25.

- Wow, Jack! To jest mały pałac!- zawołała Sam, gdy tamtego dnia przyjechali do nowego domu, by sprowadzić tu rzeczy kanclerza i pani generał. Skoro ich związek praktycznie ujrzał światło dzienne, nie było sensu dalej udawać, że nie są parą i faktycznie nie mieszkają razem. Samantha wybrała więc to, co ze swojego starego domu chciała umieścić w nowym, a całą resztę postanowiła sprzedać razem z posesją. Klienta nie musiała szukać. Daniel był bardziej niż zainteresowany, zwłaszcza, że jego okres wynajmu mieszkania właśnie się kończył. Doktor Jackson nie chciał dłużej mieszkać w swoim bloku między innymi dlatego, że przez te lata nazbierał tyle książek i artefaktów, że większość zmuszony był trzymać w pudłach z braku miejsca na ekspozycję. Poza tym, zawsze musiał się gęsto tłumaczyć najmującemu po kolejnym „zmartwychwstaniu" i zaczęło mu już brakować logicznych przyczyn jego długich nieobecności. „Na swoim" nie miałby tego problemu. Chętnie więc odkupił dom przyjaciółki i większość jej mebli na dogodne raty. Przynajmniej zrobi porządek w swoich zbiorach.

- Powiedziałem dokładnie to samo, gdy Walter mi go opisał.- kiwnął głową O'Neill i z kieszeni wyjął klucze do drzwi wejściowych. Naturalnie, najpierw oboje poddali się skanowi oka i linii papilarnych, by wprowadzić je na stałe do systemu zabezpieczeń. Potem już mogli wchodzić normalnie. Wyjątkiem były pomieszczenia podziemne, gdzie dostęp mieli tylko za pomocą skanerów. Nikt nieautoryzowany nie mógł tam wejść, ani wyjść bez ich wiedzy i zgody. Szczególnie zaś zabezpieczono pokój z transporterami. Gdyby ktoś obcy jakimś cudem użył pierścieni i dostał się do rezydencji, i tak nie opuściłby pomieszczenia, chyba że za zgodą gospodarzy. Wiązki asgardzkie również były monitorowane i w razie konieczności zagłuszane. Tak więc, tylko idiota pokusiłby się o wtargnięcie.- Masz tu nawet swoje laboratorium, Carter i znając sierżanta, jest wyposażone nie gorzej niż to w bazie. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tam spędzać całych nocy, generale, inaczej poczuję się ignorowany, a wiesz, jak ciężko znoszę brak zainteresowania moją osobą!- mrugnął wesoło.

- Nie martw się, kanclerzu. Jakkolwiek laboratorium może być przydatne, nie zamierzam spędzać tam więcej czasu, niż jest to konieczne. Mam teraz inne priorytety w życiu.- odparła blondynka.

- Naprawdę?- wyszczerzył się.- A jakie?- spytał zaintrygowany.

- Muszę nadgonić papierkową robotę.- odpowiedziała przewrotnie.- Nie uwierzysz, ile mi się tego ostatnio namnożyło!

- Co? A ja myślałem, że twoje priorytety są bardziej związane z moimi „priorytetami".- jęknął.

Samantha zachichotała.

- Och, myślałeś o priorytetach TEGO rodzaju?- rzuciła psotnie.- Cóż… może cię jakoś wcisnę w swój napięty terminarz. Nie miałam pojęcia, że bycie generałem zostawia tak mało czasu na prywatne życie.- dodała.

- Wiesz co, Carter? Nie bardzo podobają mi się twoje insynuacje.- wymamrotał.- Nalegam, byś nieco przewartościowała swoje „priorytety". Inaczej pomyślę, że jestem dla ciebie tylko okazjonalną sex- zabawką!

- Sir, sir…- uśmiechnęła się pobłażliwie.- Pomijając, że jesteś najlepszą sex- zabawką świata, na pewno nie można cię uznać za okazjonalną, zważywszy na to, jak często ostatnio lądujemy w pozycji horyzontalnej.- zażartowała.

Jack się wyszczerzył.

- Nie tylko w horyzontalnej!- przypomniał z męską dumą. Ostatnio naprawdę był zadowolony ze swojej kondycji i libido. Czuł się niemal jak młodzieniaszek!

- Ok, ok!- roześmiała się jego życiowa partnerka.- Może już nie wnikajmy, inaczej zamiast się rozpakowywać, będziemy do nocy rozwodzić się nad fenomenem twej seksualności.

- Uważasz mnie za seksualny fenomen?- O'Neill dwuznacznie poruszył brwiami, uśmiechając się przy tym kusząco.

- Oj, zamknij się, Jack, bo ci ten samo-zachwyt uszami wypłynie.- pokręciła głową, śmiejąc się w głos.

- To nie ja się sobą zachwycam, ale ty, skarbie. W końcu nazywasz mnie seksualnym fenomenem.- prowokował.

- Jak się nie przymkniesz, nazwę cię inaczej.- zagroziła z humorem.- Otwieraj i bierz się do roboty, kanclerzu, bo te pudła same się nie wniosą do środka.

O'Neill prychnął zabawnie.

- Niech ci będzie Carter, ale zapewniam, że jeszcze wrócimy do tej rozmowy!- zgodził się „łaskawie".

- Jakoś wiedziałam, że to właśnie powiesz, Jack.- stwierdziła Sam, przewracając oczami i już miała wejść do środka, gdy ją powstrzymał.- Co?- zdziwiła się, a on spojrzał na nią już poważniej.

- To nasz nowy, wspólny dom, Sam…- odparł powoli.- I choć nie jesteśmy… no wiesz… małżeństwem…- tu się nieco zaczerwienił, co uznała za słodkie.-… to bardzo chciałbym zrobić to jak trzeba, to pierwsze, wspólne wejście do naszego domu.- wyznał.

Zanim się zorientowała, co miał na myśli, wyjął z jej rąk pudło (swoje odstawił zanim włożył klucz do zamka), postawił obok, a potem bezceremonialnie wziął ją na ręce i pchnąwszy nogą drzwi, wniósł ukochaną kobietę do środka.

- Witaj w domu, Sam.- szepnął i blondynka się wzruszyła.

- Jack O'Neill, ty cholerny, stary romantyku!- wymruczała, zanim pocałowała go wprost w te całuśne usta. Po prostu nie mogła się powstrzymać, gdy był taki… uroczy!

- Hej!- wymamrotał, łapiąc oddech po długiej pieszczocie jej warg.- Podobno nie jestem stary. Czy nie to mi zawsze powtarzałaś?- spytał przekornie.

Sam znowu zachichotała.

- Jesteś niemożliwy, ale i tak cię kocham, wiesz?- powiedziała miękko.

- To się dobrze składa, Carter, bo ja ciebie też.- odpowiedział tym swoim głębokim głosem, który tak osłabiał jej kolana, i tym razem to on ją pocałował.- Serio mówię…- dodał raz jeszcze.- Witaj w domu, Sam.

- Dobrze być w domu, Jack. Nareszcie.- usłyszał w zamian.

Długo czekali na ten dzień. Przez wiele lat myśleli, że już nigdy nie spełni się ich wspólny sen. Tak wiele stało przecież na ich drodze do szczęścia. Doczekali się jednak. Nie byli już najmłodsi. Być może nigdy nie będą mieli pełnej rodziny (Sam nadal nie miała potwierdzonych wyników badań, więc wolała na razie o tym nie myśleć, by się nie rozczarować), ale wreszcie mieli siebie. Byli razem, legalnie, oficjalnie i nikt już nie mógł ich rozdzielić. Wreszcie los dał im należną nagrodę za wszystkie poświęcenia. Najlepszą, jaka mogła być. Żaden, nawet najwyższy medal, nie miał porównania z faktem, że nareszcie usankcjonowano ich miłość.

Mimo, że mieli wielką ochotę odłożyć rozpakowywanie na potem, to jednak zdecydowali się zrobić to od ręki i mieć święty spokój. Jack, który dzięki opisowi Waltera, miał już jakie takie rozeznanie w domu, więc praca poszła prędko. Ulubione kubki Sam znalazły miejsce obok jego kubków, a zastawa stołowa jej matki w eleganckiej witrynie kuchennej. Ubrania wylądowały we wspólnej garderobie, kosmetyki do makijażu i perfumy na toaletce w ich sypialni, zaś cała reszta w łazience, łącznie z super miękkimi ręcznikami pani generał, za które na wyprzedaży wywaliła parę solidnych dolców, a które były warte swojej ceny. Zdjęcia i obrazy rozlokowano między innymi na kominku w salonie (te oficjalne, rodzinne rzecz jasna, a te mniej oficjalne, zrobione między innymi na innych planetach, w prywatnym apartamencie pary, złożonym z sypialni, małego saloniku z drugim kominkiem, gabinetu i sporej łazienki z jacuzzi). Na samym końcu Sam podłączyła swój sprzęt komputerowy w ich osobistym gabinecie, by mieć go pod ręką. Oczywiście miała też komputery w podziemnej części domu, w laboratorium, ale to były jej prywatne zabaweczki, które sama zaprojektowała, złożyła i zabezpieczyła. Na twardym dysku swego komputera trzymała tekst książki, tej, którą zamierzała wydać, jeśli program Gwiezdne Wrota kiedykolwiek zostanie upubliczniony. Wtedy to już nie będzie czysto teoretycznie dzieło, lecz praktyczne, udokumentowane i rewolucyjne kompendium wiedzy o tunelach podprzestrzennych oraz zakrzywianiu czasoprzestrzeni. Generał Carter już pracowała nad częścią drugą tego wiekopomnego dzieła, poświęconą lustrom kwantowym i światom alternatywnym, ale praca szła wolniej z uwagi na nowe obowiązki. Miała jednak dużo czasu na ukończenie kolejnej książki, zwłaszcza, że na razie nic nie wskazywało na zmiany. Ziemia nie była gotowa na prawdę, i nikt lepiej od Sam tego nie rozumiał. Pisała jednak, bo kiedyś ta planeta dojrzeje do tego, by pojąć, jak niewiele dotąd wiedziała o wszechświecie i jego cudach. Może panna Carter nie dożyje publikacji, a może tak. Jeśli nie będzie jej dane, tantiemy otrzyma rodzina, a jej nazwisko na zawsze już będzie kojarzyć się z kobietą, która złamała prawa fizyki, budując generator cząsteczek i wysadzając Słońce.

Kładąc się tej nocy do łóżka, Jack i Samantha po prostu chcieli spać. Byli zmęczeni, ale nie na tyle, by nie pocałować się czule na dobranoc i nie szepnąć „kocham", nim sen wziął ich w objęcia. Jutro będzie czas na inne rzeczy. Tymczasem należało odpocząć.

- Sam…- wymruczał jeszcze kanclerz, wtulając się w jej plecy.

- Tak?- odparła sennie, splatając swoje palce z jego długimi i męskimi.

- Czy teraz już mogę mieć psa?- zapytał.

Blondynka uśmiechnęła się łagodnie.

- Śpij już, O'Neill. Porozmawiamy o tym jutro.- obiecała.

- Jak sobie życzysz, najdroższa.- szepnął pokornie i cmoknąwszy ją w kark, przytulił się mocniej, po czym zasnął snem sprawiedliwego.

Samantha poszła w jego ślady.

TBC