Harry wypowiedział szybko w myślach formułkę zaklęcia i zniknęli w rozbłysku niebieskiego światła. Po dwóch minutach pojawili się w klasie Transmutacji przerywając nauczycielce sprawdzanie obecności. Wylądowali na środku klasy i Harry poczuł, jak opuszczają go dopiero co zregenerowane siły. Miał problemy ze złapaniem oddechu i zaczął kaszleć. Kolana ugięły się pod nim i upadł na ziemię kaszląc. Rozluźnił sobie krawat, odpiął górny guzik koszuli i wziął głęboki oddech. Ron chwycił go za ramię i pomógł wstać.
- Przepraszam pani profesor za spóźnienie. To moja wina. Zasiedziałem się trochę i przez to spóźnili się również moi przyjaciele. – Wykrztusił prostując się przed nauczycielką.
- Wraca pan zaraz do Skrzydła Szpitalnego. Pani Granger, panie Weasley proszę zaprowadzić pana Potter'a zaraz do Skrzydła. – Powiedziała nauczycielka twardo.
- Ależ pani profesor. Nic mi nie jest. Po prostu dawno nie używałem tego zaklęcia na takiej odległości.
- Nie interesuje mnie to. Potem sobie porozmawiamy.
- Nie pozwala pani pobierać uczniowi u pani nauk? A myślałem, że chce mi pani pomóc zostać Aurorem. – Powiedział spokojnie Harry. Nauczycielka spojrzała na niego ostro.
- Podziwiam pana zapał do nauki, ale jednocześnie dziwi mnie pana upór. Ale skoro tak pan chce. Jednak, jeśli poczuje się pan gorzej proszę mnie natychmiast poinformować. – Odpowiedziała nauczycielka. Harry kiwnął głową i usiadł na swoim miejscu. Zaskoczeni Ron i Hermiona usiedli dopiero po chwili i McGonagall wróciła do sprawdzania listy obecności.
Lekcja minęła im już bez żadnych nowych ekscesów. No, może nie licząc kolejnych ciekawskich spojrzeń rzucanych w stronę Harry'ego. Gdy rozbrzmiał dzwonek oznajmiający przerwę obiadową wszyscy poderwali się szybko z miejsc i zaczęli pakować swoje rzeczy.
- Panie Potter. Mogę na słówko? – Dobiegł Harry'ego głos nauczycielki. Spakował szybko swoje rzeczy i z torbą na ramieniu ruszył do czekającej przy biurku nauczycielki.
- Tak, pani profesor?
- Chciałabym porozmawiać z panem o wczorajszym pojedynku i dzisiejszych wydarzeniach. – Powiedziała nauczycielka zamykając za ostatnim uczniem drzwi. Harry westchnął pod nosem. Był gotów na tą rozmowę odkąd postanowił wczoraj dać z siebie wszystko. Odłożył torbę na ziemię i oparł się o blat pierwszej ławki.
- A co dokładnie chce pani wiedzieć?
- Może zacznijmy od wczorajszego pojedynku. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem pańskich umiejętności. Ale proszę mi powiedzieć, czy tego wszystkiego nauczył się pan w Gwardii Dumbledore'a? Bo chyba raczej władania bronią białą pan nie poruszał na zebraniach?
- Mieszkając z mugolami przez całe wakacje i nie mając możliwości opuszczenia tego… domu, postanowiłem wykorzystać wolny czas i poduczyć się trochę. Spędzałem całe dnie na czytaniu i coś tam próbowałem rzucać nożami kuzyna do celu. – Skłamał Harry starając się powiedzieć to wszystko tak, by wyglądało to na całkowicie oczywiste wytłumaczenie, jednak nauczycielka nie była skłonna tak łatwo w nie uwierzyć.
- Nikt nie jest w stanie w tak krótkim czasie opanować taki materiał. I jeszcze poprawił się pan ze wszystkich przedmiotów.
- Jak widać jestem całkiem dobry w szybkiej nauce. Powinna pani raczej mi pogratulować a nie wypytywać. – Zauważył brunet.
- Pochwalam pańską postawę, ale niepokoi mnie ta nagła zmiana. I to dzisiejsze zaklęcie…
- Pierwotna forma teleportacji. Nie tak efektowna i lekka w użyciu, ale zaklęcia Hogwartu jej nie blokują.
- Dobrze. Załóżmy, że wierzę panu. Czy mogę panu zaufać, że nie usiądzie pan na laurach lub, co gorsza, doprowadzi siebie do krytycznego stanu czy mam interweniować jakoś u dyrektora?
- A czy dyrektor jest coś w stanie zrobić? Nie będzie mnie chyba pilnować, czy się uczę czy nie?
- Dyrektor ma prawo monitorować postępy uczniów i…
- Ale chyba zaklęcia wizyjne stosowane na uczniach bez zgody ich prawnych opiekunów są nielegalne, prawda? – Zauważył Harry uśmiechając się w duszy. Nauczycielka spojrzała na niego przenikliwie jednak nic nie wyczytała z twarzy chłopca.
- Zgadza się.
- To dobrze. Czy jeszcze chce pani coś wiedzieć?
- Tak. Dlaczego wymknął się pan ze Skrzydła Szpitalnego dziś w nocy?
- Och. Czułem się już wystarczająco dobrze by opuścić Skrzydło a nie chciałem zawracać niepotrzebnie głowy pani Pomfrey.
- Następnym razem proszę się nie krępować i powiadomić kogokolwiek o takiej decyzji, dobrze?
- Dobrze.
- Może pan już odejść. – Powiedziała nauczycielka odwracając się od bruneta i idąc w stronę swojego biurka.
- A. Czy sobotni mecz i niedzielne wyjście są wciąż aktualne? – Zapytał Harry będąc już przy drzwiach. Nauczycielka spojrzała na niego przenikliwie i kiwnęła po chwili głową.
- Jak na razie, tak.
- To dobrze. Do widzenia.
- Do widzenia.
Harry wyszedł z klasy i pozwolił sobie w końcu na prawdziwy uśmiech. Wszystko układało się po jego myśli a nauczyciele wciąż uważali go za posłusznego chłopczyka. I tak powinno być. Pozory były podstawą nowej osobowości Harry'ego. Zadowolony poszedł na kolejne zajęcia.
Do soboty było spokojnie. Dopiero, gdy w sobotę rano na tablicach w Pokoju Wspólnym pojawiło się ogłoszenie o meczu Harry'ego 1 na 1 znów zaczęło się robić wokół niego szumno. W sumie cały czas tak było, ale teraz dochodziło do tego, że nikt nie starał się ukrywać ze swoimi przemyśleniami, gdy brunet był w pobliżu tylko je swobodnie wygłaszali. Mecz miał się odbyć w południe, więc do tego czasu Harry postanowił zająć się swoją miotłą i polatać trochę. Wypolerował ją i, ubrawszy się w szaty do Quidditcha, poszedł na boisko. Nie spodziewał się dużej publiki na meczu, więc był spokojny. Gdy był już na boisku wsiadł na miotłę i wzbił się w powietrze. Zrobił najpierw kilka próbnych okrążeń wokół boiska by się rozgrzać i przypomnieć co nieco. Gdy skończył już rozgrzewkę postanowił spróbować kilku trików, które widział u innych szukających. Wykonał kilka beczek udając, że unika tłuczka, po czym przeszedł do zwrotów. Trenował tak dwie godziny aż zegar wybił jedenastą trzydzieści. Harry wylądował na ziemi i poszedł do szatni. Napił się wody z kranu i przemył spoconą twarz. Usiadł na ławeczce słysząc, jak pierwsi uczniowie wchodzą na trybuny. Wiedział, że gdzieś wśród nich znajdują się Ron i Hermiona i nie był z tego powodu zbyt zadowolony. Martwili się o niego ponad miarę i nie chciał, by martwili jeszcze bardziej. Nagle drzwi do szatni otworzyły się i do środka weszła profesor McGonagall.
- Tutaj pan jest, panie Potter. Za pięć minut zacznie się mecz. Szukający Slytherinu już czeka na boisku. – Powiedziała kobieta podchodząc do bruneta. Harry wstał z ławki, wziął miotłę pod pachę i wyszedł za nauczycielką.
Weszli na boisko i Harry prawie zatrzymał się z wrażenia. Przyszedł cały Gryffindor by mu kibicować i Slytherin by kibicować swojemu szukającemu. Na trybunach Hufflepuff'u i Ravenclow'u też nie brakowało kibiców. W sektorze dla nauczycieli zauważył całą Sadystyczną Trójkę i Snape'a jak również i dyrektora. Harry był zdumiony ilością uczniów. Liczył, że będzie to bardziej kameralny mecz jednak się przeliczył. Zatrzymał się przed szukającym Ślizgonów. Chłopak był niewiele wyższy od Harry'ego, ale za to szerszy w barkach. Nie pamiętał, jak on się nazywał, ale wiedział, że był z siódmej klasy. Przyszedł na miejsce Draco, gdy ten powiedział, że mecze już go nudzą. Uścisnęli sobie dłonie, wsiedli na miotły i wzbili w powietrze. Pani Hooch wypuściła tłuczki, które od razu pognały w stronę dwóch zawodników. Harry wykonał szybki unik i tłuczek przeleciał mu tuż obok głowy. Wzbił się trochę wyżej by mieć lepszy widok. Po kilku minutach nauczycielka wypuściła złoty znicz, który szybko zniknął. Harry szybową nad boiskiem szukając znicza i starając się jednocześnie unikać tłuczków. Ku swojemu niezadowoleniu zauważył, że tłuczki stanowczo częściej leciały w jego stronę niż w przeciwnika, ale stwierdził, że było to zaplanowane. Po kilkunastu minutach zauważył wzbijający się znicz. Pognał za nim jednak znicz wciąż wzbijał się w powietrze. Po chwili tuż obok niego znalazł się drugi szukający, który również zauważył złotą piłeczkę. Zaczęli się przepychać między sobą i starać wzajemnie zrzucić z mioteł. W końcu Harry uderzył przeciwnika barkiem na tyle mocno, że ten stracił panowanie nad miotłą i zaczął spadać ku ziemi. Zadowolony Harry obejrzał się z powrotem na znicz jednak zamiast niego zobaczył pędzącego na siebie tłuczka. Zawrócił miotłę i pognał w dół starając się uniknąć uciążliwej piłki. Zobaczył, że drugi szukający zatrzymał się trzydzieści metrów nad ziemią i śmiał się z prób bruneta. I w tym momencie Harry wpadł na genialny pomysł, który dla wielu mógłby się wydawać szalonym. Puścił się miotły i zaczął pikować w stronę przeciwnika. Ślizgon szybko spoważniał zastanawiając się, czy ratować Pottera czy nie. I właśnie ta chwila dała Harry'emu szansę. Będąc kilka metrów nad drugim szukającym obrócił się w powietrzu nogami w dół, wylądował na rączce miotły przeciwnika, od której odbił się w bok i złapał swoją miotłę. Wdrapał się na nią i patrzył, jak tłuczek nokautuje Ślizgona. Nagle zobaczył tuż obok błysk złota, który zidentyfikował, jako złoty znicz. Jednak nie poleciał po niego. Ruszył szybko w dół i złapał Ślizgona w ostatniej chwili. Przeleciał z nim kawałek aż trochę nie wyhamował i puścił na ziemię. Szybko ruszył za zniczem i złapał go z łatwością. Wylądował na ziemi ciężko zmęczony meczem. Uczniowie zaczęli wiwatować na jego cześć i powoli wchodzić na boisko. Jako pierwsi dopadli go Hermiona i Ron.
- Harry! To było niesamowite! – Krzyknęła uradowana Hermiona.
- Musisz mnie tego nauczyć, stary! – Powiedział Ron klepiąc przyjaciela po plecach. Szybko pojawiła się przy nich profesor McGonagall z uśmiechem na ustach.
- Gratuluję wygranej, panie Potter. I witam z powrotem na stanowisku szukającego. – Powiedziała wyciągając rękę w stronę bruneta. Harry uścisnął ją również się uśmiechając.
- Dziękuję, pani profesor.
- A teraz przepraszam, ale muszę porozmawiać z profesorem Snape'em.– Powiedziała kobieta i odeszła.
- Harry, idziemy? – Spytała Hermiona.
- Jasne. Tylko…
- Tylko?
- Możecie mi pomóc? Nogi mam jak z waty od tamtej akcji z tłuczkiem. – Wyznał w końcu.
- W takim razie zahaczymy jeszcze o Skrzydło Szpitalne i… - Zaczęła Hermiona jednak przerwał jej Harry.
- Nie. Pomóżcie mi się tylko dostać do mojego kufra. Mam tam jakiś eliksir uzdrawiający czy coś. – Sprzeciwił się Harry.
- Myślę, że w tym przypadku nic to nie da. Ma pan popękane kości piszczelowe. – Dobiegł ich czyjś głos z tyłu. Obrócili się jak na komendę i Harry upadł czując, jak nogi same się pod nim uginają. – A nie mówiłem?
- Profesorze, czy może nam pan pomóc? – Poprosiła Hermiona. Dan kiwnął głową i klęknął obok Harry'ego.
- Mogę, ale chyba lepiej się tym zajmie wykwalifikowany Uzdrowiciel. – Powiedział po chwili Dan. Wyczarował nosze i położył na nich Harry'ego. Podniósł je za pomocą magii i poszedł w stronę wyjścia. Doszli do szatni gdzie już czekała na nich pani Pomfrey. Zbadała szybko nogi Harry'ego i pokręciła głową.
- Same zaklęcia nie wystarczą. Ale mam odpowiedni eliksir u mnie w gabinecie. Zakładam, że nie ma pan ochoty przejść się do Skrzydła Szpitalnego? – Powiedziała kobieta.
- Nie, podziękuję tym razem. Czy mogę poczekać tutaj?
- Tak. Będę za chwilę. – Odpowiedziała kobieta i wyszła.
- Ja też poczekam, jeśli pan pozwoli, panie Potter. – Powiedział Dan siadając na ławce. – Państwo też usiądźcie, bo może to chwilę potrwać.
Hermiona z Ronem usiedli na ławeczce i zaczęli rozmawiać z Harry'm na temat niedawnego meczu. Jednak sprowadzało się to do tego, że Ron opowiadał, które momenty najbardziej mu się podobały a Hermiona cicho prosiła o wytłumaczenie terminów. Harry mówił coś czasami jednak w większości po prostu słuchał. Spojrzał od niechcenia na Dana i poczuł, że ktoś dobija się do jego umysłu. Rozpoznał Dana i wpuścił go do środka.
- Następnym razem musisz więcej myśleć. Mogłeś skierować przepływ magii do swoich nóg i je wzmocnić a uniknąłbyś obrażeń. – Powiedział mężczyzna. Harry przyznał mu rację i obiecał, że następnym razem będzie więcej myślał. Po kilkunastu minutach wróciła pielęgniarka z naręczem fiolek. Postawiła je na ławce obok Harry'ego i kazała je wypić. Harry posłusznie wypił wszystkie i poczuł, że coś dziwnego dzieję się z jego nogami. Zrobiło mu się ciepło w nogi i zaczęły trochę piec.
- Uczucie za chwilę minie. Proszę poczekać jeszcze pięć minut i będzie pan wolny. – Powiedziała pielęgniarka usuwając puste fiolki. – Ten Ślizgon powinien panu podziękować. Uratował mu pan życie.
Harry kiwnął głową nie odpowiadając. Gdy tylko uczucie zniknęło zszedł z noszy i stanął o własnych siłach. Zrobił kilka kroków i gdy nic nie poczuł, podskoczył kilka razy. Gdy i wtedy nie odczuł bólu uśmiechnął się.
- Dziękuję, proszę pani. Chyba wszystko jest już w porządku. – Powiedział Harry. Kobieta pokiwała głową i wyszła. Dan usunął nosze i również się skierował do wyjścia. – Dziękuję bardzo, panie profesorze.
Dan zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił w stronę bruneta.
- Nie ma, za co. Tylko proszę następnym razem bardziej uważać. – Odpowiedział i wyszedł. Harry zebrał szybko swoje rzeczy i wraz z przyjaciółmi wyszedł. Gdy szli przez Hogwart co rusz ktoś gratulował brunetowi zwycięstwa i śmiałego posunięcia. Harry dziękował im bardzo i starał się unikać kolejnych chętnych do krótkiej pogawędki. Gdy w końcu dotarli do Pokoju Wspólnego powitał ich chóralny okrzyk. Szybko wokół nich zgromadziła się cała drużyna Quidditcha Gryffindoru, która cieszyła się chyba najbardziej. Katie Bell pogratulowała mu, jako pierwsza i klepnęła mocno w plecy.
- Chyba czas poznać swoją drużynę, co nie, kapitanie? – Powiedziała rozradowana dziewczyna. – To jest Demelza Robins. Gra na pozycji ścigającego razem ze mną i Ginny. Ci dwaj to Ritchie Coote i Jimmy Peakes. Pałkarze. Nie są tak dobrzy jak Fred i George, ale są najlepsi ze wszystkich kandydatów. A Ron został naszym obrońcą.
- Miło mi was wszystkich poznać. Wybaczcie, że tak późno się spotykamy, ale wcześniej nie za bardzo było kiedy.
- To, kiedy mamy trening, kapitanie? – Spytała Ginny.
- Postaram się zarezerwować boisko na poniedziałek. Jak tylko coś załatwię to dam wam znać. – Odpowiedział uśmiechając się życzliwie. Szybko zmierzył nowych zawodników wzrokiem starając się zgadnąć, na ile są dobrzy. Po chwili uznał, że na sucho nic nie zdziała.
- Dobrze Harry. To czekamy na wiadomość. – Odpowiedziała Katie i wszyscy się rozeszli. Teraz do Harry'ego podchodzili inni uczniowie gratulując mu meczu. Po kilku minutach użył zaklęcia niewidzialności i wymknął się do Dormitorium. Położył się na łóżku i dezaktywował zaklęcie. Po chwili do środka wpadli także Ron i Hermiona. Usiedli na łóżku Rona również zadowoleni z wyrwania się z tłumu.
- To, co robimy do końca dnia? Świętujemy? – Zaproponował Ron. Harry podniósł się i usiadł naprzeciw nich.
- Chyba sobie daruję. Lepiej pójdę się trochę pouczyć. – Odpowiedział wstając z łóżka. Wyjął podręcznik do eliksirów, który już zaczarował tak, że tylko on widział notatki, i zaczął szukać mapy huncwotów.
- Ja też chyba się pouczę. – Przyznała Hermiona również wstając. – Może pouczymy się razem Harry?
- No dobrze. Ale nie tutaj. Chodźmy do Pokoju Życzeń.
- Zaraz, zaraz. Macie zamiar się uczyć w sobotę? Rozumiem ciebie Hermiono, ale ty Harry?
- Jak chcesz, to mogę ci pomóc w eliksirach. Pamiętaj, że profesor Snape zrobił dla naszej dwójki wyjątek pod warunkiem, że będziemy mieć dobre wyniki. – Powiedział Harry. Ron zrobił zamyślona minę i również wstał.
- Chyba nie mam wyboru. – Skapitulował rudzielec. Hermiona wybiegła po swoje książki i po chwili już szli razem do Pokoju Życzeń. Gdy tam dotarli Harry zażyczył sobie podobnego miejsca jak normalnie używał tylko, że teraz wypełnionego książkami i ingrediencjami. Gdy weszli rozsiedli się wygodnie na kanapach i zaczęli uczyć. Oczywiście Ron wytrzymał godzinę, po czym zaczął przeglądać pokój.
- Harry? – Zagadnęła Hermiona.
- Tak?
- Powiedz mi, jak zrobiłeś takie postępy w tak krótkim czasie. – Harry westchnął i zamknął podręcznik.
- Nie zrobiłem postępów tylko nadrobiłem zaległości. A i tak nie zdążyłem wszystkich. – Hermiona wyczuła, że nic nie wyciągnie od przyjaciela, więc postanowiła zmienić temat.
- A jak twoja blizna? Ron mi ostatnio mówił, że nie śpisz zbyt dobrze w nocy.
Jak mógł spać w nocy, gdy wciąż śniły mu się koszmary o mordowaniu ludzi? Wyczuwał w tym rękę Voldemorta, ale wolał nic o tym nie wspominać.
- Ronowi musiało się coś przyśnić. A z blizną jak na razie w porządku. – Odpowiedział lekko Harry.
- Nic mi się nie przyśniło. Dzisiaj rzucałeś się po łóżku jakbyś oberwał jakąś klątwą. – Wtrącił się nagle Ron z naburmuszoną miną. W sumie ostatniej nocy śniło się Harry'emu, że był jakimś mugolem, którego dorwali Śmierciożercy i użyli, jako swojej zabawki. Szybko odpędził wspomnienie i uśmiechnął się.
- No tak. Zapomniałem. Śniło mi się, że byłem rybką, którą ktoś złowił i zostawił na brzegu. Próbowałem się dostać do wody i pewnie dlatego tak się rzucałem. – Odpowiedział lekkim tonem. Ron wybuchnął śmiechem jednak Hermiony to nie przekonało.
- Harry, nam możesz powiedzieć. Pomożemy ci.
- Jeśli będę potrzebował pomocy to zwrócę się do was pierwszych. – Obiecał Harry jednocześnie obiecując sobie w duchu, że nigdy tego nie zrobi. – Chyba pójdę do McGonagall. Mamy jutro skoczyć do Londynu po rzeczy dla mnie i muszę się dowiedzieć szczegółów.
Harry wstał szybko i zabrał swoje rzeczy. Pożegnał się z przyjaciółmi i wyszedł szybko. Zmniejszył książkę i wsadził ją do kieszeni razem z różdżką. Szedł szybkim krokiem sprawdzając co chwila na mapie, czy nikogo nie napotka i po kilkunastu minutach dotarł do gabinetu opiekunki Gryffindoru. Zapukał i wszedł do środka słysząc odpowiedź.
- Dzień dobry, pani profesor. – Przywitał się siadając na wskazanym miejscu.
- Dzień dobry. Jak pańskie nogi? Już w porządku?
- Tak. Dziękuję.
- To dobrze. Co pana do mnie sprowadza? – Zapytała kobieta.
- Chciałbym się dowiedzieć, o której jutro wychodzimy. – Odpowiedział Harry. Kobieta kiwnęła głową i zamyśliła się.
- Myślę, że możemy wyjść o dziewiątej. Proszę na mnie czekać o dziewiątej pod moim gabinetem. Użyjemy sieci Fiuu był przemieścić się na Pokątną. – Powiedziała po chwili kobieta.
- To dobrze. Czy mogę wiedzieć, jakie mamy ograniczenie czasowe?
- Nie mam żadnych planów na jutrzejsze popołudnie, więc naszym jedynym ograniczeniem jest cisza nocna. Czy planuje pan jakieś większe zakupy? – Harry uśmiechnął się w duchu. Udało mu się złapać nauczycielkę na haczyk, a teraz wystarczyło tylko powoli wyciągnąć rybkę na powierzchnię.
- Nie do końca. – Przyznał cicho. – Ja po prostu…
- Tak?
- Chciałem odwiedzić dom Syriusza. – Dokończył jeszcze ciszej. Przybrał minę, jakby faktycznie go wciąż bolała śmierć Syriusza. Tak naprawdę pogodził się już z tym. Wiedział, że każdy z jego przyjaciół kiedyś umrze, ale chciał odwlec tą chwilę jak najbardziej. Spojrzał na nauczycielkę i z satysfakcją zauważył, że jego trik zadziałał.
- Co prawda obecnie znajduje się tam kwatera główna Zakonu, ale myślę, że dyrektor wyrazi na to zgodę. W końcu ten budynek należy teraz do pana. – Odpowiedziała ciepło kobieta. Harry poderwał szybko głowę uradowany.
- Porozmawia pani z dyrektorem? – Zapytał ze sztuczną nadzieją w głosie.
-Tak, ale nie mogę niczego obiecać. – Odpowiedziała nauczycielka.
- Dziękuję bardzo. W takim razie będę jutro punktualnie o dziewiątej pod pani gabinetem.
- Dobrze. Do widzenia.
- Do widzenia. – Pożegnał się Harry i wyszedł. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi nie mógł już dłużej powstrzymać zadowolonego uśmiechu, który wypłyną na jego twarz. Spojrzał szybko na mapę i zobaczył, że jego przyjaciele byli już w Dormitorium. Nie chciał do nich jeszcze iść. Wolał jeszcze trochę pouczyć się w samotności. Już chciał schować mapę, gdy zauważył ogólne poruszenie w Pokoju Wspólnym. Wszyscy zaczęli podchodzić do tablicy ogłoszeń i tłumić się wokół niej.
- Pewnie pojawiły się już wyniki. – Mruknął do siebie i ruszył do Pokoju Życzeń.
I tak się teraz nie dopcha do wyników a nie był zwolennikiem marnowania czasu. Gdy dotarł na siódme piętro zażyczył sobie sali treningowej z manekinami do ćwiczeń i innymi potrzebnymi rzeczami. Tym razem miał zamiar poćwiczyć trochę same zaklęcia. Znalazł w książce Snape'a kilka interesujących zaklęć i chciał je wypróbować. Wszedł do Pokoju Życzeń, transmutował swój strój i otworzył książkę na odpowiedniej stronie. Pod wpływem jego dotyku i odrobiny magii zapiski znów pojawiły się na marginesach. Sprawdził jeszcze raz formułkę zaklęcia i zabrał się do ćwiczeń.
Po dwóch godzinach ćwiczeń potrafił już rzucić nowe zaklęcie i bardzo dobrze znał jego skutki. Z jednej strony był zdziwiony, że Snape wymyślił takie zaklęcie jak Sectumsempra w tak młodym wieku, a z drugiej pod ogromnym wrażeniem tak wielkich umiejętności. Po raz kolejny poczuł, że jego nauczyciel jest naprawdę potężnym czarodziejem. Po skończonym treningu udał się z powrotem do Pokoju Wspólnego. Gdy przekroczył próg zaraz go dorwała Hermiona.
- Harry! Gdzie znowu zniknąłeś? – Zapytała oburzona Hermiona.
- Przecież mówiłem, że idę do McGonagall. – Odpowiedział spokojnie Harry. Powoli zaczynał mieć już dość tej troski ze strony przyjaciół.
- Kłamiesz. Spotkałam McGonagall na korytarzu półtorej godziny temu i powiedziała mi, że jeż dawno wyszedłeś od niej. – Harry westchnął i przeczesał ręką włosy.
- Wybacz Hermiono, że powiem to w tak grubiański sposób, ale nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. – Odpowiedział tylko i wyminął zdumioną dziewczynę. Wszedł szybko po schodach na górę i wpadł do swojego Dormitorium. Padł na swoje łóżko i zasłonił zasłony.
