Przepraszam, że to tak długo trwało. Mam nadzieję, że ten ostatni rozdział trochę wynagrodzi czekanie. Przewiduję jeszcze krótki epilog.


Rozdział dwudziesty czwarty

Zbliżało się południe. Dzień był typowo jesienny, pochmurny, na szczęście bez deszczu, lecz mało kto przejmował się pogodą. Gdy planowano uroczystość, bezpieczniej było przewidywać słotę. Jeszcze miesiąc wcześniej stoły wyniesiono by na dwór, a tak trzeba było opróżnić jeden z magazynów, by uczta odbywała się pod dachem. Warunki były może dość prowizoryczne, ale lepszego budynku nie mieli. Mogliby oczywiście wznieść nowy pawilon, gdyby nie wieczny niedobór miejsca w ciasnym obozie i brak dostatecznej ilości wysezonowanego drewna. Magazyn, świeżo pobielony i przystrojony, mógł z powodzeniem wystarczyć.

Fingon z Finrodem czekali u bram, by powitać gości. Kuzyni przyjechali pod rozwiniętymi sztandarami, niewielkim, lecz równym oddziałem. Gwiazda rodu Feanora powiewała dumnie nad ich głowami. Przybyli Noldorowie odziani byli odświętnie, wielu nosiło znak Feanora na tunikach czy płaszczach, lecz żadnemu nie brakowało miecza u pasa, jeśli nie liczyć Alcarino. Fingon nie powstrzymał się od nieznacznego uniesienia brwi na ostentacyjną bliskość, z jaką młodsi bracia trzymali się najstarszego. Spojrzenia ich były śmiałe i dumne, ale postawa krzyczała, że mimo wszystko nie do końca dowierzali rodzinie. Pierworodny syn Fingolfina zerknął pytająco na Maedhrosa, ale ten zachowywał się, jakby tego nie zauważał. Zatrzymał się na moment, by przywitać się z kuzynami, a potem bez słowa podążył za nimi w głąb obozu, nie pozostawiając braciom miejsca na dyskusję.

Przejechali w milczeniu aż do placu, na którym miała odbyć się główna uroczystość. Maedhros zsunął się z gracją z siodła i oszczędnym ruchem poprawił płaszcz. W przeciwieństwie do młodszych braci, ubranych głównie w granat, czerń i ciemną zieleń, pierworodny syn Feanora opływał w szkarłat, gdzieniegdzie podkreślony czernią i przełamany złotem. Zdawał się płonąć i Fingon musiał przyznać, że kuzyni wiedzieli, co robią, jeśli wyznacznikiem miała być cisza, jaka zapadła, gdy przyjechali.

Goście pozsiadali z koni i powstało trochę zamieszania, by wyprowadzić zwierzęta z placu. Elfowie Fingolfina zatroszczyli się o wierzchowce, oglądając z żywym zainteresowaniem zwłaszcza te, które musiały powstać z połączenia koni z Amanu i tych ze Śródziemia.

Wrażenie Maedhros zrobił na wszystkich, stwierdził Fingon, patrząc na brata. Wyłapał zarówno jego zaskoczenie, jak i śmiałe, dumne spojrzenie Maglora. Gdy więc Turgon w odpowiedzi zostawił ojca z siostrą i podszedł do przybyłych, Fingon przygotował się w duchu na pierwszy problem.

– Turukano – odezwał się pogodnie Maedhros, nim którykolwiek zdołał coś powiedzieć.

– Nelyafinwe. – Turgon przez moment mierzył starszego kuzyna spojrzeniem, a potem nieoczekiwanie uśmiechnął się i skłonił głowę. – Cieszę się, że się pomyliłem – zwrócił się na poły do Maedhrosa, ale wzrok przeniósł na jego młodszego brata.

Tym razem to Maglor pozwolił sobie na chwilę kompletnego zaskoczenia, gdyż najwyraźniej tak jak Fingon wietrzył nadchodzącą katastrofę. Opanował się jednak szybko, a najstarszy syn Fingolfina odetchnął z ulgą, skoro Turgon nie zamierzał wchodzić w konflikt z gośćmi od pierwszej chwili spotkania. Uśmiechnął się do siebie; dziwnym doświadczeniem było znów widzieć, jak ktoś góruje wzrostem nad młodszym bratem. Gdyby jeszcze Arakano był z nimi...

Uśmiech zniknął jak zdmuchnięty. Przez moment Fingon miał przed oczami jedynie brakującego brata, takim, jakim go widział po raz ostatni, skąpanego we własnej krwi po brawurowym ataku, który zapewnił im wtedy zwycięstwo. Arakano powinien tu dzisiaj być z nimi. Arakano, Ambarussa, oraz wszyscy ci, którzy nie przeżyli przeprawy przez Helcaraxe.

– Findekano? – Głos Turgona przywołał go do rzeczywistości i Fingon poczuł na sobie zaintrygowany wzrok kuzynów. Potrząsnął głową, a na jego usta powrócił uśmiech.

– Cieszy nas każde zwycięstwo nad Nieprzyjacielem, który zabrał nam brata i tylu bliskich – odparł oficjalnie, lecz z głębi serca. Stojący wśród nich Maedhros był żywym przykładem na to, że nie da się złamać ducha Noldorów.

– Każdemu z nas kogoś brakuje – przyznał Maedhros i mimowolnie obejrzał się na Amrasa, który oddalił się wyprowadzić Rimpalote poza tłum. – I dlatego tu dzisiaj jesteśmy, żeby móc razem przeciwstawiać się wrogowi. – Fingon nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ostatnia uwaga była przypomnieniem dla młodszych synów Feanora.

– Razem z pewnością będziemy mieć większe szanse – przyznał. Odpowiedziały mu dumne spojrzenia kuzynów.

Finrod zniknął gdzieś między krzątającymi się elfami, a gdy Fingon wyłowił go ponownie wzrokiem, stał już koło swojego rodzeństwa. Amras przemknął z powrotem do braci i wsunął się między Curufina i Maglora. Maedhros obejrzał się za siebie, a stwierdziwszy, że jego elfowie zebrali się już w zwarty oddział, odezwał się stanowczo.

– Wracajcie do ojca, Findekano.

Gwar na placu cichł stopniowo. Fingon i Turgon zajęli miejsce u boku Fingolfina i przez chwilę obie grupy stały tak naprzeciw siebie. Dwa obozy, podzielone tyloma urazami, podejrzeniami i pochopnością z jednej, żalem i urazą z drugiej strony. Ponad głową Fingolfina i jego dzieci, oraz dzieci Finarfina, powiewały kolorowe chorągwie przeciwko sztandarom z gwiazdą rodu Feanora. Nie, nie przeciwko, zbeształ się w duchu Fingon, zły na siebie, że mimowolnie wciąż tak to postrzega. Nie przeciwko. Byli jedną rodziną i nadal nią pozostawali, tak jak pozostawał Nieprzyjaciel, którego widmo wciąż okrywało serca cieniem.

A w tym wszystkim, pomiędzy dwiema gałęziami jednego rodu Finwego, był Maedhros, o krok od połączenia rodziny lub wywołania burzy, która nie zakończy się inaczej, jak śmiercią. Wystąpił, stanął przed braćmi, wysoki, wyprostowany, a potem osunął się na kolano i odezwał się, zaskakując wielu mocą głosu:

– Ja, Nelyafinwe Maitimo, pierworodny syn Curufinwe Fёanara, wobec wszystkich tu zgromadzonych zrzekam się tytułu Najwyższego Króla Noldorów na rzecz Nolofinwe Arakano, najstarszego potomka Finwego w Śródziemiu oraz jego rodu. Oświadczam także, że ani ja, ani żaden z mych braci i naszych potomków nie będzie rościć praw do tytułu należnego nam z urodzenia. W imieniu swoim i braci składam broń i uznaję cię za Najwyższego Króla. – To mówiąc, dobył miecza i podał go wujowi. – Niech nasze miecze zwrócą się ku jednemu wrogowi, niech twoje zwierzchnictwo przyniesie nam zwycięstwo.

Fingon patrzył, jak ojciec skłania głowę i przyjmuje oręż. Zaraz potem Fingolfin ujął Maedhrosa pewnym uściskiem i dźwignął z kolan; gest tyleż akceptacji, co i czysto praktyczny. Fingon i tak nie mógł się nadziwić, widząc jak kuzyn się trzyma po dłuższej podróży i wobec pierwszego publicznego wystąpienia po długich tygodniach rekonwalescencji w zaciszu domu, wśród braci i przyjaciół. Gdyby nie widywał go co parę dni i nie był świadkiem codziennych kłopotów, z jakimi wciąż borykał się Maedhros, dałby się dzisiaj zwieść.

Fingolfin nie mówił na szczęście długo. Skoro przedtem Maedhros powiedział niewiele, to on wziął na siebie wspomnienie o połączeniu na nowo dwóch rodów, które przecież wywodziły się z jednego i o uznaniu winy Feanora za przeszłość. Przyjął również ofiarowaną mu godność Najwyższego Króla Noldorów i na całe szczęście nie pokusił się o stwierdzenie, że uznaje synów Feanora za swoich, tak jak niejako przygarnął nieoficjalnie dzieci Finarfina. Jak bardzo ta uroczystość nie była przejawem pokory ze strony synów Feanora, takiego porównania żaden by nie przełknął, nawet najstarsi.

– W świetle Drzew żyliśmy razem i to Ciemność nas podzieliła. Lecz dziś jest nowy dzień, nowe światło pochodzące od Drzew przyświeca nam i rozświetla nasze ścieżki. Z jednego rodu pochodzimy i jednym narodem jesteśmy, więc niech zniknie zawiść i żal między nami, gdyż każdy nasz spór tylko cieszy Nieprzyjaciela. W imieniu tych, którzy polegli, mamy wspólnego wroga do pokonania. Niech więc dzisiejsza uczta odnowi dawne przyjaźnie i połączy rodziny – zakończył Fingolfin.

Elfowie przemieszali się. Oddział synów Feanora rozglądał się coraz śmielej i coraz ciekawiej w poszukiwaniu znajomych twarzy. Fingon widział podobne zainteresowanie ze strony podwładnych ojca i miał nadzieję, że to dobry początek. Wiele oczu wciąż zwróconych było na pierworodnego syna Feanora, śledziło każdy jego gest; sporo elfów widziało go przecież latem jako wrak na skraju śmierci. W tej chwili Maedhros z całą pewnością nie był martwy, a jego wysoką, spowitą w szkarłaty sylwetkę nie sposób było przeoczyć.

Fingolfin poprowadził gości w stronę budynku, gdzie miała odbyć się uczta. Fingon widział, jak Celegorm nachyla się do Curufina z jakimś komentarzem, ale cokolwiek powiedział, na szczęście zostało tylko między nimi.

Wnętrze udekorowano skromnie, na miarę ich ograniczonych możliwości w tych warunkach, lecz dawny magazyn uprzątnięto, a na wolnej przestrzeni ustawiono kilka wysp stołów zamykających się w kwadraty. Najdalej położony od wejścia przeznaczony był dla ich rodu, przy pozostałych zasiąść mieli przedstawiciele Noldorów Fingolfina oraz świta synów Feanora. O ile przy tym pierwszym ściśle zaplanowano, kto gdzie usiądzie, tak reszta miała dowolność wyboru. Fingon dyskretnie obserwował, czy nie będzie z tego tytułu problemów, ale obie grupy były świadome pojednania obu rodów i tego, jak ważne było odnowienie współpracy; ci, którzy tu dzisiaj byli, nie zostali wybrani przypadkowo.

Ledwie usiedli, na stoły wniesiono gorące potrawy. Tak goście, jak i gospodarze sięgali chętnie po aromatyczne pieczenie i świeży chleb. Cisza, początkowo ciążąca i jeszcze niezręczna, wkrótce została przełamana pierwszymi szmerami rozmów, najpierw cichych i ostrożnych, z czasem coraz śmielszych. Gdzieś coś się komuś wymsknęło, ktoś rzucił jakimś zabawnym komentarzem i ostrożny, oficjalny nastrój nieco się ocieplił.

Fingon obserwował rodzinę z niejakim poczuciem nierealności, widząc wszystkich przy stole. Ostatnio zebrali się w tak licznym gronie, gdy... zorientował się, że nie ma pojęcia, z jakiej okazji świętowali u Finwego. Wtedy było zupełnie inaczej, przy stole Fingon pamiętał gromadkę mniejszych i starszych dzieci, niecierpliwych, by zostawić dorosłych i pójść się bawić. To oni z Maedhrosem i Maglorem, na przemian z Indis i Nerdanelą, sprawdzali potem co jakiś czas, czy zabawa w pałacowych ogrodach nie przerodziła się jeszcze w kłótnię. Teraz, paradoksalnie, miał podobne wrażenie, choć wokół siebie widział jedynie dorosłych, nie licząc Idril przy boku ojca i młodego Celebrimbora.
Zerknął na Maedhrosa, ciekaw, czy i on ma podobne skojarzenia, ale przyjaciel siedział pogrążony w uprzejmej, błahej rozmowie z Fingolfinem. Talerza prawie nie dotykał, choć Maglor dbał dyskretnie o to, by podsuwać mu coraz to nowe potrawy. Śpiewak uczestniczył w tej niezobowiązującej pogawędce, ale jego oczy, podobnie jak Fingona, obserwowały rodzinę. Najstarszy syn Fingolfina zorientował się, że to ten kuzyn najpewniej podziela jego odczucia; Maedhros sprawiał wrażenie, jakby całe to napięcie jego nie dotyczyło, jakby nie rozważali wspólnie kilka dni wcześniej, co może pójść źle.
Na prawo od nich Finrod zaskakująco milczał, czasem tylko dorzucając kilka słów do dyskusji. Jego próby nawiązania dłuższej rozmowy z Caranthirem musiały spełznąć na niczym.
Przeciwległy róg stołu prezentował się za to interesująco. Fingon po pierwszym spojrzeniu pogratulował Finrodowi pomysłu. Curufin i Galadriela zajmowali skrajne miejsca, co tylko sprzyjało rozmowie. Kuzynka siedziała sztywno, dumna i niedostępna, ale choć oczy co jakiś czas ciskały gromy w stronę brata i kuzynów odpowiedzialnych za organizację, odpowiadała uprzejmie Curufinowi. Ten, przeciwnie, rozparł się swobodnie, na twarz przywdział ostentacyjną maskę, jakby był u siebie, jednak nie zapominał o wychowaniu. Obok jego syn, jak zauważył z rozbawieniem Fingon, wpatrywał się cielęcym wzrokiem w Galadrielę, zupełnie nieświadomy cichej potyczki.

Drugą wyraźnie niezadowoloną osobą przy stole był Turgon, któremu nie w smak był fakt, że Aredhela toczy ożywioną dyskusję z Celegormem, a w dodatku pozwala się do niej włączać małej Idril. Nie zabraniał jednak córce uczestnictwa w rozmowie, dobrze wiedząc, że dziewczynka niechybnie zaczęłaby się nudzić. Fingon pogratulował sobie i kuzynom pomysłu, by posadzić tych dwoje razem. Najmłodsze rodzeństwo Finroda natomiast zdawało się całkiem dobrze dogadywać z Amrasem, wyglądało więc na to, że wszystko było w porządku.

Fingon zwrócił swoją uwagę ku ojcu, zamierzając dołączyć się do rozmowy, która zboczyła właśnie na nudny i bezpieczny temat klimatu w Śródziemiu, a przynajmniej w tej okolicy, którą obecnie zamieszkiwali. Fingolfin mówił akurat coś o zeszłorocznej słocie, która dała im się we znaki o wiele bardziej niż tegoroczna jesień. mimo że i tym razem nie brakowało deszczu. Trudno o bardziej ogólnikową pogawędkę.

Albo i nie.

– Nie wiem, jak wyglądała poprzednia jesień – rzucił obojętnie Maedhros, zajęty akurat rozkrawaniem czegoś na talerzu przy pomocy widelca. – Tam było ciągle wietrznie i zimno, mimo że słońce paliło. Ale jaka to była pora roku... – urwał, nie patrząc na rozmówców, spokojnym gestem skosztował potrawy.

Fingon widział za to, jak widelec ojca zamarł w połowie drogi do ust, gdy dotarło do niego, co powiedział bratanek. Fingolfin nie miał okazji przywyknąć do takich uwag Maedhrosa, wtrącanych w rozmowę neutralnym tonem w najmniej oczekiwanych momentach.

Maglor zareagował jako pierwszy, zajrzał do kielicha brata i widząc w nim dno, dolał mu wina. Maedhros podążył wzrokiem za jego dłońmi, ale zaraz zorientował się, jaka cisza zapadła po jego słowach. Otwarcie spojrzał na wuja, wciąż nie do końca otrząśniętego, na jego ustach zagościła maska kpiącego uśmiechu.

– Ale pogoda we włościach Nieprzyjaciela nas dzisiaj nie interesuje – skomentował swobodnie, próbując chyba przełamać niezręczną ciszę. – Nie dzisiaj. Mówiłeś...?

Fingon ochoczo podchwycił wątek, dając ojcu chwilę na zebranie myśli. Zaczął wspominać o kłopotach, jakie sprawiało im jezioro, gdy jego poziom się podnosił, Maglor wtrącił się zaraz i poprawił go w jakiejś kwestii. Nim się obejrzeli, incydent został zapomniany, a rozmowa potoczyła się dalej.

xxx

Stół nie obligował nikogo, by przy nim tkwił. Po głównym posiłku część biesiadników rozproszyła się dookoła, a ostrożny, oficjalny nastrój został nieco przełamany. Spośród synów Feanora to Celegorm wyraźnie czuł się najswobodniej i ani na moment nie porzucił towarzystwa Aredheli, która zdawała się być równie zadowolona. Większym zaskoczeniem był natomiast Curufin, który po niemiłosiernie sztywnym obiedzie w sąsiedztwie Galadrieli znalazł sobie lepszego kompana do rozmów i, o ile Fingon się orientował, rozmawiał z nim o doraźnych rozwiązaniach, jakie musieli stosować w kuźniach w tak polowych warunkach, jakie wciąż panowały w obu obozach.

Finrod zakrzątnął się między muzykami i melodia, dotąd cicha i stanowiąca jedynie tło, zmieniła się na żywszą, głośniejszą. Pojedyncze pary zaczęły wyłamywać się z grupek, na wolnej przestrzeni pojawili się pierwszy tańczący; nie mogło tego zabraknąć na uczcie. Celegorm z Aredhelą byli jedną z par, a taniec w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał im toczyć ożywionej dyskusji, co z zewnątrz przedstawiało dość zabawny widok. Celebrimbor natomiast, zamiast trzymać się ojca, wmieszał się gdzieś między elfów, a Fingon odnalazł go akurat w momencie, gdy, czerwony po uszy, próbował poprosić Galadrielę do tańca. Kuzynka odmówiła mu i odeszła dostojnie z dala od parkietu, pozostawiając zmieszanego chłopaka, który czmychnął czym prędzej i zniknął Fingonowi z oczu.

Maedhros był jednym z niewielu, którzy zostali na swym miejscu przy stole, najpewniej wolał nie ryzykować, że w pewnym momencie siły go zawiodą. Z tego względu Fingolfin również nie ruszył się z miejsca, dotrzymując towarzystwa bratankowi. Co rusz ktoś podchodził do szczytu stołu, by zamienić kilka słów z nowym królem, dlatego też Fingon przesiadł się dalej, by zrobić miejsce; Maglor nie opuszczał na krok starszego brata i nie zanosiło się na to, by zamierzał to zrobić.

W pewnym momencie Caranthir musiał zmienić zdanie, bo wybił się energicznie z krzesła i odszedł od stołu. Mogło się zdawać, że miałby z kim porozmawiać, choćby o handlu, Turgon nawet wysilił się na uprzejmość i zagadnął go o coś, ale Caranthir zbył go uprzejmie i chyba musiał skierować się w stronę wyjścia; jasnym było, że się za kimś rozgląda. Wrócił, nim Fingon skończył kawałek ciasta, który akurat miał na talerzu. Rumieńce na policzkach raczej nie miały wiele wspólnego z winem wypitym podczas uczty, gdyż wszyscy pilnowali się, by nie przekroczyć granic rozsądku. Caranthir usiadł z powrotem na swoim miejscu, kilka krzeseł od najstarszego brata i dopełnił swój puchar. Zanim jednak Fingon zdążył się do niego przysiąść i zagadnąć, Finrod zawołał z drugiego końca pawilonu.

– Nie dołączysz do nas, Makalaure?

Maglor sprawiał wrażenie zmieszanego, ale kuzyn nie pozostawił mu miejsca na udawanie, że nie dosłyszał. Fingon podejrzewał, że miało to związek z perspektywą odejścia od Maedhrosa, którego boku nie opuszczał, odkąd zasiedli przy stole, mimo że większość towarzystwa przemieszała się już. Problem rozwiązał najstarszy z braci, zwracając się ku śpiewakowi.

– Nie każ Findarato powtarzać, wszyscy wiemy, że ciebie nie trzeba prosić o śpiew. – Na ustach Maedhrosa błąkał się uśmiech, który większość wzięłaby za swobodny.

Na tak oczywistą sugestię Maglor odwzajemnił uśmiech, wstał i skinąwszy głową Fingolfinowi wyszedł po swoją harfę. Ze swojego miejsca obok Lalwende, które chwilowo zajmował, Fingon obserwował, jak Maedhros wymienia ciche uwagi z jego ojcem, korzystając chyba z faktu, że chociaż na chwilę zostali sami. Przyjaciel nie rozluźnił się zupełnie, ale też nie był już taki spięty i zdawał się nie zwracać uwagi na fakt, że nie miał przy sobie żadnego z braci.

Finrod wziął ich z zaskoczenia, rozpoczynając śpiew w momencie, gdy Maglor wrócił do pomieszczenia. Czystym głosem podjął pieśń z Valinoru, lekką i czystą, pełną dobroci i światła. Ostatnią, którą Fingon chciałby kiedykolwiek słyszeć, pieśń przypominającą mu o rozpaczy i desperacji, gdy w spowitych oparami górach stracił nadzieję na odnalezienie przyjaciela, o straszliwej krzywdzie, jaką musiał mu wyrządzić, by uwolnić z kajdan.

Fingon wstrząsnął głową, odpędzając obrazy sprzed oczu, i spojrzał z niepokojem na kuzyna. Maedhros zastygł bez ruchu, zdawał się nie oddychać. Oczy miał przymknięte, a lewa dłoń zsunęła się ze stołu. Najstarszy z dzieci Fingolfina obejrzał się chaotycznie za Maglorem i uchwycił jego zdenerwowane spojrzenie; najwyraźniej obaj gorączkowo myśleli, jak przerwać Finrodowi bez zwracania zbytniej uwagi.

Zanim którykolwiek z nich zdołał zareagować, Maedhros odetchnął głębiej i otworzył oczy. Skrzyżował wzrok z Fingonem i nieznacznie skinął mu głową, jakby chciał mu dać znać, że wszystko w porządku. Potem z umiarkowanym zainteresowaniem zwrócił się ku śpiewającemu i poprosił Fingolfina, by powtórzył pytanie, gdyż nie wszystko dosłyszał.

Caranthir zareagował, ledwie Maglor posłał mu ostrzeżenie z drugiego końca sali. Spokojnie po raz kolejny napełnił swój kielich z dzbana stojącego przed nim i przesiadł się na miejsce zwolnione przez śpiewaka. Bez skrępowania sięgnął po dłoń brata skrytą pod stołem, na moment kompletnie go zaskakując.

– Jeżeli czegoś potrzebujesz, powiedz, a przyniosę ci dyskretnie od Alcarino – zaoferował cicho, czując, jak pod jego palcami starszy brat usiłuje cofnąć dłoń.

Maedhros potrząsnął głową i uwolniwszy rękę z uścisku, z ociąganiem położył ją na stole.

– Niczego mi nie trzeba, Moryo, dziękuję.

Finrod skończył śpiewać i dopiero wtedy musiał wyczuć napięcie kuzynów, bo w jego oczach odbijało się niezadane pytanie, gdy przeniósł wzrok z Fingona na Maedhrosa.

– Potężne są słowa pieśni, która przywróciła mnie do życia i wyzwoliła z niewoli – odezwał się pierworodny Feanora ku zaskoczeniu rodziny. – Tak jak potrzeba było niezwykłej odwagi i niezwykłej przyjaźni, by porwać się na tak śmiały czyn, jakiego dokonał Findekano. Makalaure, jeśli mnie pamięć nie myli, miałbyś nam coś do przedstawienia na ten temat – zwrócił się do brata.

Maglor nie tego się spodziewał, zorientował się Caranthir. Obserwował, jak brat zamienia się z Finrodem miejscami i ogląda jeszcze raz na Maedhrosa, jakby upewniając się, czy ten nie zmieni zdania. Potem zaś popłynęła pieśń, zarazem wspaniała i tak inna od tych, które Kanafinwe Makalaure komponował jeszcze w Tirionie czy później, na wygnaniu w Formenos. W piękne słowa, gładkie i pełne pochwały, ubrał brat czyny, które pozostawiły siedzącego obok Maedhrosa kaleką. Była tam jednak i inna nuta, nowa, ostrzejsza. Caranthir uświadomił sobie, jak długo nie widział brata występującego, tak jak teraz, z harfą w dłoni i wesołym błyskiem w oczach, zatraconego w swej pieśni i tyle młodszego, nie przytłoczonego ciężarem regencji, która spadła na niego z dnia na dzień i wyzuła z chęci do śpiewu i komponowania. Przez lata Maglor nie tworzył, a gdy znajdował czas, by wziąć instrument do ręki, to często jedynie stroił struny i czyścił pudło, czasem zagrał którąś ze swoich starych piosenek. Jeśli Caranthir usłyszał jakąś nową melodię, to zazwyczaj urywała się po kilku taktach, a potem Maglor milkł na długo i tylko prośby Amrasa skłaniały go czasem, by zagrał coś więcej, gdy siedzieli wspólnie przy kolacji.

Ten Maglor, teraz, był tym dawnym, dużo młodszym bratem dającym pokaz swych umiejętności na dworze dziadka, doprowadzającym do łez swoją grą i czarującym głosem. Maedhros także musiał to zauważyć, bo na jego twarzy zagościł spokojniejszy uśmiech, jak gdyby nie słyszał, o czym Maglor śpiewa. Na Fingona Caranthir celowo nie patrzył; nie było sensu psuć sobie bardziej humoru. Brat na szczęście miał i inne pieśni w zanadrzu, a raz poproszony o występ, nie zamierzał kończyć. Finrod dołączył do niego i złocisty głos Maglora, subtelny, a zarazem władczy i zdolny kruszyć skałę, przemieszał się z drugim, łagodniejszym.

– Mógłbyś rozwiązać chustę? – Maedhros pochylił się ku bratu, a cicha prośba wzięła go z zaskoczenia.

Zdziwiony prośbą, Caranthir posłusznie wyswobodził okaleczoną rękę z temblaka. Maedhros ostrożnie rozprostował łokieć i oparł kikut luźno na kolanach. Nie cofnął ręki, gdy młodszy brat przesunął palcami po wyczuwalnych pod uroczystymi szatami kościach, ale zaprotestował na próbę dolania wina.

– Dla mnie wystarczy, Moryo. Tobie chyba już też – zauważył spokojnie Maedhros, dłonią przykrywając swój kielich. – Będziesz tak miły, bracie, i przejdziesz się ze mną zaczerpnąć świeżego powietrza?

Caranthirowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Podniósł się, a gdyby nawet ktoś patrzył w ich stronę, uznałby, że pochylił się odstawić kielich, gdy pomagał bratu dźwignąć się z krzesła. Maedhros skłonił ceremonialnie głowę przed Fingolfinem i odszedł od stołu pewnym, spokojnym krokiem; prawa ręka, spuszczona luźno wzdłuż tułowia, kryła się częściowo pod płaszczem, lecz sam Maedhros nie robił nic, by ją schować, obojętny na zaciekawione spojrzenia, mniej lub bardziej otwarte.

Chwilę trwało, nim dotarli do wyjścia, bo niemożliwym było, by Maedhros przeszedł niezauważony i nie porozmawiał chwilę, gdy ktoś go zagadnął. Caranthir przez cały czas pozostawał milczącym cieniem brata, czasem tylko dorzucając coś od siebie, gdy został zapytany o zdanie. Maedhros zdawał się doskonale odnajdywać w tłumie Noldorów, swoich i Fingolfina, ale widać było po nim ulgę, kiedy wreszcie zostali względnie sami.

– Mieliście rację, nie ryzykując uczty pod gołym niebem – skomentował Caranthir, podnosząc głowę w górę ku mżącemu deszczowi; jesień jednak przypomniała o sobie.

– Zaczekaj tu na mnie. Zaraz wrócę.

Maedhros oddalił się na stronę pomiędzy budynki, zostawiając brata pod mizerną osłoną krótkiego okapu. Caranthir wyszedł spod niego, gdy tylko się zorientował, że daszek wcale go nie chroni, a woda ścieka mu prosto za kołnierz. Odczekał chwilę, ale nieobecność Maedhrosa wydała mu się w końcu zbyt długa i skręcił także jego śladem.

– Nelyo? – odezwał się półgłosem, przełykając rodzącą się panikę, wściekły na siebie, że stracił brata z oczu. Zanim jednak zdążył się zdenerwować, znalazł go wspartego o ścianę domu za węgłem.

– Już wracam, Moryo – westchnął Maedhros i przesunął dłonią po oczach. – Daj mi chwilę.

Caranthir miał wrażenie, że widzi kogoś zupełnie innego od tego elfa, którego obserwował przez cały dzień na uroczystościach. W mdłym świetle księżyca, ledwie przebijającym się przez chmury, Maedhros wyglądał szaro.

– Możemy w ogóle nie wracać – zauważył Caranthir. Oparł się obok brata i objął go ramieniem. – Ale, zauważ, pada.

Maedhros prychnął w odpowiedzi i zgarnął z twarzy wilgotniejącą grzywkę. Zrobił to prawą ręką, chyba nieświadomie, bo przez krótką chwilę sam wyglądał na zaskoczonego i zmieszanego, gdy się zorientował.

– Czy stało się coś, czym powinienem się niepokoić? – zapytał nagle, zaskakując Caranthira. – Wróciłeś do stołu wzburzony, więc chciałbym wiedzieć, czy grozi nam jakiś dyplomatyczny skandal – wyjaśnił.

– Nie, nic takiego – pospieszył z zapewnieniem Caranthir. – Naprawdę, Maitimo. Angarato i ja mieliśmy kilka kwestii do wyjaśnienia – powiedział, mimowolnie podnosząc głos, zły na wspomnienie nieprzyjemnej rozmowy z kuzynem, który dał mu jasno do zrozumienia, co sądzi o ich dawnej przyjaźni.

– Skoro tak twierdzisz... – Maedhros poprawił płaszcz i odbił się od ściany. Caranthir poszedł za nim, trzymając się blisko, ale brat nie potrzebował pomocy.

Mimo deszczu po dworze kręciło się sporo elfów, widać część uznała, że nadeszła pora, by opuścić oficjalną uroczystość i porozmawiać w bardziej kameralnych gronach. Mieszane grupki pozdrawiały uprzejmie synów Feanora, ale Caranthir wymanewrował w końcu brata tak, by wrócili do głównego budynku, skąd wciąż dobiegała muzyka.

– Nelyafinwe! – zawołał kobiecy głos za nimi. – Myślałam już, że cię nie znajdę.

– Lalwende. – Maedhros obrócił się i uśmiechnął z przyjemnością. – Czy wydarzyło się coś, co wymaga mojej pilnej obecności? – zagadnął uprzejmie.

– Nie, nie, nie kłopocz się. – Lalwende chwyciła go za przedramiona i przyciągnęła bliżej, jakby chciała go obejrzeć. Zadowolona z tego, co zobaczyła, roześmiała się wesoło. – Findekano miał cię znaleźć, ale Findarato i Makalaure potrzebowali go do pieśni i sam wiesz, raczej ich rychło nie zostawi.

– Nie ma szans – zgodził się Caranthir. – Z tego, co słyszę, Kano się dopiero rozgrzał – zauważył z dumą.

– W takim razie nie ma co na niego liczyć. A miał wam przekazać, że kazał przygotować dla was pokoje, byście nie wracali po nocy – wyjaśniła Lalwende. – W lewym skrzydle, dla was i dla wuja Alcarino. Mamy też przygotowanych kilka innych budynków, dla nikogo nie powinno zabraknąć miejsca.

– Dziękujemy za troskę, ciociu. – Na twarzy Maedhrosa zagościł przez moment przekorny uśmiech; dobrze wiedzieli, że Lalwende nie lubiła być tak nazywana, zwłaszcza będąc niewiele starszą od niego.

– Mogę wam wskazać drogę, Maitimo. – zasugerowała młodsza siostra Fingolfina, nie zwracając uwagi na docinek.

– Prowadź, proszę.