XXV

W drugiej połowie sierpnia w mieście pojawili się państwo Hammond, wioząc ze sobą potężne wiano Sammie, plus to, co ciotka uznała jeszcze za konieczne, skoro jej pupilka wychodziła za mąż. Oprócz więc typowego posagu zawierającego stroje, biżuterię, wszelkiej maści obrusy i zastawy, Elizabeth zakupiła jeszcze dodatkowe peniuary, chusteczki i halki dla chrześniaczki, stworzone specjalnie na tę okazję w najmodniejszym atelier krawieckim Waszyngtonu. Oczywiście przywiozła również suknię ślubną Abigail, gdyż Samantha pragnęła założyć w tym dniu właśnie ją. Nie obyło się jednak bez poprawek, ponieważ Abbie i jej córka nieco różniły się sylwetką. Nie zmieniły one jednak zasadniczo kroju tej eleganckiej, klasycznej kreacji i Jake prawie się rozpłakał, gdy ujrzał w niej córkę po ostatecznych przeróbkach. Była tak podobna do matki…

Co by nie mówić, wiano panny Carter wypełniło cztery wielkie skrzynie, a nad transportem czuwał oddział nowych rekrutów, który generał Hammond prowadził w ramach uzupełnienia kontyngentu żołnierzy w Colorado. Tym sposobem można było to w miarę bezpiecznie przewieźć, nawet z tymi wszystkimi bandytami czającymi się po drodze. Tylko idiota napadłby na tak silnie uzbrojoną grupę.

Ciotka Lizzy popłakała się ze wzruszenia, gdy ujrzała promienną Sammie. Widać było, że pobyt w tej dziczy jej służy, a może to była zasługa jej narzeczonego? Pułkownik O'Neill okazał się bowiem czarującym „młodym człowiekiem", który bez większych problemów przekonał do siebie nie tylko Elizabeth, ale również George'a. Na korzyść Jacka przemawiała też niewątpliwa aprobata Jacoba, który z właściwym sobie humorem wtajemniczył szwagierkę i jej męża w kulisy „zalotów" przyszłych nowożeńców. Zabawy było co nie miara, a narzeczeni czerwienili się po uszy, słysząc, jak ich miłość wyglądała z perspektywy osoby trzeciej.

- A jeśli to was nie przekonuje, że ci dwoje są dla siebie stworzeni, to dodam tylko, że dla Jacka Sammie zdecydowała się nauczyć gotować, a on bez mrugnięcia okiem zjada efekty jej … ummm… wysiłków.- mrugnął szelmowsko.

- Papo!

- Sir!- odezwali się jednocześnie zakochani.- Proszę przyznać, że Sam radzi sobie coraz lepiej w kuchni.- bronił jej ukochany.- Poza tym, jej ciasta, to istne pyszności!

- Więcej dowodów mi nie trzeba.- roześmiał się George.- Widzisz, moja droga…- zwrócił się do żony.- Jednak znalazł się ktoś, komu nie przeszkadza to małe „niedociągnięcie" Sammie!- dorzucił wesoło.- A tak się bałaś, że jej brak kulinarnego talentu zniweczy jej szanse na zamążpójście.

- Poślubiłbym Samanthę nawet gdyby zupełnie nie radziła sobie w kuchni, ponieważ posiada szereg innych zalet, które w niej cenię i podziwiałem, zanim dowiedziałem się o tym nieistotnym szczególe.- stwierdził miękko Jack.- Gdybym szukał kucharki, to bym ją zatrudnił, miast się z nią żenić. W żonie pragnąłem zawsze dobrego serca, odwagi i inteligencji, a Sam posiada nie tylko te walory. Jest idealna taka, jaka jest i nie widzę potrzeby, żeby się zmieniała.- stwierdził bez wahania, a jego ukochana się rozpromieniła.

- Nauczę się jednak gotować Jack.- zapewniła.- Chcę być dobrą żoną. Chcę, byś był ze mnie dumny.- powiedziała.

- Jestem, Sam.- odparł łagodnie.- Obym tylko kiedyś naprawdę zasłużył na to szczęście, które przy tobie odnalazłem i sprawił, byś ty była dumna ze mnie.- dodał.

- Nie musisz, najdroższy. Nie mogłabym być bardziej dumna z ciebie, nawet, gdybym chciała.- szepnęła szczęśliwa i wzruszona.- Wychodzę za najwspanialszego mężczyznę na świecie i każdy, kto ciebie zna, z pewnością się ze mną zgodzi.

- A ja myślałem, że to mnie uważasz za najwspanialszego na świecie, Sammie!- wtrącił szelmowsko jej ojciec i dziewczyna się zaróżowiła.

- Jesteś najwspanialszym ojcem na świecie, papo, lecz Jack …- wymamrotała zawstydzona.

- Rozumiem, rozumiem!- machnął ręką Jacob i uśmiechnął się szeroko.- A więc dożyłem szczęśliwie czasów, gdy dla mojej królewny nie jestem już najważniejszym mężczyzną świata. Teraz pozostaje mi czekać na wnuki!- dokończył psotnie, a para przybrała barwy dojrzałego pomidora.

Liz była zachwycona pułkownikiem. Bez cienia wątpliwości Jack był najlepszym, co mogło spotkać jej ulubienicę. Uwielbiał Sammie i to było widać. Patrzył na nią z taką adoracją, z taką czułością, a co ważniejsze, słuchał tego, co miała do powiedzenia. Oznaczało to, że ją szanował. Był od niej nieco starszy, to prawda, lecz Samumie zawsze była dojrzalsza niż inne dziewczęta w jej wieku, więc poza srebrem we włosach oficera, prawie nic nie wskazywało na różnicę w wieku, ponieważ Jack O'Neill był bardzo przystojnym mężczyzną. Kiedy na dodatek usłyszała, jakim szlachetnym, odważnym i dobrym człowiekiem się okazał, wiedziała, że to idealny mąż dla jej małej dziewczynki.

- Już nie takiej małej!- westchnęła w duchu i uśmiechnęła się pod nosem.

Co do Samanthy, jej chrześniaczka bez wątpienia odwzajemniała uczucie i bynajmniej się z tym nie kryła. Widać było, że jest bardzo zakochana w narzeczonym i nie może się doczekać chwili, gdy się pobiorą. Niegdyś niemal przeciwna małżeństwu i zakładaniu rodziny, dziś pragnęła tego równie mocno, co jej ukochany. Zaróżowiona, wyznała to ciotce, gdy rozmawiały sam na sam.

- Chciałabym mieć dużo dzieci.- powiedziała nieśmiało.- Jack byłby cudownym ojcem. Okoliczne dzieci go kochają, a on kocha je. Nie dane mu było poślubić swej pierwszej miłości i założyć z nią rodzinę, więc chcę mu to wynagrodzić, chcę, by poczuł, jak to jest trzymać w ramionach własnego synka czy córeczkę.

- To piękny gest, lecz czy pragniesz tego również ze względu na siebie, Sam?- spytała Elizabeth.- Przez wyjazdem ze stolicy wydawałaś się być niezbyt zainteresowana macierzyństwem.

- To prawda, ciociu.- przyznała blondynka.- Nie myślałam o tym, może dlatego, że nie sądziłam, iż gdzieś, kiedyś spotkam swoją bratnią duszę. To się jednak stało i odkąd pierwszy raz ujrzałam Jacka czuję, że tylko z nim mogę uczynić ten krok. Czuję to tutaj.- dorzuciła, kładąc rękę na sercu.

- Zatem cieszę się za ciebie, kochanie.- uśmiechnęła się pani Hammond.- Wierzę, że Bóg nie poskąpi wam błogosławieństw i w tym małżeństwie odnajdziecie wiele szczęścia. Obiecaj mi jednak, że wuj George i ja będziemy mieli okazję wziąć w ramiona wasze przyszłe pociechy. W końcu, będą mi praktycznie niczym własne wnuki!- poprosiła stanowczo.

- Ma ciocia moje słowo. Odwiedzimy was w Waszyngtonie, a drzwi naszego domu tutaj albo w Minnesocie, będą zawsze stały otworem dla dwojga ludzi, którzy przez tyle lat dawali mi dom.- przysięgła.- Poza tym, maluszki będą szczęśliwsze mając troje dziadków, zamiast tylko jednego!- dodała, a Lizzy się roześmiała.

- Zawsze byłaś przewidującą panienką, Sammie.- stwierdziła z humorem.

- Mam to chyba po ojcu.- odparła równie rozbawiona dziewczyna.

- Kto wie, kochanie. Kto wie…- przytaknęła jej ciotka.

- Nie powiedziała mi jeszcze ciocia, co u Marca i Annie.- zmieniła temat panna Carter.

- Istotnie.- odparła Liz.- Z tego wszystkiego zapomniałam dać ci prezent od nich. To fotografia całej rodziny, wraz z ich nowym dzieckiem. To córeczka, Jenny. Urodziła się dwa tygodnie temu, bez żadnych komplikacji. Ona i Annie czują się doskonale, a twój brat jest wniebowzięty, bo to pierwsza dziewczynka w rodzinie. Bardzo podobna do Annie, jeśli chcesz znać moje zdanie.- stwierdziła, wyjmując z torebki rzeczony podarek.

- Rzeczywiście, w przeciwieństwie do Josha i Jamie'ego, niewiele ma z Carterów.- zgodziła się Sam.- Może poza czołem…- zastanawiała się.- Tak czy inaczej, jest śliczna. Cieszę się ich szczęściem.- dorzuciła.- Pogratuluję Marcowi osobiście, gdy tu dotrze. Domyślam się jednak, że Annie zostanie w domu?

- Owszem, taka podróż nazbyt by ją zmęczyła. Rodzice zaopiekują się nią i dziećmi pod nieobecność twego brata.- powiedziała Elizabeth.

- To dobra myśl.- przytaknęła Sam.- Dojazd tutaj z Denver bywa niebezpieczny, skoro kolej jeszcze nie dotarła do miasta, więc lepiej nie ryzykować. Żołnierze papy robią, co mogą, by zapewnić bezpieczeństwo podróżnym, lecz napady wciąż jeszcze się zdarzają. Niedawno nawet Jack padł ofiarą jednego, choć nazbyt nieudolnego, jak opisał.

- Naprawdę?- zdumiała się Liz.- Opowiedz mi o tym!- poprosiła.

Sam zgodziła się i zaczęła historię:

- Otóż, to było tak…

Carolyn i Cameron przybyli do Springs tydzień przed uroczystością, niemal na równi z bratem Samanthy. O ile oni z głębi serc cieszyli się na myśl o tym związku, to młodszy Carter, zgodnie z przewidywaniami Sam i Jake'a, był ostrożny w opiniach i bardziej powściągliwy w zachowaniu. Naprawdę starał się znaleźć w potencjalnym szwagrze coś, co eliminowałoby go jako dobrą partię dla Sammie, co zresztą bardzo irytowało tę ostatnią. Nie omieszkała więc wygarnąć bratu słówka lub dwa, w związku z jego poczynaniami. Zrobiła to naturalnie na osobności, by nie zasmucać ukochanego lekceważącym zachowaniem Marca. Nie była jednak dość dyskretna, bo mimowolnie pułkownik stał się świadkiem ich zażartej dysputy i w tej sytuacji nie mógł pozostać bezczynny.

- Robisz błąd! Będzie tak samo jak z naszą matką!- stwierdził Marc.- On cię tylko unieszczęśliwi, bo tak naprawdę nie macie ze sobą nic wspólnego!

- Marc!- zaprotestowała dziewczyna.

- Z całym szacunkiem…- wtrącił O'Neill, przerywając zaskoczonemu rodzeństwu.- Zdaję sobie sprawę, panie Carter, że uważa mnie pan za niegodnego pańskiej niezwykłej siostry. Sam często się zastanawiam, co Samantha ujrzała w takim starym wiarusie jak ja. Bóg wie, że mogła wybrać lepiej.- dodał.- Nie pozwolę jednak, by okazywał jej pan taki brak szacunku, zwłaszcza że nie znam mądrzejszej i wspanialszej kobiety od niej. Pańska siostra posiada więcej zdrowego rozsądku w jednym palcu, niż większość moich rekrutów, a nawet oficerów. Jest inteligentna, silna, odważna i wie, czego chce od życia. To nie grzech, lecz zaleta!- wyliczał.- Jeśli dodać do tego czułe i dobre serce oraz wrażliwą duszę, to tylko głupiec nie doceni, jakim jest skarbem, jakim unikatem wśród pospolitości tego świata. Kocham Samanthę.- powiedział stanowczo.- Zapewne nie jestem jej wart, jak zresztą większość mężczyzn, skoro jest tak niepowtarzalna, ale to nie zmienia faktu, że oddam za nią życie i stanę naprzeciw każdego, kto ją rani lub okazuje brak respektu, nawet jeśli to jej własny brat!- dokończył z pasją.

- Zaś ja mu w tym pomogę.- dorzucił Jake, który przysłuchiwał się tej mowie z głębi holu.- Synu…- zwrócił się do pierworodnego.- Wiem, że nie darzysz wojskowych sympatią, że masz mi za złe, iż nie poświęcałem rodzinie tyle czasu, co trzeba, ale nie oceniaj wszystkich z góry tylko dlatego, że noszą mundur.- poprosił.- Nie traktuj też siostry jak bezrozumnej istoty, bo obaj wiemy, że jest mądrzejsza od nas obu i wie, co dla niej dobre. Jack to szlachetny, honorowy i dobry człowiek, bez reszty oddany Sammie. Zaakceptuj to, proszę, zanim twe uprzedzenia do reszty rozbiją rodzinę. Ani Sammie, ani jej narzeczony na to nie zasługują, a i ja nie pozwolę, byś zakłócał ich radość z nadchodzącego ślubu. Jak więc będzie, Marc?- spytał na koniec i wszyscy spojrzeli na młodszego Cartera wyczekująco.

Cóż miał robić? Najwyraźniej klamka już zapadła. Poza tym, pomijając wtrącanie się w cudze rozmowy, mowa pułkownika nawet mu zaimponowała i, choć ciężko mu to przechodziło przez gardło, musiał przyznać, że w słowach ojca też było dużo prawdy. Tak naprawdę nigdy nie rozumiał Samanthy. Była inna niż większość dziewczynek, a potem kobiet. Była twarda i niezależna, uparta i piekielnie inteligentna. Miała własne zdanie, często różne od jego własnego. Chyba usilnie chciał w niej widzieć słabiutką, posłuszną panienkę, że nie dopuszczał do siebie myśli, iż inność może wcale nie być taka zła, a Sammie rzeczywiście była rzadkim, niespotykanym kwiatem, który jednak w razie potrzeby potrafi się obronić. Tak bardzo chciał odciąć się od wszystkiego, co kojarzyło mu się z ojcem i jego profesją, że jedyna siostra stała mu się niemal obcą, choć mieszkali tak blisko siebie. W tej jednej chwili Marc Carter poczuł się bardzo zawstydzony i chociaż nie było mu łatwo się przełamać, ostatecznie przeprosił nie tylko Sam, ale też jej narzeczonego, a nawet zawarł pokój z jedynym rodzicem, jaki mu pozostał. Wyglądało na to, że Pete nie zostanie jego nowym bratem, ale może to i lepiej. Konserwatywnymi zapatrywaniami nazbyt przypominał przyjaciela i Sammie raczej nie znalazłaby przy nim szczęścia. Ona potrzebowała kogoś otwartego, wyrozumiałego i równie dojrzałego, co ona sama, i najwyraźniej takiego kogoś już znalazła.

- Wiesz jednak, że jeśli ją skrzywdzisz, to cię zabiję, Jack?- dorzucił dla świętego spokoju, gdy już obaj przeszli na „ty".

- Obawiam się, Marc, że musiałbyś stanąć w kolejce, choć Sam niewiele by ze mnie zostawiła w tej sytuacji.- mrugnął.- Nie obawiaj się jednak. Prędzej umrę, niż rozmyślnie sprawię jej przykrość. Kocham ją nad życie.- zapewnił, z uczuciem patrząc na ukochaną.

- Zatem, witaj w rodzinie, szwagrze.- młody Carter wyciągnął rękę, którą oficer uścisnął.

- Ty również, Marc. Ty również.- odparł Jack i topór wojenny zakopano.

Dalsza wizyta przebiegła już bez komplikacji, a nowi członkowie klanu Carter-O'Neill w ciągu kolejnych dni bardzo się ze sobą zżyli. Jedyne, co pozostało do zrobienia, to urządzić wesele!

TBC