Rozdział XXIVHermiona Granger, nucąc pod nosem melodię z Titanica, wkroczyła zamaszystym krokiem do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Była w nieporównywalnie lepszym nastroju niż rano. Już otworzyła usta, by pełną piersią zawyć „MAJ HART ŁIL GOŁ OOOOON EEEEND OOOOON!", gdy dostrzegła postać siedzącą na fotelu. Zamarła z rozdziawioną gębą. Torba wysunęła jej się z ręki i upadła na dywan z głuchym tąpnięciem. Malfoy milczał, patrząc na nią z chłodnym rozbawieniem i wymownie unosząc brew. Ona także milczała, ale dlatego, że miała wrażenie, jakby zupełnie zapomniała jak się mówi. Z rozwalonej u jej stóp torby wysunął się kałamarz, który wolno potoczył się po podłodze, kreśląc na niej stopniowo zmniejszające się kręgi. Dźwięk, jaki przy tym wydawał, brzmiał nienaturalnie głośno w otaczającej ich grobowej ciszy. Wreszcie słoiczek wykonał ostatnie, maleńkie kółko, po czym chybocząc się i postukując o drewniane panele, zatrzymał się w miejscu.
- c-co... - zaczęła gryfonka drżącym z zaskoczenia głosem – ...ty tu robisz?
- siedzę – odpowiedział najspokojniej na świecie Malfoy.
- wiedzę, że siedzisz – dziewczyna już otrząsała się z szoku i w jej głosie zaczynała pobrzmiewać irytacja. - ale...
- jesteś dość mocno zszokowana, jak na kogoś, kto sam dał mi hasło. - chłopak bawił się doskonale i ona o tym wiedziała, jednakże wciąż zachowywał chłodny spokój, z delikatną nutą drwiny i... czegoś jeszcze.
- to prawda. - przyznała ostrożnie, starając się opanować emocje – dałam ci hasło. Ale... skąd wiedziałeś?
- oh, po prostu nie doceniłaś mojej inteligencji, skarbie. - odparł lekko, jakby mówił „oh, zapomniałaś zamknąć drzwi wychodząc". Hermiona poczuła, że natychmiast musi usiąść, inaczej się przewróci. Opadła ciężko na fotel naprzeciwko ślizgona. Jej twarz powoli odzyskiwała kolor.
- chyba faktycznie nie doceniłam. - powiedziała, rzucając mu dziwne spojrzenie. Pozwolił sobie na ledwie zauważalny uśmiech. - mogłeś mnie uprzedzić, że jesteś cholernym geniuszem dedukcji – teraz jej ton brzmiał na obrażony i pełen pretensji. Chłopak zaśmiał się krótko i szczerze.
- Sherlockiem to ci ja nie jestem – rzekł w odpowiedzi – ale miło słyszeć takie pochlebstwa z twoich – zaniósł się kaszlem, który brzmiał niemal dokładnie jak „a-mhp-et-ygh-nych" - ust.
Hermiona odniosła wrażenie, jakby spośród tej dzikiej kombinacji chrząknięć i sapnięć wychwyciła słowo „apetycznych" i to odkrycie sprawiło, że zrobiło jej się gorąco. Czym prędzej odwróciła wzrok od wpatrzonych w nią prowokacyjnie, szaro-błękitnych oczu i zaplotła ręce na kolanach.
- Masz ochotę na herbatę? - spytał Malfoy ni stąd ni zowąd.
- To ja powinnam zadać to pytanie. Ty jesteś gościem, a ja gospodarzem.
- Oh, Granger, nie bawmy się w etykietę. Jesteśmy dorośli.
O Boże, pomyślała Hermiona, dziwnie pobudzona jego słowami, Niech on tak o nas nie mówi. To brzmi tak... tak... sugestywnie!
- Racja. Jesteśmy – przytaknęła – Masz ochotę na herbatę?
Posłał jej spojrzenie spode łba. W odpowiedzi tylko uśmiechnęła się przekornie i machnięciem różdżki wyczarowała imbryk gorącej herbaty i dwie filiżanki. Po chwili do tego zestawu dołączyła także cukierniczka i dzbanuszek z mlekiem, jakby dziewczyna coś sobie przypomniała.
Rozlała napar do filiżanek. Malfoy cały czas śledził ją wzrokiem, ale milczał, jakby na coś czekał. Nie zadając żadnych pytań, dziewczyna wsypała łyżeczkę cukru do jednej z filiżanek, oraz dodała odrobinę mleka. Następnie przesunęła naczynie w jego stronę. Uniósł brwi niemalże do linii włosów.
- Skąd wiesz, jaką herbatę pijam? - w jego głosie pobrzmiewała szczera ciekawość, pomieszana z zaskoczeniem oraz nutką podziwu. Nie zdołał przepędzić myśli, że choć Pansy Parkinson uważała się za jego najwierniejszą wielbicielkę, na pewno nie umiałaby przyrządzić mu takiej herbaty, jaką lubił. A to ważne.
- Pij – odpowiedziała tylko, patrząc w bok. Wiedział, że próbuje uniknąć w ten sposób odpowiedzi, ale postanowił jej nie naciskać. Zamiast tego upił łyk gorącego naparu i niemal zamruczał z zadowolenia.
- pycha – skomentował, czym zasłużył sobie na nieśmiały uśmiech Hermiony – ludzie powinni ci za to płacić.
- za przyrządzanie im herbaty? - spytała z powątpiewaniem, nareszcie spoglądając mu w oczy. Przytaknął. - pozwolisz, że skoczę przebrać się z szat w... coś luźniejszego?
- Oczywiście – zgodził się natychmiast, posyłając jej uśmiech. Odwzajemniła go, po czym podniosła się z fotela i udała do dormitorium. Przez chwilę chciał ruszyć za nią, porwać ją, rzucić na łóżko... powstrzymał się jednak. Zamiast tego zaczął w skupieniu liczyć wydechy, by uspokoić szalejące w nim emocje, które trzymał na wodzy odkąd dziewczyna wlazła przez obraz do pokoju.
Wróciła po pięciu minutach, ubrana w ciemne dżinsy i wyciągnięty, wełniany sweter o luźnych oczkach, przez które prześwitywała biała koszulka. Wskoczyła na jedną z kanap i usiadła na niej po turecku.
- Porozmawiajmy – oświadczyła raźnym tonem. Od razu widać było, że czuje się już znacznie bardziej komfortowo w całej tej... sytuacji.
- Zgoda, porozmawiajmy... - odparł gładko - chociaż przychodzi mi do głowy jeszcze kilka innych rzeczy, które moglibyśmy porobić... Sami. W tym wielkim, pustym pokoju. - spojrzał na nią z rozbawieniem, po czym posłał jej leniwy, pociągający uśmiech. Serce dziewczyny zatrzepotało, a policzki elegancko się zaróżowiły. Malfoy, jakby tylko na to czekał, zaśmiał się krótko ale szczerze. - o czym chcesz porozmawiać? - spytał, łaskawie porzucając temat „rzeczy-które-według-niego-mogliby-porobić".
- O wszystkim? - odparła pytająco.
- Oh, ależ Granger. „Wszystko" to bardzo obszerny temat, może na przykład...
- Jaki jest twój ulubiony kolor? - przerwała mu prędko, domyślając się dokąd zmierza jego tok rozumowania. Nie była gotowa na kolejną dawkę wyjątkowo wymownych aluzji z ust tego piekielnie seksownego ślizgona... Na Merlina, o czym ja myślę!, napomniała się w duchu.
- Szary. Szary, oczywiście – rzekł chłopak w odpowiedzi. Nie skomentował w żaden sposób jej, wiele mówiących, szkarłatnych rumieńców, ani faktu że przerwała mu w pół zdania.
- Szary? I niby dlaczego to takie oczywiste?
- Ponieważ czarny to zło, a biały to dobro. Natomiast szary jest pomiędzy.
Nie musiał nic więcej tłumaczyć. Wiedziała co ma przez to na myśli.
- Mi się wydaje, że nic nie jest jednoznacznie złe – powiedziała w zamyśleniu – Nie istnieją rozwiązania idealne. Wszelkie idee, to poplątana sieć większego i mniejszego zła. Łatwo się w tym pogubić. I łatwo popaść w absolutyzm, bo tak jest zwyczajnie PROŚCIEJ. Ale tak naprawdę każdy powinien podejmować trud oceny. Obiektywnej i wnikliwej, by widzieć świat takim, jakim jest w rzeczywistości, a nie przez filtr naszych fobii i manii.
Chłopak nic nie odpowiedział. Tylko patrzył na nią intensywnie, jakby chciał prześwietlić ją spojrzeniem. Podsłuchać w jej myślach to, czego nie dopowiedziała.
- Nic nie jest jednoznacznie złe? A Voldemort? - spytał w końcu. W jego głosie pobrzmiewała wyzywająca, natarczywa nuta. Hermiona mimowolnie wzdrygnęła się, słysząc imię Czarnego Pana. Nic nie mogła na to poradzić – nawet gdy był już martwy.
- On... - zawahała się – Jego poglądy były chore, ale pobudki – z jego punktu widzenia – jak najbardziej szlachetne. Intencje zawsze liczą się, przy ocenie czynu. V...Voldermort mordował, torturował, palił, niszczył i krzywdził, ale był święcie przekonany, że robi to w słusznej sprawie. Nie kierowała nim ani żądza władzy, ani zwykła złośliwość... Myślał, że robi to, co najlepsze dla świata czarodziei. To częściowo go usprawiedliwia... odrobinkę, ale jednak. Mimo wszystko nadal uważam, że był obłąkanym maniakiem i barbarzyńcą.
Zakończyła, spoglądając z obawą w jego szare oczy. Bałą się, że dostrzeże w nich gniew, dezaprobatę, obrzydzenie, szok...ew. Perwersyjną przyjemność, ale nie – patrzył na nią ze zrozumieniem. Wiedział, co miała na myśli. Nie broniła Voldemorta, starała się tylko choć trochę zrozumieć motywy jego działania, spojrzeć na całą sytuację od tej „drugiej strony". Wymagało to wyjątkowej dojrzałości i odwagi. Jak mówiła – absolutyzm poglądowy zawsze był pójściem na łatwiznę. Drogą na skróty, podczas gdy świat nigdy nie był, i nigdy nie będzie, absolutny. Czarno – biały.
- Wiesz, jaki jest mój ulubiony kolor? - zagadnęła nagle. Było to pytanie czysto retoryczne, na które sama planowała udzielić odpowiedzi. Jakież było jej zdziwienie, gdy chłopak odezwał się natychmiast:
- Oczywiście, że wiem. Zielony.
Mówił bez cienia niepewności. Był tak przekonany, że Hermiona doznała szoku.
- sk...skąd wiesz? - jej głos zaciął się lekko, ale był stanowczy. Pragnęła poznać odpowiedź. Już. Teraz. Sama nie wiedziała, czemu to dla niej aż tak istotne. Po prostu... musiała wiedzieć, skąd ON wiedział.
- to proste – odparł, jakby stwierdzał, że niebo jest niebieskie, przy czym niedbale wzruszył ramionami. – wszystkie twoje zakładki do książek są zielone.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się, w wyrazie bezbrzeżnego zaskoczenia. Chyba miał rację... chyba faktycznie miała same zielone zakładki. Bo zielony to był jej ulubiony kolor. A ten drań o tym wiedział. Obserwował ją? Nawet nie wiedziała, co w związku z tym czuje. Złość? Szczęście? Dumę?
- jesteś niesamowity – powiedziała nagle. Malfoy posłał jej uważne, pełne namysłu spojrzenie.
- „Niesamowity" to dość niekonkretne pojęcie. Co dokładniej masz na myśli?
- że jesteś... zaskakujący.
- zaskakujący? - jego brwi uniosły się w wyrazie niedowierzania. - zawsze od wszystkich słyszałem, że jestem koszmarnie, niemożliwie wręcz przewidywalny. To trochę dzi...
- Bo może i jesteś – dla ogółu. Ale ja nie mam na myśli ogółu, Draco, tylko mnie. To MNIE stale zaskakujesz. Nie jesteś... taki, jaki myślałam, że jesteś. Może się zmieniłeś. A być może myliłam się co do ciebie od samego początku... chociaż nie, jednak wolę myśleć, że się zmieniłeś...
- zaczynasz bredzić, skarbie – rzekł, przerywając jej miękko.
- przepraszam. Wpadłam w słowotok. To mi się czasami zdarza – uśmiechnęła się niepewnie, zachodząc delikatnym rumieńcem. Muszę ją pocałować, pomyślał nagle - i wyjątkowo trzeźwo - Draco Malfoy. Teraz. Natychmiast.
Najzwyczajniej w świecie wstał i ruszył zaskakująco spokojnym krokiem w jej stronę. Dlaczego się nie denerwował? Wydawało mu się to zarówno dziwne, jak i wybitnie naturalne. Jakby po prostu tak miało być – on MUSI ja pocałować. Tak MA być, to jest właściwe (mimo, że ze wszech miar niewłaściwe), odpowiednie (mimo, że ze wszech miar nieodpowiednie) i słuszne (mimo, że ze wszech miar niesłuszne). Usiadł naprzeciwko niej, jakby znali się od lat, jakby nagłe momenty bliskości nie był dla nich niczym nowym. Chwycił ja za ręce i delikatnie ścisnął jej palce. On wiedział, że ona wie, co on chce zrobić. A ona wiedziała, że on wie, że ona wie. Ale to nic – wszystko było w porządku. Na swoim miejscu.
- Mam ochotę cię pocałować – wyznał szczerze, w przypływie iście gryfońskiej odwagi. Draco nigdy nie odzywał się w ten sposób do dziewczyn. Czasami mówił: „mam ochotę na dziki seks z tobą", albo „mam ochotę mieć CIEBIE". Ale jeszcze nigdy nie powiedział „Mam och cię pocałować". To zbyt... proste, ładne, nieskomplikowane. Ciepłe o bezpośrednie.
- Więc na co czekasz? – wyszeptała, nie ufając własnemu głosowi. Chciała powiedzieć coś innego. Chciała powiedzieć „Nie dotykaj mnie", ale nie mogła. NIE – MOGŁA.
- na... - młodzieniec wbił w nią swój porażający, stalowoszary wzrok. Zamrugała kilkakrotnie i spąsowiała - ...to – dokończył, unosząc dłoń i wodząc opuszkiem palca po jej policzku, jakby chciał podkreślić, że chodziło mu właśnie o ten – intensywny i ciemny – rumieniec.
Nachylił się.
- Jeżeli chcesz, żebym przestał, powiedz to teraz – rzekł bardzo cicho, centymetry od jej twarzy. Nie odezwała się. Zacisnęła dłonie.
Chłopak pochylił się jeszcze bardziej, tak, że czuła ciepło, bijące od jego ciała. Czysty i przyjemny zapach cytrusów. Chciała tego. Chciała, żeby całował ją od świtu do nocy, długo, mocno i szczerze. Czy od Draco Malfoya można wymagać szczerości?, pomyślała, póki jeszcze była w stanie mysleć.
Wolnym, acz płynnym ruchem pokonał resztę dzielącej ich odległości. Musnął wargami jej usta i już, już miał wpić się w nie mocniej, gdy coś donośnie zastukało w szybę. Z początku miał ochotę owo „coś" zignorować i po prostu PRZYLGNĄĆ do Granger, ale dźwięk był zbyt natarczywy. Gdy oboje – speszeni, zakłopotani, umęczeni tęsknotą wzajemnego dotyku – spojrzeli w stronę okna, dostrzegli siedzącą na parapecie, grafitowo szarą sowę. W dziobie trzymała list. Ciekawe do kogo?, pomyślała Hermiona, nim zdała sobie sprawę, że są w Wieży Gryffindoru, więc wiadomość z całą pewnością zaadresowana była do niej. Wstała niechętnie, po chwili wracając na to samo miejsce, tym razem z kopertą w dłoni.
- Otwórz – zaproponował, z pozoru niedbale, Draco.
Zrobiła to, o co prosił. Otworzyła list. Wewnątrz koperty znalazła tylko jedną, sztywną kartkę, pokrytą kanciastym, nieestetycznym pismem.
Kocham Cię. Tęsknię za Tobą. Wciąż o Tobie myślę, Ginger, Wciąż Twój,
o Tobie i o drugich szansach. Brakuje mi tutaj Twoich rozwianych loków i Twojego gorącego kakao. Nawet mama nie robi takiego dobrego, jak Ty.
Fred.
- G...Hermiono, czy...
- Malfoy – powiedziała, dziwnie obcym, suchym tonem. Nie patrzyła na niego, słowa wypowiadała do powietrza przed sobą. - Myślę, że powinieneś już iść.
