Dla Hasz, z naszego gadania. Dzieje się mniej więcej w jej uniwersum "Zła się nie ulęknę". Czyli Zygfryd, Radowid, Arjan.
Mocne postanowienie poprawy
Zygfryd postanowił zmierzyć się z faktami. Fakt pierwszy: Arjan nie żyje. Fakt drugi: zginął w niesławie, jako zbuntowany i zamieszany w królobójstwo. Fakt trzeci, z przecięcia powyższych wynikający: nikt za jego duszę nie pomodli, nikt nie zapłacze, nikt mszy nie odprawi. Przynajmniej oficjalnie. Oficjalnie, to Arjan La Valette już potępiony na wieki wieków.
Co było niezgodne z doktryną, tak na dobrą sprawę. Doktryna zabraniała śmiertelnym decydować o potępieniu duszy, o wyrokach losu. Być może, deliberował nowy Wielki Mistrz, bardzo ostrożnie, jakby się bał, że ktoś podsłucha owe wewnętrzne deliberacje, należałoby ową doktrynę przypomnieć, bo lud był do wydawania wyroków niepokojąco skory. Ba, nie tylko lud, także niektórzy bracia i rycerze. Błąd doktrynalny to zaś, nie ukrywajmy, błąd wielki, znacznie poważniejszy niż codzienne grzechy: brak modlitwy, złamanie ślubów wstrzemięźliwości, nadgorliwość w szerzeniu wiary.
To prowadziło z kolei do wniosku, że najlepszym sposobem na uchronienie maluczkich przed owym kardynalnym błędem będzie jakieś spektakularne przypomnienie. Że chronienie maluczkich jest pierwszym obowiązkiem rycerza, tego w ogóle nie trzeba było Zygfrydowi przypominać.
Spektakularne przypomnienie prowadziło go znowu do sprawy drogiego kuzyna La Valetta'a. Trudno o bardziej wyrazisty i całkiem powszechnie kojarzony przykład, że nawet za dusze największych zbrodniarzy modlić się warto, ba, wypada, bo to piękny i dobry uczynek, a żadna modlitwa nie pozostaje daremna. W najgorszym razie innej duszy cierpiącej pomoże.
A przynajmniej taką Zygfryd miał nadzieję. Do teologii nigdy się szczególnie nie przykładał, wolał rycerską praktykę. Znał modlitwy, znał pieśni, znał obrzędy. Skomplikowane teorie za nimi stojące zostawiał tym, których należało chronić, bo sami się nie mogli: intelektualistom.
Czymże jest jednak Wieczny Ogień, jeśli nie nadzieją? A właśnie, tu poeta celnie uchwycił prawdę, nawet jeśli miał coś mniej pobożnego na myśli. Wieczny Ogień to nadzieja. Z nadzieją, dobierał słowa przemowy i zaciskał drżące pięści Zygfryd, że nawet największe grzechy zmazać łaska może, że istnieje odkupienie najcięższych nawet zbrodni, z tą nadzieją mszę tę pragnę poświęcić za duszę Arjana La Valette'a.
Z nadzieją tą, podpowiadała mu trzeźwiejsza część umysłu, oraz taką, że Radowid w swej łasce cię za to nie skróci o głowę.
'
'
Wielki Mistrz musiał być człowiekiem zdecydowanym. To dlatego Zygfryd nawet nie zerknął na podaną mu wcześniej listę osób, których dusze miał polecić na uroczystej mszy opiece siły wyższej. Poleci, oczywiście: ale najpierw Arjan. Żeby się już nie móc wycofać.
Ręce, gdy je w geście kornej prośby unosił ku niebu czy właściwie zdobionemu sufitowi, zaczęły ważyć tonę. Gardło się mu nieco ścisnęło. Ognie zapłonęły jakby jaśniej, jakoś tak złowróżebnie. Zginiesz, zaszeleściło powietrze przeciągu – brat Anzelm znów zapomniał zamknąć drzwi do pomieszczeń służbowych, przeleciało przez głowę Wielkiemu Mistrzowi, tak całkiem absurdalnie – zginiesz, razem z tobą cały Zakon, odejdziecie w niesławie, Białe Zimno zagasi Wieczny Ogień...
— Tę pokorną ofiarę i pamiątkę sprawuję w intencji... — Jeszcze możesz się wycofać, szepnęło coś w głowie Zygfryda; nabrał tchu, głęboko, by zdusić, głos zahuczał pod sklepieniem — ...zbawienia duszy A...
I w tej mniej więcej sekundzie, gdzie pomiędzy „szy" a „A", siedzący w jednym z pierwszych rzędów podróżny, dotąd skrywający twarz za kapturem, uniósł głowę. Do światła. Które to światło, posłuszne swemu powołaniu, ukazało Wielkiemu Mistrzowi twarz dziedzica La Valette'ów. Arjana. Żywego. Chudszego, bledszego niż go Zygfryd pamiętał, więc żywego na pewno, wybryk wyobraźni wyglądałby identycznie, jak dawniej.
Arjan się szelmowsko uśmiechał. Śmiał się szelmowsko uśmiechać. Trwało to zresztą może pół chwili, potem znów wargi jego przybrały wyraz nabożnego skupienia.
Zygfryd nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo zabić człowieka czy nieludzia. Zabijanie terrorystów było obowiązkiem, nierzadko ciężkim, powstrzymanie Wielkiego Mistrza... Adelsberga... także. Mord na drogim kuzynie, możliwie krwawy, rozszarpanie temu draniowi tętnicy i podanie serduszka w kielichu z winem mszalnym, nadzianie tego tępego łba na jeden z licznych świeczników, wsadzenie tego jędrnego... wróć, przeklętego tyłka w płonące kadzidła, wszystko to jawiło się teraz Zygfrydowi przyjemnością. Umiłowanym i słodkim pragnieniem czystej duszy.
Zaniepokojone spojrzenia pomocników oraz wiernych – a także uniesione lekko, kpiąco brwi Arjana – podpowiedziały zakonnikowi, że najprawdopodobniej zamarł w pół zdania. Z bardzo głupią miną, w pozie też nie najmądrzejszej.
Odchrząknął. Odkaszlnął, solidnie nawet. Jutro rozejdą się plotki o słabowaniu Wielkiego Mistrza, lud zacznie obstawiać, czy go gruźlica czy zaraza, zakłady o dzień jego śmierci pójdą... Trudno. Furda polityka. Miał tu do załatwienia kwestie wyższej, duchowej, rangi. Odprawienie mszy, na przykład. Mszy za duszę, która nadal siedziała w ciele.
Oraz zmazanie wrażenia, że chciał mówić o swoim poprzedniku. Tego by już mu Radowid nie wybaczył.
— W intencji zbawienia duszy Atanazego, brata z Tiepki — oznajmił, przypominając sobie starego mnicha, pomarszczonego i zbrązowiałego jak zostawione na słońcu jabłko; mnich mieszkał niedaleko rodzinnego zamku Zygfryda, zmarł całe dekady temu. — To przykład jego świętobliwego żywota natchnął mnie pragnieniem wstąpienia w szeregi Zakonu...
Nawet nie musiał kłamać, zdał sobie sprawę z ulgą. Krótkie, trzy-czterozdaniowe wspomnienie pustelnika Atanazego może słuchaczy znuży, ale nie zdziwi, politycznych reperkusji też raczej nie wywołała. A moment zawahania przypisany zostanie, jeśli losy dadzą, wzruszeniu lub niepewności związanej z ujawnieniem tak ważnego, prywatnego dotąd wspomnienia.
Reszta obrzędu potoczyła się już zwykłym tokiem. Wielki Mistrz sprawował go zresztą całkowicie automatycznie, myślami będąc przy wizjach nabijania na świeczniki, przypiekania na węglach czy zwieszania czyichś jelit z kandelabru. Jako dekoracji. Człowiek ma, koniec końców, naprawdę długie jelita.
'
'
Nie tak długie, jak smok czy troll, czy choćby bazyliszek, dumał Zygfryd jeszcze po skończeniu mszy, odprawiając teraz obrzęd pokuty. Znaczy, siedząc w konfesjonale i wysłuchując grzechów statecznych matron oraz młodych panienek – te bowiem grupy najchętniej po spowiedź do Wielkiego Mistrza przychodziły. Do nikogo innego właściwie nie chciały, choć wiele razy zapewniał, tak prywatnie, jak z ambony, że usta, które wygłaszają święte formuły, nie mają znaczenia, że to wyższa siła zmazuje grzechy i uzdrawia. Na próżno, kolejka po każdym nabożeństwie była długa i wypełnienie obowiązku – najwięksi powinni się przecież pochylać nad problemami, błędami tudzież troskami maluczkich! – zajmowało Zygfrydowi nieraz dobre kilka godzin.
Mężczyźni wybierali wobec tego inne konfesjonały. Te, w ogonku do których krócej się stało. Toteż Wielki Mistrz, zobaczywszy przez kratkę męską sylwetkę, w pierwszej chwili się zdziwił.
W drugiej, nim jeszcze padło choć słowo, zrozumiał. Aż takim kpem nie był.
— Niech... Szlag, nie pamiętam, co się mówi przy spowiedzi — w głosie, miast skruchy czy choćby zwykłego zawstydzenia, brzmiało rozbawienie.
— Darujmy sobie święte formuły. Przecież nie po rozgrzeszenie tu przyszedłeś — odparł Zygfryd, starając się brzmieć rzeczowo, bez dziecinnej urazy czy żądzy mordu w tonie.
Wyszło mu, uznał krytycznie, gorzej niż średnio. Będzie musiał popracować nad ustawianiem głosu.
— O, czyżby ktoś tutaj przeżywał kryzys wiary? Nie wierzył w możliwość poprawy, nawrócenia, zmiany...
Oraz panowaniem nad emocjami.
— ...zwłaszcza po ważkich, przełomowych wydarzeniach takowa nastąpić może. I po dotkliwej stracie. Sporo tego u mnie ostatnio — przez sekundę Arjan brzmiał refleksyjnie, melancholijnie nawet, cień zasnuł mu rysy; ale to minęło. — Twój sceptycyzm co do moich intencji mnie boli, drogi kuzynie.
Zwłaszcza nad panowaniem nad emocjami. Bo teraz na przykład Zygfryd kompletnie takowe utracił.
— Ciebie boli? — syknął wściekłym szeptem. — A matki to niby utrata twierdzy i dobrego imienia rodu nie boli? A Temerii utrata króla i awantury o jego bękarty? A twojego brata śmierć, a twojej siostry cała ta poniewierka? A mnie, myślisz — dodał; i wiedział, że na tle poprzednich słów jego oburzenie będzie brzmiało głupio, nie potrafił się jednak powstrzymać — nie bolała myśl o twojej śmierci? Myślisz, że mi łatwo tę mszę odprawiać było, gdy sądziłem... sądziłem...
Arjan umilkł.
— Nie chciałem śmierci Foltesta — burknął po chwili; zaraz wszakże opuściła go powaga. — A co do mszy... Każdy marzy, by się pojawić na własnym pogrzebie, nie?
Wielki Mistrz zastanowił się przelotnie, kto mógł wiedzieć o jego dzisiejszych planach ofiarnicznych. Spowiednik, oczywiście. Poza nim... może służba podsłuchiwała, jak ćwiczy przemowy, jak się sam ze sobą spiera, jak ze spowiednikiem rozmawia. Tak, to na pewno służba. Nie ma potrzeby myśleć inaczej.
— Prawie dostałem zawału — wypomniał Zygfryd.
— Ty i zawał? Gdzieżby. Dużo się ruszasz, posty ci zapewniają zdrową dietę, modlitwami stres odpędzasz, napięcia rozładowujesz... Już prędzej wiedźmin zawału dostanie.
Wielki Mistrz zdał sobie sprawę, że kuzyn widzi jego życie takim, jakim było, cóż, jeszcze nie tak bardzo dawno. Przed płonącą Wyzimą. Uśmiechnął się ze smutnym rozczuleniem. Wiele dałby za to, by modlitwy koiły dzisiaj jego napięcia, odpędzały cały stres związany z nowymi obowiązkami.
Na Arjana, to zadurzone w starych opowieściach dziecko, nie było sensu się złościć. Zygfryd przecież jeszcze niedawno sam taki był.
— Nie chciałeś śmierci Foltesta, mówisz — przeszedł więc do spowiadania, może trochę niezwykłego, ale w końcu i takie wyzwania na pokorne sługi boskiej woli czekały. — Czyli żałujesz?
— Cholera, Zygfryd, popatrz, jak to się skończyło! — syknął La Valette. — Brat martwy, matka w Nilfgaardzie, Temeria zajęta... Musiałbym oszaleć, żeby nie żałować. Wolałbym oszaleć, gdybym sądził, że przestanę pa...
— Ale czy żałujesz swojego postępku? — uciął teatralności kuzyna Wielki Mistrz. — Czy żałujesz swojego bezbożnego buntu wobec świętej władzy, a nie jedynie konsekwencji, jakie ci przyniósł? Czy pojmujesz swój błąd i grzech...
— Nie bądź ty taki teolog, nie do twarzy ci. Żałuję, tak? — burknął Arjan. — Po co dzielić włos na czworo? Poza tym, nikt z nas nie chciał śmierci Foltesta, to był dobry król, nawet po wydarzeniach w Wyzimie... zwłaszcza po nich... Kraj nie zjednoczyłby się przy nikim innym. Chcieliśmy tylko, żeby wreszcie uregulował sprawę sukcesji! I mieliśmy rację, taki sam burdel, jak ten teraz, nie sycz, wiem, że jestem w świątyni, taki sam bajzel byłby, gdyby Foltest po prostu się potknął na schodach! Dostał w bitwie! On już nie miał trzydziestu lat!
— Tylko wówczas — oznajmił chłodno, cicho Zygfryd — to nie byłaby wasza, twoja, odpowiedzialność. To nie byłaby twoja wina.
— Nie ja wynająłem skrytobójców!
— Dałeś im okazję — syknął Wielki Mistrz, poniekąd wytracony z równowagi: jeszcze trochę głośniej baron pokrzykiwać będzie, a cały kościół ich usłyszy.
— Nie chciałem!
Zygfryd odchrząknął. Kuzyn zrozumiał wreszcie aluzję, następne słowa padały już ciszej.
— Nie chciałem. Naprawdę.
— Czyli żałujesz — wysnuł Wielki Mistrz wniosek może teologicznie niepoprawny, ale życiowo słuszny, czy przynajmniej wygodny. — Oczekujesz, że cię rozgrzeszę?
— Nie od tego jesteście?
Nie od tego, by być sługami baronów, tylko tych biednych i pokornych, którzy nie mają możliwości obrony. Piękna idea. Piękne życie, poprawił się zaraz Zygfryd.
— Bracie, mogę — muszę — spróbować cię spowiadać, ale twoja postawa ani twoje słowa... są z pewnością inne uczynki obciążające twe sumienie...
Chodziło mu o teologię, o konieczność pełnego wyznania win i szczerej skruchy. Kuzyn rzecz zinterpretował oczywiście po swojemu. Politycznie.
— Wiem, że nie możesz, Radowid by cię zabił, jakby się dowiedział, że zbuntowani lennicy od ciebie z pukaniem odchodzą, że wystarczy podejść do spowiedzi i już, prowodyr rokoszu rozgrzeszon...
Brzmiał prawie gorzko i Wielki Mistrz pożałował naraz, że dzieli ich krata.
— Nie w tym rzecz, bracie... Arjan. Chodzi raczej o kwestie duchowe. Spowiedź to wyznanie wszystkich win i pokorne, szczere błaganie o przebaczenie w obliczu naszej małości, naszej niskiej, ludzkiej podłości...
Kuzyn nie słuchał. Albo nie chciał rozumieć, co jednako.
— Wszystkich win? — prychnął nagle, cicho, niepokojąco. — Zabijałem ludzi. Dla Foltesta i przeciw niemu. Nie pamiętam, ilu — teraz szczeniacka duma zabrzmiała mu w głosie. — Miałem mało cierpliwości dla służby. Wywyższałem się nad motłoch, słusznie zresztą. Nie pamiętałem o modlitwie, omijałem nabożeństwa. Nie przestrzegałem postu. Wstrzemięźliwość w łożu była mi obca. Sypiałem z kobietami i mężczyznami, ile ich było, też nie pamiętam — teraz szczeniacką dumą nie brzmiało, a grzmiało, śpiewało msze i godzinki chorałów.
— Arjan — upomniał Zygfryd z cieniem irytacji. — Nie rób cyrku ze świętego obrzędu.
W odpowiedzi usłyszał drwiące prychnięcie. Zaraz przechodzące w młodzieńczy śmiech, może trochę złośliwy, ale przede wszystkim bardzo lekki. Za bardzo, by w sytuacji La Valette'a być prawdziwym.
— Chociaż pamiętam jednego — mówił ów roześmiany La Valette. — Uwiodłem podstępem niewinną, czysta duszyczkę, mojego drogiego kuzyna...
Zygfryd cokolwiek zbladł.
— ...chociaż wówczas sądziłem, że jest temu uwiedzeniu przychylny. No, ale czas pokazał moją omyłkę, kuzyn, przerażony czynem, wstąpił do więzienia zwanego Zakonem Płonącej Róży...
— Nie przypisuj sobie zasługi...
— ...a ja nadal — głos Arjana się obniżał z każdym słowem, coraz był ciemniejszy, stłumiony, jakby duszny; Wielki Mistrz miał wrażenie, że z każdym wyrazem schodzi w głąb wąskiej, od lat nieotwieranej krypty — pamiętam i tęsknię, i miewam czasem ochotę... fantazję... o tych wtedy długich, gęstych blond włosach, tym okropnym nochalu, zaprawionych ćwiczeniami mięśniach, o tych gorących, niezdarnych pocałunkach...
Zygfrydowi zapłonęły policzki. Był dziwnie pewien, że przez kratkę to widać. Że kuzyn widzi i się doskonale bawi.
— Na Wieczny Ogień, Arjan, przestań. Ja... rozumiem już istotę tego grzechu. Nie potrzebuję szczegółów.
— Ale mi ulży, jak z siebie ten ciężar zrzucę — odparował La Valette, błyskając w uśmiechu zębami.
Wielki Mistrz zacisnął zęby. Odetchnął głęboko. Zaczął odmawiać w myśli litanię. By przegnać złość, powiedział sobie. Złość, nic więcej, nic innego.
— Rozgrzeszenia z tego, sam powiedziałeś, i tak nie będzie. Kolejkę zajmujesz prywatnymi sprawami. Pofolguj duszy w karczmie. Albo — dorzucił, nim kuzyn, już z ewidentną urazą otwierający usta, zdołał cośkolwiek powiedzieć — w zakrystii. Czy u mnie w komnacie. Gdy już spowiadać skończę.
'
'
Po skończonej spowiedzi ani w zakrystii, ani przedsionku swych komnat Zygfryd Arjana nie zastał. Co go nie zdziwiło – La Valette, odchodząc od konfesjonału, wyglądał na nieźle zirytowanego i obrażonego. Znaczy: przyjdzie, a juści, po coś w końcu się w mieście pojawiał. Ale nie tak od razu. Da na siebie Wielkiemu Mistrzowi poczekać.
Wielki Mistrz znał arystokrację od podszewki własnych pieluch. Wielkopańskie maniery nie wywoływały w nim więc ani szczególnej irytacji, ani niepokoju. Po prostu nalał sobie wina, słabego, ot, tak, dla lepszego nastroju do rozmowy, uspokojenia nerwów – pił je jako środek medyczny bez mała, więc nie grzech. Krzywiąc się nawet, pił, bo skoro słabe, to i podłe.
Środek medyczny był mu potrzebny, bo zapowiedziano, iż Najjaśniejszy Pan prosi o kontakt. Przez lustro, nie gołębie. Czyli pilna sprawa. Pilna sprawa w dniu przybycia drogiego kuzyna. Lepiej być nie mogło.
— Wasza Wysokość. — Zygfryd przywołał na twarz uprzejmy, pokorny, ale nie uniżony, uśmiech.
— Własna rodzina mnie tytułuje. Dramat — odparł Radowid. — Mam do ciebie zacząć mówić „Wasza Świątobliwość"?
Tytuł ten Wielkiemu Mistrzowi nie przysługiwał, wypominanie tego królom nie byłoby jednak szczęśliwym posunięciem.
— Cieszę się, że pośród tylu obowiązków władcy znalazłeś czas, by ze mną porozmawia, pa...
— No, lepiej — przerwał król. — Tak właśnie. Jesteś już po rozmowie z Arjanem?
Zygfrydowi nieco opadła szczęka. Radowid mówił lekko, wesoło, bez gniewu czy choćby powagi.
— Wy... Ty... wiedziałeś, że on żyje?
Radowid zatarł ręce, o, teraz to już całkiem ubawiony.
— Pewnie, że tak, Arjan nie taki głupi, najpierw się do mnie zgłosił, błagał o pomoc, mojej opiece i litości się powierzył... Krótko mówiąc, upewnił mnie, że jest niegroźny. A przy całej tej hecy z małą... Bardzo się przydać może. Powiedziałbym ci wcześniej — dodał na widok miny Wielkiego Mistrza — ale sam Arjan zabronił. Że niby niespodziankę chce ci zrobić. Zrobił?
Zakonnik pokiwał głową. Pięknie, jak zawsze się dowiaduje ostatni, ch... motyla noga, chłopek-roztropek nie żaden rycerz.
— To doskonale. Masz go gdzieś obok?
— Nie — odparł Zygfryd; chciało się mu płakać, śmiać i rzucać przedmiotami równocześnie, ale wszystkie te czynności byłyby więcej niż niestosowne w obecnej sytuacji. — Moja reakcja na niespodziankę nie spełniła baronowych oczekiwań i teraz jaśnie pan samotnie pielęgnuje urazę.
Król znów zatarł ręce, parsknął śmiechem.
— A to numer... W porządku, chciałem się upewnić, że bezpiecznie dotarł i żeś go nie udusił za waszą rodową twierdzę.
— Jeszcze może uduszę — przyznał Wielki Mistrz, uczciwie, jak na spowiedzi. — Mam ochotę. Chociaż nie do końca za twierdzę. Jelit akurat by na zdobienia pod powałą starczyło...
Radowid uniósł brew.
— Fantazyję to macie zupełnie, jak moja żona. Też coś podobnego obiecywała. Że mu jelita przywiąże do palika, a obok na smyczy dziką bestię i będzie Arjan, uciekając przed potworem, biegał w kółko wokół palika, jelita sobie wywlekając. — Błysnął zębami. — I to była stosunkowo prosta groźba. Inne scenariusze pożarłby chyba połowę rocznych dochodów stolicy.
Zygfrydowi się zrobiło jakoś dziwnie.
— Z całym szacunkiem dla żałoby królowej...
— To takie tam tylko, babskie gadanie. — Radowid machnął dłonią. — Przecież by nie skrzywdziła Arjana. No, nic tam, pozdrów go, powiedz, że palik już czeka, jakby rozrabiać próbował i niech ci błogosławieństwo Wiecznego Ognia w ogarnianiu tego, jak mawiał nieboszczyk teść, bordelu sprzyja.
