Wszystko..

Jak to się mówi: kto nie idzie do przodu ten się cofa. Nie da się zaprzeczyć, coś jest na rzeczy.
Czasem faktycznie, potrzebujemy chwili, by zatrzymać się i przemyśleć sprawy, albo na chwilę poddać się melancholii, by móc się otrząsnąć i z nową energią ruszyć dalej.
A czasem to ktoś inny musi nam o tym przypomnieć, że trzeba wreszcie stanąć na nogi i wziąć się do roboty.

Rozdział 25 Mój Harry...

Nora, jak sama nazwa wskazuje - nigdy nie dorówna rezydencji. Draco, który był tu po raz pierwszy, co prawda wyraźnie zmarszczył nos po wyjściu z kominka i starannie przyciągnął do siebie eleganckie szaty, by nie dotknąć niczego w tym domostwie (nie wypuszczając ich nawet gdy wkurzyła go Pani Dyrektor), po wyjściu do ogrodu już nie był aż tak zniesmaczony.

Harry zauważył, że wręcz wyraźnie odetchnął z ulgą. Nie zdziwiła go taka reakcja, co prawda podwórze Weasleyów nigdy nie będzie jak elegancki i zadbany ogród Narcyzy, nie mówiąc o idealnie geometrycznych ogrodach paryskich, ale nie było tak źle - a przynajmniej nie tak źle jak normalnie.

Mógł tylko cieszyć się, że Draco nigdy nie widział jak naprawdę, na co dzień wygląda to miejsce, zmiana była zaskakująca, wręcz. niesamowita i zrobiła na nim wrażenie.

Pomiędzy budynkiem a zabłoconym i zagnomionym ogródkiem warzywnym pojawił się trawnik, wystarczająco rozległy, by jego wrażliwy brat mógł ignorować oba te miejsca, równiutko przycięty, bez śladu chwastów czy wydeptanych placków, a za to z kilkoma eleganckimi skalniakami, a nawet małym oczkiem wodnym, nad którym postawiono mały drewniany mostek z elegancką, ażurową balustradą.

Harry zastanowił się przelotnie od kogo też Weasleyoie wypożyczyli to cudowne miejsce (kto był gotowy aż tak zaryzykować) i na jak długo pozostałoby w tym stanie, gdyby faktycznie do nich należało.

Piękny obrazek zakłócały trzy osoby znajdujące się nieco dalej od domu, machające różdżkami i wydające głośne okrzyki, dodatkowo wzbogacone o trzaski i stukot zderzających się mebli.

Oczywiście, jak było do przewidzenia przygotowywanie przez młodych Weasleyów stołów na przyjęcie polegało na lewitowaniu ich przez bliźniaków i Rona i pojedynkowaniu się nimi. Ron, jak zawsze przegrywał, nie znając aż tylu zaklęć co jego starsi bracia - no i sprawa podstawowa: było ich dwóch na jednego.

Harry chciał natychmiast się przyłączyć do zabawy i ratować kolegę przed wrogiem. Zanim jednak zdążył to zrobić zostali z Draco przez nich zauważeni. George natychmiast opuścił stoły bliźniaków a Fred zatrzymał ten Rona, który stojąc tyłem jeszcze ich nie zauważył i w ruchu starszego brata zobaczył swoją szansę na zwycięstwo.

- Spokój... - Zaczął Fred. - ...Mały. - Dokończył George. Po czym obaj ruszyli w stronę gości, uważnie się im obu przyglądając a nawet obchodząc dookoła, jak wcześniej robił to Syriusz, gdy pojawili się na Grimauld Place.

- No, no, no... - Zacmokali zgodnie.
- Popatrz, braciszku... - Fred przechylił głowę.
- ... naprawdę to zrobili. - George pokręcił głową z uznaniem.
- Brawo, dzieciaki. - Zgodnie dokończyli.

Ron parzył w osłupieniu, początkowo nie łapiąc o co chodzi.
- Co zrobili, o czym... - Urwał i na jego twarzy pojawiło się zrozumienie i zażenowanie.

Fred huknął go w plecy.
- Oj Roniaczku...
- ...tobie tylko brudne myśli w głowie...
- ...nasi młodzi przyjaciele rzucili zaklęcie...
- ...zaklęcie umysłu...
- ...więzi...
- ...bardzo przyzwoite...

Przerzucali się kolejnymi słowami, w końcu zakończywszy razem pytaniem.
- Co to za zaklęcie?
- ...Bardzo stare...
- ...ale bardzo skuteczne...

- Co zrobiliście? - Ron wtrącił się, przerywając im - chciał konkretów.

Harry i Draco spojrzeli po sobie a ponieważ pomysł był jego, to Draco odpowiedział.
- Mój ojciec widział kiedyś w starym rodzinnym grimuarze "Zaklęcie Prawdziwego Braterstwa". Teraz je znowu odszukał, uznając, że możemy być z Harrym zainteresowani. - Porozumiewawcze spojrzenie między nimi.

- I faktycznie, obaj tego chcieliśmy, więc się zdecydowaliśmy. - Harry przejął wyjaśnienia. - I nie jest to zwyczajny rytuał krwi tworzący więź braterską czy adopcyjną, jak przy przyjmowaniu kogoś do rodziny, to dotyczy tylko nas dwóch. Każdy z nas nadal pozostaje sobą, nasze rodziny nie mają z tym nic wspólnego ale więź jest kompletna: magiczna i prawna.

- Och... - Ron nie był w stanie wydusić nic więcej. Niewiele z tego zrozumiał, poza tym, że Harry chciał być i został bratem Malfoya. Jemu nigdy tego nie zaproponował...

Za to bliźniacy w dalszym ciągu przyglądali się im obu z zainteresowaniem i z jakby... podziwem?
- Ale to zaklęcie umysłu?!
- ...I to sięgające głęboko.
- Jak to zrobiliście?
- ...Bez obrazy, ale...
- ...to magia na naprawdę...
- ...wysokim poziomie...
- Skąd ją znacie?

Rozmowa z bliźniakami jak zawsze była dość męcząca, przez to ciągłe przerzucanie się przez nich słowami i automatyczny odruch kręcenia głową, by patrzeć na tego, który się aktualnie odzywa.

I aż się prosili, by odpowiadać w tym samym stylu.

- Mamy zajęcia dokształcające... - Harry.
- ...od początku wakacji... - Draco.
- ...wiem, to poza programem. - Harry uniósł dłoń, zanim zdążyli się wtrącić.
- ...i to niebezpieczna magia... - już całkiem poważnie dodał Draco.
- ...nie można jej używać bez przygotowania...
- ...a ponieważ u Harry'ego jest wrodzona...
- ...musiałem w końcu się nauczyć...
- ...jak nad tym zapanować...
- ...a Draco miał lekcje od małego...
- ...to nasz rodzinny talent.

Bliźniacy przez chwilę patrzyli na nich w oszołomieniu. Chyba jeszcze nikt nie odpłacał im ich własną bronią. W końcu zgodnie się roześmieli.

Fred rzucił okiem w kierunku chaty i pociągnął nosem.
- Mama już kończy nakładanie jedzenia na półmiski.
- ...Bierz się to roboty, Ronuś...
- ...Pomóż mu, Harry...
- Starsi bracia muszą pogadać.

I zanim Harry i Ron mogli zaprotestować wzięli Draco pod ręce i pociągnęli go w stronę jednej z ławek przy skalniakach.

Harry w pierwszej chwili chciał protestować, ale w końcu westchnął i wzruszywszy ramionami uśmiechnął się do przyjaciela. Bo chociaż z jednej strony się wściekał, że potraktowali go jak smarkacza, ale z drugiej...

Nie zrobili afery, od razu przyjmując Draco do swojego Klubu Starszych Braci. Nawet mimo, że przecież wcale nie był tak dużo od niego, a już od Rona w ogóle nie był starszy!

Prychnął, ale nie potrafił się na nich złościć, cieszyło go, że przyjęli to jak coś naturalnego - poza omawianiem samej magii - i nie zrobili afery tylko dlatego, że chodziło o Malfoya.
- Dawaj, Ron, Zróbmy to, zanim przyjdzie twoja mama. - Wyjąwszy różdżkę uniósł pierwszy stół, by ustawić go w zaznaczonym miejscu.

Ron przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu także uśmiechnął się do niego i wziął się do pracy. Szybko porozstawiali stoły i obchodząc je dookoła rozłożyli na nich obrusy i naczynia a potem, gdy jednak dołączyli do nich bracia, już wszyscy razem porozstawiali dookoła ławy i krzesła.

Molly Weasley, która właśnie pojawiła się w drzwiach, by sprawdzić stan przygotowań westchnęła z zadowoleniem.
- Bardzo dobrze chłopcy. - I wróciła do domu, by uruchomić zaklęcie przenoszące przygotowane półmiski, wazy i talerze z kuchni bezpośrednio na środek stołów.

Dlatego tak ważne było, by stały w zaznaczonych miejscach, a talerze równo przy krawędziach.

Zawiły ruch różdżką i wszystko było gotowe. Zdjęła fartuch i ruszyła w stronę młodzieży, za nią reszta rodziny a także Syriusz i Hermiona, która właśnie się tu aportowałą oraz dyrektor z członkami Zakonu. Ci ostatni z zawstydzonymi minami, pokrywanymi szerokim uśmiechem.

Brakowało wśród nich Moody'ego, który najwyraźniej nie mógł zrozumieć i pogodzić się z jego wyborem, więc opuścił Norę.
I dobrze, - pomyślał Harry, - ten gbur zawsze wprowadzał ponury nastrój.


Mimo nieciekawego początku impreza rozwinęła się całkiem nieźle. Najpierw uczta i ponieważ wszyscy przybyli bez śniadania a potrawy Mamy Weasley, chociaż niekoniecznie reprezentacyjne były za to bardzo smaczne i w szerokim wyborze, każdy znalazł coś dla siebie i z apetytem schrupał.

Tak - nawet Draco wyglądał na zadowolonego i nie narzekał na ich brak wyrafinowania. Zresztą Harry już dawno odkrył jego sekret: chłopak wcale nie był takim snobem, za jakiego lubił uchodzić.

Potem pani domu i gospodyni przyjęcia przywołała fantastyczny czekoladowo- owocowy tort i wreszcie przyszedł czas na prezenty. Tutaj nie było niespodzianek: książki, akcesoria do quidditcha, a od Syriusza najnowsza miotła sportowa.

To akurat go bardzo ucieszyło - będzie mógł oddać dotychczasową Ronowi, bez obrażania go, że to łaska, czy jałmużna, jego gra na pewno na tym zyska a ponieważ sam jeszcze nie wiedział, czy nie będzie musiał odejść z drużyny, aby poradzić sobie z nauką, Harry chciał zapewnić im jak najlepszy start. Poprzedniej miotły naprawdę już nie będzie potrzebował, a chyba lepiej sprezentować ją przyjacielowi niż wyrzucić, albo oddać obcym ludziom.

Od Molly dostał kolejny sweter z W jak Wybitny, choć podejrzewał też, że mogło chodzić o W jak Weasley, żeby nie zapomniał, że pomimo wszystkich zmian w jego życiu wciąż traktują go jak przyjaciela i członka rodziny.

Zakończywszy część oficjalną, wszyscy zaczęli krążyć miedzy stołami i zbierać w mniejsze rozgadane grupki.

Harry przysiadł z boku z zadowolonym uśmiechem przyglądając się Draco, który prowadził ożywioną dyskusję z Fredem i Georgem - zapewne dotyczyła eliksirów, bo to ich pasja i na tym bazował ich sklep a Draco też był w tym wybitnie uzdolniony.

Przynajmniej taką miał nadzieję, bo jeżeli uczyli go jak traktować młodszego brata - na przykładzie Rona, to będzie miał problemy. Draco wyczuł jego spojrzenie i mrugnął do niego z uśmiechem. Harry poczuł ulgę, która jednak szybko zniknęła, kiedy usłyszał złośliwy rechot bliźniaków.

Przeniósł wzrok na Rona i Hermionę, nachylonych ku sobie, oboje lekko zarumienieni. Już od jakiegoś czasu ta dwójka zaczęła się zbliżać, najwyraźniej gdy on zajmował się swoimi sprawami ich przyjaźń rozwinęła się w bardziej osobisty związek. Ciekawe, czy faktycznie coś z tego będzie? Dziewczyna była wyjątkowo apodyktyczna a Ron lubił swobodę.

Cieszyło go to ich szczęście ale poczuł i ukłucie zazdrości - też chciałby przyjść na takie rodzinne przyjęcie ze swoją sympatią, przytulać się i przekomarzać , tyle że na razie nie miał na to szans i to wcale nie dlatego, że brakowało mu takiej osoby.

Westchnął ciężko, widok przyjaciół zaczął go drażnić, odwrócił się patrząc w przeciwną stronę i zauważył idącą ku niemu Ginny. Dawno już nie miał okazji z nią rozmawiać, choć tak naprawdę to nigdy ze sobą nie rozmawiali, poza jakimiś niezobowiązującymi uwagami w Pokoju Wspólnym Gryfonów, czy kiedy bywał tu odwiedzając Rona.

Nigdy nie zwracał na nią szczególnej uwagi, póki ona nie zaczęła za bardzo zwracać uwagę na niego, szczególnie po akcji ratunkowej w Komnacie Tajemnic wpierw unikając go a potem z kolei wręcz osaczając, tak że z kolei sam zaczął jej unikać.

Na szczęście kiedy zaczął swe nieudolne podchody do Cho także Ginny znalazła sobie inny obiekt zainteresowania, a w ostatnim roku zmieniała chłopaków w tempie, budzącym przerażenie u jej braci.

A teraz szła do niego z szerokim uśmiechem - czego mogła chcieć? Nie miał pojęcia.

Usiadła na ławce obok niego, zaczynając klasycznie.
- Witaj, Harry. Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. - Skinął głową, potwierdzając ten fakt. - Wiele się zmieniło w twoim życiu. Ty sam się zmieniłeś, naprawdę...

Tego tekstu nie słyszał od początku wakacji, pewno dlatego, że był w towarzystwie, które było częścią tych przemian, inspirując je i pomagając. Dziewczyna patrzyła na niego z dziwną miną, ponownie zatem skinął głową, wciąż nie bardzo wiedząc o co jej może chodzić.

Ginny zaśmiała się, trochę nerwowo.
- Tyle czasu spędzałeś z Malfoyem, nawet zamieszkałeś u niego na wakacjach. Myślałam, że może zostałeś gejem. - Kolejny nerwowy śmiech. - A tu proszę, to twój nowy brat. - Kolejne dziwnie nieokreślone spojrzenie, ale Harry pomyślał, że chyba już rozumie, co jest grane.

Był przekonany, że Ron już rozgadał wszystkim, że Harry faktycznie jest gejem, co najwyżej pomijając kwestię Lorda Voldemorta jako obiektu jego uczuć, a tu jednak nie. Najwyraźniej nie docenił jego dyskrecji.

Musi więc teraz sam załatwić tę sprawę. Uśmiechnął się, rzucając jej łobuzerskie spojrzenie i wyjaśnił sytuację, zanim dziewczyna posunie się zbyt daleko i powie mu coś, przez co potem oboje będą czuć się niezręcznie.

- Dobrze pomyślałaś, Ginny. - Zagryzła wargę z nierozumiejącym spojrzeniem. - Jestem już kimś zainteresowany, ale to nie Draco. - Ani nie Ty. Tym razem w jej wzroku widział zawód i zranienie. Przez chwilę jeszcze siedziała obok w milczeniu a potem udając, że ktoś ją zawołał zniknęła bez słowa.

Ponownie westchnął, nie miał pojęcia, dlaczego siostra Rona kiedykolwiek mogła pomyśleć, że chciałby z nią być, nigdy nie okazał ani grama zainteresowania jej osobą. Zresztą skoro wiedziała, że podobała mu się Cho, powinna się domyślić, że sama nie jest w jego typie, a tym bardziej jeżeli myślała, że leci na Draco...

Nie miała ani wyglądu Cho, ani charyzmy Draco. Nie było w niej nic, co mogłoby go pociągać, nawet nie potrafili, nie mieli o czym normalnie rozmawiać. A poza tym, mimo że naprawdę lubił Rona, który był jego najlepszym przyjacielem, nie miał zamiaru na stałe wchodzić do jego rudej rodziny.

Nigdy nie zrozumie dziewczyn, hmm, chociaż i z facetami nie było łatwiej - Tom cały czas go zaskakiwał. Uśmiechnął się nieśmiało i lekko zaczerwienił na myśl o swoim... nie był pewien jakiego użyć słowa. Czy może nazywać Czarnego Pana swoim chłopakiem? Już raczej swoim mężczyzną, ale to brzmiało bardziej... aż cały się zaczerwienił, tak zrobiło mu się gorąco.


Tom też myślał o Harrym. Kiedy ten opuszczał dom, czuł się dziwnie samotny i wciąż myślał o tym, co też jego chłopiec może teraz robić. Było to dziwne, bo kiedy Harry był na zajęciach, czy też zajmował się innymi rzeczami nie czuł takiej tęsknoty, nawet nie widząc go cały dzień, a wystarczyło, by zniknął w kominku i już od razu czuł pustkę.

Było to tym bardziej dziwne, bo nigdy nie pragnął towarzystwa innych ludzi a teraz, bez tej jednej osoby... Westchnął ciężko.

Specjalnie zwołał zebranie swoich sług (chyba musi znaleźć dla nich jakąś inną nazwę, bo "Śmierciożercy" nie pasowało do szanowanych obywateli i polityków - choćby szeregowych), by zająć czas i myśli i prawie mu się udało. Prawie robi jednak dużą różnicę, miał wystarczająco podzielną uwagę, by nawet rozważając najpoważniejsze kwestie wciąż mieć w myślach obraz swojego Harry'ego.

A co będzie po wakacjach? Gdy chłopak wróci do szkoły a on sam będzie musiał na poważnie zająć się swoimi sprawami. Czy dalej będzie tak za nim tęsknił i czy Harry tak samo będzie tęsknił za nim? Chciałby ale obawiał się, ze tak nie jest, w końcu to Harry sam organizował swój czas bez niego i chętnie opuszczał Dwór, by bawić się w innym towarzystwie.

Bolało go to bardziej niż kiedykolwiek mógłby podejrzewać i bardziej, niż kiedykolwiek będzie w stanie się do tego przyznać, szczególnie przed Harrym.

Po zakończonym spotkaniu darował sobie lunch i wziąwszy księgę, którą dzień wcześniej zaczął czytać usiadł w ulubionej bibliotece w swoim fotelu pod oknem, tyle że nawet jej nie otworzył, patrząc na podjazd do drzwi wejściowych - jakby Harry miał się na nim pojawić, a przecież opuścił dwór i miał do niego wrócić kominkiem i to dopiero późnym wieczorem... a zaledwie minęło południe.

To było niebotycznie frustrujące - był najpotężniejszym czarodziejem w tym kraju - jak nie świecie a siedział schowany w rezydencji swoich sług usychając za swoim bawiącym w świecie ukochanym chłopakiem.

Czy coś mogłoby go bardziej upokorzyć?

- Mój Panie... - Jedwabisty i ostrożny głos Lucjusza Malfoya zaskoczył go a to powinno być niemożliwe..

Tak, mogło. Westchnął w duchu i spojrzał pytająco na czarodzieja, trochę zły ale też autentycznie zaciekawiony. Z czym też mógł do niego przyjść? Cokolwiek to było, oderwie go od głupich myśli. Malfoy był wystarczająco inteligentny, by zaangażować go w rozmowę.

- Syn powiedział mi o Twoich planach wobec Pottera.

Młody Malfoy nie powinien rozpowiadać cudzych sekretów, chociaż... nie mówił mu, że to sekret. Przynajmniej już sam nie musi się do tego przyznawać.

Tymczasem jego gospodarz ciągnął dalej:
- To naprawdę ciekawy ruch. - Ruch? - Twój związek z Potterem, Mój Panie, może budzić różne reakcje ale na pewno większość będzie pozytywna. To doda rozpędu naszym projektom.

Voldemort zastygł. Wykorzystać związek z Potterem w kampanii? Natychmiast przypomniał sobie twarz Harry'ego w czasie ich porannej rozmowy po jego urodzinach. To uporczywie patrzenie w podłogę i to, że kiedy ją wreszcie uniósł, poczuł fizyczny ból, widząc jego smutek: "Nikt nigdy nie chciał Mnie."

Wciąż musiał przekonywać chłopaka, że to dzieje się naprawdę. Gdyby Harry'emu choć przez chwile przemknęła myśl, taka jak Malfoyowi zrani go do głębi serca i duszy i nigdy nie uda mu się odzyskać jego zaufania.

- Nie. - Powiedział krótko i twardo, a potem uzupełnił. - Harry nie chce się spieszyć, a ja nie będę go przymuszać. A już na pewno nie będę tego wykorzystywać. - Patrząc ostro w oczy swego sługi dostrzegł w nich przelotną... ulgę? I poczuł wściekłość. Ten cholerny, bezczelny... ośmielił się go testować?!

Poczuł też radość, bo Malfoyom naprawdę zależało na jego Harrym - chcieli go chronić. Czy mógł Lucjusza za to karać?

Oczywiście! Już od dawna mu się nazbierało.


Obolały, wciąż drżący Malfoy ostrożnie zajmował miejsce w fotelu obok już o wiele spokojniejszego i zadowolonego z siebie Czarnego Pana. Przybrał demonstracyjnie skruszoną minę, jednak w głębi jego oczu, była nuta samozadowolenia.

Voldemort zawarczał w duchu, postanowił jednak to zignorować. To wszystko wina Harry'ego - przez tego chłopaka jego sługi zaczęli sobie wyobrażać, że mogą mieć własne zdanie i własne pomysły.

Chociaż pomysły Malfoya zwykle były całkiem dobre i zawsze lepiej sobie radził, mogąc samemu wybierać metody i styl działania. Teraz też na pewno nie przyszedł tylko po to, by go wkurzyć.

Lucjusz Malfoy oczywiście zdawał sobie sprawę, że igrał z ogniem, ale przynajmniej teraz jego Pan nie był już aż tak rozdrażniony i melancholijny. Nie mógł już dłużej na to patrzeć. Voldemort zawsze czuł się dobrze w swoich bibliotekach i w swoim własnym towarzystwie, ostatnio jednak wyraźnie nie dawało mu to ani radości, ani spokoju.

Dlaczego więc wciąż siedział w domu? Nie był już wrogiem publicznym, a jego planem było przekonanie do siebie ludzi i zdobycie władzy. Malfoy rozumiał, że dopóki Harry tu mieszkał szkoda mu było tracić chwile, które mógłby z nim spędzić ale jeśli chłopak miał swoje spotkania i rozrywki poza domem to i On powinien - to nie tak, że nie miał co robić.

Odchrząknął.
- Z raportów Twoich wysłanników... - On też przestał już używać nazwy "Śmierciożercy". - ...wynika, że ich spotkania z czarodziejami przebiegają dokładnie według planu, zwłaszcza po tej akcji ratunkowej z trollami. - Przymknął oczy, pochylając głowę. - Czy mam zacząć organizować Twoje na razie nieoficjalne spotkania ze zwolennikami, Panie? - Nie podnosił głowy, unikając jego wzroku.

Czarnoksiężnik od razu przejrzał jego zachowanie, nie było zbyt subtelne, ale wystarczająco, by go nie obrazić, mógł go nie komentować i zachować twarz. Skinął głową, wyrażając zgodę na jego sugestię.

A skoro mowa o chowaniu się w Malfoy Manor.
- Chciałbym kupić odpowiednią rezydencję - najlepiej w Londynie, jako polityk muszę być w centrum wydarzeń i przyjmować gości we właściwym stylu. - Zmarszczył czoło. - I jeszcze będę potrzebował grupy solidnych skrzatów, żeby nie wymagały ciągłego nadzoru i kontroli.

Malfoy przytaknął, w pełni popierał decyzję i rozumiał wszystkie argumenty Czarnego Pana, chociaż on sam wspomniałby jeszcze o jednym: w Londynie swój dom miał Harry Potter.


Po tym, jak rozmyślający nad jego życzeniami i bez wątpienia planujący już jak najlepiej je spełnić czarodziej opuścił bibliotekę, Tom jeszcze przez chwilę siedział wpatrując się w swoją odłożoną na parapet księgę. Wcale nie miał ochoty jej teraz czytać i w końcu kto powiedział, że musi czekać z opuszczeniem Dworu Malfoyów, aż ten umówi go na jakieś spotkania?

Jego gospodarz miał rację, nie miał powodu by unikać ludzi, chociaż lepiej nie wzbudzać sensacji na ulicach... Ale od czego jest glamour? Mógłby pochodzić po Londynie, samemu posłuchać, co ludzie mówią.

Tyle, że w Londynie był już nieraz i nie miał też podstaw uważać, że czarodzieje akurat teraz będą mówić o interesujących go tematach. Może lepiej udać się gdzieś indziej? Hmm, Harry mówił, że Paryż jest piękny i ciekawy. Może więc warto zobaczyć, co się w nim dzisiaj dzieje?

Nikt mu nie zabroni udać się tam, gdzie ma ochotę a jeżeli spotka Harry'ego, to co w tym złego? Przypadki się zdarzają. - Wstał energicznie w zupełnie innym nastroju, niż przed wizytą Malfoya i szybko ruszył do swojego pokoju, założyć bardziej wygodne ubranie i zostawić szatę, nie chciał bez potrzeby zwracać na siebie uwagi mugoli.


Kolejni goście opuszczali Norę, żegnając się z Harrym i jeszcze raz życząc mu wszystkiego dobrego, aż zostali sami gospodarze oraz Syriusz i Hermiona. Harry wezwał Zgredka, żeby zabrał jego prezenty do Malfoy Manor, a potem wylewnie żegnamy przez Mamę Weasley udał się z przyjaciółmi do domu Syriusza, bowiem Nora nie miała podłączenia do międzynarodowej sieci Fiuu.

Harry i Draco już nieraz sami podróżowali i chodzili po mieście, więc Syriusz nie czuł potrzeby by im towarzyszyć, przypomniał tylko, że na kolacje mają iść do ciotki Rose, skąd Ron i Hermiona wrócą na Grimauld i potem do Nory, a Draco do Malfoy Manor. Podczas gdy na Harry'ego będzie czekać Snape, aby go zabrać do kliniki.

Wszyscy pokiwali głowami i potwierdzili, że: tak pamiętają o tym, omawiali ten plan już nieraz. Pierwszy przeszedł Draco, wymawiając wyraźnie:
- Paryż - główna stacja Fiuu.

Za nim podążyli Hermiona i Ron. Harry obejrzał się na chrzestnego i szybko podszedł do niego, jeszcze raz się przytulając.
- Dzięki, Syriuszu. - Po czym też zniknął w zielonych płomieniach.

Czarodziej nie był pewien, za co Harry mu dziękował: za urodziny, prezent, za nie krytykowanie jego decyzji a może za to, że tu był i go kochał? To by pasowało do jego chrześniaka.


Nie chcąc wzbudzać zainteresowania swoimi działaniami, Tom opuścił rezydencję pieszo i z zewnątrz aportował się na Pokątną skąd użył publicznej sieci Fiuu, przedstawiając się imieniem otrzymanym po ojcu: Tom Riddle i wnosząc stosowną opłatę. Ponieważ przybrał co prawda dość przystojną ale nie wyróżniającą się twarz a jego nazwisko nie figurowało na liście osób nie mogących opuszczać kraju nie zwracając uwagi udał się do swojego celu.

Po wyjściu ze stacji uruchomił swoje wewnętrzne czujniki magii rozglądając się za Harrym. Od razy wyczuł jego magiczną sygnaturę. Chłopak był tu i to całkiem niedawno... A teraz... teraz spacerował nad Sekwaną, całkiem niedaleko. Z powrotem zamknął umysł, poprawił ubranie i udał się w tym kierunku.

Szybko go znalazł.

Cała czwórka wolnym krokiem szla chodnikiem wzdłuż brzegu, Ron i Hermiona rozglądali się z zainteresowaniem dookoła, Harry z Draco, większą uwagę kierowali na swoich towarzyszy niż na miasto. Byli tu już nieraz, a na ten entuzjazm i ciekawość przyjemnie było patrzeć.

Za to Tom patrzył tylko na Harry'ego, wyglądał naprawdę porywająco, tak swobodny i radosny. Niestety nie tylko on tak uważał, jakiś idący naprzeciwko nich młodzieniec wydając radosny okrzyk podszedł i najpierw objął i pocałował w policzek Draco a potem to samo zrobił z Harrym, tyle że zamiast na tym skończyć wciąż trzymał jego dłonie a Harry patrzył na niego z uśmiechem, wymieniając jakieś uwagi.

Tom był zbyt daleko, by słyszeć rozmowę, ale sam widok - te ręce dotykające Jego Harry'ego wystarczał, by aż się gotował ze wściekłości. Harry znał tego człowieka i pozwalał na ten dotyk, uśmiechał się do niego, radośnie paplając. Potrzebował całej siły woli, by nie rzucić się na tego drania.

Nagle Harry zastygł i odsunął się od tego mężczyzny, rozglądając się wokół, a potem przymykając oczy, jakby chciał coś wyczuć. Tom natychmiast też zastygł i otulił swoją aurę, nie chciał by Harry go tak przyłapał.

Nawet siebie samego nie zdołałby przekonać, że był tu przypadkiem.

Harry po chwili trwającej wieki, potrząsnął głową i rzucił jakiś żartobliwy komentarz. Jego przyjaciele rozejrzeli się dookoła i ze śmiechem ruszyli w dalszą drogę, żegnając napotkanego znajomego.

Tom ruszył za nimi. Nie był pewien czy to był dobry pomysł, a raczej był pewien, że nie był, jednak nie potrafił się powstrzymać.

Kiedy weszli do jakiejś kawiarenki, usiadł w drugim końcu ogródka, napawając oczy widokiem. Ale wkrótce zasłoniła mu go kelnerka, a że Ron i Hermiona nie znali francuskiego, to Draco i Harry z nią rozmawiali, tłumacząc ich zamówienia. Dziewczyna nachyliła się do Harry'ego i z czarującym uśmiechem zaglądała do karty, którą trzymał wskazując wybrane pozycje. Niepotrzebnie dotykała jego ręki i opierała się o chłopaka - podrywała go, bezczelnie go podrywała, a Harry albo tego nie widział, albo to mu nie przeszkadzało.

Tom zacisnął dłonie i poczuł otrzeźwiający ból - spojrzał w dół: właśnie rozgniótł swoją filiżankę. Naprawił ją bezróżdżkowo i podniósł wzrok, Harry patrzył na niego marszcząc czoło w zastanowieniu. Szybko rzucił "Nie widzisz mnie", ale było za późno, chłopak już wstał i szedł w jego stronę. Zerwał się by uciec, ale Harry był najlepszym ścigającym w tym stuleciu, zdołał chwycić jego palce i poczuł prąd przebiegający między nimi. Tego nie mógł ukryć.

Chłopak nie oburzył się, nie zaczął krzyczeć ani go pouczać, po prostu zagryzł wargę i pokręcił głową patrząc na niego z głębokim rozczarowaniem. Potem opuścił wzrok na ich ręce i rzucił również bezróżdżkowo zaklęcie na jego wciąż krwawiącą rękę, a potem nadal bez słowa wypuścił ją i odwrócił się wracając do przyjaciół.

Tom stał jak wmurowany patrząc jak Harry daje im krótkie wyjaśnienie a potem wszyscy wychodzą, rzuciwszy mu jeszcze ostatnie niechętne spojrzenie.

Oprócz Harry'ego, który już na niego nie spojrzał.

No i pięknie. A miał to być taki dobry dzień. Jak mógł to wszystko tak kompletnie spieprzyć?
Teraz już nie miał po co tutaj zostawać. Ruszył w kierunku stacji świstoklików, czas wracać do dworu... i czekać aż Harry też tam wróci.