim razie pozwólcie, że powitam was wśród Huncwotów, a co ważniejsze, witajcie w Gnieździe Huncwotów.


Słowniczek:

Wieki ciemnoty – ang. Dark Ages to inna nazwa średniowiecza. Zachęcam Was jednak do lektury rzetelnych książek historycznych, a nie mitu, który stworzyli oświeceniowi filozofowie ;)


W następnym rozdziale:
- kim jest Kobieta-Kot?
- Syriusz i Gabriella
- Narcyza wyciąga Rose ze Świętego Munga