James Potter zawsze był; po prostu. Przemykał gdzieś z boku, stał z tyłu Sali zaśmiewając się do łez, uśmiechał się pokrętnie i rzucał żartami. Odkąd postawiłam nogę w Hogwarcie stanowił, razem z pozostałymi Huncwotami, nieodłączną część mojej rzeczywistości. Bywał na pierwszym planie, zwykle jednak stanowił tło mojego szkolnego życia. Wakacje w Skromnym Trzmielu również i to zmieniły. James, z właściwą sobie swobodą, tanecznym krokiem wkradł się do kręgu moich najbliższych znajomych. Zupełnie przez przypadek i bez mojej wiedzy, w dużej mierze tak samo, jak rok wcześniej Parker. Dzieli z nią jeszcze jedną cechę: jego zadaniem życiowym jest nie pozwolić, żeby ktokolwiek z jego najbliższych był nachmurzony. Wciąż emanuje na wszystkie strony chęcią rozbawienia innych, sam nie lubi otaczać się smutnymi osobami.

Odpowiada mi to. Po ataku, wraz z zwiększającą się liczbą zaginięć i morderstw śmiech stał się czymś na wagę złota. James uczynił z niego nową walutę w moim życiu. Stał się czymś, czego wszyscy szukali i zazdrościli, a Huncwoci posiadali na niego monopol.

Mój związek z Jamesem Potterem był trzecim w moim życiu i ma w sobie po trochę z dwóch poprzednich plus dodatkowe, typowe James'owe gratisy. Zaczął się niewinnie. Niby od niechcenia pojawiałam się tam, gdzie wiedziałam, że Potter będzie. I mimowolnie chciałam na nim zrobić wrażenie. On za każdym razem przystawał i mnie zagadywał, czarując swoimi łobuzerskimi uśmieszkami. Nalegał w pomaganiu mi przy moich obowiązkach, choć nie był do tego zobowiązany. Kręciliśmy się wokół siebie, rzucając zalotnymi uśmieszkami. Nigdy wcześniej bym nie powiedziała, że potrafię flirtować. Jednak z James'em to nie ograniczało się do trzepotania rzęsami. Jakimś sposobem angażował mnie w złośliwe gierki słowne, zmuszał mnie do bycia czujną. To jego obecność jako pierwszą wyłapywałam po wejściu do pomieszczenia. I w sumie niewiele się w tej kwestii zmieniło.