Obudził go dziwny i całkowicie niespodziewany ruch. Czuł niepokojący ciężar na klatce piersiowej. Ostrożnie otworzył oczy i odczekał chwilę, zanim jego wzrok przyzwyczaił się do panującej w sypialni ciemności. Po chwili jednak jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia na widok leżącej na nim Tonks. Może nie zaskoczyłoby go aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że nieświadomie obejmował ją ramieniem, przytrzymując ją blisko siebie. Fioletowe włosy zasłaniały jej twarz, więc nie wiedział, czy uśmiechała się, czy raczej była niezadowolona z obecnej sytuacji, ale gdyby prawdziwa była druga możliwość, raczej nie przytulałaby się tak śmiało do niego. Czuł się naprawdę nieswojo, budząc się po raz kolejny z Tonks w ramionach. Było to niestosowne, niewłaściwe i nieodpowiednie, ale musiał przyznać, że całkiem dobrze mu się spało. Co nie zmienia faktu, że nie odpowiadało mu to za bardzo. Pozwalał jej na stanowczo zbyt dużo, ale chociaż wiedział, że powinien to zmienić, nie mógł. Tonks chwilami przypominała wesołego, pełnego energii szczeniaka, który wiecznie chciałby się bawić. Może traktowałby ją inaczej, gdyby tylko nie miał słabości do takich małych psiaków.
Ostrożnie zsunął ją z siebie, starając się jej przy tym nie budzić. Kątem oka przyuważył, że zmarszczyła niespodziewanie brwi. Po krótkiej chwili zastanowienia podsunął jej swoją poduszkę. Ledwie powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem, gdy wtuliła się w nią z naburmuszoną miną. Błyskawicznie jednak przeszła mu ochota do śmiechu, kiedy uświadomił sobie, że nie zachowałaby się tak, gdyby faktycznie nie zależało jej na jego obecności. Nie był pewien, co o tym myśleć. Tonks zachowywała się, jakby naprawdę nie miała mu za złe tego, co ośmielił się zrobić. Od tamtej chwili gdy... podniósł na nią rękę, był pewien, że aurorka więcej się do niego nie odezwie. Nie potrafił żadnymi słowami opisać zdumienia, w jakie wpadł, gdy po miesiącu kuracji miał okazję ją spotkać w Kwaterze Głównej, dokąd zaciągnął go Albus i zamiast bólu, oburzenia, nienawiści, czy czegoś podobnego, zdążył dostrzec w jej oczach wyraźną ulgę, zanim z szerokim uśmiechem przytuliła go i podziękowała za uratowanie życia. Praktycznie cały wieczór siedziała koło niego i co chwilę zagadywała go, jakby obawiając się, że zamknie się w sobie. Wciąż nie potrafił tego zrozumieć, ale po jakimś czasie przestał nawet próbować. Pogodził się z myślą, że Tonks należy do osób wyjątkowo nieprzewidywalnych, a zrozumienie jej toku myślenia jest czymś niewykonalnym.
Z mętlikiem w głowie rozpalił ogień w małym kominku. Wrócił do szafki przy łóżku, zerkając po drodze na śpiącą spokojnie Tonks. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, gdy pomrukując coś pod nosem powierciła się chwilę i rozłożyła na łóżku, zajmując prawie całą jego powierzchnię. Usiadł na skraju łóżka i wyjął z szuflady fiolkę z ogniście pomarańczowym eliksirem. Z westchnięciem rezygnacji odkorkował buteleczkę i niechętnie wypił zawartość, krzywiąc się przy tym z obrzydzenia. Po raz kolejny wypomniał sobie, że wciąż nie znalazł sposobu, by zneutralizować ten paskudny smak, jednocześnie zachowując wszystkie tak istotne właściwości.
Odczekał dłuższą chwilę, a gdy w końcu paskudny smak zniknął z jego ust, wstał i ruszył do łazienki, gdzie przebrał się szybko w swój sportowy strój, po czym udał się na błonia, by spędzić poranek na rozmyśleniach podczas relaksującej przebieżki.
Mniej więcej godzinę później wrócił do lochów zmęczony, ale zadowolony. Wprawdzie wciąż nie potrafił zrozumieć Tonks mimo, że większość czasu zaprzątała jego myśli, ale gdy wracał do zamku na jego ramieniu wylądowała sowa Kathariny z pękatą kopertą. List zostawił na stoliku w salonie z zamiarem zapoznania się z jego treścią w nieco późniejszym czasie i po cichu wślizgnął się do sypialni. Przezornie rzucił okiem na łóżko i odetchnął, widząc, że Nimfadora wciąż jest pogrążona w głębokim śnie. Powoli przeszedł przez pomieszczenie, poruszając się tak cicho, jak tylko potrafił. Już był przy drzwiach łazienki, już wyciągał rękę, by chwycić za klamkę, gdy nagle mknąca z zawrotną prędkością poduszka pojawiła się praktycznie z nikąd i z impetem łupnęła go w głowę. Gwałtownie się obrócił, by zmrozić spojrzeniem… wciąż śpiącą spokojnie Tonks.
Zmrużył oczy, przyglądając jej się podejrzliwie. Leżała dokładnie w tej samej pozycji, co wcześniej i oddychała spokojnie, nie krztusząc się od śmiechu. Powoli obszedł łóżko, nie odrywając od niej wzroku i zatrzymał się tam, gdzie nie mogła go dostrzec – przy czym dużo ułatwiał mu fakt, że leżała na boku, więc znajdował się za jej plecami. Tylko dzięki swojemu zmysłowi obserwacji dostrzegł, że drgnęła niespokojnie. Z paskudnym uśmieszkiem pochylił się, by zacisnąć dłonie na prześcieradle. Odczekał znów chwilę, po czym gwałtownie się wyprostował i szarpnięciem ściągnął materiał z łóżka. Ku jego wielkiemu zdziwieniu Tonks była stosunkowo przygotowana. Gdy tylko poczuła, że prześcieradło pod nią drgnęło, błyskawicznie przeturlała się na drugi koniec łóżka i zeskoczyła z niego, lądując zgrabnie w podpartym przysiadzie. Uśmiechnęła się do niego z wyższością, na co odpowiedział jej kpiącym uśmieszkiem. Mogła się spodziewać, że będzie chciał ją zrzucić z łóżka, ale nie sądził, by przewidziała, że posłuży się jej własną bronią. I miał rację. Na twarzy Nimfadory odmalowało się zaskoczenie, gdy niespodziewanie w jej stronę pomknęła poduszka. Odruchowo spróbowała ją złapać, ale przez to przestała się podpierać, a że cały ciężar ciała utrzymywała na lewej nodze, momentalnie straciła równowagę. Zdążyła jedynie machnąć rękami, zanim grawitacja zwyciężyła i pociągnęła ją ku sobie.
- Jak to zwykł mówić Alastor? – zastanowił się głośno Severus, pukając się palcem w podbródek. – Ach tak, Stała Czujność – rzucił dobitnie, przyglądając się jej ze złośliwym uśmieszkiem.
- Skoro tak dobrze to pamiętasz, to dziwne, że sam się nie stosujesz – odparła szybko, pocierając lewy łokieć, którym miała nieszczęście amortyzować upadek.
- Mój błąd, naiwnie wierzyłem, że jeszcze śpisz – powiedział spokojnie, obchodząc powoli łóżko.
Spodziewał się szoku, dlatego nie zdziwił się, gdy jej oczy rozszerzyły się do rozmiarów galeonów, a szczęka niekontrolowanie opadła w dół. Zatrzymał się tuż przed nią z rękoma skrzyżowanymi na piersi. W duchu śmiał się do rozpuku z jej niedowierzającej miny, ale nie dał tego po sobie poznać. Zamiast tego odczekał chwilę, dając jej pogodzić się z tą myślą i dopiero gdy wreszcie się poruszyła, otrząsając z szoku, wyciągnął do niej rękę. W pierwszej chwili nabrała podejrzliwości, przyglądając mu się nie pewnie, ale gdy w końcu westchnął ze zniecierpliwieniem, przyjęła oferowaną pomoc. Trzymając się go mocno, wstała ostrożnie.
- Dzięki – powiedziała cicho, uśmiechając się do niego lekko.
Nie wiedział, co się z nim dzieje, ale ten jakby nieśmiały uśmiech działał na niego w zdecydowanie dziwny sposób. Mimowolnie spojrzał na cienką bliznę, która stawała się wyraźniejsza przy każdym uśmiechu, czy grymasie. Znajdzie kiedyś sposób, by zlikwidować ją z jej twarzy – nie miał zamiaru pozwalać, by całe życie była przez niego naznaczona.
- Jak noga? – zapytał cicho, wracając wzrokiem do jej oczu, błyszczących dziwnie.
Wzruszyła lekko ramionami, wciąż uśmiechając się do niego.
- Czy ja wiem? Nie boli, ale boję się na niej stanąć – wyznała, śmiejąc się przy tym cicho.
- Chyba rozumiesz, że powinienem ci zrobić jakąś rehabilitację? – Kiwnęła głową bez słowa. – Chyba już nawet wiem jaką – dodał nieco ciszej, przyglądając się jej uważnie. Stała zbyt blisko, jak na jego gust i czuł się dosyć niespokojnie zważywszy, że do tej pory nie puściła jego ręki. – Umiesz tańczyć? – zapytał niespodziewanie po dłuższej chwili ciszy, gdy wpatrywała się w niego wyczekująco.
W pierwszej chwili na jej twarzy pojawiło się czyste zaskoczenie, ale wystarczył moment, by znów się uśmiechnęła szeroko.
- Sądziłeś, że mama by mi darowała, jakbym nie umiała? – spytała, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
- Biorąc pod uwagę, że twoją matką jest Andromeda, może i moje pytanie nie należało do najtrafniejszych. Pozwól więc, że się poprawię, jak dobrze umiesz tańczyć?
- Wystarczająco, żeby nie deptać po nogach. Tata mnie uczył jeszcze jak byłam w szkole – dodała, jakby miało to wyjaśnić wszystko. Gdy jednak spojrzał na nią nie rozumiejąc, westchnęła cicho. – Tata jest bardzo cierpliwy i tolerancyjny, ale jako nauczyciel potrafi być gorszy od ciebie.
- Nie wierzę.
- Czyżbyś uważał się za najgorszego nauczyciela w Anglii?
- Żeby tylko w Anglii.
Tonks roześmiała się głośno. Mimowolnie uśmiechnął się nieznacznie, przyglądając się wesołym błyskom w jej oczach. Lubił doprowadzać ją do śmiechu. Miał wtedy wrażenie, że jego poczucie humoru nie jest na poziomie, którego zwykli śmiertelnicy nie potrafią pojąć.
- Dobra, niech ci będzie, jako nauczyciel jesteś największym dupkiem, jakiego świat zna – przyznała mu ze śmiechem. – Ale wiesz co? O dziwo masz nawet kilka zalet.
- Jestem bardzo ciekaw jakich.
W głowie rozbrzmiał mu syreną alarm, gdy uśmiechnęła się tajemniczo. Oparła rękę na jego ramieniu i przysunęła się jeszcze bliżej, praktycznie opierając się piersiami o jego tors. Przełknął niezauważalnie ślinę, gdy poczuł jej oddech na szyi, jak się pochyliła.
- W tym stroju wyglądasz seksownie – szepnęła mu do ucha.
Momentalnie od niej odskoczył, wywołując u niej tym samym jeszcze większe rozbawienie. Prychnął ze złością, która znacznie wzrosła, gdy uświadomił sobie, że jego policzki lekko się zaczerwieniły. Odepchnął chichoczącą Tonks i nie zwracając na nią większej uwagi, odwrócił się na pięcie, by chwilę później zniknąć za drzwiami łazienki, pozostawiając aurorkę tarzającą się ze śmiechu na łóżku.
Dopiero dobre dwie godziny później udało mu się wreszcie ze spokojem zasiąść do listu. Wcześniej musiał zmienić Nimfadorze opatrunki – poprzedniego dnia udało mu się przygotować miksturę na ugryzienie, która jednak musiała się gotować przez całą noc, zanim przybrała postać łagodnego balsamu – przy czym ze zdziwieniem zauważył, że rany na jej plecach najwyraźniej postanowiły wreszcie zacząć się goić – co było o tyle dziwne, że praktycznie nic nie zrobił. Dodatkowo później dostał wezwanie od Albusa w sprawie rozpoczynających się lada moment lekcji, a gdy wracał do lochów natknął się na wracającą z urlopu Poppy, która zażądała od niego szczegółowego raportu dotyczącego stanu jego zdrowia. Natomiast w samych lochach natrafił jeszcze na Argusa, marudzącego znów na Irytka, który to niby zabarykadował się w sali eliksirów – dziwnym trafem nie było go tam, gdy osobiście wybrał się, by to sprawdzić. Dlatego też gdy wreszcie udało mu się dotrzeć do swoich kwater i spokojnie usiąść w fotelu, w ogóle nawet nie zwrócił uwagi na siedzącą na sofie Tonks, która zdawała się być całkowicie pochłonięta jakąś książką. Niespiesznie otworzył kopertę i wyciągnął z niej dwa poskładane starannie arkusze pergaminu zapełnione starannym, pochylonym pismem. Z nieznacznym uśmiechem na twarzy zagłębił się w wydarzenia, opisywane przez Katharinę, prawie całkiem odcinając się od rzeczywistości.
- Wiedziałam! – wykrzyknęła Tonks tak niespodziewanie, że prawie podskoczył. Ze zdumieniem spojrzał na jej szeroki uśmiech. – Wiedziałam, że to ona!
- O czym ty mówisz?
W pierwszej chwili spojrzała na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, o co mu chodzi, ale bardzo szybko uśmiechnęła się znów. Uniosła książkę, by pokazać mu granatową okładkę z popękany szkłem, na której widniało „Zwierciadło pęka w odłamków stos", a tuż powyżej złote litery poinformowało go, iż nazwisko autorki brzmi Agata Christie.
- To książka kobiety, która jest uznawana za królową kryminałów, a ja właśnie odgadłam, kto zamordował gwiazdę filmową – odpowiedziała z dumą, która nieznacznie zmalała, gdy uniósł brew. – No dobra, nie rozgryzłam powodu, dla którego to zrobiła, ale jednak odgadłam. I to szybciej niż się pojawiło wyjaśnienie. Bo wiesz, tu jest taka starsza pani w tej książce, nazywa się panna Marple i ona potrafi rozwiązać każdą, najtrudniejszą nawet zagadkę i do tej pory jeszcze mi się nie udało znaleźć mordercy, zanim ta panna Marple nie wyjaśniła całej tajemnicy. Nie interesuje cię to, prawda? – zapytała niemal z pewnością w głosie, gdy wciąż spoglądał na nią z uniesioną brwią.
- Nie ukrywam, że nie szczególnie mnie porwały twoje wyjaśnienia. Obawiam się nawet, że mam coś o wiele ciekawszego do czytania, niż ten twój kryminał – odpowiedział spokojnie zgodnie z prawdą i na dowód wrócił wzrokiem do listu. – Masz pozdrowienia od twojego pieska salonowego – rzucił od niechcenia, marszcząc nieznacznie brwi.
- Od Remusa? Chyba nie chcesz powiedzieć, że to on do ciebie napisał? – zapytała, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że nie chcę i tego nie powiem – prychnął. – Pchlarz jest na terapii Kathariny, jakbyś zapomniała. I o dziwo całkiem dobrze się dogadują… - dodał z nutką niezadowolenia w głosie.
- To chyba dobrze?
- Niekoniecznie. To raczej znaczy, że kundel wpadł w jej sidła. Katharina gustuje w słabeuszach, których może złamać i ustawić ich od nowa wedle swojego gustu – wyjaśnił krótko, gdy spojrzała na niego pytająco. – Do tej pory jeszcze się nie zdarzyło, żeby jej się to nie udało…
- Nie licząc ciebie.
Spojrzał na nią potępiająco, gdy mu przerwała, ale po chwili kiwnął głową.
- Fakt, nie potrafiła mnie złamać. Niemniej jednak spodziewaj się, że jak następnym razem będziesz miała okazję spotkać tę kupę futra, będzie zupełnie inny jeśli chodzi o charakter. Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, co ona może z nim zrobić, ale możesz być pewna, że o tobie już nie będzie pamiętał.
- Nie przeszkadza mi to. Może w końcu do niego dotrze, że między nami nic nie będzie – powiedziała spokojnie, przyglądając mu się z zaciekawieniem. – Za to ciebie to wkurza.
- Jak ty na to wpadłaś? – prychnął. – Nie wydaje mi się, żebyś na moim miejscu skakała z radości, kiedy jakiś pieprzony ścierwojad wpiernicza się tam, gdzie nie jest potrzebny.
Po jego słowach zakończonych wściekłym warknięciem zapanowała chwila ciszy. Wiedział, że musi się błyskawicznie uspokoić, żeby utrzymać swoje opanowanie i nie pozwolić, by gniew wziął górę. Było to jednak cholernie trudne, skoro wiedział, że taki zapchlony kundel jak Lupin był w stanie zwrócić uwagę kogoś takiego, jak Katharina! Nie po to się tyle starał, żeby jej udowodnić, że jest w stanie się zmienić, żeby zniżała się do takiego poziomu!
- Ej, Sev, uspokój się.
Wziął głębszy oddech, gdy usłyszał Tonks tuż obok siebie. Poczuł jej dłoń na ramieniu i uświadomił sobie, że nawet nie zauważył, kiedy do niego podeszła. Starając się oddychać głęboko, spojrzał na swoje dłonie zaciśnięte w pięści. Z trudem rozprostował palce, powtarzając sobie w myślach, że musi zatrzymać siły na wieczór. Na Nimfadorę spojrzał dopiero, gdy udało mu się mniej więcej opanować pierwszy gniew. W jej oczach dostrzegł wyraźne zmartwienie, które trochę bardziej go otrzeźwiło. Wystarczyło jednak, że spojrzał ponownie na list, by gniew znów wziął górę.
- Sev, spokojnie, nie denerwuj się! – zawołała, siadając na podłokietniku. Chwyciła jego podbródek i obróciła mu głowę, kierując jego spojrzenie na siebie. – Nie myśl o tym, zajmij umysł czymś innym.
- Puść mnie – wykrztusił z trudem, dusząc się z wściekłości.
- Nie.
Jej stanowcza odpowiedź nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Zanim jednak zdążył ją odepchnąć, przysunęła się bliżej i przytuliła go mocno. Na moment znieruchomiał. Nie chciał zrobić jej krzywdy, ale miał wrażenie, że jeszcze trochę, a nie zdoła się powstrzymać. W jego żyłach krążyła żądza mordu, którą mógł zaspokoić jedynie atak na kogokolwiek.
- Zabiję gnoja – warknął, walcząc usilnie z buzującą w nim złością.
Tonks zamiast odpowiedzieć, jedną dłonią zaczęła gładzić jego plecy, zaś drugą objęła jego głowę, praktycznie zmuszając go, by oparł głowę na jej ramieniu. Zamknął oczy i odetchnął głębiej, wdychając jej zapach. Przez blisko minutę siedział nieruchomo, a jej bliskość zadziwiająco go uspokajała. Nie rozumiał tego, ale też nie starał się zrozumieć. Potrzebował spokoju, a ona mu go dała i był jej za to wdzięczny. Nie zastanawiając się, co robi, objął ją delikatnie i ostrożnie przyciągnął ją bliżej. Było mu… dziwnie, gdy poczuł jej ciężar na kolanach. Na moment zesztywniała, po czym poznał, że spięła się lekko, ale wystarczył moment, by się uspokoiła i wróciła do gładzenia jego pleców. Czuł, jak jego mięśnie rozluźniają się pod jej dotykiem, a jej przyjemny zapach koił jego nerwy. Mimowolnie objął ją mocniej, podświadomie pragnąc, by ta chwila trwała wiecznie. Miał w nosie, co Tonks sobie pomyśli, za bardzo potrzebował tego, co mu dała i nie miał zamiaru zbyt szybko się tego pozbywać. Będzie musiał pamiętać, by przy najbliższej okazji powiedzieć Olivii, że wreszcie odkrył idealny sposób na radzenie sobie z gniewem. Gdyby tylko mógł w jakiś sposób zatrzymać ją przy sobie na stałe…
