Miłego czytania!


Rozdział 25

- Daj mi tego pilota. - Syknęłam w stronę bruneta. W odpowiedzi, uśmiechnął się szeroko, pilot nadal spokojnie leżał na jego kolanach.

Zmarszczyłam brwi.

Tak, właśnie tak spędzałam urlop w swoim rodzinnym domu. Na całodobowym użeraniu się z umysłowo niedorozwiniętym Stefanem.

Głośne chrapanie taty poniosło się po całym salonie. Siedziałam na fotelu, obok Stefana, więc oglądnęłam się na kanapę. Tata spał w najlepsze, mimo tego, że ostatnio wszystko co robił, to spanie. Gdyby mieli go wsadzić do więzienia, to uznałby to za świetny pomysł. W końcu nikt nie przeszkadzałby mu w drzemce.

- Nie masz randki z Rebekah czy coś? - Burknęłam niezbyt przyjacielsko.

Stefan uśmiechnął się szelmowsko.

- A ty z Klausem czy coś?

A to świnia. Doskonale wiedział, że unikam rozmów na temat Klausa i specjalnie jeszcze o nim wspominał.

- Rozmawiamy o tobie, Stefan. Mówię poważnie. Masz zamiar zwodzić tą dziewczynę w nieskończoność? - Westchnął przeciągle, jego spojrzenie powędrowało w stronę telewizora.

- Powinnaś naprawdę z nim porozmawiać. Ta rozmowa przydałaby ci się. - Stwierdził, spoglądając na mnie wymownie.

Skrzywiłam usta.

- A to niby czemu?

Uśmiechnął się pobłażliwie.

- Popatrz no na siebie, Care. Trzy tygodnie na urlopie, odizolowana od świata, nie licząc nas, ale my sami czasami zachowujemy się jak małpy i...

- Nie da się ukryć. - Wtrąciłam z ironią.

- Nieumalowana, w dresach z czasów kiedy dorastałaś i nie lubiłaś pokazywać tego, że co nieco ci gdzieś urosło, w końskim ogonie, którym końskim ogonem nazwać nie można i obżerasz się, jakby świat miał się skończyć jutro. Nie wspominając nawet o tych twoich godzinnych rozmowach z Bonnie i Eleną.

Skrzywiłam się. Nienawidziłam go za to, że miał racje. Przynajmniej po części. Trzy tygodnie temu, urlop wydawał się jedynym racjonalnym wyborem. Danie sobie spokój z Klausem, przynajmniej w tym momencie i po prostu, wypoczęcie. A ja zamiast nabierania sił, z każdym dniem stawałam się coraz większym leniem i obżartuchem. I już nawet nie chodzi o to, że ta cała sytuacja z Klausem nie dawała mi spokoju. Ja po prostu nie miałam na nic ochoty, a cynizm niemal ze mnie ociekał.

- Naprawdę cię wzięło, co? No wiesz, z Rebekah. - Spytałam po chwili, próbując odwieść go od tematu Klausa.

Zmrużył oczy.

- Spotykamy się. To nic takiego. - Mruknął z głosem typu Nic-Mnie-Nie-Obchodzi, jakby faktycznie tak było.

Uśmiechnęłam się szeroko. Zbyt dobrze go znałam. Kiedy udawał, że coś go nie obchodzi, to od razu było wiadome, że jest dokładnie odwrotnie.

- Daj spokój, Stefan. Nie ze mną te numery. - Spiorunował mnie wzrokiem.

- Rozmawialiśmy o tobie, powiedz mi dlaczego w tej rodzinie każda rozmowa jakimś cudem kończy się na mnie?

Uśmiechnęłam się słodko i wystawiłam rękę w jego stronę.

- To oddaj mi ten pilot.

Przekrzywił głowę na bok, nagle znów stał się tym rozrabiaką, którego pamiętałam sprzed kilku lat, mimo, że teraz miał już dwadzieścia dziewięć. Jego takie same, jak u mnie zielone oczy błyszczały z rozbawieniem, a usta wykrzywiły się w szelmowskim uśmiechu.

- Niklaus dzwonił, prawda? - Wybałuszyłam oczy. Skąd on to niby wiedział?! Telefon, który zazwyczaj zostawiałam gdzie popadnie, przez co potem dostawałam ataku serca, kiedy zapominałam gdzie go położyłam, tym razem przez te trzy tygodnie trzymałam non stop przy sobie. Obserwowałam, jak jego brwi unoszą się i układają w idealny łuk, jakby chciał mi przez to coś przekazać. I właśnie to zrobił. - Dwanaście razy. W tym tygodniu.

Zmierzyłam go, obdarzając przy okazji spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

- Pójdziesz do piekła, bracie. - Syknęłam, wstając zamaszyście.

Ruszyłam przed siebie, do kuchni.

- Nie chcę iść do nieba! - Podniosłam rękę i pokazałam mu mojego co prawda, nieco krzywego, środkowego palca. - Mam lęk wysokości!

Roześmiał się głośno, kiedy prychnęłam. Idiota. Ta, Stefan miał racje, kiedy powiedział mi, że niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

Weszłam do kuchni, zerknęłam na mamę; stała odwrócona od kuchenki i na Mię, która siedziała przy stole.

Zmarszczyłam czoło.

Mama w dłoni trzymała garść orzeszków solonych, a Mia unosiła ręce w górze, jakby jeszcze przed chwilą ostro gestykulowała. Teraz, obie zamilkły. Mama przestała ruszać żuchwą, ręce Mii zastygły. Zachowywały się tak, jak zawsze zachowują się twoje pseudo koleżanki, które cię obgadują, a ty nagle wchodzisz lub pojawiasz się na horyzoncie.

- Caroline! - Mama uśmiechnęła się sztucznie. - Zjedz coś!

Przewróciłam oczyma.

- Nie zmieniaj się w babcie.

Skrzywiła się.

- Babcia, świeć panie nad jej duszą, nie ma tutaj nic do rzeczy.

- Tak samo jedzenie do Klausa. - Burknęłam.

Mama udała wielkie oburzenie, po czym mrugnęła parę razy.

- Jaki Klaus, cukiereczku?

Zmarnowana, usiadłam naprzeciwko Mii i spojrzałam się na mamę z politowaniem.

- Serio?

W sekundę zmrużyła oczy i zaczęła wyglądać nieco złowieszczo.

- Podsłuchiwałaś?

- Nie musiałam.

Wzruszyła ramionami, jakby uznała, że nie ma się za co winić.

- Cukiereczku, czy to cię dziwi? Prowadzisz...- Wzniosła oczy ku niebu i dokończyła.-...znajomość z multimilionerem.

- Nie wiem, czy jest coś jeszcze do prowadzenia. - Mruknęłam.

Sapnęła, po czym zdenerwowana wrzuciła porcję orzeszków do buzi.

- Znowu zaczynasz z tym życiem starej panny?! Na miłość boską, przecież...

- Singielki, ciociu. - Mia poprawiła ją szybko. Uśmiechnęłam się z dumą.

Mama zerknęła na mnie z niedowierzaniem.

- Coś ty z nią zrobiła? – Westchnęła głośno. - Wracając do twojego chłoptasia, co ci nie pasuje?

- Długo opowiadać.

Patrzyła na mnie w ciszy, po czym cicho spytała:

- Jest coś, czego mi nie powiedziałaś?

Boże, gdybyś tylko wiedziała.

- Nic ważnego.

- No to kompletnie nie wiem o co ci chodzi.

Przewróciłam oczyma.

- Mówię, że jest coś nie tak, potrzebuję czasu. Nie możesz mnie po prostu wesprzeć?! - Krzyknęłam sfrustrowana.

Dotknęła swojej klatki piersiowej.

- Ależ cukiereczku, ja cię zawsze wspieram!

Założyłam ręce na klatkę piersiową.

- Bynajmniej.

Dziabnęła powietrze drewnianą łyżką, którą wyjęła z patelni i syknęła:

- Nie baw się ze mną w te twoje gierki gramatyczne czy jakkolwiek to się nazywa!

Zaśmiałam się pod nosem.

Mama wydała z siebie jakieś warknięcie, po czym oburzona wyszła z kuchni i wkroczyła do salonu bojowym krokiem. Zanim drzwi się za nią zamknęły zdążyłam usłyszeć:

- Ojciec, jak żeś wychował swoją córkę!

Parsknęłam, skupiając teraz swoją uwagę na Mii.

Przekrzywiła głowę na bok, uśmiechając się lekko.

- Szczerze? – Spytała.

Zrobiłam zbolałą minę.

- Nie. - Odpowiedziałam szybko.

- Klaus to jest ten, ciociu. - Przewróciłam oczyma. Wiecie dlaczego wzięłam urlop? Żeby nikt nie przypominał mi o Klausie, czytaj: Bonnie i Elena, jednak okazało się, że w moim rodzinnym domu są lepsi agenci od nich samych. - Może ty tego nie widzisz, ale osoba z boku, osoba postronna, taka jak ja, widzi wszystko. To, jak się na ciebie patrzy. To, jak się uśmiecha, a jego oczy błyszczą, kiedy odwzajemniasz jego spojrzenie. Rzeczy, na które, jak wywnioskowałam z twoich opowiadań, nigdy wcześniej by się nie zdobył.

Ugh, doskonale to wiedziałam. Każdego dnia o tym pamiętałam, przypominałam sobie jego uśmiech i uświadamiałam sobie, jak bardzo za nim tęsknie.

Ale nadal nie wiedziałam co zrobić.

- No to co mi proponujesz, młoda? - Spytałam ironicznie.

Zaskoczona zauważyłam, że otwiera buzie, aby pospieszyć mi z odpowiedzią.

- Wiesz co zrobić. Już dawno nawet postanowiłaś co zrobisz, tylko nie zdawałaś sobie z tego sprawy.

Zmrużyłam oczy. To było żenujące, że brałam porady od dwunastolatki, ale to był przypadek wyjątkowy.

- A mianowicie?

Uśmiechnęła się szeroko.

- Jest taki cytat, wiesz? – Podparła brodę nadgarstkiem i wyrecytowała. - "Miłość jest jak cień. Kiedy ją gonisz, ucieka. Kiedy uciekasz, goni."


Tata obserwował mnie ze zdegustowaniem, kiedy to z wielkim trudem próbowałam upchać torbę pełną wałówy do bagażnika mojego forda, już naprawionego.

Zasapana, trzasnęłam drzwiami i spojrzałam na niego; stał przy krawężniku, mama, jak to miała w zwyczaju, chcąc pokazać, że to ona rządzi, stała nieco z przodu.

- A tobie co się znowu nie podoba? - Mama kuksnęła go w żebra.

- Moja jedyna córka wyjeżdża. Nic mi się nie podoba.

Roześmiałam się głośno, podchodząc do niego bliżej. Uwielbiał, kiedy się śmiałam, więc szybko zaraziłam i jego, a po chwili uśmiechał się już szeroko. Mama prychnęła z boku.

- No tak, córcia tatusia.

Nie zaprzeczam.

- Tylko wiesz... - Głos taty rozbrzmiał niemal po całej ulicy. - Nie myśl sobie, że, jak spałem całe trzy tygodnie, to nic nie widziałem, bo widziałem.

Przegryzłam wargę.

- Logika, co? - Mruknęłam ironicznie.

Machnął ręką.

- Rzecz w tym, że będę musiał z tym twoim ochlapusem pogadać.

Zachichotałam głośno.

Ta, mój tato nazywał ochlapusem każdego chłopaka, ktorego przyprowadziłam do domu lub każdego, o którym jedynie wspomniałam. Przyzwyczaiłam się już, że nie zwykł pałać miłością do moich wybranków.

- Kiedyś. - Mruknęłam wymijająco. - A teraz muszę już jechać, chcę być w Nowym Jorku na kolacje.

Tata zmarszczył czoło.

- Możesz przecież jeszcze zostać. Nie wiem co ci się tak nagle odwidziało.

Przewróciłam oczyma, lekki uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Nagle, mama uśmiechnęła się szeroko i z czymś wyniosłym w oczach spojrzała na tatę.

- Widzisz, jaki mam na nią wpływ? Krótka rozmowa i od razu postanawia wrócić i stawić czoła życiu.

Przegryzłam wargę.

- Mamo, ja i tak chciałam już wracać.

Zmrużyła oczy.

- Ja swoje wiem.

Pokręciłam głową, tak jakbym strofowała swoją córkę, po czym wsiadłam do samochodu. Bez zbędnych całusów i przytulania; chyba mieli mnie dość w takim samym stopniu jak ja ich, odpaliłam samochód.

Tata schylił się.

- Pozdrów tego całego Nathana. - Mruknął z grzeczności.

- Niklaus, tato. Niklaus. - Poprawiłam go.

Wzruszył ramionami.

- A co za różnica.

Mama, stojąc za tatą, machnęła ręką, dając mi znak, aby się nim nie przejmować.

Roześmiałam się.

Nie masz problemu? To jedź do rodziny.

Ona zawsze cię pocieszy.


- Przytyłaś. - Bonnie stwierdziła z rozbrajającą szczerością. Wyrzuciłam wszystkie ciuchy na łózko i usiadłam na nim, swoje spojrzenie przeniosłam na Bonnie siedzącą przy moim biurku.

Pożerała kolejną porcje chrupek kukurydzianych i obserwowała mnie uważnie.

- Wiem.

- Włosy ci urosły.

- Wiem.

- Zniknęły ci krosty na czole.

- Wiem.

- Zepsułam ci prostownice.

- W...- Zmarszczyłam czoło i patrzyłam, jak bez mrugania oczyma obserwuje moją reakcje. - Co?

Wzruszyła ramionami niewinnie.

- No wiesz, przez przypadek.

- Tak samo, jak przez przypadek zepsułaś mi laptopa, uznałaś moją bluzkę za szmatę do podłogi i zeżarłaś mi moje truskawki!

- Ale ja lubię truskawki. - Mruknęła dziecinnie.

Na jej twarzy pojawił się przepraszający uśmiech, bujała nogą w tą i we w tą. Przyjrzałam się jej dokładniej. Rozjaśnione końcówki, szeroki uśmiech i coś innego w jej oczach.

Westchnęłam.

- Mogłam się domyślić, kiedy weszłam do mieszkania. Nie odstępowałaś mnie na krok i przyjęłaś, jakbym co najmniej była królową Elżbietą.

- Ależ skąd! Po prostu jestem wniebowzięta, że moja przyjaciółka wróciła z trzytygodniowego urlopu!

Roześmiałam się.

- Raczej nie.

Bonnie skrzywiła się.

- No, chyba masz rację. - Rzuciłam w nią poduszką, nie złapała jej, bo jak zwykle chrupki były dla niej ważniejsze. - A teraz tak na poważnie. Co u ciebie?

- Doskonale wiesz co. Rozmawiałyśmy codziennie przez telefon.

- Rozmowa z tobą przez telefon, a w cztery oczy to zupełnie inna sprawa.

- Niby czemu?

- Bo widzę, kiedy kłamiesz.

Uśmiechnęłam się szyderczo.

- Moja droga, ja jestem mistrzynią w kłamaniu.

Przewróciła oczyma.

- Nie wobec mnie. Zawsze widzę, kiedy kłamiesz. Zaczynasz wtedy dotykać swojej bransoletki. Tej, którą zawsze nosisz.

Otworzyłam buzie i spojrzałam na swój nadgarstek. Dostałam ją od dziewczyn na swoje osiemnaste urodziny. Noszę ją już od dziesięciu lat i praktycznie nie zdejmuje.

- I co w związku z tym?

- Co z Klausem? Co zrobisz?

- Wiem, co zrobię. Tylko nie wiem, czy Klaus na to pójdzie. - Zmarszczyła nos - Dowiesz się, kiedy wrócisz. A, jak jesteśmy już na temacie twojego wyjazdu. Opowiadaj o Kolu.

Momentalnie, jej cała twarz się zmieniła. Uśmiechała się nieśmiało i z rozmarzeniem zarazem, oczy błyszczały, a jej wolna ręka zaczęła wykonywać niekontrolowane ruchy w powietrzu.

- Jest... jest świetny! Wiadomo, nasze zapoznanie nie należało do najmilszych i rokujących, że coś z tego wyjdzie w przyszłości, jednak... Ustaliliśmy wcześniej, że na razie zaczynamy bez żadnego romansu. Po prostu, przyjaźń. Chciał mi wynagrodzić to, jak się wtedy zachował. Zaśmiałam mu się w twarz, bo, no, w końcu to ja. Byłam na niego wtedy wściekła, że chciał wykorzystać to, że byłam pijana i spragniona. – Prychnęła. - A on nie dawał za wygraną. I mimo to, że jesteśmy całkowicie inni to zarazem się... dopełniamy. Rozumiesz mnie, prawda? Błagam cię, powiedz, że tak. Jak nie ty, to nikt inny. - Uśmiechała się szeroko, a w jej oczach widziałam błysk radości.

Była szczęśliwa. To jest najważniejsze.

- Zakochałaś się. - Walnęłam prosto z mostu.

Roześmiała się z sarkazmem, z każdą sekundą jej uśmiech malał, a w oczach pojawiła się konsternacja.

- Jak ta idiotka. - Zachichotałam i wzruszyłam ramionami. Nagle, wstała gwałtownie, przybrała ten swój szeroki, nieco wymuszony uśmiech i podeszła do mnie. - Co będzie to będzie, nie?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy pociągnęła mnie za rękę i już po chwili znalazłyśmy się w salonie z Eleną, która stała nad walizką Bonnie.

Spojrzała na nas, zbulwersowana.

- Jedziesz do Rzymu i jedyne co wzięłaś to długie czarne rurki razy pięć? - Syknęła w stronę Bonnie.

Rozsiadłam się na ulubionym fotelu Eleny.

- A kto mnie będzie tam widział?

Elena sapnęła, zerknęła na mnie z niedowierzaniem.

- Um, niech pomyślę... - Uniosła wskazujący palec do góry i udając olśnienie dodała szybko.-...Kol!

- Ubiór się dla niego nie liczy. – Bonnie stwierdziła.

Elena uniosła brwi do góry i postanowiła ją zignorować. Wtedy, odwróciła się w moją stronę z lisim uśmiechem.

Zaczyna się.

- Caroline Adrianne Joanne Forbes, szpiegowałyśmy dla ciebie. - Wymruczała, jakby co najmniej informowała mnie, że wygrała w totka.

- Ty szpiegowałaś, ja nie. - Bonnie szybko sprostowała.

Elena machnęła ręką.

- Klaus dzwonił parę razy. Pytał się co tam u ciebie. Wydarłam się na niego, że powinien dzwonić do ciebie.

Skrzywiłam się.

- Dzwonił do mnie. Po prostu nie odbierałam.

Elena przewróciła oczyma.

- A ja dałam mu taką bure. Niemal dałam mu wskazówki gdzie znajduje się dołek na cmentarzu, gdzie go zakopię, jeśli do ciebie nie zadzwoni.

Nagle, telefon Bonnie zadzwonił głośno. Jej twarz rozświetliła się i błyskawicznie dała całusa Elenie i mi, po czym złapała walizkę i ruszyła do drzwi.

- Pa!

Mówiła, że wyjeżdża dzisiaj, ale nie sądziłam, że Kol przyjedzie po nią tak szybko. Zerknęłam na Elene. Uniosła brwi do góry i uśmiechała się złośliwie. Zerknęła w stronę okna.

Uśmiechnęłam się szeroko.

Wiedziałam, że nieładnie podglądać, jednak musiałam się odpłacić Bonnie za te ciągłe spojrzenia zza firanki, kiedy przyjeżdżała po mnie moja randka.

A więc wniebowzięta, wstałam i podbiegłam do okna. Stękając cicho, jakoś zmieściłam się w nim razem z Eleną.

Powoli, mój radosny uśmiech przemienił się w ten nostalgiczny i łagodny. Z jakimś przedziwnym spełnieniem patrzyłam na Bonnie i czułam się tak, jakby jej szczęście cieszyło mnie bardziej niż ją samą.

Kol obserwował ją, jak szybko pokonuje schodki i zbliża się do niego. Rzuciła mu się niezdarnie w ramiona i szybko oderwała, najwyraźniej speszona. Parsknęłam. Cała ona. Kol otworzył jej drzwi, a ona szybko spojrzała do tyłu, prosto na nas. Wzruszyłam ramionami przepraszająco, za to Elena pomachała do niej energicznie. Bonnie spiorunowała ją wzrokiem, ale nadal nie mogła pozbyć się tej aury radości, którą roztaczała wokół siebie.

Weszli do samochodu i odjechali, ale nadal stałyśmy nieruchomo, chyba każda z nas rozmyślając nad tym, jak nasze życie się potoczyło.

- Zawsze o tym marzyła, wiesz? - Szepnęłam cicho.

Elena przekrzywiła głowę.

- Hm?

- O takiej przygodzie. - Wyjaśniłam.- O poznaniu szalonego, kochanego chłopaka, który pokaże jej, jak wiele możliwości kryje świat. A teraz to się spełnia.

Elena przytaknęła powoli i spojrzała się na mnie. Nagle, na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech.

- A co z twoimi marzeniami, Care?

- Co? - Wypaliłam.

- Dobrze słyszałaś. Wyjechałaś, żeby pomyśleć o tym wszystkim w spokoju, spróbować spojrzeć na to z innej strony. Wróciłaś. A Klaus czeka.

Skrzywiłam się.

- Wiem, Elena.

- A więc?

- Pracuję nad tym. - Mruknęłam. Na razie więcej wiedzieć nie musi. - Porozmawiajmy o Oliverze.

Tak, jak sądziłam jej twarz momentalnie skrzywiła się w wyrazie niezadowolenia, wyrzuciła ręce w górę i ruszyła w stronę kuchni.

- Mówiłam już, że jest nie do wytrzymania?! Mówiłam! No to powiem jeszcze raz!

Zaczęła trzaskać szafkami, a ja w między czasie rozsiadłam się na kanapie. Wróciła z chipsami w jednej ręce i czekoladą w drugiej. Usiadła obok mnie i z pełną buzią wysepleniła:

- Chcesz trochę?

Uśmiechnęłam się szeroko.

Tak, byłam w domu.


Ręce, w których trzymałam kwiaty zaczęły mi się pocić, kiedy zauważyłam go na horyzoncie. Ptaki ćwierkały, osy zaczynały znów naprzykrzać życie, upał znowuż nie był taki dotkliwy, było po prostu ciepło, a ja zamiast korzystając z tak pięknego dnia, jakim nas obdarzyła wiosna, no nie wiem, na przykład na Karaibach, pijąc Martini ze słomki i z pięcioma Afroamerykanami tańczącymi wokół mnie, to stałam na cmentarzu w Nowym Jorku, na głównej alei i patrzyłam, jak Klaus Mikaelson, zaintrygowany zmierza w moim kierunku.

Parsknęłabym śmiechem z chwilą, kiedy sobie wyobraziłam tą scenkę na Karaibach, jednak fakt, że nie za bardzo radziłam sobie w sytuacjach stresowych całkowicie mnie sparaliżował.

Bo to była sytuacja stresowa.

Nie widziałam go trzy tygodnie. Trzy tygodnie bez jego uśmiechu, tego niesamowitego i szczerego. Bez jego spojrzenia, tego pełnego adoracji i uwielbienia, tak, jakbym była siódmym cudem świata. Bez jego pobłażliwych komentarzy, które dotyczyły mojego roztargnienia i ogólnej głupoty. Trzy tygodnie bez niego.

I inaczej niż przypuszczałam, wyglądał tak, jak zawsze uwielbiałam go widywać. Nieformalnie, w lekkiej skórze, koszuli pod spodem i jeansach. Po prostu jak Klaus, tylko ten o wiele bardziej rozluźniony i otwarty na innych, na mnie.

Szybko pokonał odległość dzielącą nas i stanął przede mną.

Uśmiechnęłam się lekko, patrząc w jego błękitne oczy, te których tak mi brakowało, nawet jeśli sobie tego wcześniej nie uświadomiłam.

- Miałam nadzieje, że przyjdziesz. - Powiedziałam cicho. Całe szczęście mój głos jakimś cudem wydawał się spokojny i zrównoważony. Czyli całkowite przeciwieństwo do tego, co czułam w środku.

Przez moment nadal patrzył na mnie, tak, jakby sprawdzał czy nadal jestem tą samą Caroline Forbes.

- Dobrze cię widzieć. - Szepnął po chwili.

Odchrząknęłam.

- Pewnie zastanawiasz się czemu prosiłam cię o spotkanie akurat tutaj.

Pokręcił głową.

- Nieważne. Po prostu cieszę się, że cię zobaczyłem. - Uśmiechnął się powoli.

Przegryzłam wargę. Cholera. Czułam się zupełnie, jakbym cofnęła się w czasie do chwili, kiedy go poznałam i znów byłam zdenerwowana z każdym słowem, które do niego mówię.

Zacisnęłam palce na kwiatach, które trzymałam w ukryciu za plecami.

Muszę wykorzystać swój nieodłączny sposób na wszystko: palnięcie prosto z mostu.

- Mikael Mikaelson. Aleja 67, grób 128. Po to tu przyszliśmy. - Momentalnie zbladł, nerwowo spojrzał w bok, potem znów na mnie. - A raczej ty. Ja przyszłam, jako osoba wspierająca.

Przeczesał włosy ręką.

- Nie mam kwiatów. Ani znicza. - Mruknął szybko. Łapał się ostatniej deski ratunku i... nie mogłam go winić. Widziałam, jak strach pojawia się w jego oczach, strach który zazwyczaj ukrywał pod swoją maską.

Uśmiechnęłam się miło i wystawiłam prawą dłoń z kwiatami do przodu.

- Ale ja mam.

Wiedziałam, że pójdzie. Że zrobi to, chociażby dla mnie. Nawet się tak bardzo nie przeciwstawiał. Jednak to nie miało sensu póki on sam nie będzie chciał.

Zrobiłam krok do przodu, zbliżając się do Klausa.

- Może ty nienawidziłeś go, a on ciebie, ale musisz zamknąć tamten rozdział w swoim życiu. Tylko tak będziesz w stanie pójść dalej, a oboje wiemy, że to nie daje ci spokoju. - Zacisnął szczękę. - Spróbuj, tym razem dla siebie, Niklaus.

Przytaknął z niechęcią. Posłałam mu pocieszające spojrzenie, złapałam za ramię i pociągnęłam w prawo.

Uśmiechnęłam się uroczo.

- Poza tym, jest to świetne miejsce na spotkanie. Cmentarze mają taki nieodparty urok, nie sądzisz? - Spytałam retorycznie, rozglądając się wkoło.

Klaus najzwyczajniej w świecie roześmiał się cicho.

Mikael Mikaelson

05.11.1959 - 12.04.2000

Zginął śmiercią tragiczną

Przycupnęłam sobie na ławeczce obok grobu ojca Klausa i obserwowałam, jak w ciszy stoi nad nim.

Było to dosyć niepokojące, zważywszy na to, że jeszcze nigdy nie widziałam tak milczącego Klausa, jednak może to i dobrze.

Schylił się, położył kwiaty i zajął miejsce obok mnie.

Na początku myślałam, że się obrazi. Że zacznie swój wywód na temat tego, że nie ma zamiaru wracać do przeszłości, jednak ku mojemu zdziwieniu on chyba... tego chciał. I jedyne czego potrzebował to wsparcia.

- Może... - Odchrząknął i spojrzał w dal. - Chcesz usłyszeć całą opowieść?

Jedna podstawowa rzecz...

- A chcesz mi ją powiedzieć?

Przytaknął szybko.

- Ojciec od zawsze dawał mi czysto do zrozumienia, że nie należę do Mikaelsonów. Że jestem po prostu przypadkiem, synem jego największego wroga w Nowym Jorku, bogatego maklera. Mój biologiczny ojciec, którego poznałaś, chciał utrzymywać ze mną kontakty. Na początku. I był wspaniały. Był jedynym facetem w którym miałem oparcie, jako dziecko. Mikael wkrótce zaczął się zmieniać. Nie wracał do domu po pracy, zaczął zdradzać matkę, a Rebekah wraz z Kolem pragnęli ojca. Kiedy Alexander odwiedzał mnie, Rebekah skakała z radości, a Kol nie mógł opanować podekscytowania. To on stał się dla nich ojcem. Ojcem, którego nigdy nie mieli. Mikael szybko to zauważył i uznał, że takie nic, jak Alex nie będzie zabierało mu jego całej rodziny. Więc postanowił go zniszczyć. Alex w parę miesięcy stał się bezrobotnym, zrujnowanym facetem, na którego wszyscy mają haka. A Mikael zaczął dostrzegać, że ma zaległości w byciu ojcem. - Skrzywił się. - Byłem już dużym dzieciakiem, praktycznie już wychowanym, a ten zajął się zmienianiem mnie. Ciągłe kłótnie, wyzywanie.

- A reszta? Co z resztą rodziny?

Uśmiechnął się ciepło.

- Zawsze byli przy mnie. Zastanawia mnie to do tej pory. Mikael, jaki był taki był, ale nadal był ojcem Kola i Rebekah. Jednak ci zawsze stali po mojej stronie. Lata mijały, stawałem się coraz bardziej zamkniętym w sobie nastolatkiem, kiedy matka zachorowała. Miałem szesnaście lat. Opowiadałem ci już. Jechaliśmy do szpitala, zaczęliśmy się kłócić, zatrzymał samochód, wyszliśmy na pobocze, popchnąłem go i wpadł prosto pod koła innego samochodu. Zginął na miejscu. Sąd stwierdził, że mimo, że był to wypadek i tak mam spędzić dwa lata w poprawczaku. Matka załatwiła wszystko, miała wtyki więc wszystkie papiery utajniono, a że jeszcze wtedy nie byliśmy tak bardzo znani jako elita Nowego Jorku to wszystko rozeszło się po kościach.

Nie powiedział mi nic, czego nie mogłam się domyślić. Wszystko składało się w jedną, spójną całość. Słowa Rebekah "Miał trudne dzieciństwo". I jeśli mam być szczera, sama wobec siebie, to nie cieszyłam się z tego, że powiedział mi prawdę, że w końcu dowiedziałam się wszystkiego, najważniejsze było to, że się otworzył.

Uśmiechnęłam się.

- Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś. Że wyrzuciłeś to z siebie.

Powoli, na twarzy Klausa pojawił się uśmiech. Westchnął głośno, całe napięcie z niego zeszło.

- Ja też, Caroline.

Parsknęłam. Tęskniłam za tym, jak wymawiał moje imię.

- Idziemy, co?

Spojrzał na mnie zaciekawiony.

- Gdzie? Mam propozycje, jest taka świetna restau...

- Nie, Niklaus. – Przerwałam mu szybko, z uśmiechem zauważyłam, że jego brwi unoszą się w zaskoczeniu.- Idziemy gdzie indziej.

- Gdzie?

- Do pizzeri.

- Gdzie? - Spytał, niechęć była widoczna w jego spojrzeniu.

- Pamiętasz, jak powiedziałeś mi, że nie lubisz pizzy? Trzeba to zmienić.

Prychnął.

- Osobiście wolę...

- Niklaus. - Syknęłam.

Zacisnął usta i odpuszczając, przewrócił oczyma.

- Co ja dla ciebie nie zrobię.

Uśmiechnęłam się szelmowsko.

Małymi kroczkami, nie?


Zapraszam od razu na epilog!