Runy
Weasley jest naszym królem!
Lucjusz Malfoy wszedł do zaciemnionego gabinetu, który obecnie zajmował Lord Voldemort. Czarny Pan siedział w fotelu przy kominku trzymając starą książkę, która z pewnością widziała lepsze czasy. Brakowało jej dwóch srebrnych okuć na rogach, czarna skóra marszczyła się i odłaziła gdzieniegdzie. Grzbiet był spękany, a tytuł wytarty. Jego pan wpatrywał się w przestrzeń kontemplując tekst, który właśnie przeczytał. Powoli oderwał wzrok od ściany, aby spojrzeć na płomienie w palenisku, i niespokojnie przesunąć się na siedzeniu. Ogień migotał, polana trzaskały przeciwko ciszy, a sylwetka mężczyzny stworzyła na ścianie dokładny cień z gorących płomieni. Iskry strzelały w górę, by opaść ponownie w dół, utrzymując stały przepływ w stałym tempie, nie rosnąc, nie malejąc. Lord poderwał głowę jakby właśnie doznał objawienia, na co Lucjusz pokłonił się i czekał aż jego obecność zostanie zauważona. Każdy kto cenił swoje życie nie przeszkadzał Czarnemu Panu w jego badaniach. Po kilku minutach, karmazynowe oczy zyskały ostrość i omiatając pokój, skierowały się na Malfoya, przewiercając go do dna duszy.
— Lucjuszu.
— Witaj, mój Panie.
— Jak idą sprawy w ministerstwie?
— Dobrze, mój Panie. — Blond czarodziej pokłonił się i kontynuował. — Knot je mi z ręki, podobnie jak pozostałym swoim doradcom. Wszelkie wzmianki o twoim powrocie są wyciszane, a próby Dumbledore'a powstrzymywane. Nasi ludzie powoli przejmują urzędy podszeptując twoje idee swoim współpracownikom, tak że nawet jeśli oni nie są twoimi zwolennikami, to popierają cię.
— Dobrze, bardzo dobrze. A jak stoją badania niewymownych z projektem, który zleciłem?
Lucjusz napiął lekko ramiona a następnie odchrząknął.
— Panie, miałeś rację w swoich założeniach. Wśród wszystkich dwudziestu pięciu przebadanych próbek, dwadzieścia tak zwanych szlam okazało się potomkami starych rodów. Co ciekawe, matka Harry'ego należała do francuskiego rodu Cornu.
Voldemort zamrugał dwa razy, zanim na jego ustach pojawił się uśmiech.
— Och, Cornu'owie, to wyjaśnia nadawanie kobietom imion po kwiatach. Mów dalej, Lucjuszu.
— Tak, domyślam się, że już to wiesz, mój Panie, Cornu'owie byli rodem najemnych zabójców, którzy trzymali tajemnice wewnątrz rodziny dość ściśle. Do dziś szeptem przekazuje się opowieści, że od najmłodszych lat przygotowywali dzieci do roli morderców, dając im do zabawy ludzkie czaszki — Malfoy lekko wzdrygnął się z obrzydzeniem. — Magia nie była dla nich najważniejsza, jeśli dziecko ją dzierżyło, to dobrze, miało dodatkowe zabójcze zdolności. Charłaki były uważane za tak samo cenne jak inni — zakończył z przekąsem.
— Przejdź konkretnie do matki Harry'ego.
— Tak, Panie. Dziadek Lily Evans był charłakiem, który poślubił charłaczkę nazwiskiem Montenegro z bocznej gałęzi Cornu'ów. Nie udało mi się dowiedzieć jak uciekli przed wielką francuską czystką czarnoksiężników w 1855 roku, ale przenieśli się do Australii i tam przybrali nazwisko Evans. Tu moje źródła praktycznie zawodzą, wiem tylko, że spłodzili jednego syna, również charłaka. On osiadł w Anglii, krótko po zakończeniu mugolskiej wojny. W 1950 roku poją za żonę mugolkę. Mieli dwie córki, Lily i Petunię.
— Wnioskując z rodowodu panny Evans, była ona półkrwi a nie szlamą.
— Tak. Wiem od Severusa, mój Panie, że rodzice byli z niej bardzo dumni, gdy objawiła swoją magię. Zwłaszcza ojciec, stawiał ją wyżej nad siostrą.
— Nic dziwnego, z pewnością był świadomy swoich korzeni. To co najmniej zaskakujące, że Harry nie jest tak jasny, jak stary głupiec zwykł wierzyć. — Voldemort zamyślił się. — Myślisz, że dyrektor wiedział o rodowodzie panny Evans?
— Nie, mój Panie. Mnie udało się tego dowiedzieć, tylko dzięki francuskim kontaktom. Cornu dołożył wszelkich starań, by zniknąć z powierzchni ziemi. Gdyby nie próbka krwi Harry'ego i materiał porównawczy od starego Montenegro nigdy bym tego nie odkrył.
— To ktoś od Montenegro jeszcze żyje? — Vodemort uniósł brew.
— Jeden starzec, bezpotomny, czarodziej choć nie jest wiele lepszy niż gdyby był charłakiem. Gdy umrze wszystko będzie dziedziczył Harry. Nie żeby było tego dużo — dodał po namyśle Malfoy.
— Lucjuszu, mało ważne — pomachał ręką. — Czy gdyby ktoś się dzisiaj dowiedział o tym dziedzictwie, groziłyby Harry'emu jakieś reperkusje?
— Nie sądzę, mój Panie. Prócz Harry'ego i starca rodzina została wymazana z powierzchni ziemi. A żadne z tej dwójki nie posiada wiedzy swoich przodków.
— Jednakże umiejętności rodzinne z pewnością płyną w ich krwi.
— Za przeproszeniem, wątpię w to, mój Panie — Malfoy zastanawiał się, gdzie ta rozmowa go zaprowadzi.
— A czy twój syn byłby wstanie zamordować kogoś z zimną krwią mając jedenaście lat, a później nie mieć nawet wyrzutów sumienia?
Mężczyzna zamrugał i wzdrygnął się. Myśl o Draco, który w tym wieku miałby zbrukać tak swoją duszę, szczerze go przerażała.
— Nie, mój Panie. Nawet w tej chwili nie byłby do tego zdolny.
— Właśnie.
Voldemort pokiwał głową i w gabinecie znów zapadła cisza. Czarny Pan ponownie wpatrywał się w skupieniu w książkę, którą trzymał w rękach.
— Powiedz mi Lucjuszu…
— Tak, mój Panie?
— Czy Potterowie specjalizowali się w starożytnych runach?
To było coś nowego. Lucjusz uniósł brew i zebrał się na odwagę by zapytać.
— Panie? Mogę wiedzieć skąd wzięło się to pytanie.
— Prosta odpowiedź, tak czy nie — Czarny Pan rzucił zirytowane spojrzenie.
— Nie wydaje mi się — Malfoy przełknął. — Z tego co mi wiadomo, Lily przodowała w zaklęciach, zaś James był dobry z transmutacji. Żadne z nich nigdy nie wyświetlało znaczącej wiedzy na temat run, ani nie posługiwało się nimi w życiu codziennym.
— A ktoś z ich bliskiego otoczenia? Inny niż stary głupiec.
— Alice Logbottom, jeśli dobrze pamiętam.
Logbottom, matka drugiego dziecka przepowiedni… To z pewnością ma sens.
— Panie, czy mam dowiedzieć się więcej?
— Nie, Lucjuszu. Teraz, spójrz na to — Czarny Pan podsunął Malfoyowi książkę otwartą na rysunku jednej runy — czy coś ci to przypomina?
Mężczyzna spojrzał, a jego źrenice się lekko rozszerzyły na moment.
— Jest identyczna jak blizna Harry'ego, mój panie.
— Zgadza się, gdyż to nie jest blizna. To sowilo, runa nordycka. Och, to było sprytne. Jak widać nie wszyscy w Zakonie byli idiotami.
Tak, to było sprytne. Wiedzieli, że zabezpieczył się przed śmiercią i choć mogli nie wiedzieć w jaki sposób, to jednak byłoby to jego całkowitym upadkiem. Runa miała sprawić, że dziecko stałoby się jego żywym więzieniem. Jego siły życiowe byłyby pożywką i wzmocnieniem nosiciela, a wraz z jego śmiercią, on również by umarł. Coś jednak poszło nie tak i zamiast całej duszy, jego maleństwo przejęło tylko kawałek, stając się jego horkruksem. Czyżby ofiara matki zakłóciła ten rytuał, a może istota Rei miała na niego wpływ, czy jeszcze inne czynniki wchodziły w grę. W tym momencie było to mało ważne. Runa miała działanie jednorazowe i jako taka się już wypaliła, wiążąc duszę. Choć będzie musiał jeszcze uważać na chłopca Logbottomów. Było to z pewnością niezwykłe objawienie. Cholerna przepowiednia i cholerny stary kozioł. Voldemort zmarszczył brwi. Może jednak Dumbledore maczał w tym palce, czy cała przepowiednia była tylko jedną wielką pułapką? Tyle pytań i niewiadomych, a tak mało odpowiedzi.
— Mój Panie?
— To wszystko Lucjuszu, możesz odejść.
Patriarcha Malfoyów pokłonił się i wyszedł z gabinetu, pozostawiając swojego pana rozmyślającego nad swoim odkryciem. Lucjusz niejasno pamiętał runy nordyckie ze swoich indywidualnych badań podczas, gdy sam był jeszcze uczniem Hogwartu. Nie lubiąc pozostawać w niewiedzy, skierował się do biblioteki poszukać odpowiedniego tomu, który przybliży mu, to co jego pan miał na myśli.
oOo
Opowieść o locie ku wolności Freda i George'a była opowiadana raz po raz tak często przez następnych kilka dni, że Harry był pewien, iż stanie się wkrótce hogwardzką legendą. W przeciągu tygodnia nawet ci, którzy byli naocznymi świadkami zostali w połowie przekonani, że widzieli jak przed wylotem przez drzwi, bliźniacy zanurkowali na swoich miotłach i obrzucali Umbridge łajnobombami. Bezpośrednim następstwem ich odejścia była wielka fala rozmów o skopiowaniu ich wyczynu. Harry często słyszał, jak uczniowie mówią rzeczy w stylu: — Szczerze, są dni, kiedy mam ochotę wskoczyć na miotłę i stąd odlecieć. Albo: — Jeszcze jedna lekcja jak ta i normalnie zrobię jak Weasley'owie.
Fred i George upewnili się, że nikt nie będzie w stanie zbyt szybko o nich zapomnieć. Po pierwsze: nie zostawili instrukcji na temat tego jak usunąć bagno, które wypełniało teraz korytarz na piątym piętrze wschodniego skrzydła. Widziano jak Umbridge i Filch próbują różnych sposobów pozbycia się go, ale bez skutku. Ostatecznie teren został odgrodzony linami i zgrzytający z wściekłości zębami Filch otrzymał zadanie przeprowadzania uczniów przez nie do ich klas. Harry był pewien, że dyrektor lub nauczyciele tacy jak McGonagall, czy Flitwick mogliby usunąć to bagno w jednej chwili, ale tak jak w przypadku fajerwerków, woleli raczej obserwować zmagania Umbridge.
Po drugie: dwie duże dziury w kształcie mioteł w drzwiach gabinetu Umbridge, przez które przebiły się Zmiataczki Freda i George'a, by dołączyć do swoich właścicieli. Filch wstawił nowe drzwi, jednak w dziwny sposób w nich również pojawiały się dziury. Harry dostrzegł, że Snape ma za każdym razem złośliwy uśmiech na twarzy, gdy przechodzi koło nich podczas swojego patrolu.
Kłopotom Umbridge nie było końca.
Wielu uczniów, zainspirowanych przykładem Freda i George'a walczyło teraz o zwolnione ostatnio stanowiska Naczelnych Wichrzycieli. Pomimo wzmożonych patroli nauczycieli i woźnego, komuś udało się przemycić do gabinetu Umbridge niuchacza o owłosionym pyszczku, który z miejsca rozniósł wszystko w strzępy w poszukiwaniu lśniących przedmiotów i zaatakował właścicielkę biura, kiedy ta weszła do pomieszczenia, próbując odgryźć pierścienie z jej grubych, krótkich palców.
Łajnobomby i Cuchnące Kulki tak często były podrzucane na korytarzach, że pośród uczniów zapanowała nowa moda rzucania na siebie zaklęcia bąblogłowy przed wyjściem z sali po lekcji, co zapewniało im dostęp świeżego powietrza, chociaż nadawało im wszystkim dziwny wygląd, jakby nosili na głowach odwrócone do góry dnem akwaria.
Filch wałęsał się po korytarzach ze szpicrutą w pogotowiu w rękach, desperacko próbując złapać złoczyńców, problem jednak polegał na tym, że było ich tak wielu, że nigdy nie wiedział, w którą stronę się obrócić. Brygada Inkwizycyjna próbowała mu pomóc, ale dziwne rzeczy nie przestawały się przytrafiać aktywnym jej członkom. Warrington ze ślizgońskiej drużyny quidditcha zgłosił się do skrzydła szpitalnego z potworną dolegliwością skóry, która sprawiła, że wyglądał jakby był pokryty płatkami kukurydzianymi. Pansy Parkinson, ku radości Hermiony, opuściła wszystkie lekcje następnego dnia po tym jak wyrosło jej poroże.
W międzyczasie stało się jasne jak wiele Bombonierek Lesera udało się sprzedać bliźniakom przed opuszczeniem Hogwartu. Kiedy tylko Umbridge wschodziła do klasy, uczniowie grupowo zaczynali mdleć, wymiotować, dostawać groźnej gorączki albo krwawić z obu dziurek z nosa. Wrzeszcząc z wściekłości i frustracji próbowała podążać za tajemniczymi symptomami aż do ich źródła, ale uczniowie uparcie twierdzili, że cierpią na umbridżitis. Po tym jak nałożyła szlaban na kolejne cztery grupy i nie udało jej się odkryć ich sekretu, zmuszona była poddać się i pozwolić krwawiącym, mdlejącym, pocącym się i wymiotującym uczniom opuszczać gromadnie jej zajęcia.
Ale nawet ci, którzy używali Bombonierek, nie byli w stanie zmierzyć się z mistrzem chaosu – Irytkiem. Zdawało się, że wziął on sobie do serca słowa rzucone na odchodne przez Freda. Rechocząc obłąkańczo latał po szkole stawiając pionowo stoły, wyskakując z tablic, wywracając posągi i wazy. Dwukrotnie zamknął panią Norris w zbroi, skąd przy wtórze głośnego wycia wyciągana była przez wściekłego woźnego. Irytek rozbijał latarnie i gasił świece, żonglował płonącymi pochodniami nad głowami wrzeszczących uczniów, sprawiał, że starannie ułożone stosy pergaminów stawały w ogniu albo wylatywały przez okna. Zalał drugie piętro odkręcając wszystkie kurki w łazienkach, upuścił torbę pełną tarantuli pośrodku Wielkiej Sali podczas śniadania, a kiedy miał ochotę na przerwę unosił się godzinami za Umbridge i prychał na cały głos za każdym razem, gdy się odzywała.
Wyglądało na to, że nikt z grona nauczycielskiego poza Filchem nie spieszył jej na pomoc. Właściwie to w tydzień po odejściu Freda i George'a, Harry był świadkiem jak profesor McGonagall przechodziła obok Irytka, który z determinacją obluzowywał kryształowy żyrandol i mógłby przysiąc, że słyszał jak kącikiem ust powiedziała poltergeistowi: — Odkręca się w drugą stronę. Dyrektor zabarykadował się w swoim gabinecie i nawet nie pojawiał się na posiłkach.
Na domiar tego Montague nadal nie otrząsnął się ze swego pobytu w toalecie. Pozostawał skołowany i zdezorientowany, także pewnego wtorku widziano jego rodziców maszerujących w kierunku frontowych drzwi. Wyglądali na nadzwyczaj wściekłych.
— Nie powinniśmy powiedzieć czegoś? — spytała Hermiona zmartwionym głosem przyciskając twarz do szyby w czasie lekcji zaklęć, tak by móc zobaczyć jak pan i pani Montague wchodzą do środka. — Na temat tego, co mu się stało? Na wypadek gdyby miało to pomóc pani Pomfrey wyleczyć go?
— Oczywiście, że nie, wyjdzie z tego — powiedział obojętnie Ron.
— Tak czy siak, więcej kłopotów dla Umbridge, prawda? Prawnie to ona za to będzie odpowiadać, a nie dyrektor — stwierdził Harry zadowolonym głosem.
Obaj z Ronem stuknęli różdżkami w filiżanki, które mieli zaczarować. Filiżanka Harry'ego wypuściła cztery krótkie nóżki, którymi wesoło wymachiwała powietrzu. Filiżance Rona wyrosły cztery bardzo cienkie, wrzecionowate nogi, które podźwignęły ją z biurka z wielkim trudem, dygotały przez parę sekund i załamały się sprawiając, że filiżanka rozbiła się na pół.
— Reparo — powiedziała szybko Hermiona naprawiając filiżankę Rona machnięciem różdżki. — To wszystko bardzo fajnie, ale co jeśli Montague już tak zostanie? Harry jesteś w Brygadzie!
Harry spojrzał się na nią i wzruszył ramionami.
— Jestem, bo stara ropucha chciała się podlizać Malfoyowi. Ja nie zgłaszałem się na ochotnika.
— A kto by się w ogóle tam nim przejmował? — spytał z poirytowaniem Ron, podczas gdy jego filiżanka znów podniosła się jak pijana z gwałtownym drżeniem w kolanach. — Montague nie powinien próbować zabierać Gryffindorowi wszystkich punktów, nie? Jeśli już chcesz się o kogoś martwić Hermiono, to lepiej martw się o mnie!
— O ciebie? — spytała chwytając swoją filiżankę, która pędziła radośnie przez biurko na czterech małych, silnych, wyczarowanych na wzór wierzby nogach i stawiając ją na powrót przed sobą. — A niby czemu miałabym się martwić o ciebie?
— Kiedy list od mamy w końcu przejdzie przez proces prześwietlania — wyjaśnił gorzko Ron podtrzymując teraz swoją filiżankę, próbującą kiepsko utrzymać się na swoich słabowitych nogach — będę miał poważne kłopoty. Nie zdziwiłbym się, gdyby przysłała kolejnego wyjca.
— Ale…
— Poczekaj tylko, to oczywiście będzie moja wina, że Fred i George zwiali — powiedział ponuro Ron. — Powie, że powinienem był ich powstrzymać, powinienem był chwycić końce ich mioteł i uwiesić się na nich czy coś w tym stylu… taa, to wszystko będzie moja wina.
— No cóż, jeśli faktycznie tak powie, to będzie bardzo niesprawiedliwe, nie byłeś w stanie nic zrobić! Ale jestem pewna, że tak nie powie. Chciałam powiedzieć, jeśli to prawda, że mają lokal na Pokątnej, to musieli to planować od wieków.
— Tak, ale to już kolejna sprawa, w jaki sposób opłacili ten lokal? — spytał Ron uderzając filiżankę różdżką tak mocno, że jej nogi załamały się ponownie i opadła w drgawkach przed nim. — To jest trochę pokrętne, nie? Potrzebowali mnóstwo galeonów, by stać ich było na wynajem. Będzie chciała wiedzieć w czym siedzieli, że wytrzasnęli skądś tyle złota.
— No tak, to też przyszło mi na myśl — odparła Hermiona pozwalając swojej filiżance biegać małymi kółkami wokół filiżanki Harry'ego, której krótkie nóżki nadal machały nad blatem biurka. —Zastanawiałam się czy to Mundungus namówił ich na sprzedawanie kradzionych rzeczy, czy coś równie paskudnego.
— Nie namówił — stwierdził zwięźle Harry.
— A ty skąd wiesz? — spytali razem Ron i Hermiona.
— Ponieważ… — Harry zawahał się, ale powstrzymał się przed powiedzeniem prawdy — udało im się odzyskać pieniądze od Bagmana. Gobliny go przycisnęły i pospłacał swoje długi.
Zapadła porażająca cisza, przy czym Harry nie był pewny czy mu uwierzyli. Po tym oświadczeniu Hermiona nie odezwała się do nich ani słowem przez reszkę lekcji, ale Harry miał silne przeczucie, że jej cierpliwość niedługo się skończy. I faktycznie, kiedy tylko opuścili zamek na przerwę i stali w promieniach słabego majowego słońca, utkwiła wzrok w Harrym i otworzyła usta ze zdecydowaną miną.
Harry przeszkodził jej zanim w ogóle zaczęła.
— Nie ma sensu przepytywać mnie — stwierdził stanowczo. — Fred i George mają złoto… z tego co widać, dobrze prosperują… a ja nie zamierzam zdradzać ich sekretów. Więc oszczędź sobie, Hermiono.
— Nie miałam zamiaru mówić nic na temat Freda i George'a — odparła zranionym głosem.
Ron prychnął z niedowierzaniem, a Hermiona rzuciła mu bardzo wstrętne spojrzenie.
— Nie, nieprawda! — powiedziała ze złością. — Tak naprawdę chciałam spytać Harry'ego, co z jego lekcjami oklumencji u Snape'a. Ostatnio nie chodzisz wieczorami do lochów.
— Tak, bo teraz spotykamy się tylko w sobotnie popołudnia i to na rzeczywiste korepetycje z eliksirów. Postawił sobie za punkt honoru przygotowanie mnie do SUMów.
— Ale mówiłeś, że te lekcje są bardzo ważne.
— Tak, tylko że Snape nie jest wstanie mnie już nic więcej nauczyć. — Podniósł rękę do góry, by ją uciszyć. — Zanim coś więcej powiesz, żebym mógł przejść kolejne szczeble, musiałbym pracować z mistrzem, któremu ufam ze wszystkimi swoimi tajemnicami.
Ron zbladł.
— Ale blokujesz swój umysł, prawda? — spytała Hermiona wpatrując się w Harry'ego. — Ćwiczysz dalej sam swoją oklumencję?
— No jasne że tak — odpowiedział Harry starając się zabrzmieć tak, jakby to pytanie było obraźliwe, ale raczej unikając jej wzroku. Prawda była taka, że żadna oklumencja nie była wstanie zablokować połączenia między nim a Voldemortem. Więc nie widział sensu nadmiernie się przemęczać.
— Wiesz — odezwał się Ron, który wciąż był wyjątkowo blady — jeśli Montague nie dojdzie do siebie zanim Slytherin zagra z Hufflepuffem, może będziemy mieli szansę na wygranie pucharu.
— Tak, tak myślę — odparł Harry zadowolony ze zmiany tematu.
— To znaczy, patrz, wygraliśmy jeden mecz, przegraliśmy jeden… jeśli Slytherin przegra z Hufflepuffem w najbliższą sobotę…
— Tak, zgadzam się — powiedział Harry gubiąc się w tym, w czym się zgadza. Cho Chang przeszła właśnie przez dziedziniec stanowczo nie patrząc na niego.
Finałowy mecz sezonu quidditcha, Gryffindor kontra Ravenclaw, miał się odbyć w ostatni weekend maja. Chociaż Slytherin został ledwo ledwo pokonany przez Hufflepuff w ich ostatniej grze, nikt z Gryffindoru nie ośmielał się marzyć o zwycięstwie, głównie (chociaż oczywiście nikt mu tego nie powiedział) przez tragiczny bilans bramkarski Rona.
Harry z Hermioną znaleźli miejsca w najlepszym rzędzie. Był ładny, jasny dzień. Ron nie mógł sobie wymarzyć lepszego, a Harry stwierdził, że wbrew wszelkim nadziejom, wierzy, iż Ron nie da Ślizgonom powodu do kolejnych chóralnych śpiewów Weasley jest naszym królem. Gra toczyła się w najlepsze, gdy w uchu Harry'ego odezwał się ochrypły głos.
— Harry, Hermiono…
Harry obejrzał się i zobaczył olbrzymią, brodatą twarz Hagrida wystającą pomiędzy miejscami. Najwidoczniej przecisnął się przez cały rząd za nimi, bo pierwszo- i drugoroczniacy, których właśnie minął byli lekko pognieceni i porozpychani. Z jakiegoś powodu Hagrid był zgięty w pół, jakby nie chciał, by ktoś go zobaczył, chociaż nadal był przynajmniej cztery stopy wyższy niż wszyscy dokoła.
— Słuchajcie — wyszeptał — możecie pójść z mną? Teraz? Kiedy wszyscy oglądają mecz?
— Eee… nie może to poczekać, Hagridzie? — Spytał Harry. — Aż się skończ?
— Nie — odparł Hagrid. — Nie. Harry, musi być teraz… Kiedy wszyscy patrzą w inną stronę… proszę.
Z nosa Hagrida powoli leciała krew. Oczy miał podbite. Harry nie widział go z tak bliska odkąd powrócił do szkoły. Wyglądał na kompletnie poobijanego.
— Jasne — odpowiedział natychmiast Harry. — Jasne, pójdziemy.
I wraz z Hermiona wycofali się wzdłuż swego rzędu, przy wtórze narzekań ze strony uczniów, którzy musieli z ich powodu wstawać z miejsc. Ludzie w rzędzie Hagrida nie narzekali, zaledwie próbując skurczyć się tak bardzo, jak to było możliwe.
— Doceniam to, wicie, naprawdę — oznajmił Hagrid, kiedy dotarli do schodów. Kiedy schodzili na łąki poniżej, przez cały czas rozglądał się nerwowo. — Mam tylko nadzieję, że ona nie zoboczy jak idziemy.
— Masz na myśli Umbridge? — Spytał Harry. — Nie zobaczy, siedzi razem z większością Brygady Inkwizycyjnej w sektorze Ślizgonów, nie widziałeś? Spodziewa się kłopotów w czasie meczu. Ja jako Gryfon zostałem odesłany do swego domu z nakazem reagowania w momencie najmniejszych problemów.
— Taa, no trochę kłopotów by nie zaszkodziło — powiedział Hagrid zatrzymując się, by wyjrzeć za krawędź trybun i upewnić się, że przestrzeń pomiędzy boiskiem i jego chatką jest pusta. — Dałoby nam wincej czasu.
— O co chodzi, Hagridzie? — odezwała się Hermiona spoglądając na niego z wyrazem zaniepokojenia na twarzy, kiedy spieszyli przez łąki w kierunku krawędzi lasu.
— Za… zara zobaczycie — odpowiedział Hagrid oglądając się przez ramię, kiedy znad trybun uniósł się potężny ryk. — Hej, ktoś właśnie strzelił?
— To pewnie Ravenclaw — westchnął ciężko Harry.
— Dobrze… dobrze… — stwierdził z rozkojarzeniem pół olbrzym — to dobrze…
Musieli truchtać, żeby dotrzymać mu kroku kiedy maszerował przez łąki rozglądając się dookoła z każdym krokiem. Kiedy dotarli do jego chatki, Hermiona skręciła odruchowo w lewo, do wejściowych drzwi. Hagrid jednakże przeszedł prosto obok nich w kierunku cienia rzucanego przez drzewa na krawędzi lasu, skąd podniósł kuszę, która stała oparta o pień. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma ich już przy nim, obrócił się.
— Idziemy tam — powiedział potrząsając swoją kudłatą głową za siebie.
— Do lasu? — spytała zdumiona Hermiona.
— Taa — odparł Hagrid. — No dalej, szybko, zanim nas zauważą!
Harry i Hermiona spojrzeli na siebie, po czyni zanurkowali pod osłonę drzew za Hagridem, który już z kuszą na ramieniu maszerował dalej w mrok. Para musiała biec, by za nim nadążyć.
— Hagridzie, czemu jesteś uzbrojony? — Spytał Harry.
— Tylko na wszelki wypadek — odpowiedział gajowy wzruszając swoimi wielkimi ramionami.
— Tamtego dnia, kiedy pokazywałeś nam testrale nie miałeś ze sobą kuszy — odezwała się bojaźliwie Hermiona.
— Noo, racja, tyle że wtedy nie szliśmy tak daleko — odparł Hagrid. — A poza tym, to było zanim Firenzo opuścił las, prawda?
— Dlaczego odejście Firenzo sprawia taką różnicę? — Spytała z ciekawością Hermiona.
— Bo inne centaury złoszczą się na mnie, właśnie dlatego — odpowiedział cicho Hagrid rozglądając się. — Kiedyś były… no, nie można rzec przyjacielskie… aleśmy se radzili. Trzymały się razem, ale zawsze zjawiali się kiedy chciałem zamienić słówko. A teraz już nie.
Westchnął głęboko.
— Firenzo powiedział, że są wściekłe, bo poszedł pracować dla Dumbledore'a — powiedział Harry i potknął się o wystający korzeń, zbyt zajęły przyglądaniem się sylwetce Hagrida.
— Ta — potwierdził ciężko Hagrid. — No tak, nie do końca wściekłe. Potwornie wściekłe. Gdybym się nie wtrącił kopałyby Firenzo aż do śmierci…
— Zaatakowały go? — spytała wstrząśnięta Hermiona.
— Ano — burknął Hagrid przepychając się przez kilka nisko wiszących gałęzi. — Miał na karku pół stada.
— I powstrzymałeś ich? — Spytał zdumiony i poruszony Harry. — Sam?
— Jasne że tak, nie mogłem stać i gapić się jak go zabijają, nie? — Odparł Hagrid. — Całe szczęście, że przechodziłem, serio… i tak se myślę, że Firenzo mógłby se przypomnieć to, zanim zaczął mi wysyłać te głupie ostrzeżenia — dodał gorączkowo i niespodziewanie.
Harry i Hermiona spojrzeli na siebie zaskoczeni, ale Hagrid nachmurzył się i nie rozwodził dalej nad tym.
— W każdym razie — ciągnął dysząc trochę ciężej niż zwykle — od tamtej pory inne centaury wkurzają się na mnie i problem w tym, że mają w lesie spore wpływy… w kuńcu to najmądrzejsze stworzenia tutaj.
— Czy to dlatego tu jesteśmy, Hagridzie? — Spytała Hermiona. — Z powodu centaurów?
— Ach nie — odparł potrząsając przecząco głową. — Nie, nie chodzi o nie. No jasne, mogliby skomplikować nieco problem, ta, ale za niedługo sami zobaczycie o co chodzi.
Po tej niezrozumiałej uwadze umilkł i wysunął się nieco do przodu robiąc jeden krok na każde ich trzy, także mieli wielkie kłopoty z nadążeniem za nim.
Ścieżka stawała się coraz bardziej zarośnięta i kiedy dalej zagłębiali się w Zakazany Las, drzewa rosły tak blisko siebie, że zrobiło się tak ciemno jak o zmierzchu. Wkrótce byli już daleko za polaną, na której Hagrid pokazywał im testrale, ale Harry nie czuł niepokoju aż do chwili, gdy pół olbrzym niespodziewanie zszedł ze ścieżki i zaczął przedzierać między drzewami w kierunki ciemnego serca lasu.
— Hagridzie — odezwał się Harry przedzierając się przez gęsto splątane jeżyny, przez które Hagrid przestąpił z łatwością i przypominając sobie bardzo wyraźnie, co przydarzyło się mu przy innej okazji, kiedy zeszli ze ścieżki w Zakazanym Lesie. — Dokąd idziemy?
— Jeszcze troszkę — rzucił Hagrid przez ramię. — No, dalej, Harry… tera musimy trzymać się razem.
Trzymanie się razem było w przypadku Hagrida wielkim wysiłkiem, przy tych wszystkich gałęziach i gęstwinie cierni, przez które on przechodził z taką łatwością, jakby były pajęczynami, a które czepiały się szat Harry'ego i Hermiony, często oplątując ich na tyle poważnie, że musieli zatrzymywać się na dłużej, by się uwolnić. Wkrótce ramiona i nogi Harry'ego pokryły małe ranki i zadrapania. Byli tak głęboko w Zakazanym Lesie, że czasem wszystko, co w tym mroku Harry był w stanie dostrzec, to masywny, ciemny kształt przed sobą. Zdawało się, że przez stłumioną ciszę nie przedziera się żaden dźwięk.
Trzask łamiącej się gałązki rozbrzmiał głośnym echem i najmniejsza oznaka ruchu, chociaż mogła pochodzić jedynie od niewinnego wróbla, sprawiła, że Harry wpatrzył się w mrok w poszukiwaniu sprawcy. Przyszło mu na myśl, że nigdy wcześniej nie udało mu się zajść tak daleko w las bez spotykania jakichś stworzeń. Ich nieobecność jawiła mu się jako coś złowieszczego.
— Hagridzie, czy byłoby w porządku, gdybyśmy zaświecili nasze różdżki? — Spytała cichutko Hermiona.
— Eee… no dobra — szepnął w odpowiedzi Hagrid. — Właściwie…
Zatrzymał się nagle i odwrócił się. Hermiona weszła prosto na niego i odbiła się w tył. Harry złapał ją tuż zanim upadła na podłoże lasu.
— Może będzie najlepiej, jeśli zatrzymamy se tu, co bym mógł… wam wszystko opowiedzieć —wyjaśnił Hagrid. — Zanim tam zajdziemy.
— Dobrze! — powiedziała Hermiona, kiedy Harry postawił ją znów na nogi.
Oboje mruknęli lumos, i końcówki ich różdżek zapłonęły. Twarz Hagrida wyłoniła się z mroku w świetle dwóch falujących promieni i Harry znów zobaczył, że Hagrid jest smutny i podenerwowany.
— W porząsiu — oznajmił. — No dobra… widzicie… rzecz w tym… — Wziął głęboki oddech. — No więc, bardzo możliwe, że mogą mnie teraz wywalić w każdej chwili — powiedział.
Harry i Hermiona spojrzeli po sobie i z powrotem popatrzyli na niego.
— Ale wytrwałeś już tak długo… — zaczęła Hermiona. — Czemu myślisz…
— Umbridge uważa, że to ja podrzuciłem tego niuchacza w jej biurze.
— A to ty? — Spytał Harry zanim zdołał się powstrzymać.
— Nie, do diaska, nie ja — odparł oburzony Hagrid. — Tyle, że to ma związek z magicznymi stworzeniami i ona myśli, że to ma coś wspólnego ze mną. Sami wicie, że szukała okazji, by sie mnie pozbyć odkąd wróciłem. Nie chcę odchodzić oczywiście, ale gdyby nie… no… wicie… szczególne okoliczności, o których mam zamiar wam rzec, to polazłbym już teraz, co by nie dać jej szansy zrobienia tego przed całą szkołą, tak, jak to zrobiła z Trelawney.
Harry i Hermiona oboje zaczęli protestować, ale Hagrid uciszył ich machnięciem jednej ze swoich olbrzymich rąk.
— To nie koniec świata, będę mógł pomóc Dumbledore'owi kiedy już stąd pójdę, mogę być przydatny dla Zakonu. A wy, ludziska, będziecie mieli Grubbly-Plank… i… i przejdziecie spoko przez egzaminy… — Jego głos zadrżał i załamał się. — Nie martwcie sie o mnie — dodał pospiesznie, kiedy Hermiona chciała poklepać go po ramieniu. Wyciągnął wielką, nakrapianą chusteczkę z kieszeni swojego płaszcza i wytarł w nią oczy. — Słuchajcie, nie mówiłbym wam tego w ogóle, gdybym nie musiał. Bo widzicie, kiedy ja odejdę… no… nie mogę odejść bez… bez powiedzenia komuś… bo… bo będę potrzebował, żebyśta mi pomogli. I Ron też, jeśli będzie chciał.
— Jasne, że ci pomożemy — odpowiedział natychmiast Harry i od razu chciał się za to uderzyć.
— Co chcesz, żebyśmy zrobili? — Dodała cicho Hermiona, patrząc na Harry'ego niepewnie.
Hagrid pociągnął potężnie nosem i bez słów poklepał Harry'ego po ramieniu z taką siłą, że chłopaka odrzuciło na najbliższe drzewo.
— Wiedziałem, że powiecie: tak — powiedział Hagrid w swoją chusteczkę — ale ja nie… nigdy… nie zapomnę… no dobra… chodźcie… jeszcze tylko troszkę dalej tędy… uważajcie teraz, tu są pokrzywy…
Szli w ciszy przez kolejne piętnaście minut. Harry właśnie otworzył usta, by zapytać, jak daleko jeszcze muszą iść, kiedy Hagrid wyrzucił w górę prawe ramię, by zasygnalizować, że powinni się zatrzymać.
— Naprawdę spokojnie — powiedział łagodnie. — Teraz bardzo cicho…
Skradając się ruszyli naprzód i Harry dostrzegł, że stali przed wielką, gładką fałdą ziemi niemal tak wysoką jak Hagrid. Z ukłuciem strachu pomyślał, że z pewnością jest to legowisko jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Wokół nasypu drzewa były powyrywane z korzeniami, tak, że stał on na czystym skrawku ziemi, otoczony przez stertę pni i konarów, które były ułożone w pewien rodzaj ogrodzenia, czy barykady, za którym teraz stali.
— Śpi — wyszeptał Hagrid.
Faktycznie Harry słyszał odległe, rytmiczne dudnienie, które brzmiało jak para potężnych pracujących płuc. Harry spojrzał w bok na Hermionę, która gapiła się na fałdę z lekko otwartymi ustami. Była kompletnie przerażona.
— Hagridzie — powiedziała szeptem, który był ledwie słyszalny ponad dźwiękami wydawanymi przez śpiącą istotę. — Kto to jest?
Harry'emu to pytanie brzmiało dziwnie… Sam miał zamiar spytać: co to jest?
— Hagridzie, powiedziałeś nam… — odezwała się Hermiona, a jej różdżka trzęsła się teraz w jej ręku. — Powiedziałeś nam, że żaden z nich nie chciał przyjść!
Harry popatrzył na nią, przeniósł wzrok na Hagrida i kiedy dotarło do niego zrozumienie, spojrzał z powrotem na nasyp z lekkim westchnieniem przerażenia.
Wielka fałda ziemi, na której on, Hermiona i Hagrid mogliby z łatwością stanąć poruszała się powoli w górę i w dół w rytmie głębokiego, pełnego chrząknięć oddechu. To wcale nie była fałda. To były zakrzywione plecy czegoś, co najwyraźniej było…
— No… tego… nie, on nie chciał przyjść — powiedział załamany Hagrid. — Ale ja musiałem go tu przyprowadzić, Hermiono, musiałem!
— Ale dlaczego? — spytała Hermiona, której głos brzmiał tak, jakby miała się rozpłakać. — Dlaczego… co… och, Hagridzie!
— Wiedziałem, że jeśli tylko przyprowadzę go z powrotem — Hagrid sam też był bliski łez — i… i nauczę go trochę manier… to będę mógł zabrać go do ludzi i pokazać wszystkim, że jest nieszkodliwy!
— Nieszkodliwy! — odezwała się Hermiona przenikliwym głosem, a Hagrid zaczął uciszająco machać gorączkowo rękami, jako że wielka istota przed nimi chrząknęła głośno i poruszyła się we śnie. — Przez cały ten czas cię krzywdził, prawda? To stąd miałeś te wszystkie zranienia!
— On nie zdaje sobie sprawy ze swojej siły! — zapewniał gorliwie Hagrid. — I już jest coraz lepszy, już nawet tak bardzo nie walczy…
— Więc to dlatego dotarcie do domu zajęło ci aż dwa miesiące! — powiedziała gorączkowo Hermiona. — Och Hagridzie, dlaczego przyprowadziłeś go ze sobą, skoro nie chciał iść? Czy nie byłby bardziej szczęśliwy z innymi takimi jak on?
— Oni wszyscy nim pomiatali, Hermiono, bo jest taki mały! — sprzeciwił się pół olbrzym.
— Mały? Mały?
— Hermiono, nie mogłem go zostawić — powiedział Hagrid, a po jego poranionej twarzy na brodę popłynęły łzy. — Widzisz… on jest moim bratem!
Hermiona po prostu wlepiła w niego wzrok z otwartymi ustami.
— Hagridzie, kiedy mówisz brat — odezwał się wolno Harry — to masz na myśli…?
— No… przyrodni brat — poprawił się Hagrid. — Wygląda na to, że moja matka zeszła się z innym olbrzymem, kiedy zostawiła mojego tatę i poszła i miała Grawpa…
— Grawpa? — powtórzył Harry.
— Ta… no tak to brzmi jak wymawia swoje imię — powiedział zaniepokojony Hagrid. — On nie mówi wiele po angielsku… Próbowałem go uczyć… w każdym razie, wygląda na to, że wcale nie lubiła go bardziej niż mnie. Widzicie, z olbrzymkami tak to jest, że liczy się rodzenie dobrych, wielkich dzieci, a on zawsze był trochę z tyłu jak na olbrzyma… jedynie szesnaście stóp…
— Och tak, malutki — odezwała się Hermiona, a w jej głosie rozbrzmiewał histeryczny sarkazm. — Absolutnie tyciusieńki!
— Był pomiatany przez nich wszystkich… po prostu ni mogłem go tak zostawić…
— Czy Madame Maxime chciała zabrać go ze sobą? — Harry dopytał, rzucając zaniepokojone spojrzenie przyjaciółce.
— Ona… no tego… ona rozumiała jakie to dla mni ważne — powiedział Hagrid wykręcając swoje wielkie dłonie. — A… ale muszę przyznać, że po jakimś czasie truchę się nim zmęczyła… więc się rozdzieliliśmy w drodze powrotnej do domu… Ale obiecała nie mówić nikomu…
— Jak na niebiosa udało ci się go tu sprowadzić niezauważenie? — Harry stwierdził, że jest to dość ważna sprawa. W końcu, jeśli Hagridowi się to udało, Voldemort może zrobić to samo.
— No tego… widzicie, to dlatego zajęło to tyle czasu — odparł Hagrid. — Mogliśmy jeno podróżować nocą i przez dzikie tereny i takie tam. Jasne, że on całkiem nieźle kryje się na ziemi kiedy tego chce, ale on ciągle chciał wracać.
— Och Hagridzie, dlaczego na niebiosa nie puściłeś go! — Hermiona opadła na wyrwane drzewo i ukryła twarz w dłoniach. — Co ty sobie w ogóle wyobrażasz zrobić z brutalnym olbrzymem, który nawet nie chce tu być!
— No, tentego… słuchaj, brutalny to trochę za ciężkie słowo — zaoponował Hagrid, nadal z poruszeniem wykręcając dłonie. — Przyznaję, że machnął mi może parę razy, kiedy był w kiepskim nastroju, ale już jest lepiej, o wiele lepiej, łatwo się uspokaja.
— Więc po co, w takim razie, są te liny? — zapytał Harry.
Właśnie zauważył liny, grube jak młode drzewka, rozciągające się od pni największych pobliskich drzew do miejsca, gdzie na ziemi leżał skulony Grawp, obrócony plecami do nich.
— Musisz go trzymać uwiązanego? — wyszeptała słabo Hermiona.
— No… ta… — odpowiedział zaniepokojony Hagrid. — Widzicie… to jest tak, jak mówiłem… on tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy ze swojej siły.
Harry zrozumiał teraz skąd się wziął ten podejrzany brak jakichkolwiek innych żywych stworzeń w tej części lasu.
— Więc co chcesz, żebyśmy zrobili? — Hermiona spytała z lękiem.
— Żebyście się nim zajęli — odpowiedział skrzecząco pół olbrzym. — Kiedy ja odejdę.
Harry i Hermiona wymienili pełne bólu spojrzenia. Harry z przykrością zdał sobie sprawę, że już obiecał Hagridowi zrobić wszystko, o cokolwiek poprosi.
— A… a co dokładnie ma w to wchodzić?
— Nie chodzi o jedzenie ani nic w tym stylu — zapewnił gorliwie Hagrid. — On sam se może zadbać o to bez problemu. Ptaki i jelenie i takie tam… nie, on potrzebuje towarzystwa. Tak żebym wiedział, że ktoś się nim opiekuje, że ktoś próbuje go… no trochę uczyć, wiecie…
Harry nie odezwał się słowem, ale odwrócił się z powrotem, by popatrzeć na olbrzymią postać pogrążoną we śnie na ziemi przed nimi. W przeciwieństwie do Hagrida, który wyglądał po prostu na przerośniętego człowieka, Grawp wyglądał na dziwnie zniekształconego. To, co Harry wziął za ogromny, porośnięty mchem głaz po lewej stronie wielkiej fałdy ziemi, teraz rozpoznał jako głowę Grawpa. Była o wiele większa proporcjonalnie do ciała, niż głowa człowieka, niemal idealnie okrągła i pokryta mocno kręconymi, rosnącymi blisko siebie włosami w kolorze paproci. Krawędź jednego, wielkiego, mięsistego ucha widoczna była na czubku głowy, która wyrastała raczej, jak w przypadku wuja Vemona, prosto z barków, albo z bardzo niewielką szyją, albo w ogóle jej pozbawiona. Plecy, kryjące się pod czymś, co wyglądało jak brudny, brązowawy kaftan, zrobiony ze zszytych ze sobą kawałków zwierzęcych skór, były bardzo szerokie. I kiedy Grawp spał, zdawały się lekko napinać na nierównych bliznach na skórze. Wielkie nogi skulone były pod ciałem. Harry mógł dostrzec podeszwy potężnych, brudnych, bosych stóp, wielkich jak młoty kowalskie, spoczywające jedna na drugiej na ziemistym podłożu lasu.
— Chcesz żebyśmy go uczyli — odezwał się Harry głuchym głosem. Teraz rozumiał, co znaczyło ostrzeżenie Firenzo. Jego próby nie skutkują. Lepiej by zrobił, gdyby sobie odpuścił. Oczywiście inne stworzenia żyjące w lesie musiały słyszeć o bezowocnych próbach Hagrida nauczenia Grawpa angielskiego.
— Ta… nawet jeśli po prostu z nim troszki pogaworzycie — odparł z nadzieją Hagrid. — Bo tak se myślę, że jeśli pogada z ludźmi, to lepiej zrozumie, że wszyscy go lubimy i że chcemy by został.
Harry spojrzał na Hermionę, która popatrzyła na niego przez palce na swej twarzy.
— Coś mi się zdaje, że wolałabyś już Norberta, co? — spytał, a ona zaśmiała się drżącym głosem.
— Więc zrobicie to? — zapytał Hagrid, który zdaje się nie chwycił tego, co powiedział właśnie Harry.
— My… — odparł Harry, już związany obietnicą — spróbujemy, Hagridzie.
— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, Harry — powiedział Hagrid uśmiechając się bardzo łzawo i przykładając znów chustkę do twarzy. — I nie chcę, żebyście za bardzo się tym zajmowali… wiem, że macie egzaminy… Wiecie, gdybyście tylko mogli wpaść tu w tej pelerynie niewidce z raz w tygodniu może i zamienić z nim parę słów. Obudzę go w takim razie… Przedstawię was…
— Co…! Nie! — Krzyknęła Hermiona zrywając się z miejsca. — Hagridzie, nie, nie budź go, naprawdę, nie potrzebujemy…
Ale Hagrid przekroczył już wielki pień drzewa przed nimi i szedł w kierunku Grawpa. Kiedy był jakieś dziesięć stóp od niego, podniósł z ziemi długi, ułamany konar, uśmiechnął się dla otuchy przez ramię do Harry'ego i Hermiony, po czym szturchnął olbrzyma mocno w plecy końcem kija. Ten wydał z siebie ryk, który echem rozniósł się po cichym lesie. Ptaki na czubkach drzew uniosły się świergocząc ze swoich gałęzi i odleciały. W międzyczasie przed Harrym i Hermioną olbrzymi Grawp podnosił się z ziemi, która zadrżała, kiedy położył na niej swoją wielgaśną dłoń by podnieść się na kolana. Odwrócił głowę, by spojrzeć, kto i co zakłóciło jego sen.
— W porząsiu, Grawpuś? — Spytał Hagrid głosem, który miał być radosny, wycofując się jednocześnie z uniesionym do góry długim konarem, gotowy dźgnąć go ponownie. — Dobrze się spało, co?
Harry i Hermiona wycofali się najdalej jak mogli, cały czas utrzymując olbrzyma w zasięgu wzroku. Grawp przyklęknął między dwoma drzewami, których jeszcze nie wyrwał. Patrzyli na jego przerażająco wielką twarz, która przypominała szary księżyc w pełni, wyłaniający się z mroku polany. Wyglądało to tak jakby jego rysy wyciosane były w ogromnej kamiennej piłce. Nos był krótki, gruby i niekształtny, usta wykrzywione i pełne zniekształconych żółtych zębów wielkości połowy cegłówki. Oczy, malutkie na standardy olbrzymów, były mętnie zielonkawo-brązowe i w tej chwili na w pół sklejone od snu. Grawp uniósł brudne kłykcie, każdy wielki jak piłka do krykieta do oczu, przetarł je żywo i bez ostrzeżenia podniósł się z miejsca z zadziwiającą szybkością i zwinnością.
— O rany! — Harry usłyszał za sobą przerażony pisk Hermiony.
Drzewa, do których przywiązane było końce lin owiniętych wokół nadgarstków i kostek Grawpa zatrzeszczały złowrogo. Tak jak mówił Hagrid, miał przynajmniej szesnaście stóp wzrostu. Rozglądając się niewyraźnie dokoła Grawp wyciągnął dłoń wielkości plażowego parasola, chwycił ptasie gniazdo z wyższych gałęzi potężnej sosny i odwrócił je do góry dnem z rykiem wyraźnego niezadowolenia, że nie było w nim żadnego ptaka. Jajka poleciały jak granaty w kierunku ziemi i Hagrid wyciągnął ramiona nad głowę, by się osłonić.
— W każdym razie, Grawpuś — krzyknął Hagrid patrząc ostrożnie w górę na wypadek kolejnych spadających jajek — przyprowadziłem kilkoro przyjaciół, żebyś ich poznał. Pamiętasz, mówiłem ci, że to zrobię. Pamiętasz, jak mówiłem, że może będę musiał pójść sobie na małą wycieczkę i oni zostaną zaopiekować się troszki tobą? Pamiętasz, Grawpuś?
Ale Grawp zaledwie ryknął nisko po raz kolejny. Ciężko było powiedzieć, czy słuchał Hagrida, czy w ogóle rozpoznawał dźwięki, które wydawał Hagrid jako mowę. Chwycił teraz wierzchołek sosny i przyciągał go do siebie, najwyraźniej z czystej przyjemności zobaczenia jak daleko odskoczy, kiedy go puści.
— Słuchaj, Grawpuś, nie rób tego! — Krzyknął Hagrid. — W ten sposób właśnie wyrwałeś te pozostałe…
I faktycznie Harry mógł dostrzec, jak ziemia wokół korzeni drzewa zaczyna pękać.
— Przyprowadziłem ci towarzystwo! — Wrzasnął Hagrid. — Towarzystwo, widzisz! Popatrz na dół ty wielki blaźnie, przyprowadziłem ci przyjaciół!
— Och, Hagridzie, nie — jęknęła Hermiona, ale Hagrid już uniósł znowu konar i szturchnął ostro Grawpa w kolano.
Olbrzym puścił wierzchołek drzewa, które zakołysało się niebezpiecznie i obsypało Hagrida deszczem sosnowych igieł i spojrzał w dół.
—To — powiedział Hagrid spiesząc ku miejscu, w którym stali Harry i Hermiona - jest Harry, Grawp! Harry Potter! On może będzie przychodzić do ciebie, jeśli ja będę musiał odejść, rozumiesz?
Olbrzym dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę z tego, że byli tu Harry i Hermiona. Obserwowali oni w wielkiej trwodze, jak opuścił swoją wielką głowę, by przyjrzeć się im mgliście.
— A to jest Hermiona, widzisz? Her… — Hagrid zawahał się. Zwracając się do Hermiony spytał. — Masz coś przeciwko, żeby nazywał cię Hermi, Hermiono? Bo to po prostu jest trudne imię, żeby je zapamiętał.
— Nie, w ogóle — pisnęła.
— To jest Hermi, Grawp! I ona też będzie tu przychodzić! Czy to nie fajowo? Co? Dwoje przyjaciół, którzy… Grawpuś, nie!
Ręka Grawpa wystrzeliła znikąd w ich kierunku. Harry chwycił Hermionę i pociągnął w tył za drzewo, tak że pięść Grawpa chwyciła Harry'ego i zacisnęła się na nim, podnosząc do góry.
— Niedobry chłopiec, Grawpuś! — Hagrid wrzeszczał, kiedy Hermiona przywarła do drzewa drżąc i łkając. — Bardzo niedobry chłopiec! Nie wolno łapać! Auu!
Harry wytknął głowę zza palców olbrzyma i zobaczył Hagrida leżącego na plecach z ręką przy nosie.
Grawp rozwarł rękę, tworząc z niej platformę i przysunął sobie skulonego Harry'ego bliżej twarzy. Uśmiechnął się, pokazując wszystkie swoje żółte zęby.
— Ryy… — Harry poczuł nieświeży oddech i ślinę Grawpa na sobie.
— Grawp, mnie też miło cię poznać, ale postaw mnie na ziemię. — Kątem oka spojrzał na Hermionę, która wyglądała, jakby miała zemdleć ze strachu o niego.
— Ryy, ty… — olbrzym palcem drugiej ręki dotknął głowy Harry'ego i przejechał po jego włosach, przyciskając go mocniej do dłoni.
— Tak, tak. Postaw mnie Grawp.
Grawp znów się uśmiechnął i powoli opuścił go na ziemię. Harry zeskoczył szybko i rzucił się w kierunku Hermiony. Gdy tylko zniknął z pola widzenia za drzewem, Grawp stracił nimi zainteresowanie, wyprostował się i znów zajmował się wyginaniem sosny tak daleko, jak się dało.
— W porząsiu — powiedział stłumionym głosem Hagrid podnosząc się z jedną ręką uciskającą krwawiący nos, a drugą zaciśniętą na kuszy. — No to… widzicie… spotkaliście go… i tera będzie was znał kiedy wrócicie… No… ten tego…
Spojrzał na Grawpa, który przyciągał właśnie sosnę z wyrazem niezmiernej przyjemności na swej przypominającej głaz twarzy. Korzenie skrzypiały, kiedy wyrywał je z ziemi.
— No dobra, myślę że dość na jeden dzień — stwierdził Hagrid. — My… eee… wracajmy już, co?
Harry i Hermiona przytaknęli. Hagrid zarzucił znów na ramię swoją kuszę i nadal uciskając swój nos poprowadził ich z powrotem pomiędzy drzewa.
Przez jakiś czas nikt się nie odzywał, nawet gdy usłyszeli odległy trzask, oznaczający, że Grawp wyrwał w końcu tę sosnę. Twarz Hermiony była blada i skupiona. Harry'emu nic nie przychodziło do głowy. Co się do licha stanie, kiedy ktoś odkryje, że Hagrid ukrył Grawpa w Zakazanym Lesie? A on obiecał, że on, Ron i Hermiona będą kontynuować kompletnie bezsensowne próby ucywilizowania olbrzyma. Jak w ogóle Hagrid mógł, nawet przy całej swej ogromnej zdolności do oszukiwania się, że drapieżne zwierzęta są miłe i nieszkodliwe, łudzić się, że Grawp kiedykolwiek będzie gotów do obcowania z ludźmi?
— Czekajcie — odezwał się nagle Hagrid, dokładnie kiedy Harry i Hermiona zmagali się z połacią grubego ptasiego rdestu za jego plecami. Wyciągnął bełt z kołczanu na ramieniu i załadował kuszę. Harry i Hermiona unieśli w górę różdżki. Teraz, kiedy przestali iść, oni również usłyszeli jakiś ruch w pobliżu.
— Cholibka — powiedział cicho Hagrid.
— Myślałem, że wytłumaczyliśmy ci, Hagridzie — oznajmił głęboki, męski głos — że nie jesteś tu już mile widziany?
Nagi tors mężczyzny zdawał się przez moment szybować ku nim przez cętkowany zielony półmrok. Potem zobaczyli, że jego biodra połączone były gładko z kasztanowym ciałem konia. Centaur miał dumną twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i długie czarne włosy.
Podobnie jak Hagrid był uzbrojony. Z jego ramienia zwisały długi łuk i kołczan pełen strzał.
— Sie masz Magorian? — odezwał się ostrożnie Hagrid.
Drzewa za centaurem zaszeleściły i za jego plecami pojawiła się jeszcze czwórka czy piątka centaurów. Harry rozpoznał brodatego Zakałę o czarnym ciele, którego spotkał blisko cztery lata temu tej samej nocy, kiedy poznał Firenzo. Zakała nie dał po sobie poznać, że kiedykolwiek wcześniej widział Harry'ego.
— A więc — powiedział z paskudną intonacją w głosie zwracając się natychmiast do Magoriana. — Uzgodniliśmy, jak myślę, co zrobimy jeśli ten człowiek kiedykolwiek jeszcze pokaże się w lesie?
— Więc teraz jestem ten człowiek, co? — spytał Hagrid. — Tylko dlatego, że powstrzymałem was od popełnienia morderstwa?
— Nie powinieneś był się wtrącać, Hagridzie — powiedział Magorian. — Nasze sposoby, nie są twymi, tak jak i nasze prawa. Firenzo zdradził nas i splamił nasz honor.
— Nie wiem jak do tego doszliście — stwierdził ze zniecierpliwieniem Hagrid. — Nie zrobił nic poza tym, że pomaga Albusowi Dumbledo…
— Firenzo oddał się w niewolę ludziom — oznajmił szary centaur ze srogą, mocno pomarszczoną twarzą.
— Niewolę — powtórzył zjadliwie Hagrid. — On tylko robi przysługę Dumbledore'owi, to wszystko…
— Rozpowszechnia naszą wiedzę i sekrety pośród ludźmi — powiedział cicho Magorian. — Nie może być powrotu z takiej hańby.
— Skoro tak mówisz — odparł Hagrid wzruszając ramionami — ale osobiście uważam, że popełniacie wielki błąd…
— Tak jak i ty, człowieku — wtrącił się Zakała — wracając do naszego lasu, kiedy ostrzegaliśmy cię…
— No to teraz mnie posłuchaj — przerwał ze złością Hagrid. — Nie życzę sobie mówienia nasz las, jeśli o to chodzi. To nie od ciebie zależy, kto tu przychodzi i kto łazi…
— Ani tym bardziej od ciebie, Hagridzie — powiedział łagodnie Magorian. — Dzisiaj pozwolę ci przejść, bo towarzyszą ci twoi młodzi…
— Oni nie są jego! — Wtrącił pogardliwie Zakała. — To uczniowie, Magorianie, ze szkoły! Prawdopodobnie już zyskali na naukach tego zdrajcy Firenzo!
Odwrócił się do Hermiony i Harry'ego i nagle zamarł.
— Tak czy siak — odpowiedział spokojnie Magorian — rzeź źrebiąt to straszliwa zbrodnia… nie dotykamy niewinnych. Dzisiaj Hagridzie przejdziesz. Na przyszłość trzymaj się z dala od tego miejsca. Utraciłeś przyjaźń centaurów, kiedy pomogłeś uciec zdrajcy Firenzo.
— Nie będzie mnie trzymać z dala od lasu taka banda starych mułów jak wy! — Oznajmił głośno Hagrid.
— Hagridzie — odezwała się Hermiona wysokim i przerażonym głosem, kiedy Zakała i szary centaur obaj zastukali kopytami w ziemię — chodźmy już, proszę chodźmy!
Hagrid ruszył naprzód, ale kuszę miał wciąż uniesioną i oczy utkwione w niemej groźbie na Magorianie.
— Wiemy, co trzymasz w lesie, Hagridzie! — Zawołał za nim Magorian. — I nasza tolerancja się wyczerpuje!
Hagrid odwrócił się i dawał wszelkie oznaki chęci pomaszerowania prosto z powrotem do Magoriana.
— Będziecie go tolerować tak długo, jak jest tutaj, to tak samo jego las, jak i wasz! — Wrzasnął, a Harry i Hermiona razem pchali go ze wszystkich sił, próbując powstrzymać go przed pójściem naprzód. Nadal krzywiąc się spojrzał w dół. Wyraz jego twarzy przeszedł w lekkie zdziwienie na widok ich dwojga, pchających go. Wydawało się, że tego nie poczuł.
— Uspokójcie się, wy dwoje, co — powiedział odwracając się i ruszając dalej, podczas gdy oni podążyli za nim.
Harry ledwie zdążył się odwrócić, gdy silna dłoń chwyciła go za ramię i pociągnęła do tyłu. Stanął twarzą twarz z Zakałą i obcym centaurem.
— Urodzony pod dwoma gwiazdami, prowadzony przez Saturna. Dotychczas skąpany w świetle Marsa, pobłogosławiony przez Wenus — powiedział Zakała.
— Co? — Harry zapytał.
— Twój świat się zmieni, młode źrebię.
— Ja… muszę już iść… — Harry pognał za oddalającymi się plecami Hagrida.
— …ale okropne stare muły, co?
— Hagridzie — wydyszała bez tchu Hermiona obchodząc pole pokrzyw, które mijali w drodze w tamtą stronę. — Jeśli centaury nie życzą sobie ludzi w lesie, to wygląda na to, że ja i Harry nie będziemy chyba mogli…
— Ech tam, słyszałaś, co powiedzieli — odparł Hagrid uspokajająco — nie skrzywdziliby źrebiąt… to znaczy, dzieci. W każdym razie nie możemy sobie pozwolić, żeby nami tak pomiatali.
— Niezła próba — mruknął Harry do zbitej z tropu Hermiony, gdy już ją dogonił. Odwrócił się i spojrzał przez ramię czy centaury zniknęły. Wyglądało na to, że nikt nie zauważył jego krótkiej wymiany zdań.
W końcu powrócili na ścieżkę i po kolejnych dziesięciu minutach drzewa zaczęły się przerzedzać. Byli znów teraz w stanie dostrzec skrawki czystego, niebieskiego nieba, a z oddali docierały wyraźne dźwięki wiwatów i okrzyków.
— Czy to kolejna bramka? — Spytał Hagrid zatrzymując się pod osłoną drzew, kiedy w zasięgu wzroku pojawił się stadion quidditcha. — Czy myślicie, że mecz się skończył?
— Nie mam pojęcia — odparła ponuro Hermiona. Harry zauważył, że ogólnie wyglądała teraz o wiele gorzej. W jej włosach pełno było gałązek i liści, jej szaty były podarte w kilku miejscach. Na twarzy i ramionach miała wiele zadrapań. Wiedział, że on sam nie wygląda o wiele lepiej. Pięknie, będzie musiał coś wymyśleć, by powiedzieć Malfoyowi.
— Wiecie, myślę, że się skończyło! — Oznajmił Hagrid nadal zerkając w kierunku stadionu.
— Patrzcie… ludzie już wychodzą… jak się pospieszycie, to będziecie mogli wmieszać się w ten tłum i nikt sie nie dowie, że was tam nie było!
— Świetny pomysł — przytaknął Harry. — No… to do zobaczenia, Hagridzie.
— Nie wierzę — stwierdziła Hermiona bardzo niespokojnym głosem w chwili, kiedy wyszli poza zasięg słuchu Hagrida. — Nie wierzę. Normalnie nie wierzę.
— Uspokój się — powiedział Harry.
— Uspokoić się! — Rozgorączkowała się Hermiona. — Olbrzym! Olbrzym w lesie! A my mamy mu dawać lekcje angielskiego! Zakładając oczywiście, że uda nam się przejść przez stado morderczych centaurów po drodze w obie strony! Nor – mal – nie – nie – wie – rzę !
— Póki co nie musieliśmy jeszcze nic robić! — Harry cichym głosem próbował dodać jej otuchy kiedy dołączyli do strumienia trajkoczących Puchonów kierujących się z powrotem do zamku. — On nie prosi nas, żebyśmy robili cokolwiek, chyba że go wywalą, a to może się nawet nie przydarzyć.
— Oj przestań, Harry! — Powiedziała ze złością Hermiona zatrzymując się w miejscu, tak że ludzie za nią musieli gwałtownie skręcić, by ją ominąć. — Jasne, że zostanie wywalony i mówiąc zupełnie szczerze, po tym, co właśnie widzieliśmy, kto by winił Umbridge?
Nastąpiła chwila przerwy, w której Harry wpatrywał się w nią, a jej oczy zwolna wypełniły się łzami.
— Nie pomyślałaś w ten sposób — odezwał się cicho Harry.
— Nie… no… w porządku… nie pomyślałam — odparła wycierając ze złością oczy. — Ale czemu on sobie musi tak utrudniać życie… i nam?
— Nie wiem…
Wielka fala uczniów szla rozległą łąką od strony boiska.
— Och chodźmy już zanim będziemy zmuszeni spotkać Ślizgonów — powiedziała Hermiona.
— Hermiono… — odezwał się powoli Harry.
— Nie… — powiedziała Hermiona stłumionym głosem.
— Tak — odezwał się głośno Harry.
— Harry! Hermiono! — wrzasnął Ron wymachując w powietrzu srebrnym pucharem quidditcha. — Udało się! Wygraliśmy!
Uśmiechnęli się do niego kiedy ich mijał. Powstał niezły młyn przy drzwiach do zamku i głowa Rona walnęła raczej mocno o belkę, ale nikt chyba nie miał zamiaru go opuścić na dół. Nie przestając śpiewać tłum przecisnął się do sali wejściowej i zniknął z zasięgu wzroku. Harry i Hermiona obserwowali ich pochód uśmiechając się, aż przebrzmiały ostatnie echa refrenu Weasley jest naszym królem. Wtedy odwrócili się ku sobie i uśmiechy zgasły na ich twarzach.
— Oszczędźmy mu naszych wieści do jutra, co? — zapytał Harry.
— Tak, jasne — zgodziła się ze znużeniem Hermiona. — Jakoś wcale mi się nie spieszy.
Wspięli się razem po schodach. Przy drzwiach wejściowych oboje instynktownie obejrzeli się za siebie na Zakazany Las. Harry nie był pewien, czy to jego wyobraźnia, czy nie, ale zdawało mu się chyba, że zobaczył małe stado ptaków wystrzeliwujące w powietrze ponad wierzchołkami drzew w oddali, jakby drzewo na którym się gnieździły właśnie zostało wyrwane z ziemi z korzeniami.
~ II ~
Nota autora: Oddaję w Wasze ręce kolejny rozdział. I przyznam, że nie sądziłam, iż mój mały bonus wywoła taką panikę. A to tylko taka mała scenka opowiadająca o spotkaniu naszych chłopców. ;)
Przechodząc jednak do mojego komentarza, to wywalę kawę na ławę - nigdy nie kupiłam wyjaśnienia Rowling dlaczego Harry nie umarł tamtej nocy w Halloween. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że Lily była jedyną matką, która stanęła na drodze tego zaklęcia chroniąc swoje dziecko. Nigdy nie znalazł się żaden mąż/kochanek, który ratował swoją ukochaną? Żaden ojciec nie osłonił najdroższego syna bądź córki? Te tłumaczenie, że to miłość zatrzymała śmiercionośne zaklęcie może i brzmi pięknie, no ale... Więc albo Harry nie był jedynym, który przeżył (chyba że brytyjscy czarodzieje wychodzą z założenia, że jeśli u nich coś się nie wydarzyło, to znaczy że się nie wydarzyło w ogóle, to by trochę wyjaśniało) albo coś z tym tłumaczeniem było nie tak. Co do akcji przed lustrem - horkruksy się bronią przed zniszczeniem, a kiedy Voldi wziął krew Harry'ego do rytuału, to prawdopodobne jest, że horkruks już go nie rozpoznawał jako oddzielny byt zagrażający jego istnieniu. Bo jakby nie patrzeć młody Potter był destrukcyjny i biernie samobójczy. I mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.
A później jest Hagrid i jego mały braciszek. I przyznam się Wam, że gdy teraz redagowałam rozdział przed publikacją, to uderzyło mnie, że nasz słodki chociaż ciapowaty pół olbrzym ma podobne patrzenie na świat jak Hermiona. Firenzo złamał prawa centaurów i nic dziwnego, że te próbowały go za to ukarać. To może być brutalne, ale patrzę trochę na to okiem antropologa, możesz badać i poznawać obcą kulturę, ale nie możesz mieszać się w jej prawa i obyczaje. Nawet jeśli według ciebie są one nieludzkie.
Rusti - zgadza się, Hermiona odpuściła sobie skrzaty, ale zaraz znalazła sobie nowe hobby. Za jakiś czas będzie krótko napomknięte jak korepetycję wyglądają. I dziękuję za życzenia weny, przydadzą się.
radekxpl123 - jak to się mówi: "są gorsze rzeczy niż śmierć", i to prawda nigdy się nie dowiemy co centaury jej zrobiły. Szkoda tylko, że dyrektor poszedł i ją uratował. I tak, to tylko bonus, dni nie zniknęły w magiczny sposób. ;) A Harry będzie co raz bardziej tracił cierpliwość jeśli chodzi o Hermionę, zgadza się.
Anuii - już przemknął mu po głowie pomysł zaangażowania Rona i Hermiony do obserwacji Harry'ego, ale Severus go sprowadził na ziemię. Czemu wcześniej nie widziałaś, że Hermiona jest taka irytująca, już mówię - w kanonie jej zachowanie się ślizga i jest zagłuszone innymi rzeczami. Ja dopiero czytając różne FF, gdzie jej postać była przerysowana lub było jej to wytknięte palcem, to zobaczyłam. Gdy odrzuci się wszystko inne i skupi się tylko na postaci Hermiony Granger, jest to widoczne.
Jak to się mówi, nadgorliwość gorsza od faszyzmu. I to nie dziwne, że różowa ropucha pyta się o pracę dla ministerstwa. Przecież to by dobrze wyglądało, gdyby kolejny Malfoy (wżeniony w rodzinę, ale jednak Malfoy), pracował w tej jakże zacnej instytucji. Nobilitacja i te sprawy...
Sama zastanawiałam się wielokrotnie co z tym nieszczęsnym ukąszeniem bazyliszka na drugim roku. I tu jeszcze mogę znaleźć teorię, że faktycznie horkruks w Harrym mógł to przeżyć. Jad mógł za krótko działać, by wpłynąć na horkruksa lub za nim do niego dotarł został zneutralizowany przez łzy feniksa. Bądź dusza Voldiego była w jakiejś magicznej torbieli, która oddzielała ją od chłopaka (stąd Harry nigdy nie został opętany przez horkruksa wewnątrz niego) i tylko bezpośrednie uderzenie w bliznę kłem mogło ją unicestwić. Niech już będzie Rowling, że było tak a nie inaczej.
Też nie jestem fanką Walentynek, ale ładnie mi się scenka złożyła, więc mały bonus mogłam wrzucić. I tak, daje nam to podgląd na zachowania innych i garść wyjaśnień, co nimi kieruje.
Przepraszam, ale nie ma opcji: wyślij powiadomienie, że to tylko mały bonus. ;)
Wilk - też nigdy nie przeżyłam takiej sytuacji, i tak jak Ty widziałam ją tylko na filmach. Czyli do opowiadania jak najbardziej pasuje. :) Dziękuję z całego serduszka.
Pozdrawiam i ściskam Was mocno i serdecznie.
c.
