Rozdział dwudziesty: Wrzask na alarm

Harry akurat jadł śniadanie, kiedy drzwi do Wielkiej Sali się otworzyły. Wyciągnął szyję, żeby zobaczyć kto przyszedł, mrugając. Czyżby inne szkoły już przyjechały na Turniej Trójmagiczny? Miał wrażenie, że nikt wokół niego ostatnio nie mówi w sumie o czymkolwiek innym, więc takie nowiny szybko by do niego dotarły.

Draco dźgnął go palcem.

– Harry, ja ci tu staram się wytłumaczyć, czemu uważam, że Julia Malfoy była Mroczną Panią.

– Kiedy ci mówię, że nie mogła nią być, o ile nie zadeklarowała się w którymś momencie swojego życia Mrokowi jako Lady – prychnął Harry, którego zainteresowanie wzrosło, kiedy do sali weszły dwie zakapturzone czarownice. – Tylko dlatego, że miała pewien rodzaj mocy wcale nie znaczy, że zrobiła to, czego byś od niej chciał.

– Ale czemu niby miałaby się nie zadeklarować jako Lady? – zapytał nabzdyczony Draco. Wyglądało na to, że nie zauważył dwóch kobiet, które ruszyły szybko w kierunku stołu prezydialnego, ale to Harry'ego wcale nie zaskoczyło. Nabierał coraz większego przekonania, że sieć Dracona miała jakiś związek z tym jego eliksirem, ale Merlin jeden wiedział, jaki; Draco wciąż nie chciał pozwolić Harry'emu przejrzeć książki, w której znalazł na nią przepis.

– Nie wiem, Draco – powiedział Harry i zamrugał, kiedy wreszcie rozpoznał obie czarownice. Jedna już wcześniej wyglądała na znajomą, ale nie był w stanie sobie przypomnieć skąd, póki nie zobaczył drugiej. Miała teraz proste, brązowo–mysie włosy, ale wciąż tę samą twarz, którą przywdziała, kiedy odwiedziła go w Lux Aeternie. Nimfadora Tonks. Co ona tu robi?

– Hej, to moja kuzynka – powiedział Draco, najwyraźniej wreszcie zwracając uwagę na to, co się dzieje. – Ciekawe, co tu robi?

Dwie aurorki zatrzymały się przed stołem prezydialnym.

– Dyrektorze Dumbledore – powiedziała aurorka Mallory podniosłym, dźwięcznym głosem – czy możemy zająć panu chwilę?

– Nawet więcej niż tylko chwilę, moje drogie panie – powiedział Dumbledore, pochylając lekko głowę. Harry widział jednak obawę wymalowaną na jego twarzy, jakby nie próbował się z nią kryć; często pojawiała się, kiedy przebywał w pobliżu Harry'ego. Wyglądało na to, że też nie wiedział, co się dzieje. Na swój sposób, Harry'emu ulżyło na ten widok. Oznaczało to, że to nie był jakiś spisek Dumbledore'a. Z drugiej jednak strony, Harry był zmuszony obserwować niepewnie dalszy ciąg wydarzeń, a nie znosił nieprzewidywalności i nagłych zmian.

– Dziękuję. – Aurorka Mallory ukłoniła się przed nim i wyglądało na to, że po drodze szturchnęła subtelnie Tonks, żeby ta ukłoniła się razem z nią. Następnie wyciągnęła z rękawa zwój. – Przepraszam, że robię to w gronie publicznym – dodała, chociaż Harry nie wiedział, po co – ale Madam Bones uważała, że tak będzie najlepiej, biorąc pod uwagę wszystko to, czego dowiedzieliśmy się o nim w ciągu ostatnich kilku godzin.

Harry poczuł, jak serce mu zamarło, po czym nagle jego rytm przyśpieszył tak strasznie, że się zachwiał. Draco złapał go za rękę i mówił coś, czego Harry nie był w stanie usłyszeć ponad własnym szumem w uszach. Milicenta złapała go za ramiona, zupełnie jak wtedy, kiedy Regulus nagle zniknął z jego głowy, i zmusiła go do opadnięcia na ławkę.

Z jakichś powodów, mimo że nie słyszał ich kojących słów, bez problemu był w stanie usłyszeć słowa aurorki, kiedy ta zaczęła czytać.

– Przyszłyśmy tutaj z rozkazu Madam Amelii Bones, przewodniczącej departamentu przestrzegania praw czarodziejów, żeby aresztować profesora Severusa Snape'a pod zarzutem podania Jamesowi Potterowi eliksiru, który spowodował jego szaleństwo – tu Mallory musiała podnieść głos, ponieważ po sali rozniósł się szum, kiedy podekscytowani uczniowie zaczęli wstawać od stołów – oraz eliksir o nieznanych jeszcze efektach ubocznych ministrowi Knotowi. Nie zarejestrował stworzenia tych eliksirów w ministerstwie i nie wysłał nam antidotum do przynajmniej jednej z nich. Zarówno James Potter jak i minister Knot wnieśli oskarżenia. – Aurorka zamknęła zwój z powrotem jednym ruchem ramienia, po czym odwróciła się, żeby spojrzeć na Snape'a.

Harry był rad, że nie zjadł wiele, bo miałby w tym momencie chęć, żeby to wszystko zwrócić. Od razu zrozumiał co się dzieje, ale i tak go to zaskoczyło i teraz krztusił się, starając się opanować przyśpieszony oddech i nie dać się przytłoczyć sytuacji.

James zorientował się, że nie będzie w stanie odebrać mnie Snape'owi. Więc zabiera mi Snape'a.

Snape wstał, blady, ale opanowany.

– W tych oskarżeniach nie ma krzty prawdy – powiedział. – Wszyscy wiedzą, że James Potter jest moim rywalem jeszcze z czasów szkolnych. Powiedziałby cokolwiek, co mogłoby ściągnąć na mnie kłopoty. A minister porwał mojego wychowanka. Nic dziwnego, że wnieśli oskarżenia.

– Mamy dość dowodów, żeby pana aresztować – powiedziała sucho Mallory. – Mamy naocznych świadków nagłej zmiany zachowania Pottera, pod postacią jego samego, Remusa Lupina i Madam Hellebore Shiverwood. W dodatku minister i Augustus Starrise są gotowi, by zeznawać, że nakarmił pan ministra nieznanym eliksirem w dniu, w którym pan go odwiedził, podczas równonocy jesiennej. W dodatku mamy również dowody na piśmie na to, do czego miał być przeznaczony pański eliksir szaleństwa, spisane przez pańskiego wychowanka, Harry'ego Pottera. – Obejrzała się spokojnie na stół Slytherinu.

Harry poczuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Napisał notatkę dla Remusa, którą załączył w przesyłce do antidotum. Wyjaśnił, do czego służy i dlaczego wierzy, że akurat ta kombinacja składników podziała na eliksir szaleństwa, który James w pewnym momencie musiał przyjąć. Dodał też zdanie o tym, że sam uwarzył to antidotum, bo nie wierzył, że Snape sam by to zrobił.

Przepełniona zdradą mina Snape'a była nie do zniesienia. Harry wzdrygnął się i powstrzymał się przed ucieczką z Wielkiej Sali. Wciąż musiał się czymś zająć. Jego opiekun mógł go w tym momencie nienawidzić, ale to nie oznaczało, że Harry powinien się poddać i nawet nie próbować go ratować.

– Usiądź zanim się przewrócisz – syknęła mu do ucha Milicenta, naciskając mocniej na jego ramiona.

– Nie, do cholery – warknął na nią Harry, sprawiając tym, że aż się od niego odsunęła z zaskoczenia, po czym wyrwał się spod coraz silniejszego uścisku Dracona. Minął szybko stół Slytherinu i z bijącym mocno sercem ruszył w kierunku aurorek. Być może nie było to wyjątkowo odważne z jego strony, ale wbijał wzrok w kobiety, a nie w Snape'a.

Kiedy mijał stół Hufflepuffu, poczuł lekki dotyk na swoim ramieniu i obejrzał się. Justin marszczył brwi, patrząc się na niego z niepokojem. Twarz Zachariasza była w gruncie rzeczy bez wyrazu, ale kiedy zobaczył, że Harry na niego patrzy, podniósł brwi i bezgłośnie powiedział "powodzenia".

Harry odwrócił głowę i, niemal zrządzeniem losu, napotkał wzrok swojego brata. Connor wyglądał na przerażonego, ale kiwnął mocno głową. Harry'emu lekko ulżyło. Przynajmniej Connor nie był rozdarty, uważając, że powinien wspierać Jamesa w tym... niedorzecznym planie.

Tym absolutnie legalnym planie. Snape naprawdę zrobił wszystko to, o co go oskarżają.

Ta myśl sprawiła, że Harry'ego oblał zimny pot, kiedy wreszcie się zatrzymał przed parą aurorek i pokłonił się przed nimi. Tonks patrzyła jak idzie w ich kierunku, z każdym jego krokiem jej mina była coraz bardziej nieszczęśliwa. Aurorka Mallory obserwowała Snape'a, jakby tylko czekała aż ten wyciągnie różdżkę i rzuci się na nią, cała spięta i gotowa do walki. Harry nie miał najmniejszej ochoty zobaczyć tego, co mogłoby się stać, gdyby Snape czegokolwiek spróbował. Czuł moc wibrującą pod skórą Mallory, nie była wiele słabsza od Snape'a i przeszła przez trening, którego on nigdy nie miał. Jeśli przynajmniej zmusi Snape'a do bronienia się przed nią z pomocą mrocznych sztuk, to tylko będzie dla niej nowy powód, żeby go aresztować.

– Aurorki – powiedział.

Mallory zerknęła na niego i zamrugała.

– Potter – powiedziała. – Czy coś się stało?

– Chciałbym tylko powiedzieć, że wierzę słowom profesora – powiedział Harry. – Mój ojciec już od dawna próbował go... znieważyć. – Mógł pokazać im kopie obraźliwych listów, które wysłał mu James. Był gotów zrobić wszystko, byle tylko uchronić Snape'a przed odebraniem mu magii, czy zrobieniem mu czegokolwiek, co teraz się robiło więźniom, którzy normalnie trafiliby do Azkabanu. – A minister go nie lubi, ani mu nie ufa. Jestem w stanie tego wszystkiego dowieść.

– Jesteś gotów zaprzeczyć dowodom spisanym własną ręką? – zapytała Mallory sceptycznie.

Nigdy bym tego nie spisał, gdybym wiedział, do czego to zostanie wykorzystane – powiedział Harry.

Z miejsca zorientował się, że powiedział coś nie tak. Twarz aurorki się spięła, a ona sama pokręciła głową.

– Pańska lojalność jest godna podziwu, panie Potter, ale w tym przypadku chybiona. On naprawdę zrobił wszystko to, o co został oskarżony. Motywacje ludzi, którzy wnieśli te oskarżenia może nie są niewinne – Merlin jeden wie, że takich sytuacji widziałam już dość – ale nie tłumaczy to go z jego zbrodni. Wątpię, żeby się ich dopuścił, gdyby jego własne motywacje były niewinne. – Jej wzrok przeskoczył znowu na Snape'a, który zmienił lekko pozycję, jakby był gotów sięgnąć po różdżkę. Jej głos opadł do warkotu. – Najlepsze, co może mu pan teraz poradzić, to żeby spokojnie poszedł z nami.

– A jak planujecie go ukarać? – Harry się starał, naprawdę, ale spięcie i tak zakradło się do tych słów.

Mallory zamrugała.

– Ależ... w ogóle go nie ukarzemy. Zaczekamy na proces i zobaczymy, czy Wizengamot nie ogłosi go winnym – powiedziała. – W takiej sytuacji będzie musiał się zebrać cały Wizengamot, żeby go osądzić i podjąć właściwą decyzję. – Jej twarz złagodniała. – Obiecuję panu, panie Potter, że mamy zamiar przestrzegać prawa co do joty. Żadnej kary czy bicia przed rozprawą, bez względu na to, co pan sobie o nas myśli. Zdaję sobie sprawę, że dochodziło do takich sytuacji w trakcie Pierwszej Wojny, ale auror Scrimgeour pozbył się wszystkich, którzy próbowali to egzekwować w czasie pokoju. Jeśli skrzywdzę więźnia, to tylko dlatego, że to moja praca, bo próbował się stawiać aresztowaniu, a nie dlatego, że coś mi zrobił albo że wierzę, że jest winny.

– A co ze Sforą ministra? – zażądał Harry. – Czy może mi pani zagwarantować, że nie spróbują go znaleźć i uciszyć?

– Jestem gotowa złożyć panu przysięgę czarodzieja, że do tego nie dopuszczę. – Mallory obejrzała się z namysłem na Snape'a. – Nie wiem, czy bardziej jest zagrożony, że sam jest zagrożeniem, ale w imię Merlina i mojej magii, obiecuję ci, że dotrze na swój proces żywy. Nic go przed nim nie spotka, ani minister, ani jego Sfora, zapewniam pana.

Harry poczuł jak przysięga opada wokół niego i wiedział, że nie dostanie od aurorki niczego więcej. Już i tak dała mu więcej niż musiała, prawdopodobnie ze współczucia wobec dziecka, którego opiekun okazał się być tak podły. Kiwnął głową.

– Dziękuję – powiedział.

– To jak będzie, profesorze Snape? – Głos Mallory był spokojny, ale jej różdżka była wycelowana w Snape'a. – Będzie się pan opierał aresztowaniu, czym tylko przysporzy pan sobie więcej problemów, czy pójdzie pan z nami spokojnie?

Snape warknął głucho, ale ku uldze Harry'ego nie zaczął się wściekać, jak to miał tendencję robić w ciągu ostatnich paru dni. Wyciągnął różdżkę z rękawa i położył ją, bardzo dumnie, na stole, po czym odwrócił się i założył ręce za sobą. Mallory zaczęła szybko szeptać zaklęcia, których, jak się Harry'emu wydawało, zadaniem było zapieczętowanie magii Snape'a w jego ciele.

Skorzystał z okazji i zwrócił się w kierunku Tonks. Ta spojrzała w dół na niego, jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż kiedykolwiek.

– Tonks – szepnął. – Czy możesz porozmawiać ze Scrimgeourem jak już wrócicie do ministerstwa? Czy możesz mu powiedzieć, że mam wrażenie, że główną motywacją do aresztowania Snape'a była złość i nienawiść, a nie sprawiedliwość?

Tonks zamknęła oczy.

– Harry...

Harry wiedział, że prosi o wiele. Mógłby w ten sposób doprowadzić do jej zwolnienia ze stanowiska, a nie byli nawet formalnymi sojusznikami. Ale i tak pytał dalej, po prostu swoim milczeniem, a kiedy Mallory zakończyła ostatnie zaklęcie, Tonks kiwnęła mu niechętnie.

Harry uścisnął mocno jej rękę, po czym odsunął się z drogi i patrzył z rezygnacją jak Mallory wyprowadza Snape'a zza stołu prezydialnego. Tonks zajęła swoje miejsce po jego prawej stronie i ruszyli w stronę drzwi. Harry znalazł w sobie odwagę zanim jeszcze przez nie wyszli, podniósł głowę i spojrzał w ciemne, płonące oczy. Wiedział, że będą tam na niego czekały.

Jego wzrok wrył się w niego i rozerwał go na strzępy, ale Harry był w stanie to znieść. Już przeżył koszmar utraty rodziców i mentorów. Był w stanie przeżyć to jeszcze raz. Pozwolił Snape'owi zobaczyć to, co miał wrażenie, że zobaczy w jego oczach i patrzył, jak jego złość rozpływa się w zdumienie. Chwila jednak minęła i aurorki odprowadziły Snape'a już tak daleko, że ten nie był w stanie się obejrzeć na Harry'ego, nie wyglądając, jakby robił to ostentacyjnie. A Harry wiedział, że by tego nie zrobił. Jedyne, czego Snape nienawidził najbardziej na świecie, to obnażanie się z własnymi słabościami, pokazywanie swoim wrogom jak bardzo go skrzywdzili.

Harry patrzył, jak aurorki wychodzą z Wielkiej Sali. Miał wrażenie, że wychodzą w ciszy, nawet jeśli ludzie wokół trajkotali już tak głośno, że przypominało mu to szum fal na plaży podczas letniego przesilenia. Odwrócił się dopiero, kiedy usłyszał jak dyrektor wstaje i woła o ciszę, reprymendą, która miała w sobie delikatne przymuszenie. Harry zrzucił je z siebie wzruszeniem ramion i usłyszał jak Wielu syczy ze złością.

– Uczniowie, uczniowie – zawołał Dumbledore, głosem słodkim od żalu. – To jest zdecydowanie smutny dzień i wszyscy powinniśmy rozpaczać nad utratą tak znakomitego nauczyciela jakim jest profesor Snape. – Harry usłyszał jak ze wszystkich stołów poza Ślizgońskim rozbrzmiewają prychnięcia i parsknięcia, których nikt nie starał się nawet stłumić; dla pozostałych domów Snape był wyjątkowo nieprzyjemnym nauczycielem. – Nie wątpię jednak, że jego nieobecność jest tylko chwilowa. W międzyczasie sam wezmę na siebie zajęcia z eliksirów, jako że mam dość wiedzy na ten temat. – Uśmiechnął się łagodnie, kiedy szum pogardy i śmiechu zmienił się w podekscytowanie. – Mam nadzieję, że nikomu to nie będzie przeszkadzało?

Okrzyki brzmiały generalnie jak "pewnie, że nie!". Harry pokręcił głową, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech. Snape nigdy nie był popularny i czasami zastanawiał się na głos, czemu nie darzy się go większym szacunkiem. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że próba wytłumaczenia mu tego spełzłaby na niczym.

– W takim razie ogłaszam, że dzisiejsze zajęcia z eliksirów zostają odwołane, ponieważ potrzebuję spędzić go na nauczeniu się planu lekcji i systemu nauki profesora Snape'a – powiedział Dumbledore, czemu odpowiedział chór wesołych okrzyków. – Niech pan usiądzie z powrotem, panie Potter – dodał łagodniejszym tonem.

Harry odwrócił się i spojrzał na Dumbledore'a. Jego wzrok był jasny i pełen pewności siebie. Jeszcze nigdy nie wyglądał bardziej jak generał Światła, którego Lily uczyła go, że powinien podziwiać i szanować.

– Odzyskamy go – zapewnił go Dumbledore.

Harry pochylił głowę, nie patrząc już na innych profesorów, po czym poszedł szybko w kierunku stołu Slytherina. Odwołane eliksiry oznaczały, że przez kilka najbliższych godzin nie będzie miał nic do roboty, a chciał się porządnie zastanowić nad swoim kolejnym krokiem, zanim go wykona.

Miał już, oczywiście, w głowie potencjalny zalążek planu, ale wiele by go kosztował i rozwiązałby tylko połowę problemu. Jeśli wpadnie na coś lepszego, to się tego chwyci.

Przy stole Slytherinu przyjął klepnięcie po ramieniu od Milicenty, ciepłe słowa od Pansy, pomruki pełne sympatii od Blaise'a i Vince'a – Snape wciąż był ich głową domu, nawet jeśli nic więcej dla nich nie znaczył – i niespodziewanie zgrabne, silne przytulenie od Dracona, który nie chciał go puścić, dopóki Harry nie powiedział mu łagodnie, że naprawdę musi się udać do wieży Gryffindoru, żeby porozmawiać ze swoim bratem. Draco nie protestował, a Harry jeszcze za nic nie był bardziej wdzięczny odkąd aurorki zabrały mu Snape'a.

Zabrali mi Snape'a.

No cóż, to tylko oznacza, że muszę go odzyskać.


Harry miał szczęście – bo nie znał najnowszego hasła do wieży Gryffindoru – i pojawił się przy portrecie Grubej Damy akurat wtedy, kiedy zjawili się tam Ron, Connor i Hermiona. Hermionie wystarczyło tylko spojrzeć na twarz Harry'ego, żeby złapać Rona za rękaw i nakłonić go do zwolnienia kroku i pozostania w tyle. Ron zamrugał na nią, spojrzał przed siebie, zobaczył czekającego Harry'ego, zamrugał jeszcze raz, po czym nagle kiwnął głową, rumieniąc się lekko. Razem z Hermioną zatrzymali się, pozwalając Connorowi spotkać się z Harrym sam na sam.

– Nie wiedziałem, przysięgam, nie miałem pojęcia, że tata zrobi coś takiego – wydyszał Connor z desperacją, zatrzymując się zaledwie tylko kilka stóp od niego.

Harry przytulił swojego brata, zaskakując tym nawet siebie. Aż do tej chwili nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebował się do kogoś przytulić. Być może dlatego, że jego umysł bez przerwy wirował, zupełnie jakby miał zamiar się wyrwać z objęć czaszki.

– Wiem, wiem – szepnął, kiedy ramiona Connora objęły go mocno. – Wiem, że gdybyś coś wiedział, to byś mi o tym powiedział, zupełnie jak wtedy, kiedy pokazałeś mi ten list. A ja... no, też nie wiedziałem. Wydawało mi się, że spróbuje czegoś innego. – A teraz moja kolej na zrobienie czegoś innego. Harry odetchnął ciężko nosem. – Przyszedłem cię ostrzec. Naprawdę kocham tatę, dobra? I ciebie. I nawet... nawet mamę. – Harry odkrył, że tylko dlatego, że się nie chce przebywać w czyimś towarzystwie, wcale nie oznacza, że się przestało ich kochać. Miłość była naprawdę ciężka do kontroli. – Ale naprawdę muszę coś zrobić, żeby pomóc Snape'owi. I tylko jedna rzecz mi przychodzi do głowy. Jeśli wszystko pójdzie jak należy, to nie zostanie po tym nawet ślad. Jeśli nie, to, no, po prostu pamiętaj, że cię kocham. Naprawdę.

– Harry? – Ramiona Connora zacisnęły się wokół niego nagle. – Czy ty chcesz sobie zrobić w jakiś sposób krzywdę?

– Mentalnie – przyznał Harry, zaskoczony. Wydaje mu się, że spróbowałbym popełnić samobójstwo, albo że komuś tym zagrożę? Pewnie, że nie. Zbyt wiele mogę jeszcze zrobić za życia. – Nie fizycznie.

– No to i tak nie chcę, żebyś to robił.

– Muszę. – Harry łagodnie wyplątał się z uścisku Connora. – Muszę zrobić co w mojej mocy, żeby ochronić Snape'a.

– A może to ja chcę dla odmiany chronić ciebie. – Connor skrzyżował ręce na piersi i skrzywił się. – A ja nie chcę, żebyś robił cokolwiek, co cię w jakiś sposób skrzywdzi.

– Ale przecież muszę coś zrobić, Connor – zauważył Harry. – Aurorzy już aresztowali Snape'a. Wszystko się już zaczęło.

– No to niech sam się z tego wyplącze – syknął Connor, zaskakując Harry'ego ilością zawiści w swoim głosie. – Cholera by to wzięła, Harry, wiem, że go lubisz, może nawet kochasz, ale przecież on sam się w to wpakował. Niech teraz się zmierzy z konsekwencjami. Bo powinien. Czemu miałbyś się dla niego znowu poświęcać?

– Ponieważ poświęcenie z własnej woli to coś zupełnie innego od narzuconego. – Harry ścisnął mu ramię. – A ja muszę go bronić przed tym tak bardzo, jak tylko mogę.

– Za łatwo przebaczasz – ciągnął dalej Connor, którego orzechowe oczy płonęły gryfońskim uporem, który przysporzył mu tak wiele problemów w zeszłym roku. Harry miał nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Connor wyglądał, jakby był zdolny do powalenia go na ziemię i przytrzymania w miejscu, póki nie zrezygnuje ze swojego planu. – Prędzej czy później, Harry, wszyscy muszą dorosnąć. Ja musiałem. Snape już jest dorosły. Czemu on nie musi?

Harry westchnął.

– Nie pomogę mu we wszystkim, to pewne, ale jeśli nawet nie spróbuję, to moje sumienie nie da mi spokoju. Przecież jestem za to częściowo odpowiedzialny, napisałem ten list z wyjaśnieniami, który wysłałem Remusowi razem z antidotum.

– Ale musiałeś to zrobić – powiedział stanowczo Connor. – Inaczej Remus nie wiedziałby, co to jest i od kogo.

– Właśnie że by wiedział, przecież wysłałem to Hedwigą... – Harry pokręcił głową i wycofał się z tej kłótni. – Nieważne. Zrobię to i chciałem cię tylko ostrzec na wypadek, gdyby cały plan poszedł w diabły. – Przytulił swojego brata jeszcze szybko, po czym odsunął się od niego i ruszył przed siebie, sięgając po drodze do rękawa. Ścisnął czekający w nim amulet w kształcie pióra, żeby powiadomić pewną osobę, że ma dla niej historię.

– Harry! – zawołał za nim Connor, ale Harry spokojnie rzucił na siebie zaklęcie kameleona, żeby jego brat nie był w stanie za nim pójść, po czym udał się do sowiarni, miejsca, w którym się umówili ze Skeeter.


– Lepiej, żeby to było dobre, Potter – rozległ się głos Skeeter od strony okna w sowiarni.

Harry z zaskoczeniem spojrzał w jej stronę i zobaczył ją na miotle. Jej blond loki unosiły się nienaturalnie na wietrze. Siedziała w niesłychanie niewygodnej pozie na miotle. Harry uśmiechnął się, kiwając do niej, żeby podleciała bliżej. Wiedział, że osłony nie pozwoliłyby nikomu z niebezpiecznymi zamiarami wlecieć na miotle na teren szkoły, ale najwyraźniej nie uznały Skeeter za groźną.

To się pewnie zmieni, jeśli ten cios dotrze do celu.

– Właśnie zaczynałam pisać historię o aresztowaniu twojego opiekuna – narzekała Skeeter, przełażąc niezręcznie z miotły na parapet. Harry przygryzł wargę i powstrzymał się od śmiechu, kiedy zeskakując na ziemię, wpadła w sam środek piór i wypluwek. Skeeter ułożyła swoją sukienkę jak należy i odwróciła się w jego kierunku. – Teraz Honeywhistle wyda go pierwsza. A ona się ostatnio przyssała do boku ministra.

– Wydaje mi się, że to powinno zaspokoić obie strony twojej osobowości – bohaterki szukającej prawdy i koszmarnej plotkary – powiedział Harry, trzeźwiejąc znowu na myśl o tym, co się miało zaraz stać. – Mam dla ciebie historię powiązaną z aresztowaniem mojego opiekuna. I moim biologicznym ojcem.

Zignorował tętnienie w uszach. Tak, chciał to utrzymać w tajemnicy. Tak, nigdy nie chciał pokazywać nawet fragmentu tego światu czarodziejów, bo po co? Bez względu na to, czego by nie mówili Draco i Snape, to była sprawa ich rodziny i nikogo innego.

I tak zostanie, jeśli tylko tata zrobi, co powinien.

– Doprawdy. – Oczy Skeeter zalśniły, kiedy ta machnęła różdżką, tworząc sobie krzesło, na którym szybko usiadła. Wyciągnęła swoje pióro i zwój pergaminu, po czym skupiła na nim bystre spojrzenie. – Czekam.

Harry długo myślał o tym, jak to ułożyć w słowa – nie sam artykuł, ale to, ile powinien powiedzieć Skeeter. Spojrzał jej spokojnie w oczy.

– Nie wiem, jak wiele słyszałaś o tym, co mnie spotkało w domu, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami.

– Niewiele – powiedziała Skeeter. – Znaczy, wiem, że w zeszłym roku aurorzy przeprowadzali dochodzenie w sprawie twoich rodziców. Chyba było z nimi coś nie tak? Znajdowali się pod wpływem mrocznego zaklęcia, czy coś takiego. – Przechyliła głowę. – Bardziej mnie wtedy interesowało pisanie o Chłopcu, Który Przeżył. Ale mogę poszukać starych notatek.

Harry uśmiechnął się ponuro.

– Twoje notatki ci tego nie powiedzą. – Jego własny głos brzmiał dla jego uszu słabo i cicho. Trzymał na wodzy przemożną chęć do załamania się, czy do owinięcia się wokół tej tajemnicy i ukrycia jej przed wszystkimi już na zawsze. Ale nie miał prawa do takiego egoizmu. Snape może tego potrzebować.

Do tego to jedyne, co może przekonać tatę do odczepienia się, wycofania oskarżenia i trzymania się z dala ode mnie na przyszłość.

– Kiedy byliśmy mali, mój ojciec spędził większość swojego czasu z moim bratem – zaczął ostrożnie Harry. Nie wspominaj o Lily. Nie wspominaj o swoim treningu. Chcesz tylko zagrozić Jamesowi. – Bardziej go cenił, częściej się z nim śmiał, mocniej go kochał. Ten mroczny wypadek w zeszłym roku? Proste zaklęcie wystarczyło, żeby kompletnie zapomniał o tym, że istnieję. – Harry podniósł brew, zmuszając się do przybrania cynicznej i pełnej pogardy miny, i zaśmiał się. – Co z niego za kochający ojciec, skoro tak po prostu zapomniał o jednym ze swoich dzieci?

Pióro Skeeter mknęło po jej pergaminie. Harry powiedział sobie stanowczo, że to było wszystko, co się w tym momencie działo. Wcale nie był o krok od utraty przytomności. Musiał być silny. Silni ludzie nie mdleją.

– Czemu tak bardzo faworyzował twojego brata? – zapytała, przyglądając się mu uważnie.

Harry prychnął.

– Naprawdę cię to zastanawia? Connor jest Chłopcem, Który Przeżył. – Zobaczył w iskrę w jej oczach i wiedział, że uwierzy już mu we wszystko, co powie od tej chwili. Powiązali imię jego brata z pierwszym artykułem przeciw Knotowi, ponieważ to była sprawa polityczna, a Connor wciąż był sławniejszy od niego i miał większą reputację. Skeeter była skłonna uwierzyć w historię rywalizacji i zazdrości między rodzeństwem. Wybacz mi, Connor. W ciągu ostatnich kilku miesięcy nasze relacje poprawiły się niepomiernie. Ale tutaj chodzi o Jamesa z czasów, kiedy jeszcze byliśmy dziećmi. – W dodatku... – Celowo zawiesił głos, przybrał zbolały wyraz twarzy i zobaczył, że ją ma. Rita pochyliła się do przodu, końcówka jej pióra łaskotała ją po skraju zębów.

– W dodatku co? – zachęciła go.

Harry spuścił oczy, jakby było mu wstyd. Prawda była taka, że zmuszał się do rozważenia tych sytuacji, jakby przytrafiły się one komuś innemu. Tylko w ten sposób był w stanie opanować chęć do zwinięcia się w maleńką, maleńką kulkę i nikomu, nigdy o tym więcej nie wspominać. Czemu niby miałoby to kogoś obchodzić? To nie było ważne, to przecież nie może być dla kogokolwiek ważne. James i Lily nie byli kryminalistami. Byli rodzicami, którzy zrobili co było w ich mocy, starając się wychować dziecko, które, jak wszyscy myśleli, było obiektem gniewu Voldemorta i syna z magią zbyt potężną dla swojego własnego dobra. Nie zasługiwali na to, żeby ich aresztować czy karać. Popełnili błędy, ale każdy człowiek ma do nich prawo.

Ale wyminął ten strach i spojrzał ponad nim, mówiąc sobie, że ta prawda ujrzy światło dzienne tylko, jeśli James nie zrobi tego, co powinien.

– W dodatku bał się mnie. – Podniósł rękę i pozwolił, żeby pojawiła się nad nią niewielka bańka pełna światła, która przeleciała kawałek, po czym zapadła się w sobie, znikając. Nic wielkiego, ale zrobił to bez słowa i różdżki. Spojrzał w górę i napotkał spojrzenie Rity. – Sama mi mówiłaś, że byłaś tam, kiedy zaatakowałem ministra i Umbridge.

Skeeter kiwnęła głową.

Harry westchnął.

– Miałem już ten potencjał kiedy byłem naprawdę mały i mojego ojca to przerażało. Dlatego trzymał się ode mnie z daleka. – Zaśmiał się cicho. – Można by pomyśleć, że powinien się ze mną zaprzyjaźnić, nakłonić mnie do kochania go, żebym się nigdy nie zwrócił przeciw niemu, ale nigdy nawet nie spróbował.

Odwrócił się gwałtownie od tej oszałamiającej fali goryczy, która wzrosła mu w brzuchu i zastanowił się nad swoimi sprzecznymi impulsami. Wyglądało na to, że część jego chciała powiedzieć prawdę. Harry prychnął. Po co? Żeby dostać w zamian współczucie? Słabość, Potter.

Skeeter pisała nieprzerwanie, po czym nagle poderwała wzrok. Ku zaskoczeniu Harry'ego, wyglądała jakby się wahała. Przez chwilę przygryzała swoimi przerośniętymi, przednimi zębami swoją pełną wargę. Harry pozostał w bezruchu, zastanawiając się, jaki temat może sprawiać, że Skeeterczuje się na jego myśl nerwowo.

Zrozumiał dopiero, kiedy szepnęła:

– Znęcał się nad tobą?

Harry pokręcił głową.

– Nie, oczywiście, że nie! Nigdy mnie nie dotknął. – Skrzywił się, kiedy się zorientował jak to zabrzmiało. – Poza momentami, w których rodzic powinien dotykać swojego dziecka.

Skeeter dalej się tylko w niego wpatrywała. Wreszcie odezwała się, głosem kogoś, kto stara się kogoś pocieszyć, ale nie wie jak:

– To nie jest jedyna forma maltretowania.

Och. O kurwa. Muszę ją odciągnąć od tego toru myśli. Chcę tylko zagrozić Jamesowi tym, że pokażę wszystkim, że nie był przykładnym ojcem. Nie chcę jej nawet poddawać idei, że cokolwiek w tym stylu zachodziło u nas w domu, albo go naprawdę aresztują, i mamę też. Nie nie nie, nigdy. Nie mógłbym im tego zrobić. Nie mogę ich rzucić na pożarcie opinii publicznej. Już jest po wszystkim, skończyłem z nimi, nigdy więcej nie musimy do tego wracać.

– Po prostu trzymał się ode mnie z daleka – powiedział Harry i pozwolił, żeby nadąsany, narzekający ton pojawił się w jego głosie. – Byłem dla niego jak zabawka, ktoś z kim mógł się bawić, kiedy Connor był zajęty, albo spał. Bał się mnie, tak, ale starał się z tym kryć. – Westchnął i oparł głowę o ścianę. – Wiesz, czemu stara się mnie odebrać Snape'owi?

– Czemu? – Skeeter wciąż wyglądała na zaniepokojoną, ale z gracją pozwoliła na odwrócenie swojej uwagi.

– Ponieważ był rywalem Snape'a kiedy razem chodzili do Hogwartu. – Harry westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach. – Obaj zachowują się jak dzieci. Snape go zaatakował z tego samego powodu, ale wiesz, w jego przypadku człowiek nie jest tym aż taki zaskoczony, nie? On i tak ma już złą reputację, jest głową domu Slytherina i najbardziej znienawidzonym nauczycielem w szkole. Można by pomyśleć, że mój ojciec okaże się od niego lepszy, ale nie. Po prostu musi spróbować odebrać Snape'owi swojego syna, na którym i tak mu nigdy nie zależało, tylko dlatego, że to Snape się mną opiekuje. A mój ojciec przecież miał być tym szlachetnym, czystokrwistym czarodziejem Światła, byłym aurorem. – Harry pokręcił głową, tarmosząc sobie lekko włosy. – Można by pomyśleć, że okazałby się od niego lepszy – powtórzył.

Wyjrzał między palcami, żeby zobaczyć, jak Skeeter to przyjęła i zobaczył na jej twarzy drapieżną minę. Rozluźnił się. Pomimo całej swojej determinacji, żeby ludzie wreszcie zaczęli ją wreszcie podziwiać, w głębi duszy wciąż była po prostu koszmarną plotkarą. Niewiele zadowoli ją tak bardzo jak zbicie z pantałyku kogoś, kogo wielu aurorów i ludzi z ministerstwa podziwiało na wiele lat po tym, jak ten opuścił już swoje stanowisko.

– Wspaniale – powiedziała wreszcie Skeeter, podnosząc wzrok. – Będę w stanie wiele z tym zrobić. Artykuł wyjdzie za kilka dni...

– Nie – przerwał jej Harry.

Skeeter zmarszczyła brwi.

– Nasza umowa...

– Wiem, na czym polega nasza umowa – powiedział Harry. – Ale to jest coś innego. Mogę ci dać wiele innych historii. Ale ta jedna jest osobista. Prywatna. Specjalna. Zgodziłem się powiedzieć ci to wszystko wyłącznie dlatego, że James po prostu nie chce się, kurwa, poddać. Dlatego właśnie chcę go tym zaszantażować. Jeśli nie cofnie oskarżeń, to... – Słowa utknęły mu w gardle, ale i tak zmusił się do powiedzenia ich. – To będziesz mogła to opublikować.

Skeeter zawahała się, rozdarta. Harry obserwował ją spokojnie. Rozumiał jej punkt widzenia. Chciała, żeby artykuł został opublikowany, chciała, żeby ludzie go kupili, czytali, podziwiali jej słowa, komentując je z szokiem, chciała żeby James krwawił od uderzenia bicza, którego nigdy się nie spodziewał.

Ale z drugiej strony podobała też jej się perspektywa wzięcia w czymś takim udziału. Chciała być w środku wydarzeń tego kalibru, wiedzieć o sprawach, o których inni nie mieli pojęcia i pisać o nich w chwili, w której się o nich dowiedziała. Chciała władzy nad innymi ludźmi. Moc, która znajdowała się teraz w jej rękach, była chwilowa, dyktowana nie tylko jakością artykułów, które wydawała i opinią publiczną, ale też jej rywalizacją z Melindą Honeywhistle i innymi ludźmi, czy tym, jak długo ten skandal będzie dla czytelników interesujący. Harry oferował jej coś innego, coś bardziej politycznego – okazję do wybiegnięcia przed sytuację i opisania jej zawczasu, zamiast relacjonowania tego, co już zaszło.

Musiała też sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli wyda ten artykuł bez jego zgody, to nigdy więcej nie dostanie czegokolwiek od niego.

Harry czuł się niemal, jakby był w jej głowie, kiedy Skeeter podniosła wzrok i kiwnęła mu głową. Kiedyś sprawdził stare księgi rejestrujące uczniów w Hogwarcie, po prostu dla zaspokojenia własnej ciekawości, ale tylko potwierdził tym swoje podejrzenia. Już wcześniej wiedział, instynktownie, że Rita Skeeter była Ślizgonką.

– Czy mogę chociaż napisać ten artykuł i mu go wysłać? – zapytała potulnym głosem.

Harry podniósł brew.

– Oczywiście. O ile nikt się o nim nie dowie, nawet przypadkiem.

– Nie – powiedziała Skeeter, do której głosu zakradł się głęboki pomruk. – Oczywiście, że nie.

– Wyślij go razem z tym listem – poinstruował ją Harry, po czym wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu. – Wytłumaczyłem mu w nim wszystko. Rezygnuje z oskarżenia, albo zostanie obsmarowany na pierwszych stronach czarodziejskiego świata. – Zamilkł na moment, po czym rzucił jej surowe spojrzenie. – Ma tydzień na rezygnację. Jeśli artykuł pojawi się wcześniej, to będę bardzo zły, Rita. – Syknął na Wielu i mały wąż wysunął się z jego rękawa i odsyknął z powrotem.

Twarz Skeeter pobladła.

– Czy to...

– Część roju południowo afrykańskich kobr, tak. – Harry pogłaskał Wielu po karku i pozwolił, żeby ich język połaskotał go po dłoni. Zmusił się do wesołego tonu. – Czy wiesz, że jeśli chociaż jedno z nich napluje ci w oczy, to cię permanentnie oślepi? Wciąż nie znaleziono na to leku.

Skeeter odetchnęła nerwowo.

– Doprawdy, Potter, nie musisz mi grozić – mruknęła, wstając. – Chcę utrzymać to wszystko w tajemnicy równie mocno co ty.

Harry wzruszył ramionami.

– Tak się tylko upewniam. – Podał jej list do Jamesa i patrzył, jak siada na swojej miotle i wznosi znowu w powietrze. Posłała mu długie, powolne spojrzenie, które składało się z wielu emocji. Harry był jednak pewien, że zobaczył pośród nich strach i szacunek, więc nie przejmował się pozostałymi.

– Do zobaczenia, Potter – powiedziała, po czym odepchnęła miotłę od okna sowiarni.

Harry zamknął oczy i przez dłuższą chwilę stał w bezruchu. Miał tylko nadzieję, że James przejrzy na oczy i nie pozwoli, żeby jego rodzina została siłą wywleczona przed oko opinii publicznej. Co prawda do tej pory nie okazywał zbyt wiele rozsądku, ale też nie musiał stawiać czoła groźbie tak solidnej. Harry miał zamiar go zmusić do wycofania się, albo wykrwawienia się na oczach wszystkich.

A jeśli on przy okazji też będzie krwawił, to przynajmniej zrobił to z własnej woli.

Otworzył oczy i pokręcił głową. Póki co zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, zwłaszcza że zarzuty były prawdziwe. Muszę poczekać i zobaczyć, czy Scrimgeour jest w stanie zrobić coś w kwestii ministra zanim sam się za niego zabiorę.

Do tego, jeśli teraz się nie pośpieszy, to się spóźni na zaklęcia.