Stiles spędził przy Dereku całą noc.
Nie spał nawet sekundy, to dziwne przeczucie wciąż trzymało go w ryzach. Ani na chwilę nie przymknął też oczu, wpatrując się w bladą twarz Dereka, słuchając jego ciężkich oddechów. Stiles wyczyścił jego rany i uznał, że powinny ujrzeć lekarza prędzej czy później, ale gdy do nich dotarł, nie wydawało mu się, by potrzebowały szwów. Nie krwawiły też w ogóle, chociaż Stilinski mógł przysiąść, że na początku krew płynęła z nich ciurkiem.
Stiles spędził przy Dereku całą noc, obserwując go uważnie i przyglądając się mu, przez chwilę nawet myśląc o tym, jak bardzo ten facet jest przystojny.
Stiles spędził przy Derek noc.
Więc naprawdę trudno było przegapić to, jak rany Dereka goją się na jego oczach.
Stiles przez chwilę myślał, że śni. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na swoje palce – było ich dziesięć – jedno na tytuł książki oświetlanej poświatą księżyca – Folwark zwierzęcy, co przeczytał bez trudu – jedno spojrzenie na zegar – minęły dwie minuty, odkąd sprawdzał to ostatnim razem – i wiedział...
Był pewien na sto procent, że to dzieje się naprawdę.
Był przekonany, że rany Dereka w jakiś magiczny sposób same się uleczyły. Po dłuższej chwili – może nawet kilku godzinach – nie został po nich nawet ślad, nawet mała blizna.
Stiles z tego wszystkiego aż rzucił się do sofy, żeby dotknąć klatki piersiowej mężczyzny, a tam nie było dosłownie nic. Ani jednej bruzdy.
Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Cholera, nie wiedział nawet, jak się zachować, ale cieszył się, że nie zadzwonił po pogotowie, jak początkowo planował (tłumaczył to sobie – gdyby Derek chciał do szpitala, z pewnością nie przyszedłby do mnie). Nie miałby pojęcia, jak to wszystko wyjaśnić, a już na pewno nie chciałby, żeby wzięli Hale'a do jakiegoś instytutu a'la ten X-Menów, jeśli takowy istniał.
Wolał... zapomnieć. Tak. Zapomni o tym. Nigdy więcej o tym nie wspomni, nigdy nie zapyta, nigdy się nie dowie. Tak będzie najlepiej.
Tak będzie... bezpieczniej.
