Rozdział 25


Warning: Od razu napiszę, że wiem iż Winter Cup normalnie w Japonii odbywa się w grudniu, ale na potrzeby opowiadania musiała go przesunąć po świętach na styczeń, inaczej ni cholery bym się nie zmieściła ze wszystkim fabularnie x'''D Ten rozdział jest jednym z tych poważniejszych jak pewnie zdążyliście już zauważyć. Dodatkowo jest cholernie ważny i istotny, przez co na samym początku strasznie się martwiłam czy będę w stanie dobrze opisać Winter Cup i przemianę Aomine, ale jak już zaczęłam to wręcz nie mogłam przestać. Jestem zadowolona z tego co wyszło, mam nadzieję że wy również jesteście usatysfakcjonowani. Przypomnę jeszcze, że rok szkolny trwa w Japonii od kwietnia do marca i jest podzielony na trzy semestry: kwiecień – lipiec (1 semestr) wrzesień – grudzień (2 semestr) styczeń – marzec (3 semestr). Było dużo pierdolenia, ale potrzebnego pierdolenia, w następnym rozdziale będzie już o wiele więcej AoKise, nie martwcie się 8D Tym samym teraz praktycznie kompletnie rozmijamy się z mangą. Na początku opowiadanie szło praktycznie zgodnie z nią lecz teraz, żeby zrobić gejuchy, czas się od tego oderwać. Jak zresztą widać nawet po przełomie Aomine, teraz wprowadzam całkowicie swoją wersję, sądzę że opowiadanie już i tak wystarczająco podłapało realizmu mangi. Od teraz będzie coraz bardziej gejowo, mam nadzieję że jesteście na to gotowi 8^)


Ja nie muszę wam chyba mówić, że ostatnia noc w domu Akashiego to było prawdziwe piekło, prawda? Muszę? O wy, cholerne gnoje, czemu mi to robicie?! Dlaczego mnie nie lubicie, jestem przecież taki wspaniały, no bez lipy. Erm, mniejsza, generalnie była karuzela śmiechu, bo prawie co chwilę któryś z chlejusów malowniczo wymiotował do wiader przyniesionych przez służbę, a to zmieniał sobie zimny okład na głowie. Tak się kończy, jak gnoje przecenią swoje możliwości, ja się wcale nie dziwię, że rzygali dalej niż widzieli. Przez te dwa dni obalili pięć butelek, a zaznaczę, iż to była ich pierwsza styczność z alkoholem. Może jakby dzisiaj sobie darowali to byłoby lepiej, a tak widok ich umęczonych, zzieleniałych twarzy był niczym miód na moje serce. Bajlando, impreza na całego, możecie mi wierzyć ubaw miałem po pachy, ale koło trzeciej nad ranem mina mi zrzedła. Przecież to się nie dało spać w takich warunkach, jutro przez tych idiotów będę nie do życia.

Na samym początku chciałem się ulotnić i przenocować nawet w łazience, byleby mieć tylko spokój, ale Kise uparł się, że nie możemy zostawić ich w potrzebie. Kompletnie go nie rozumiałem, na jego miejscu spierdalałbym w te pędy. Pokrzyżował mi plany, dziad jeden. Teraz nie mogłem się zmyć, bo wyszedłbym na tego złego i niedobrego. Nie żeby to nie była jakaś norma, ale wolałbym oszczędzić sobie jojczenia, wystarczyła mi dzisiejsza kłótnia z Ryoutą. Ludzie wykorzystali limit opierdalania Aomine Daikiego, proszę się go nie czepiać przez najbliższe pół roku, bo się zamknie w sobie. Oh, oh, ohhh, jaki ja jestem biedny, chyba się popłaczuniam z tego wszystkiego!

Najlepiej poradził sobie z nudnościami Tetsu, który po prostu nałykał się tabletek przeciwbólowych, położył worek kostek lodu na czole i zawinął się w futon, mając głęboko w dupie resztę świata. Prawilna umieralnia, nie powiem. Kącik agonalny: „Kuroko i spółka", przedstawia państwu naleśnik przepełniony bólem. Specjalność naszego zakładu, tylko pięćset jenów za zdjęcie, prosimy o niekonsumowanie. Schopenhauer byłby dumny.

Uchachany na maksa, cyknąłem mu słit fociaszkę ku pamięci, mając nadzieję że mnie potem nie znokautuje swoim podaniem na boisku. A nawet jeśli to warto, będę miał przynajmniej do czego kisnąć, gdy złapie mnie zły humor. Toż to złoto oblane złotem w posypce ze złota, musicie mi zaufać na słowo.

Jakimś cudem udało mi się przeżyć noc, próbując wytłumaczyć blondynowi na czym polegają shogi. Nie żebym był w tym jakiś wybitny, po prostu mniej – więcej znałem zasady, przez fakt, że Seijuurou bardzo często w ramach kary, kazał mi ze sobą w to grać. Uh, a były to naprawdę traumatyczne partyjki, zawsze odchorowywałem je potem przez tydzień. Cała jego apodyktyczność i bezwzględność przelana na pionki, to nie było zbyt dobre połączenie, szczególnie że traktował planszę jak prawdziwe pole walki. Ocipieć można było, a przy okazji wyłysieć ze stresu. Kategorycznie nie polecam.

Koło szóstej mieliśmy mały punkt krytyczny, więc służba dosłownie w kilkanaście minut zrobiła dla nas przyspieszone, sycące śniadanie, ale nawet to nie było w stanie nas ożywić. Dodatkowo jak Momoi przyszła na posiłek to prawie dostała zawału, gdy zobaczyła prawdziwy zlot żywych trupów. Nie muszę chyba wspominać, że jej zaskoczone piski wcale nam nie pomagały, a jedynie nasiliły ból głowy, który praktycznie rozsadzał mi czaszkę na pół, przy każdym nawet najmniejszym ruchu. Zdecydowanie nie byłem osobą, która może zarwać od tak nockę i rano wyglądać oraz czuć się jak młody bóg. W przeciwieństwie do blond cioty, który dosłownie promieniał, gdy pokrótce przedstawiał dziewczynie baaardzo okrojoną wersję wczorajszych zdarzeń.

Jak on to robi? Czy ktoś może to wytłumaczyć? I nie, tym razem to nie makijaż, bo prawie cały czas z nim siedziałem więc nie miałby jak go zrobić pozostając niezauważonym. Cud. Magia magiczna, zgłaszam to do prokuratury. Ja się nie zgadzam, to sprawka genów? Jak tak to mogliby mi takowe wpleść w DNA, moje życie stałoby się łatwiejsze, tylko jeśli można by było prosić, to wolałbym ograniczyć sparkle, bo jeszcze mnie ludzie za pedała by wzięli. A taka niesprawiedliwość się nie godzi, co to to nie!

Z mizerną minę, potarłem przekrwione oczy palcami i ziewnąłem ostentacyjnie, mając ogromna ochotę utopić w stojącej przede mną zupie miso. Akashi zerknął na mnie, jakby od niechcenia, po czym przysunął się trochę w moją stronę. O chuj. Wyczuwam mordercze zapędy. Znowu coś odjebałem nie tak? Momentalnie, pomimo ogromnego otępienia, moje zmysły się wyostrzyły, a mięśnie napięły ostrzegawczo w razie gdybym jednak musiał ratować się niespodziewaną ucieczką.

- Spokojnie, zachowuj się naturalnie – mruknął, widząc moją reakcję i sięgnął po mandarynkę – Obierz mi ją.

- A co? Rączki urwało? – palnąłem zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Ahahaha. To ten. Chyba właśnie sam podpisałem własny akt zgonu. Fajnie was było poznać. Ale chociaż umrę piękny i młody, to zawsze jakieś pocieszenie. Przekażcie mamie, że ma kupić ostatni tom przygód o Jerzydosławie i przeczytać go nad moim grobem, bo inaczej ją będę nawiedzał.

Jednak, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, Seijuurou skrzywił się lekko i machnął dłonią na znak, żebym to po prostu zrobił. W normalnych okolicznościach dostałbym przynajmniej już dawno raz po głowie za bezczelność. Cholera, ten kac u niego to naprawdę wspaniała rzecz, powinien upijać się częściej.

- Co ja wam wczoraj naopowiadałem? – zaczął po kilku minutach ciężkiej ciszy, gdy w końcu położyłem mu na talerzu owoc.

- Oh - spiąłem się lekko, czując pułapkę – No wiesz… różne rzeczy.

- Nie kłam mi tylko, bo wszystko praktycznie pamiętam, ale wolałbym się upewnić.

- Takie tam pierdoły – zaśmiałem się nerwowo – O swoich rodzicach, szczególnie mamie, o koniach, o wychowaniu i o…

- O swoich słabościach? – dokończył za mnie, wpakowując sobie praktycznie całą mandarynkę do ust.

- Czy ja wiem, czy to były słabości… bardziej po prostu zwykłe, nastoletnie odczucia – podrapałem się w kark z zażenowaniem – W końcu odezwała się twoja ludzka strona.

- Hmmm, skoro tak uważasz to dobrze – otarł kciukiem sok skapujący mu z kącika ust – Cieszę się, że mnie wysłuchaliście.

- Erm?

- Chciałem z wami porozmawiać – westchnął ciężko niczym zramolały dziadek – Od kiedy zobaczyłem was przy ołtarzyku Shiori coś we mnie pękło. Tak jakby cała moja skorupa, którą budowałem przez te kilka lat od jej śmierci, po prostu rozsypała się w drobny mak. Pękła. Zniknęła. Przepadła.

- Dość malownicze porównanie – wybąkałem, nie wiedząc tak naprawdę jak powinienem się zachować.

Zwierzający się pod wpływem alkoholu Akashi to jedno, a zwierzający się na trzeźwo Akashi to drugie. Życie aktualnie płatało mi cholernie zabawnego figla, nawet się uszczypnąłem żeby sprawdzić czy przypadkiem nie śnię, ale niestety okazało się być to rzeczywistością. Potarłem zaczerwienioną skórę na ramieniu, wbijając wzrok w parujący półmisek stojący po drugiej stronie stołu. Nie chciałem w tej chwili na niego patrzeć, wręcz się tego bałem. Obserwowanie sypiących się ludzi nie było przyjemnym doświadczeniem więc załapanie chociażby kontaktu wzrokowego nie wchodziło w ogóle w grę. Seijuurou wysyczał coś niezrozumiałego pod nosem i powiedział:

- Nie musisz się starać, po prostu chcę ci to powiedzieć. Starałem się zgrywać twardego, jednak słowa Ryouty doszczętnie zniszczyły moje wszelkie starania. Zrozumiałem, że nie mogę być już taki dłużej względem was. Niestety oboje zobaczyliście drugie dno mojej osobowości, ucieczka nie wchodziła w grę. Pragnąłem wam to jakoś potem wytłumaczyć, ale nie miałem przysłowiowych jaj. Tak, dobrze słyszysz – parsknął wymuszonym śmiechem, gdy zobaczył jak zerkam na niego niepewnie – O zgrozo, sięgnąłem nawet po alkohol, żeby dodać sobie odwagi, a i tak dopiero za drugim razem podziałało. Chociaż nie wiem czy dobrze to sformułowałem. Możliwe, że chodziło po prostu o zabezpieczenie sobie tyłów. W razie czego mogłem zrzucić wszystko na fakt bycia nietrzeźwym.

- To dlatego tak się upierałeś z tym sake – mruknąłem bardziej do siebie niż do niego.

- Owszem, niestety trochę pokrzyżowaliście mi wczoraj plan rezygnując z picia – potarł zmęczoną skroń palcami – Nie spodziewałem się po was takiej rozwagi, szczególnie po tobie Daiki. Byłem w szoku, ale koniec końców, udało mi się. To wystarczy, aby mnie zadowolić.

- Mogę ci zadać niedyskretne pytanie?

- Śmiało.

- Dlaczego to zrobiłeś? Przecież zazwyczaj miałeś wyjebane.

- Hmmm, nie jestem w stanie tak naprawdę na to odpowiedzieć. Po prostu czułem, że nie mogę tego od tak zostawić. Moja intuicja nigdy mnie nie zawodzi, więc i tym razem postanowiłem jej zaufać, chowając głęboko w kieszeń wręcz agonalne wrzaski zdrowego rozsądku, abym tego nie robił.

- Pojechałeś po bandzie – zauważyłem.

- Pffft, trochę tak – splótł dłonie pod brodą, aby ją o nie oprzeć – Dzięki temu możemy zrobić kolejny krok do przodu. Sądzę, że gdybyśmy zostali w takich skłóconych relacjach to nasza drużyna by powoli umierała, aż na samym końcu nic by z niej nie zostało, oprócz ogromnego żalu i nienawiści. Niezbyt podobała mi się taka wizja.

- Faktycznie, od kiedy doszedł do nas Kise to wiele się zmieniło – przytaknąłem, zdziwiony że dopiero po jego słowach zacząłem to dostrzegać.

- Przed nami Winter Cup, nie chciałem aby cokolwiek z zewnątrz wpłynęło na naszą grę. Mam nadzieję, że teraz wszystko się ustabilizuje – westchnął po raz kolejny – To nie oznacza, że teraz moje zachowanie diametralnie się zmieni. To by było nienaturalne. Reszta nie musi akurat o tym wiedzieć, a raczej nie chcę się przed nimi uzewnętrzniać tak jak przed wami.

- Spoko, spoko, o tym to ja nawet w najśmielszych snach nie marzyłem – uśmiechnąłem się kwaśno.

- To dobrze. Ale sądzę, że zmiana i tak zostanie zauważona po znacznym upływie czasu. Tetsuya na pewno już coś wyczuwa, ale nic w tym dziwnego, wszak przydomek szóstego zawodnika widmo Pokolenia Cudów do czegoś zobowiązuje. Na Shintarou i Atsushiego też przyjdzie czas. Powolutku, krok za krokiem wszystko powinno się ułożyć. Niech samoistnie nasze czyny wejdą w życie, zmieniając wspólną przyszłość.

- Nie sądziłem, że potrafisz być taki ludzki, Akashi – niepewnie poklepałem go po plecach – Cholera, moje domysły, że jesteś kosmitą spaliły na panewce!

- Urodziłem się człowiekiem, Daiki. Nie wiem czy mam to odebrać jako obrazę czy komplement – dwukolorowe tęczówki przeszyły mnie rozbawionym spojrzeniem – Ale cieszę się. Mam nadzieję, że to początek czegoś dobrego.

- Ja też. Dzięki, że mogłem zobaczyć twoją inną stronę.

- Wiesz jak to się mówi, nowy rok nowy ja.

- Nie wierzę, że to powiedziałeś!

Zaśmiał się i mrugnął do mnie porozumiewawczo, po czym zajął się z powrotem jedzeniem już na pewno zimnego ryżu. To oznaczało, że rozmowa skończona – jak pornosy kocham, dopiero teraz poczułem jak bardzo się nią zmęczyłem. Odetchnąłem głęboko, łapiąc się za ociężałą głowę. Zdecydowanie nie byłem przystosowany do takich psychologicznych konwersacji. Dodatkowo w ciągu całego wyjazdu miałem już ich kilka na koncie, przez co mój mózg zaczął się już powoli lasować. To zdecydowanie zbyt duże natężenie jak na jednego, biednego Aomine Daikiego. Nie pocieszał mnie również fakt, że najpewniej będę musiał chociaż jeszcze z raz takową przeprowadzić z Kise. Nie wiedziałem jeszcze, kiedy to dokładnie nastąpi, ale już miałem serdecznie dość. No cóż. Pozostało mi po prostu przestać się tym przejmować - i tak tego nie przyspieszę, a może jeszcze przez ten stres nabawię się wrzodów żołądka. Na razie było dobrze tak jak jest, wewnętrznie czułem, że powoli wszyscy wychodzimy na prostą.


Ku mojej ogromnej radości, rzeczywiście udało mi się zapomnieć o problemach z modelem, kiedy tylko rozpoczęło się Winter Cup. Pochodziliśmy do szkoły jedynie tydzień, postraszyli nas zbliżającymi się egzaminami na koniec drugiej klasy, po czym dla drużyny koszykówki nastał słodki czas wylewania z siebie siódmych potów na boisku. Niektórzy mogli stwierdzić, że mamy super, bo to tak jakby przedłużenie świąt, a wszystkie nieobecności będziemy mieli usprawiedliwione. Niby tak, ale z drugiej strony weź sam zapierdalaj w te i wewte ganiając jak jakiś pies za piłką. I jeszcze ci za to nie płacą, możesz jedynie liczyć na srogi opierdol, gdy zrobisz coś nie tak oraz skromny posiłek w postaci energetyków, bananów, a jak się poszczęści to cytryn w miodzie. A na dodatek jak już się skończy ten cały turniej to będziemy musieli na własną rękę wszystko narobić. Nie ma tak łatwo, zdecydowanie mogę wam zagwarantować, że to nie jest wyśniona transakcja życia.

No, ale dobra, co ja się będę pierdolić w tańcu. Wolne to wolne, przecież za brak zajęć mogłem trochę pobiegać, nic mi to nie szkodziło. Wszystko jest lepsze od szkoły, potwierdzone info generalnie – to moje motto życiowe i, że tak to ujmę, przez to pojechałem po bandzie, bo się w końcu zacząłem przykładać do kosza. Musiałem jakoś pozbyć się z głowy obrazu uśmiechniętej mordy Kise, więc skupiłem się maksymalnie na grze. Stałem jednością z piłką, wyłożyłem asy z rękawa, jednym słowem pocisnąłem po całości.

I wygraliśmy. Jeden mecz. Drugi. Trzeci. Potężnymi susami zbliżaliśmy się do finału, niemal zrównując przeciwników z ziemią. Poczułem jak coś się we mnie powoli zmienia, coś czego nie potrafiłem dobrze opisać słowami. Widziałem więcej, doświadczałem więcej, umiałem więcej. W tym momencie koszykówka stała się dla mnie tak łatwa i naturalna jak oddychanie. Eksperymentowałem, wprowadzałem nowe zagrywki, podania, nawet najbardziej ekstremalne rzuty praktycznie od razu mi wychodziły. To było coś niesamowitego, jakby ktoś dosłownie wprowadził mnie w pieprzony trans.

Dawno temu, jeszcze na początku drugiej lasy, zastanawiałem się co będzie dalej. Już jako mały bachor spędzałem niemal całe dnie na dworze grając w uliczną koszykówkę. Byłem bardzo śmiałym dzieciakiem z niewyparzoną gębą, a do tego miałem nieznośną manię wyzywania starszych, większych i silniejszych od siebie. Co prawda, w większości przypadków sromotnie przegrywałem, ale dzięki temu wiedziałem nad czym muszę jeszcze popracować. Wyłapywałem swoje wszystkie słabe strony i starałem się je jak najszybciej wyeliminować. To samo tyczyło się nawyków. Chciałem być dziki, szybki, nieokiełznany, gibki i nie do przejrzenia. Bez żadnych limitów, ograniczeń czy reguł. Być wolnym niczym czarna pantera podczas biegu, której nic nie jest w stanie zatrzymać. To był mój cel od kiedy tylko pamiętam i chyba w końcu udało mi się go osiągnąć.

Tylko, że co teraz będę robił…?

To pytanie echem odbiło się w mojej głowie, sprawiając że na całym ciele pojawiła mi się gęsia skórka. Skoro zdobyłem to co pragnąłem, to co teraz? Nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko, przecież nawet ostatnio nie trenowałem jakoś intensywniej i leserowałem jak tylko mogłem. Takie umiejętności nie przychodzą z dnia na dzień, trzeba poświęcić wiele potu, łez i wysiłku, aby się w końcu udało. Więc dlaczego? Było tyle innych osób, które biły mnie na głowę chociażby zaangażowaniem, pracą włożoną w samodoskonalenie się czy najzwyklejszą determinacją.

Ja wiem, powinienem się cieszyć, prawda? Ale nie potrafiłem. Zdobywając punkt za punktem coś sobie uświadomiłem. Byłem sam. Nikt za mną nie kroczył, równie dobrze mogli wystawić jedynie mnie, a i tak byśmy wygrali. Przeciwnicy już w większości w ostatniej, czwartej kwarcie nie próbowali nawet udawać, że chcą mnie zatrzymać. Nie bronili się, skapitulowali, mogłem robić co chciałem. Reszta drużyny również została odsunięta na dalszy plan, ich talent nie mógł się równać z moim. Obserwowali moje plecy w milczeniu, które niemal mnie wgniatało w ziemię. Presja była ogromna, emocje wręcz ze mnie wypływały, a na dodatek uczucie pustki, praktycznie całkowicie mnie pochłonęło. Musiałem przejrzeć na oczy, nie było już dla mnie ratunku. Zbyt szybki wzrost umiejętności, jedynie struł mi życie. W obecnej formie jedynym, który mógł mnie pokonać byłem ja sam. Poczułem się kurewsko samotny.

A przynajmniej tak myślałem, dopóki nie wyspowiadałem się ze wszystkiego Tetsu. Nie mogłem już wytrzymać wszechogarniającej mnie paniki i niepewności, więc się przed nim otworzyłem. Nie chciałem grać sam, to nie sprawiało mi radości, przecież koszykówka była sportem zespołowym. Jak tak teraz to sobie przypominam, to cholernie dobrze zrobiłem, że się zwróciłem z moim problemem właśnie do niego. Tak straszliwie się na mnie wkurwił, że aż zdzielił swoją torbą po łbie, po czym wrzucił niedojedzonego loda na patyku pod kołnierz swetra od mundurka.

Dosłownie mnie zmroziło i kiedy jak ten skończony idiota miotałem się, żeby się go pozbyć to dostałem długą tyradę jaki to ja jestem ograniczony umysłowo. Toś mnie pocieszył, jak cholera, ale jednak zapamiętałem jego słowa na długo. Powiedział mi, że ostatnie co mogę zrobić to przestać się starać i rozwijać swój talent, bo w ten sposób krzywdzę nie tylko siebie, ale też innych. Może i na razie moi przeciwnicy wyglądają na zniechęconych, ale na pewno kiedyś spotkam osoby, które będą w stanie wyzwać mnie na pojedynek i również okażą się królami boiska.

Potem się z niego naśmiewałem za tą nadętą gadkę, ale w głębi serca poczułem ulgę. Potrzebowałem dostać takiego kopa, żeby nie oszaleć. Za dużo się tego wszystkiego nagromadziło, a przecież koszykówka miała mnie oderwać od problemów i pozwolić się wyluzować chociaż na moment. Postanowiłem posłuchać się Kuroko i dałem z siebie wszystko w półfinale, nie bacząc na fakt, że tak naprawdę byłem cholernie niepewny.

Pod koniec trzeciej kwarty sam jeden zdobyłem ponad sto punktów, przez co trybuny jak i komentator po prostu oszalały. Było mi od tego wręcz niedobrze. Chciałem się cieszyć grą, ale nie wyszło. Chciałem poczuć się znowu wolny, ale nie wyszło. Chciałem, aby przeciwna drużyna podjęła wyzwanie, ale nie wyszło. Słowa wypowiedziane, przez Tetsu zaczęły się zamazywać, powoli pochłaniane przez ciemność panującą w mojej głowie. Nie wiedziałem co jest słuszne, nie wiedziałem jak powinienem postąpić, nie wiedziałem w co wierzyć i nie wiedziałem, czy mam prawo mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję.

Ze zrezygnowaniem usiadłem na ławce, ledwo powstrzymując się przed ostrzegawczym sykiem, gdy Satsuki podleciała do mnie cała podjarana wraz ze swoim notesem. Ostatnim czego chciałem to usłyszeć, że znowu przebiłem jej wszystkie obliczenia i oczekiwania. Nie chciałem tego robić, naprawdę nie chciałem się dalej rozwijać skoro musiałem za to ponosić tak okrutną cenę. Coś co kiedyś kochałem całym sercem teraz niszczyło mi je na dobre. Fasady mojego postrzegania świata zachwiały się ze zgrzytem, jakby czekając na odpowiedni moment do ostatecznego upadku.

I wtedy mokry ręcznik pieprznął mnie w twarz jak grom z jasnego nieba. Kogo, kurwa, pojebało?! Warknąłem kilka przekleństw z oburzeniem i niemal zabiłem wzrokiem resztę Pokolenia Cudów, którzy w najlepsze się ze mnie brechtali, trzymając pod boki.

- To był dobry strzał Midorimacchi – wydusił z siebie Kise, płacząc ze śmiechu.

- Zawsze chciałem to zrobić – chłopak poprawił sobie okulary na zadartym nosie, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.

- Za trzy punkty – dodał Kuroko.

- Mine – chiiin, masz teraz na policzku czerwoną plamę – Murasakibara parsknął, trzęsąc się na całym ciele.

- No ciekawe dlaczego! – wrzasnąłem, zrywając się na równe nogi – Czy ktoś może mi powiedzieć co tutaj się odpierdala?!

- Postanowiliśmy cię jakoś rozweselić, miałeś minę jakbyś się szykował na ścięcie – Akashi posłał mi złośliwy uśmiech – Powinieneś być wdzięczny.

- Zajebiście, ale jakoś nie jest mi w tym momencie do śmiechu! – warknąłem, zaciskając ostrzegawczo pięści – Odpieprzcie się.

- Nie możemy tego zrobić, potrzebujemy mieć murzyna w drużynie, żeby miał kto za nas walizki nosić.

- Tetsuuu…!

- Całkiem dobre, nie pomyślałem, że tak też możemy go wykorzystać – podchwycił od razu Seijuurou, pstrykając palcami – Idealnie.

- Pierdolcie się!

- Spokojnie, Aominecchi – Ryouta zachichotał, widząc moją morderczą minę – Usiądź sobie, napij się soczku i poobserwuj jak twoi koledzy grają.

- Co?

- Dokładnie, ty już wystarczająco się narobiłeś. Nie wiem, czy nawet z moimi rzutami za trzy, będziemy w stanie zdobyć w piątkę ponad sto punktów jak ty – Shintarou odwrócił się w stronę boiska – Ale się postaramy.

- O czym wy w ogóle mówicie? – uniosłem ze zdziwieniem jedną brew do góry.

- Dooobra, mniej gadania więcej bieganiaaa – Atsushi wyjął z kieszeni gumkę i zaczął wiązać swoje przydługie włosy.

- Nigdy nie sądziłem, że usłyszę coś takiego od ciebie – Akashi poklepał fioletowego tytana po barkach, po czym złapał mnie za kark, żebym się nachylił – Pamiętasz jak mówiłem ci o zmianach, które powoli na pewno zaczną się objawiać w naszym życiu? – szepnął tak, żebym tylko ja mógł go usłyszeć.

- Coś tam pamiętam – bąknąłem zdezorientowany.

- Najwyraźniej jako pierwszy zacząłeś ich doświadczać – uśmiechnął się tajemniczo – Ale muszę przyznać, że zaszokowałeś nawet i mnie. Zdobyć praktycznie samemu ponad sto punktów i nawet się przy tym porządnie nie spocić to nie lada wyczyn! Jak przystało na naszego asa.

- Pierwszy raz w życiu nazwałeś mnie z własnej woli asem, oprócz tego momentu, gdy wybierałeś wyjściowy skład – prychnąłem.

- Bo w końcu zasłużyłeś – pociągnął mnie zaczepnie za ucho – Jednak na razie dość się wykazałeś. Teraz nasza kolej. Nie ukrywam, że będziesz musiał trochę poczekać, jednak nie zniechęcaj się. Choćby nie wiem co, dogonimy cię. Możesz być tego pewien.

- Co…?

- Nie jesteś sam, Aomine – kun, pamiętaj o tym.

Tetsu uśmiechnął się do mnie lekko i wystawił w oczekiwaniu pięść do góry. Wryło mnie. Po prostu mnie wryło. Poczułem jak cały stres i niepewność mnie opuszcza, a zimna kula w gardle powoli się topi. Niepewnie wziąłem głębszy oddech, drżąc na całym ciele, gdy napięte mięsnie w końcu puściły, pozwalając mi się zrelaksować. Nagle wszystkie moje problemy wydawały się tak mało ważne, a przecież jeszcze przed chwilą byłem gotowy popaść w głęboką depresję i zamknąć się na otaczający mnie świat. Przecież miałem jeszcze ich – przyjaciół, którzy również posiadali ponadprzeciętny talent do kosza. Nie mogłem się jeszcze poddać, zresztą nawet gdybym próbował, to by mi na to nie pozwolili.

Machinalnie przybiłem z nim żółwika, a z resztą drużyny po piątce, nadal nie będąc w stanie wydusić z siebie ani słowa. Zaskoczyli mnie, zaskoczyli tak bardzo, że aż mnie oczy zapiekły. Ale przecież nie będę się rozklejał jak jakaś baba, chociaż przyznaję że było blisko. Pociągnąłem głośno nosem, starając się jakoś opanować drżenie dłoni i szybsze bicie serca. Obserwując ich oddalające się plecy zrozumiałem, że tego właśnie potrzebowałem. Gdyby nie oni kto wie, jakby się to wszystko potoczyło i gdzie w ostatecznym rozrachunku bym skończył. Uratowali mnie i będę im za to wdzięczny do końca życia.


Oczywiście wygraliśmy Winter Cup, bo jakżeby mogło być inaczej. Co prawda, w finałowej grze wpuścili mnie na boisko jedynie w pierwszej kwarcie, ale to wystarczyło, żebym od razu nabił niemal pięćdziesięciopunktową przewagę. Nie było opcji, żebyśmy przegrali, także radości nie było końca. Trener, którego widzieliśmy w całej naszej dwuletniej karierze może z cztery razy na oczy pomijając oficjalne mecze, się rozpłakał jak dziecko i każdemu z nas gratulował osobno. Potem jak zwykle nadszedł czas na jego oficjalna mówkę, na której prawie wszyscy posnęliśmy z nudów, a dyrektor jeszcze nam doprawił, po czym na podest wszedł Akashi i wcale nie było lepiej. Ja nie wiem jak można tak przynudzać. Nie wystarczyłoby po prostu nam pogratulować, życzyć dalszych sukcesów i siema, nara, pis, yoł, wypad z baru? Ale nieee, po co sobie ułatwić życie jak można utrudnić? Oni to się musieli rozgadać, popierdolić trzy po trzy, polać wodę, a potem jeszcze trzeba było klaskać na koniec ich jakże pasjonującej przemowy. Spizgałem się z wrażenia, dajcie mi już święty spokój.

Jakoś udało mi się przeżyć, po czym na sali gimnastycznej odbyła się huczna impreza ze stertą jedzenia. To żarcie jest tutaj kluczowe, inaczej bym w ogóle na tej maskaradzie nie zostawał. Ale darmowa wyżerka to darmowa wyżerka, aż szkoda by było ją opuścić. Usiadłem sobie elegancko w kąciku, zakrywając się półmiskiem ze stertą pieczonego mięsa, przy okazji zgarniając butelkę soku pomarańczowego. Oczywiście towarzyszył mi Murasakibara, bo przed nim nie dałbym rady się skitrać, ale się już do tego przyzwyczaiłem. Obaj, niczym rodzeni bracia, konsumowaliśmy zabrane pyszności, delektując się w ciszy smakiem tej ambrozji. Nie było nic lepszego od wołowinki, możecie mi wierzyć na słowo. Człowiek mógł zeżreć tego dosłownie kilogramy, a i tak nie miał nigdy dość. Zdecydowanie polecam, kiedyś się tak nawpierdalać, niesamowite uczucie.

Na szczęście, kiedy wszystko zostało już zjedzone to mogliśmy się ewakuować. I tak to zazwyczaj Akashi wraz z Midorimą odpowiadali na wszystkie niewygodne pytania, jak na kapitana i wice kapitana przystało, więc reszta drużyny miała luz. Ja i tak nawet, jakby mnie prosili to bym nic nie powiedział. Urobiłem się po łokcie, wywalczyłem mistrzostwo naszej szkole wraz z pucharem, więc powinno im to w zupełności wystarczyć. Po co sobie strzępić niepotrzebnie język. Zawsze uważałem, że lepiej okazywać swoją wielkość w czynach, a nie słowach plus składanie jakichś chorych obietnic, czy też planowanie następnych osiągnięć było dla mnie durne. Nikt nie wie co przyniesie przyszłość, po co sobie niepotrzebnie zawieszać za wysoko poprzeczkę, skoro się potem można na niej ostro przejechać. A tak to jak człowiek podejdzie do tego bez żadnych większych wymagań, czy też oczekiwań to każde zwycięstwo będzie cieszyć.

Kiedy wróciłem do domu, mama od razu mnie wyściskała, pogratulowała i obiecała narobić moich ulubionych hamburgerów jutro na obiad. Dodatkowo ojciec wrócił, dowiedział się o zwycięstwie w Winter Cup, napuszył się z dumy jak paw i sypnął groszem dla ukochanego syneczka. Więc nic dziwnego, że ocipiałem wręcz z radości, mając już w głowie dokładny plan wydatków, które w większości składały się z nowych numerów Horikity Mai oraz kolejnych butów do kosza. Pamiętajcie, dobre obuwie to już połowa sukcesu na boisku, dlatego warto w nie inwestować. I tak zanim znajdę takowe w odpowiednim rozmiarze to miną wieki i stare zdążą mi się rozwalić. Niestety nie miałem rozmiaru stopy typowego Japończyka, więc kupienie sobie pasujących adidasów było prawdziwą drogą przez mękę. Chociaż i tak nie mogłem narzekać, Murasakibara na pewno miał gorzej. O ile dobrze pamiętam to każdą parę ściągał z zaufanego sklepu internetowego, którego siedziba znajdowała się w Ameryce, bo inaczej się nie dało. Przekichane było być tytanem z prawdziwego zdarzenia, generalnie to wszystko było albo za małe, albo za ciasne, albo w ogóle nawet nie chciało na ciebie wejść. Czasami się szło pochlastać, dlatego każde ubranie, czy też buty nauczyłem się traktować niemal z nabożną czcią, coby posłużyło mi jak najdłużej.

Gdy udało mi się w końcu bachnąć na wygodne łóżeczko to postanowiłem się wyluzować. Należał mi się odpoczynek, ostatnio nic tylko zapierdalałem i wylewałem z siebie siódme poty, każdy miałby dość. Problem, jednak polegał w tym, że zrelaksowałem się aż za bardzo i magicznie obudziłem się trzy dni przed testami końcowymi. I to nie byle jakimi, bo musiałem je kurwa zdać, żeby mnie przepuścili do następnej klasy. Ale jak to już koniec roku? Myślałem, że został mi jeszcze do niego spokojnie z miesiąc? Moje życie drugoklasisty miało się od tak, niespodziewanie skończyć? Dlaczego mi nikt o tym nie przypomniał? Halo, halo, przecież ja zginę!

Poczułem, że mam totalnie przejebane, gdy okazało się ile mam braków w zeszytach. Oczywiście po Winter Cup dostałem notatki do przepisania wysłane na maila, ale jakoś tak stwierdziłem, że zdążę i jak zwykle odłożyłem to na ostatnią chwilę. Tylko, że kurwa jego mać, ostatnia chwila już dawno minęła. Dlaczego, ja zawsze muszę być taki tępy i sobie utrudniać życie? Czy ja się mogę w końcu uczyć na błędach, jak każdy normalnie myślący człowiek? Ja pierdolę, zabijcie mnie.

Chociaż tyle dobrego, że miałem z czego się uczyć, ale nadal ogarnięcie całego materiału z drugiej klasy ze wszystkich przedmiotów było niemożliwe, nawet jakbym był super mózgiem. Pętla na gardle zaciskała się coraz mocniej z każdą kolejną sekundą, którą oczywiście marnowałem na panikowanie, zamiast wziąć się ostro do roboty. Musiałem się wziąć w garść i chociaż powtórzyć najważniejsze informacje, które nauczyciele kazali zapisywać pogrubionymi znakami wraz z armią wykrzykników.

Nie mogłem przecież jedynie polegać na swoich zdolnościach do wystrzeliwania prawidłowym odpowiedzi. To były zbyt poważne egzaminy, żebym mógł bawić się w jakiegoś pieprznego żołnierza chodzącego po polu minowym. Nie miałbym potem czasu na bawienie się w poprawki, które ciągnęłyby się za mną jak smród po gaciach. Sami rozumiecie, musiałem się nacieszyć wolnością ostatnich wakacji przed trzecią klasą. Potem zacznie się jedynie jeszcze większa harówka przeplatana pogróżkami, że mamy się wziąć do roboty, bo to już ostatni rok i czekają nas cholernie trudne testy, które będziemy musieli napisać jak najlepiej potrafimy, żeby dostać się do wymarzonych liceów. Pierdolenie, a co jak ktoś nie ma zbyt dużych aspiracji i po prostu pójdzie do szkoły, w której nie trzeba pisać egzaminu, aby się dostać? Dodatkowo liczyłem, że dostanę stypendium sportowe i jakaś mocna w koszykówce szkoła, po prostu sama będzie o mnie zabiegać. Heheszki, to byłaby najlepsza opcja.

Jednak teraz nie było sensu o tym myśleć, skoro widniała nade mną groźba zawalenia, a może nawet powtarzania klasy! Musiałem się wziąć w garść, bezsensowna panika jedynie pogorszy już i tak wystarczająco patową sytuację. Zepnę dupsko i pokażę na co tak naprawdę stać wielkiego pana Aomine Daikiego! Tak jest! Ku chwale ojczyzny i tak dalej!

Rzeczywiście się sprężyłem i pierwszy raz w życiu, zamknąłem się w pokoju na cztery spusty, niemal zakopując pod stertą książek. Trzy dni to w sumie całkiem sporo, jeśli wykorzystam pozostały mi czas do maksimum to może wraz z wyliczankami, jakoś uda mi się zdać. Nie. Ja MUSIAŁEM zdać. Nie było innej opcji. Ważne, żeby nastawić się do tego optymistycznie. Każdy wiedział, że jak człowiek podejdzie do sprawy pesymistycznie to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach ją spierdoli. Nie ma co narzekać, na pewno mi się uda! Chcieć to móc!

… czy coś.

- Tsa… - wymamrotałem do siebie, kiedy ledwo udało mi się dowlec do klasy w pierwszy dzień egzaminów – Kogo ja chciałem oszukać…?

Uczyłem się jak pojebany, praktycznie w ogóle nie śpiąc i pochłaniając litry kawy, przez co matka prawie wyjebała mnie z domu, ale to niestety gówno dało. W głowie miałem zupełny chaos, różnorakie informacje mieszały się ze sobą robiąc mi w mózgu prawdziwy kocioł. Byłem głupi, że sądziłem iż w tak krótkim czasie uda mi się ogarnąć chociaż podstawy. Skończyło się babci sranie, niema czułem nóż na gardle, a na dodatek byłem ledwie przytomny. To cud jak w ogóle uda mi się podpisać na kartce bez popełnienia błędu.

- Niewyraźnie wyglądasz, Aomine. Czyżbyś zarwał noc na naukę?

Magicznie przy moim biurku pojawił się Midorima, marszcząc brwi. Tak, śmiej się ze mnie ile chcesz glonie, masz do tego pełne prawo. Zawiodłem, zjebałem, spierdoliłem, jak zwał tak zwał. Pozostało mi jedynie odwalić kilka zdrowasiek i liczyć na jebany cud.

- A żeby tylko jedną – jęknąłem, nie mając nawet siły pokazać mu środkowego palca – Nigdy nie sądziłem, że nauka może być taka wyczerpująco.

- Aż nie wiem co powiedzieć – nerwowym ruchem poprawił sobie okulary, które po raz kolejny zsunęły mu się z zadartego nosa – Brawo!

- Dzięki, ale i tak nie zaliczę, nieważne jak długo i intensywnie się uczyłem – postanowiłem zataić fakt, że robiłem to jedynie przez ostatnie trzy dni.

- Cóż… na samym początku nie chciałem ci tego dać, ale widząc teraz, że sam również ciężko pracowałeś, zmieniłem zdanie.

Uniosłem brew w pytającym geście, gdy zaczął grzebać w kieszeniach białej marynarki od mundurka, najwyraźniej czegoś szukając. Prawie się spizgałem, gdy wyjął najzwyklejszy w świecie ołówek i z dumą położył go na mojej ławce. W pierwszej chwili chciałem nim w niego rzucić, jednak gdy wziąłem go do ręki to poczułem pod palcami nierówności. Podniosłem go na wysokość oczu i odkryłem, że na wszystkich ściankach ma coś celowo wyżłobione.

- Erm…? – mruknąłem ze zbaraniałą miną – Ale że co?

- To ołówek leniwego Boga czy też zrolowany ołówek, nazywaj go jak chcesz. Kiedy będziesz miał jakiekolwiek wątpliwości w wybraniu prawidłowej odpowiedzi to po prostu go poturlaj i wybierz tą, która ci wyskoczy – z zadowoleniem oparł dłonie na biodrach – Dla każdego z was takowy zrobiłem, specjalnie kupiłem je w Nowy Rok w świątyni, a potem sam przerobiłem.

- Ha? – bąknąłem jedynie, patrząc się na niego jak na skończonego świra – I że to niby działa?

- Zawsze – uśmiechnął się do mnie tajemniczo – Opatrzność zawsze strzeże przygotowanych ludzi, zaufaj mi. Ty też powinieneś móc jej doświadczyć skoro podjąłeś trud samodzielnej nauki. Nigdy bym się po tobie nie spodziewał, że to zrobisz. Myślałem, że przyjdziesz zupełnie nieprzygotowany, a tutaj taka niespodzianka – nachylił się nade mną i dodał konspiracyjnym szeptem - Użytkuj go dobrze.

Po czym zadowolony jak cholera, wrócił do swojej ławki, bo najwyraźniej nauczyciel już się pojawił w klasie. Zamrugałem kilkakrotnie, nie wiedząc co się właśnie stało. Magiczny ołówek, który wskazuje dobre odpowiedzi? Czy to jakiś żart? Ale przecież Shintarou nie umiał robić kawałów, a jego poczucie humoru kulało bardziej niż hardo. Naprawdę każdy dostał taki sam? To działało? A co jeśli głupio mu uwierzę i przez to obleję wszystko jak leci?

Wzdrygnąłem się, gdy chłopak z przodu odwrócił się do mnie z plikiem testów w ręku. Mechanicznie wziąłem cztery pierwsze, spięte kartki, po czym podałem je dalej. Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, po prostu pójdę na żywioł i jakoś to będzie. Prawie zawsze m się udawało, teraz będzie to samo. Przełknął głośno ślinę i z nietęgą miną, przeczytałem pierwsze pytanie. Prawie mnie wryło w krzesło, a mózg eksplodował radośnie w czaszce, wypływając uszami na zewnątrz. Kto, do kurwy nędzy, układał te pytania? Czy to jest na pewno materiał dla drugoklasistów? My to w ogóle przerabialiśmy? To w ogóle jest japoński? Boże, czemuś mnie opuścił w tak ważnej chwili?!

Miałem ochotę wyć niczym zarzynane zwierzę, gdy odkryłem że im dalej to jest gorzej. Kaplica. Upierdolę. Upierdolę to na amen. Czy mogę stad iść? Daj mi ktoś siłę, bo chyba zaraz padnę tutaj trupem.

Mój rozbiegany w panice wzrok powędrował w kierunku ołówka Midorimy i momentalnie się uspokoiłem. Cóż. Nie miałem opcji, musiałem się nim posłużyć. To czy wierzyłem w jego magiczną moc, czy też nie, w tym momencie nie miało znaczenia. Jeśli nie zdam to przynajmniej będę miał na kogo zrzucić winę. Zawsze lepiej mieć jakiegoś kozła ofiarnego niż w samotności przeżywać własną porażkę.

Z zacięta miną ostrożnie, tak żeby mnie nauczyciel nie nakrył, poturlałem ołówkiem i zaznaczyłem odpowiedź D. I tak przez wszystkie jebane testy. Na samym końcu już po prostu nie czułem ręki – prawie tak jak wtedy, kiedy sprawdzałem ile mogę sobie zwalać bez przerwy. Nie miałem zresztą zbyt dużego wyboru, nie wiem kto w tym roku odpowiadał za przygotowywanie egzaminów, ale ostro go z tym posrało. Bez tego pieprzonego ołówka najpewniej nic bym nie ustrzelał, a tak to chociaż łudziłem się, że może jednak cud nastąpi. Teraz i tak pozostało jedynie czekać na wyniki, nic więcej nie mogłem zrobić, ale obiecałem sobie w duchu, że jeśli mi się uda to kupię Shintarou zapas oshiruko na cały rok.

I wiecie co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? Gówno umiałem, a naprawdę, kurwa, zdałem i to jeszcze z nienajgorszymi wynikami – zresztą tak samo jak reszta Pokolenia Cudów zaopatrzonych w magiczne ołówki. Heheszki. Niezła jazda, co? Dopiero w tym momencie poczułem, że może jednak Midorima zasługiwał na szacunek, bo jego paranormalne moce wychodziły poza moje zdolności percepcji i tak naprawdę tylko dzięki niemu udało mi się skończyć druga klasę gimnazjum. Ale spokojnie, przecież nie musi o tym wiedzieć, prawda? Wystarczy, że mój portfel zapłakał, przy kupowaniu puszek z tą obrzydliwej zupy. No, ale nic, to i tak była mała cena w porównaniu do tego co zyskałem w zamian.