Nic nie obiecuję, ale nadzieja umiera ostatnia. Rozdział dedykuję użytkownikowi Sayda, bo to jej komentarz ruszył mnie do wrzucenia go.
~R~
Jeszcze nie otwierając oczu, biorę głęboki wdech i uśmiecham się sam do siebie. Unoszę powieki i z zachwytem mierzę wzrokiem pogrążonego we śnie Harry'ego. Nos ma wciśnięty w mój tors, ręce trzyma blisko siebie. Obejmuję go jednym ramieniem, by nawet we śnie był jak najbliżej mnie. Ostrożnie odgarniam mu grzywkę z oczu, a on marszczy brwi, ale wciąż się nie budzi. Szkoda go budzić. Ignoruję pomruk wilka i zerkam przez ramię na stojący na szafce nocnej zegarek. Następnie wzdycham z żalem i pochylam się nad Harrym.
- Obudź się, Harry.
Zauważam jak przechodzi go dreszcz na dźwięk mojego głosu. Leniwie unosi głowę i mruga zaspany. Całuję go usta, nie mogąc się powstrzymać. Nawet w półśnie fuka cicho, gdy się odsuwam. Mam ochotę przyciągnąć go do siebie jeszcze raz i poleżeć choć minutę dłużej, ale nie po to wyrywałem go ze snu. Wsuwam mu dłonie pod pachy i pomagam mu się podnieść. Mało przytomnie obserwuje mnie leniwie jakbym robił to codziennie. Całuję go jeszcze raz z całkiem innego powodu. Harry jest cudowny – zachowuje się jakbym wcale nie zmieniał się raz na miesiąc w dziką bestię, co zdarzy się już dzisiaj w nocy. Gdy przerywam pocałunek, jest już obudzony i patrzy na mnie bystrze.
- Jeśli nie chcesz się spóźnić na Eliksiry, to musisz już wstawać – informuję go, starając się ugłaskać jego sterczące włosy.
Jego wargi najpierw wyginają się w niezadowolony grymas, który szybko zmienia się w chytry uśmieszek. Zbliża się i błyskawicznie całuje mnie w policzek. Jego szmaragdowe oczy błyszczą zawadiacko.
- Jestem pewien, że profesor Snape wybaczyłby mi spóźnienie. – Jego głos jest chrapliwy, a mój wilk puszy się dumnie na jego dźwięk; Szczeniak zdarł sobie gardło. – Poza tym, Remi, skąd znasz mój plan?
Pytanie natychmiast odrywa mnie od wspominania wczorajszego wieczoru. Dobrą chwilę po prostu patrzę na niego zaskoczony. Gdy dociera do mnie treść jego słów, wręcz czuję jak się rumienię.
- Chyba oczywiste, że to wiem, prawda? W końcu jesteś moim chłopakiem – burczę cicho nagle zażenowany.
Skutek jest natychmiastowy. Harry rozpromienia się jak małe słońce i całuję mnie mocno. Z wielkim żalem przerywam nasz pocałunek nim zdąża przejść na następny poziom. Wczoraj jakimś cudem udało mi się zapanować nad sobą, być może dlatego, że zarówno moja ludzka jak i wilcza strona chciała tego samego – sprawić Harry'emu jak najwięcej przyjemności. Teraz jednak mamy różne stanowiska. Oczywiście, że nasze zdania się różnią, wilk mruczy drwiąco, Harry powinien zostać z nami. W końcu tylko kilka godzin dzieli nas od pełni. Właśnie, i dlatego powinien iść na zajęcia. Podejrzewam, że dyrektor nie jest już zadowolony z jego przedłużonego weekendu, więc nie możemy denerwować go bardziej. Tak jakby miał nad nami jakąkolwiek władzę. Jest naszym szefem, oczywiście, że ma nad nami przewagę. Nie może zabronić Harry'emu iść z nami, o to mi chodzi. Pewnie może, w końcu Szczeniak jest uczniem. Wie jednak, że Harry nie podda mu się, a nie może sobie pozwolić na jego stratę. No właśnie! W takim razie bez różnicy czy Harry pójdzie na te głupie zajęcia czy nie. Jest różnica. Po co niepotrzebnie drażnić dyrektora? A Harry i tak musiałby nadrobić zaległości. A gdy Severus już się dowie, że to ja go zatrzymałem – a dowie się na pewno – będzie marudził cały miesiąc, a wiesz jaki jest wtedy nie do zniesienia. Wyczuwam, że zaczyna się wahać. W dodatku prosiłem go o coś, prawda? Ta sprawa jest ważniejsza od zatrzymania Harry'ego na kilka godzin. No dobrze, masz rację. Tylko przytulmy go jeszcze raz! Z wielką chęcią przyciągam do siebie Harry'ego i wciskam nos w jego włosy. Wciąż pachnie mną, sobą i nasieniem. Odsuwam się i obrzucam go surowym spojrzeniem. Przed oczami mam kobiety i mężczyzn, którzy wodzą za nim pożądliwym wzrokiem.
- Idź się wykąpać porządnie.
Harry mruga niewinnie i przekręca głowę na bok, analizując moje słowa. Następnie zerka na swoje ciało i oblewa się rumieńcem. Przed snem ubrałem go w swoje bokserki, więc tylko je ma na sobie. Skrzatom poleciłem wyczyścić jego ubrania, by nie chodził po korytarzach, wyglądając jakby przed chwilą ktoś go obmacał. Widząc, że nie zamierza się ruszyć sam wstaję i stawiam go na nogi. Niezadowolony wydyma wargi, dobrze wiedząc, że jego opór nic nie wskóra. By go pospieszyć, klepię go w pośladki. Rzuca mi pełne niedowierzania spojrzenie i szybkim krokiem rusza w kierunku łazienki. Z zadowoleniem obserwuję jak porusza biodrami przy chodzeniu. No proszę, Remi, kpi wilk, Z pruderyjnej dziewczynki wyrosłeś na trochę mniej wstydliwą dziewicę. Och, zamknij się już.
~V~
Po raz kolejny wyrywa mu się zadowolony syk. Nagini w odpowiedzi owija się wokół jego stóp. Wygodniej układa się na swoim tronie i od niechcenia przywołuje gestem jednego ze swoich popleczników. Ledwo hamuje zirytowany pomruk, gdy pełznie w jego kierunku. Zazwyczaj czerpałby z tego przyjemność, ale tym razem chce już ogłosić wesołą nowinę. Cierpliwie czeka aż mężczyzna klęknie u jego stóp. Odwraca trzymany przez siebie kawałek pergaminu, by zgromadzeni mogli zobaczyć, co na nim jest. Zbliża go do twarzy swojego poddanego, umożliwiając mu przyjrzenie się.
- Kto zossstał narysssowany? – Gdy nie uzyskuje odpowiedzi, tupie niecierpliwie, ale ma wyjątkowo dobry humor, więc nie karze swojego sługi. – Wiesssz kim jessst ten człowiek?
- T- tak, mój panie. – Klęczący najwyraźniej przypomina sobie, że potrafi mówić i odpowiada, opuszczając głowę. – To Blaise Zabini.
- Rzeczywiśśście – wręcz mruczy z zachwytu. – Blaissse Zabini!
W sali nie ma wielu osób, ale i tak zapanowuje wśród nich niepokój. Ostanie wieści mówiły wyraźnie – ten konkretny ślizgon zdradził i współpracuje z Potterem. Pozwala, by hałas nasilił się i zasiać ziarno zwątpienia. To takie zabawne, patrzeć jak jego sługi starają się dojść do jakichkolwiek wniosków. W końcu cicho syczy, a w sali natychmiast zapada milczenie. Potrząsa pergaminem, by sługa podniósł głowę i jeszcze raz przyjrzał się rysunkowi.
- Co widzisssz dalej? – pyta niemal gawędziarskim tonem.
Sługa najpierw rzuca mu spojrzenie pełne przerażenia i szacunku, po czym przechodzi do studiowania obrazu. Mruży oczy, próbując dopatrzeć się czegoś szczególnemu, a gdy mu się to nie udaje, spogląda na niego rozpaczliwie. Łaskawie wskazuje mu palcem miejsce.
- Co to takiego, mój panie?
- Trójkąt, przed którym znajduje się ptak z rozłożonymi ssskrzydłami przecinany błyssskawicą. Kto powie mi, czym jest ten symbol?
Tłum naradza się ze sobą gorączkowo. Nie chcą zawieść swojego mistrza, wiedząc, że jego kary są surowe. Robią to z coraz większą desperacją, gdy nikt z nich nie zna odpowiedzi na zadane pytanie. W końcu rozstępują się, robiąc miejscu skulonemu człowiekowi. Niepewnie prostuje się, a gdy dostrzega, że wzrok mistrza na nim spoczął, rzuca się na kamienie.
- P- panie mój, t- to herb Po- Potterów!
Tłum mruczy cicho i pozwala skryć się śmiałkowi wśród nich. Porusza stopą, więc Nagini odsuwa się, by nie przeszkadzać mu w stawianiu kroków. Sługa u jego stóp zrywa się do pionu i szybko wstępuje w swój szereg. Powoli schodzi z podwyższenia, na którym został umieszczony jego tron i przechadza się wzdłuż linii swoich popleczników. Każdemu pokazuje rysunek i daje szansę na przyjrzenie się.
- Blaisess Zabini należy do Pottera, tak mówi przepowiednia.
- Panie, czy powinniśmy się go pozbyć?
- Nie, nie musssimy sssię o niego martwić. Blaisess Zabini należy do nasss.
- Mistrzu, czy nie przyjaźni się on z Potterem?
Krzywi się, tracąc w końcu cierpliwość. Jego sługi są takie niedomyślne! Takie głupie i niecierpliwe! Wzdycha z udawanym żalem, a zza jego pleców rozlegają się wrzaski. Siada na swoim tronie i omiata wzrokiem swoich poddanych wijących się z bólu na posadzce. Jego królestwo. Przenosi wzrok na rysunek. Jest tam coś jeszcze – niewielka siódemka, ale nie mówi o tym sługom. Wie, co to oznacza. Wiedział już wcześniej, gdy usłyszał o Dwunastej. Potter ma swoich rycerzyków, których pośle w bój. Dwunastu. Przechodzi go dreszcz. Ta myśl go niepokoi, ale odrzuca ją. Potter jest słaby, nie da mu rady nawet ze swoimi szlamowatymi przyjaciółmi.
~R~
Mimo że nigdy nie marzyłem o zostaniu nauczycielem, lubię uczyć. Zazwyczaj. Mój wzrok mimowolnie wędruje na zegarek wiszący nad drzwiami, który sam tam powiesiłem, gdy tylko wróciłem do pracy w Hogwarcie. Dyrektor zaproponował mi, że dzisiaj przejmie moje zajęcia, ale odmówiłem grzecznie. Już teraz jestem niespokojny, a co dopiero, gdybym siedział sam w pokoju i czekał. Może powinniśmy zwolnić Harry'ego? Jesteś nauczycielem, prawda? Tak, jestem nauczycielem i mam teraz lekcję. Gwałtownie unoszę głowę i omiatam klasę wzrokiem. Widząc jak uczniowie podskakują na krzesłach, mam ochotę się uśmiechnąć rozbawiony, ale powstrzymuję się. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy na moich zajęciach nie było takiej ciszy, a należy dodać, że są to uczniowie drugiego roku zarówno Gryffindoru jak i Slytherinu. Zdążyłem przerobić z nimi materiał na tą lekcję, więc teraz siedzą bezczynnie. I w milczeniu, o dziwo. Wstaję od biurka, wymijam je i siadam na pierwszej ławce, która zazwyczaj zostaje pusta. Dwadzieścia osiem par oczu wpatruje się we mnie z wielką uwagą jak na dwunastolatki.
- Będziemy tak siedzieć czy o czymś porozmawiamy? – pytam w końcu, gdy cisza się przedłuża.
- Mógłby nas profesor wypuścić wcześniej – odzywa się gryfon, siedzący w przedostatniej ławce.
- Mógłbym – przyznaję i splatam palce z miłym uśmiechem. – Tylko musicie wiedzieć, że profesor Snape ma aktualnie dyżur na tym korytarzu. Ci, którzy chcą wyjść, mogą to zrobić.
Żaden z uczniów nie wstaje, ale szepczą między sobą niezadowoleni i trochę przestraszeni. Severus jak zwykle budzi powszechny szacunek i przerażenie. A jego wychowankowie wiedzą lepiej od innych, że prędzej przywlókłby ich za uszy do sali niż pozwoliłby im iść do dormitorium wcześniej.
- W takim razie może chcecie mnie o coś zapytać?
Jak na zawołanie wszyscy milkną i wlepiają we mnie okrągłe oczy. Wyglądają trochę jak skrzaty w swoich przydużych szatach. W końcu dziewczynka w trzecim rzędzie z wężem na godle unosi nieśmiało rękę w górę. Kiwam głową w jej kierunku, by zachęcić do mówienia.
- Czy to prawda, że jest pan wilkołakiem?
Jej znajomi z domu słysząc pytanie, syczą cicho jakby było ono zakazane pośród nich. Ślizgonka kuli się na swoim krześle i wbija wzrok w blat. Od strony gryfonów słychać zapewnienia, że to nieprawda. Unoszę dłoń w górę i szykuję się do krzyknięcia, ale, o dziwo, na sam gest cichną.
- Spokojnie, żadne pytanie nie jest złe. – Patrzę dziewczynce w oczy i uśmiecham się pocieszająco. – To prawda. Jestem wilkołakiem.
- Ale... Dzisiaj jest pełnia! – odzywa się ktoś po dłuższym milczeniu.
- To także prawda. Zaraz po zajęciach zamierzam wrócić do domu, więc nic wam nie grozi.
- Panie profesorze! – Chłopiec w zielonych szatach aż wstaje ze swojego miejsca. – Brat opowiadał mi, że wilkołaki są bardzo niebezpieczne w okresie pełni!
- Zamknij się! – W odpowiedzi jedna z gryfonek podrywa się z miejsca. – Profesor nigdy nie zrobiłby nam krzywdy!
- No właśnie! Moja siostra opowiadała mi, że profesor zawsze był zmęczony przed pełnią!
I tym razem wystarcza, że uniosę rękę, a uczniowie milkną natychmiastowo. Nie siadają jednak na swoje miejsca, ale wpatrują się we mnie, oczekując odpowiedzi.
- No proszę, nie sądziłem, że moja lykanotropia ciekawi was aż tak bardzo. – Kłócący się wcześniej uczniowie rumienią się zażenowani. – Wszystko po kolei. Chyba nie muszę wam mówić, że nie wolno się zbliżać do wilkołaków w czasie pełni, prawda? Kto mi powie, dlaczego?
Stojący drugoroczniacy w końcu niepewnie wracają na swoje miejsca i z uwagą zaczynają mi się przysłuchiwać. Niski chłopiec ze Slytherinu nieśmiało unosi dłoń, więc kiwam na niego głową.
- Ponieważ tracą one wtedy zdolność do racjonalnego myślenia – wyrzuca z siebie jakby nauczył się tego na pamięć.
- Właśnie. Chociaż nie tyle racjonalnego, co ludzkiego. Można powiedzieć, że wilkołaki to pół- wilki pół- ludzie. Każdy z nas ma w głowie swojego wilka, który jest częścią nas, ale często ma odmienne zdanie na wiele tematów. Podczas pełni to właśnie ta strona nas przejmuje kontrolę. Jest jednak sposób, by zachować przytomność.
- Wywar tojadowy! – wyrzuca z siebie ten sam chłopiec, po czym czerwieni się zawstydzony.
- Pięć punktów dla Slytherinu. – Uśmiecham się do ślizgona, po czym omiatam klasę wzrokiem; wszyscy przysłuchują mi się ze skupieniem. – Po wypiciu wywaru tojadowego wilkołak zachowuje ludzką świadomość i robi się senny.
- Panie profesorze! A dlaczego nie jest pan zmęczony?
- No właśnie, jak myślicie? – Uśmiecham się pod nosem pewien, że nikt nie zgadnie.
- Czytałam w książce, że wilkołaki są wtedy bardzo słabe, bo kłócą się ze swoim wilkiem – zaczyna niepewnie dziewczynka z czerwonozłotym godłem na piersi, a gdy kieruję na nią wzrok, kontynuuje już pewniej. – Nie jest pan zmęczony, bo nie kłóci się pan z wilkiem?
- Czy to dlatego ma pan złote oczy?
- Tak – odpowiadam im prosto. – Okazało się, że nasze zdania wcale nie różnią się aż tak bardzo.
Naprawdę? Zgadzasz się ze mną, że jesteś wstydliwą dziewicą? Albo że nie potrafisz porządnie zająć się Harrym? Wcale nie jestem wstydliwą dziewicą! A Harry był bardzo zadowolony! Oczywiście, że był zadowolony! W końcu się przełamałeś i zacząłeś go dotykać! Wcześniej przecież też go pieściłem! Ciekawe kiedy?, prycha wilk pogardliwie. W Grimmauld Place! I wtedy w klasie! Ha! Chyba sobie żartujesz! O co ci chodzi tym razem? Zaczynasz mnie wkurzać! Gdyby nie ja, stałbyś tam jak ten gumochłon! Ktoś musiał cię kopnąć w tyłek, bo inaczej teraz bylibyście na etapie trzymania się za ręce! Nie przesadzaj! Dobrze wiesz, że szybko bym się złamał i go pocałował. I całowalibyście się przez kolejny rok. W końcu Harry zostawiłby cię i znalazł sobie prawdziwego mężczyznę, a nie wstydliwą dziewczynkę. Nieprawda! Harry taki nie jest! Masz rację. W końcu sam by cię zaatakował albo powiedziałby wprost, czego oczekuje. A ty spłonąłbyś ze wstydu. Wyobrażam sobie jak wyrywam wilkowi całą sierść albo farbuję ją na różowo. Widzę, że odzywa się w tobie wewnętrzna dziewczynka. Agr!
Unoszę głowę i dociera do mnie, że wszyscy uczniowie wpatrują się we mnie. Całkowicie zapomniałem, że znajduję się w sali z dwudziestoma ośmioma dwunastolatkami. Czasami rozmowy z moim wilkiem są tak zajmujące, że poświęcam się im całkowicie. Nie jestem pewien czy to do końca tak dobrze. Chyba zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością.
- Co się stało, panie profesorze?
- Nic takiego, zamyśliłem się.
- Rozmawiał pan z nim, prawda? – Siedząca w drugim rzędzie dziewczynka szepcze konspiracyjnie jakby była to jakaś ważna tajemnica; kiwam głową w odpowiedzi.
- O czym?
- Co panu powiedział?
- Był... trochę zaskoczony moimi słowami. Uważa, że nie zgadzamy się ze sobą tak często.
- Woah! Naprawdę?! – wykrzykują zachwyceni.
Widzę po nich wyraźnie, że szykują się do zadania kolejnych pytań, ale dokładnie w tym momencie rozlega się dzwonek. Po klasie rozchodzą się niezadowolone jęki, a na ich twarzach pojawiają się grymasy. Wlepiają we mnie nieszczęśliwe spojrzenia jakby spodziewali się, że jakimś cudem nie usłyszałem dźwięku oznajmiającego przerwę. Kręcę głową rozbawiony.
- Pewnie wiecie, że wilkołaki mają bardzo dobry słuch. – Ponownie jęczą niezadowoleni. – Jeśli pospieszymy się na naszej kolejnej lekcji, może zostać nam kilka minut.
Ucieszeni tą pośrednią obietnicą chwytają swoje torby i wychodzą z sali, dyskutując głośno. Jestem pewien, że do końca dnia połowa szkoły będzie wiedziała, co zostało powiedziane na moich zajęciach. Zerkam na zegarek i uśmiecham się. Szybkim krokiem ruszam do drzwi skrytych zaklęciem, które połączone są z moimi kwaterami. Gdy już znajduję się w swoim salonie, siadam wygodnie na kanapie, by dokładnie widzieć drzwi wejściowe. Nie muszę długo czekać – już po pięciu minutach do pomieszczenia wpada Harry. Jego włosy są rozczochrane, a policzki zarumienione. Lustruje pokój wzrokiem, a na jego ustach pojawia się radosny uśmiech, który znika, gdy mnie zauważa. Wydyma wargi obrażony. Wstaję i podchodzę do niego szybko. Oplatam go ramionami w pasie i przyciągam do siebie.
- Chciałem być pierwszy! – fuka niezadowolony.
- Ja chciałem bardziej. – Już chce mi odpowiedzieć, ale całuję go szybko w usta.
Nie pozwalam mu odwzajemnić pocałunku, bo natychmiast go przerywam. Zły uderza mnie w ramię i staje na palcach, by mnie pocałować. Przekręcam głowę w bok, całując go w policzek. Muskam ustami jego ucho, a on wydaje z siebie zirytowany pomruk.
- Jeśli zacząłbym cię całować, obawiam się, że nie potrafiłbym się powstrzymać – mruczę, przyciskając go do siebie mocniej.
Wyczuwam dreszcz, który przechodzi mu po plecach. Zawstydzony stara się zwiększyć odległość między naszymi ciałami. Moje ręce reagują same – nie pozwalają mu się wyrwać i przyciskają go mocno do mojego torsu. Zszokowany tą niespodziewaną czynnością natychmiast wypuszczam go z objęć i odskakuję w tył. Harry wręcz emanuje zdezorientowaniem i nie wydaje się być przestraszony, co pozwala mi odetchnąć z ulgą. Nieświadomie przechyla się w moim kierunku, więc dla pewności robię jeszcze jedne krok w tył. Szczeniak natychmiast idzie w moje ślady i zbliża się.
- Nie podchodź, Harry – ostrzegam go drżącym się głosem. – To niebezpieczne.
- Nie zranisz mnie – odpowiada mi z pewnością, której ja nie posiadam i ponownie stara się przysunąć.
- Nie, Harry. – Prawie przyklejam się do ściany, by nie być zbyt blisko. – Po prostu... Po prostu chodźmy już do domu, dobrze?
Harry nie wygląda na przekonanego, ale kiwa głową i podchodzi do mojego kominka. Zerka na mnie wyczekująco, więc uśmiecham się nerwowo i zbliżam się. Ustalmy coś sobie, Lunatyku – jeśli skrzywdzisz Harry'ego, nigdy ci nie wybaczę. Tak jakbym był w stanie to zrobić, odpowiada mi ze złością, Nic mu przy mnie nie grozi. Zależy mi na nim równie mocno, co tobie. Uspokojony tą obietnicą biorę garść proszku z kominku i wchodzę do niego. Harry szybko do mnie dołącza, ale zachowuje minimalny dystans.
- Grimmauld Place 12! – wykrzykuję, rzucając nim w nasze stopy.
Moje ramię samo się porusza i oplata Harry'ego w pasie. Tym razem dziękuję wilkowi w myślach za tak szybką reakcję. Inaczej leżałby już na podłodze, a kamień w salonie nie jest zbyt miękki. Szybko ustawiam go do pionu i zabieram ręce, by do nie dotykać. Mój partner zaś rzuca mi zirytowane spojrzenie i głośno tupiąc, wchodzi po schodach. Wzdycham ciężko, ale nie idę za nim. Myślę, że nie powinienem zbyt często być blisko niego, nim zacznie się pełnia. Mam nadzieję jedynie, że taka dawka wywaru tojadowego uśpi mnie natychmiastowo.
~H~
Czy mówiłem już, że Remus jest irytujący? Pewnie tak, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Jest wybitnie irytujący! No naprawdę! Ile razy muszę powtarzać, że się go nie boję, żeby wreszcie to zrozumiał?! Znaczy to bardzo przyjemne uczucie – wiedzieć, że tak bardzo się o mnie martwi, ale bez przesady! Zaczynam czuć się jak jakieś bóstwo, któremu oddaje się cześć, ale nie wolno go dotykać i ruszać. Wzdycham zrezygnowany i podnoszę się do siadu. Zerkam na zegarek stojący na mojej szafce nocnej. Przez całą godzinę jedynie leżałem na łóżku i złościłem się na Remusa. Nawet nie przyszedł za mną! Wytężam słuch, ale w całym domu panuje cisza. A może nie przyszedł, bo nie mógł? Z nagłym niepokojem zrywam się z posłania i rzucam do drzwi. Zbiegam po schodach i rozglądam gorączkowo po salonie. Jest pusty, więc przechodzę do kuchni. Na szczęście Remi siedzi przy stole, popijając herbatę. Uczucie niepokoju nie odchodzi jednak całkiem. Remus jest blady jak ściana i ma przymknięte oczy jakby się na czymś skupiał. W całej kuchni unosi się zapach melisy, więc to nie jego pierwsza herbata. Powoli zbliżam się do niego i siadam na krześle obok. Unosi powieki i patrzy na mnie swoim zmęczonym wzrokiem. Jego oczy są całkowicie złote, więc nie mam wątpliwości – przemiana już się rozpoczęła. A Remi stara się ją powstrzymać. Z wahaniem wyciągam rękę, by położyć mu ją na dłoni. Tym razem nie odsuwa się, co tylko uświadamia mi jak bardzo cierpi. Splatam nasze palce i przysuwam krzesło bliżej, by spojrzeć mu głęboko w oczy.
- Przestań się o mnie martwić. – By podkreślić moje słowa, ściskam jego dłoń. – Nic mi nie będzie.
- Nie rozumiesz – odpowiada mi z rozpaczą. – Nie mogę być pewien moich czynów. Lunatyk będzie miał nade mną całkowitą kontrolę, nie wiem co będzie robił ani jak reagował.
- Remi, Lunatyk jest częścią ciebie. On również nie zrobi mi krzywdy, więc przestań się zamartwiać. – Krzywię się, widząc jak przez jego twarz przechodzi kolejny skurcz bólu. – W tej chwili to ty mnie ranisz swoim bólem.
Nagle jego rysy twarzy łagodnieją; wyciąga dłoń i kładzie mi ją na policzku. Przytulam się do niej z ulgą, przyjmując tą zmianę. Jego palce delikatnie głaszczą moją kość policzkową i aż mrużę oczy od tej pieszczoty. Zupełnie niespodziewanie jego twarz robi się wręcz zielona. Zrywa się z krzesła i niczym błyskawica wypada z kuchni. Zaskoczony jego szybkością mrugam powoli i chwilę zajmuje mi zrozumienie całej sytuacji. Gdy już to do mnie dociera, również wstaję i idę jego śladami. W salonie go nie ma, ale pchnięty przeczuciem podchodzę do drzwi łazienki znajdującej się na dole. Mój instynkt nie zawodzi mnie – zza nich wydobywają się dźwięki wymiotowania. Już wyciągam rękę i chcę otworzyć drzwi, gdy te uchylają się i staje w nich Remus. Jest jeszcze bledszy niż wcześniej, a oczy lśnią niezdrowo. Przysuwam się do niego, by w razie czego choć trochę mu pomóc w ustaniu na nogach. Opiera się o mnie, ale nie całym ciężarem. Wyczuwając jego niemą prośbę, zaczynam go prowadzić do schodów. Pokonujemy je szybko – balustrada bardzo ułatwia nam przemieszczanie się, więc już po chwili kierujemy się w stronę naszych pokoi. Niepewnie zwalniam przy swoim, ale Remi idzie dalej, ciągnąc mnie za sobą. Otwieram drzwi od jego pokoju i przepuszczam go w nich, a następnie zamykam. Remus niczym zombie podpełza do swojego łóżka i siada na nim ciężko. Podchodzę do niego, przyglądając mu się z troską. Jego oczy są całe złote – jeszcze ich takich nie widziałem nigdy. Gdy zbliżam się, marszczę nos. Wiem doskonale, że nie ma sił nawet się rozebrać, więc sam ostrożnie rozpinam jego koszulę. Rzuca mi zmęczone spojrzenie, ale nie odtrąca moich rąk. Mam ochotę odetchnąć z ulgą. Każdy kolejny taki gest sprawia mi ból i choć to głupie, czuję się odrzucony. Remi poddaje mi się bez narzekania i kładzie się na łóżku. Rozpinam jego jeansy i ściągam je szarpnięciem. Następnie okrywam go kołdrą i rozglądam się po pokoju. Po drugiej stronie posłania w niewielkiej odległości stoi fotel jakby dosłownie na mnie czekał. Kątem oka dostrzegam ruch Remusa i przez chwilę mam nadzieję, że chwyci mnie za rękę i wciągnie pod pościel. Nic takiego jednak nie robi, więc siadam na fotelu i układam się w nim wygodnie. Opieram policzek na poduszce i wbijam wzrok w plecy mojego ukochanego. Nawet teraz martwi się o mnie i nie chce, bym widział go w takim stanie. Głuptas.
Podrywam głowę w górę, rozglądając się czujnie. Muszę mrugnąć kilka razy, by całkowicie odgonić senność. Coś mnie wyrwało ze snu, ale pokój wygląda dokładnie tak samo. Remus leży w takiej samej pozycji, może kołdra jest trochę bardziej pogięta. Najciszej jak tylko umiem podnoszę się z fotela i obchodzę łóżko.
- Przestań natychmiast! – wołam, gdy tylko zauważam, co się dzieje.
Słysząc mój głos, unosi powieki i patrzy na mnie, ale jego twarz wciąż pozostaje napięta. Zaciska zęby na swoim ramieniu z taką siłą, że krew zdążyła zabarwić całą jego rękę i kołdrę w tamtym miejscu. Jego spojrzenie jest nieprzytomne jakby sam nie wiedział, co się dzieje. Widząc, że nie zareagował na moje polecenie podchodzę do niego. Ze zduszonym skamleniem odsuwa się w tył, ale jest zbyt wyczerpany, by naprawdę uniemożliwić mi zbliżenie się. Delikatnie kładę mu dłoń na policzku i gładzę jego napiętą skórę. Jego rysy twarzy natychmiast łagodnieją, a szczęka rozluźnia się. Ostrożnie odsuwam jego ramię od zębów i przyglądam się ranie. Nie jest aż tak poważna, ale podejrzewam, że tylko z powodu jego wilczych cech. Zasłaniam ją lewą dłonią i pozwalam, by Życie zabłysło, a wraz z nim wzory na moim przedramieniu. Gdy ją zabieram, na jego skórze nie ma nawet śladu, że przed chwilą znajdowała się tam rana. Przenoszę wzrok na jego twarz i natychmiast wyczuwam różnicę. Jego oczy z wielką uwagą przyglądają się zielonym śladom na moich rękach.
- Remi?
Błyskawicznie przenosi spojrzenie na mnie i patrzy mi natarczywie w oczy. Szybkim ruchem łapie mnie za nadgarstek i szarpnięciem powala na łóżko. Z jękiem wypuszczam powietrze z płuc i mrugam zdezorientowany. Remus wisi nade mną, ale jego twarz ma nieznany mi ostry wyraz. Z sykiem nabieram powietrza, przez co porusza... włosami? Zaskoczony unoszę wzrok i przyglądam się temu dziwnemu zjawisku. Aż zapiera mi dech. Na Merlina, czy to są uszy? Zafascynowany całkiem zapominam w jakiej sytuacji się znajduję i unoszę dłoń, by zbadać je dotykiem. Nim zdążam je dotknąć, łapie mnie za dłoń i przyciska moje palce do swoich ust. Wstrzymuję oddech i z powrotem patrzę mu w oczy. Tym razem jestem całkowicie pewien, że nie mam przed sobą Remusa, ale Lunatyka.
