25. SILNI JEDNOŚCIĄ

Remus czekał na Harry'ego przy kominku, wiedząc, że bez niego nie będzie mógł wydostać się z komnat. Grzał się przy ogniu, popijając ciepłą herbatę, gdy płomienie rozjarzyły się zielenią, zaś do salonu wpadł Harry. Szybko zebrał się z podłogi, rzucił krótkie pożegnanie, a potem popędził w sobie znanym kierunku.

W pośpiechu nie narzucił peleryny-niewidki, nie wyciągnął nawet Mapy Huncwotów. Nie obchodził go teraz szlaban u Filcha, fochy Dumbledore'a czy nagana nauczyciela. Potrzebował dostać się jak najszybciej do Pokoju Życzeń, aby upewnić się, że Draco spał tam, śniąc nawet koszmar – cokolwiek, byle był bezpieczny.

Schody oraz tajemne przejścia były mu przychylne, gdyż nie wpadł w znikający stopień, nie czekał, aż magiczna klatka schodowa wróci na miejsce, nie spotkał też żadnego nauczyciela ani woźnego. Z mocno bijącym sercem dobiegł pod gobelin Barnabasza Bzika. Teraz musiał tylko trzy razy przejść i pomyśleć...

Wpadł do Pokoju Życzeń niczym huragan. I choć wnętrze wyglądało tak jak zawsze, gdy spali razem, Draco nie było w środku. Harry przełknął ciężko. Miał nadzieję, że Ślizgon po prostu spał u siebie w dormitorium. Wyciągnął więc Mapę Huncwotów, po czym stuknął w nią różdżką, wypowiadając formułkę:

– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

Mapa odsłoniła swoją tajemnicę, pokazując Harry'emu przebywających w Hogwarcie ludzi. Śpiących Gryfonów, wędrujących nauczycieli, uczących się w pokoju wspólnym Krukonów, Puchonów na Wieży Astronomicznej, kilku włóczących się Ślizgonów... Draco nigdzie nie było. Ani w dormitorium, ani w kuchni. Nigdzie. Znikł. Przepadł jak kamień w wodę.

Żołądek Harry'ego podjechał do gardła, targnęły nim torsje. Z przerażenia chciało mu się wymiotować, mózg podsyłał najgorsze wizje o tym, że to Voldemort dopadł Draco. Nie był w stanie jasno myśleć – gdzie powinien się udać, do kogo, komu powiedzieć o zniknięciu? Rozejrzał się po Pokoju Życzeń, szukając odpowiedzi, która nie nadeszła. Przestąpił z nogi na nogę, po czym wybiegł z pomieszczenia i skierował się w dół schodów.

Umysł pracował na najwyższych obrotach – zupełnie nagle reagując prawidłowo na sytuację – więc Harry analizował problem. Centaury. Draco. Zakazany Las. Jeśli chciał go znaleźć, będzie musiał powrócić do ich niegdysiejszego więzienia wśród starych, poskręcanych drzew. Miał przeczucie, że to właśnie tam najprędzej uzyska odpowiedź, co stało się z Draco.

Mijał portrety, zbroje oraz duchy zamku. Kątem oka zauważył nawet Irytka, gotowego do płatania psikusów, lecz bardzo szybko go wyminął. Liczyła się każda sekunda; od niego zależało, czy Draco będzie żywy, jeśli się nie pomylił w swoim osądzie.

Wybiegł z zamku, od razu kierując się w stronę Zakazanego Lasu. Chociaż doskwierało mu zmęczenie, nie przerwał biegu; zacisnął zęby, powtarzając w myślach imię Ślizgona. Dzięki temu nie tracił motywacji, walczył z własnym ciałem, klucząc między drzewami oraz zdradliwymi krzakami. Czuł, że zbliżał się do celu, więc przystanął, po czym zmienił się w swoją animagiczną postać – miał wtedy więcej szans z centaurami, które mógłby rozzłościć czarami.

Powoli, stąpając najciszej, jak potrafił, wielki jeleń zbliżył się do osuwiska, po czym zszedł na dół. Chociaż nie widział centaurów, czuł cudzą obecność. Wciągnął powietrze do nozdrzy, po czym zmusił się, żeby nie prychnąć – ludzki odór i zapach Draco. Zdecydowanie dwójka ludzi. Przełknął, wiedząc, że jego obawy sprawdziły się.

Zmienił się w człowieka, błyskawicznie chwytając za różdżkę. Oparł się plecami o ścianę zewnętrzną ich niegdysiejszego więzienia i zamknął oczy. Starał się wyrównać oddech, przyzwyczaić wzrok do mroku. Od niego zależało wszystko. Jeśli nie trafi czarem w odpowiednią osobę... Wolał nie myśleć, co się stanie.

Mocno odepchnął się od zimnej ziemi, po czym przetoczył błyskawicznie pod drzwi, jednocześnie celując różdżką w ciemność, w której bardzo niewyraźnie widział kształty dwóch ciał. Draco rozpoznał wyłącznie przez bladą skórę i niemal białe włosy, które odcinały się od mroku. To znaczyło, że druga osoba była jego celem.

Drętwota! – wykrzyknął, wciskając w zaklęcie całą swoją złość i strach.

To nie mogło być takie proste. Nigdy nic nie było proste. I tak zaklął, gdy druga osoba z łatwością odbiła zaklęcie, po czym spojrzała prosto na niego. Harry wstał z ziemi, otrzepał się, zaś tajemniczy czarodziej wstał i opuścił norę. Draco szamotał się, lecz najwyraźniej został potraktowany mocnymi czarami – nawet nie szeptał, nie był w stanie się uwolnić z niewidzialnych więzów.

Tymczasem czarodziej okazał się być czarownicą. Wysoką, chociaż bardzo chudą, o szalonych oczach i rudych włosach. Harry przełknął, ponieważ nie wiedział, kim właściwie była lub czego się po niej spodziewać.

– Draco, czemu nie mówiłeś, że sam Harry Potter przybędzie ci na ratunek? – zapytała szczebioczącym głosem. Poprawiła włosy. – Czarny Pan się ucieszy – zamruczała, wyciągając różdżkę.

Expelliarmus!

Crucio!

Dwa czary zderzyły się, lecz zaklęcie rzucone przez Harry'ego roztrzaskało klątwę kobiety. Zdziwienie na jej twarzy było doskonale widoczne.

– Niemożliwe! – krzyknęła. Zamierzyła się z kolejną klątwą, lecz Harry szybko uskoczył, po czym skierował różdżkę na Draco:

Finite incantatem! – wykrzyknął, błagając Draco wzrokiem, żeby uciekał. Ślizgon zmienił się w węża i odpełzł w ciemność. Wtedy Harry wrócił spojrzeniem do kobiety. – Drętwota! Expelliarmus! – Nie patrząc za siebie, uciekł.

Musiał odnaleźć Draco, chociaż serco kołotało się w piersi, zaś płuca nie chciały przyjmować zbawiennego tlenu. Kręciło mu się w głowie przez stres, przez strach. Opadł na kolana, gdy już czuł się bezpiecznie. Dygotał ze zmęczenia i opadających emocji. Wiedział jednak, że powinien odszukać Draco, zaprowadzić go do zamku, a potem porozmawiać z Lupinem o czarownicy.

Rzucił zaklęcie oświetlające, żeby nie szukać po omacku. Gdzie Draco mógł uciec, gdzie mógł pójść? Harry znów czuł narastające zdenerwowanie, gdy kluczył między sękatymi drzewami pamiętającymi założycieli Hogwartu.

Ciemność oblepiała go z każdej strony, zaś źródłem światła był koniec różdżki. Harry przełknął ciężko, szepcząc pod nosem imię Ślizgona.

Miał wrażenie, że szukał go godzinami. Coraz bardziej opadał z sił, dopadło go zmęczenie. Do tego dochodziło poczucie beznadziei. Harry miał ochotę płakać, wyć, nie godząc się z losem. Gdzie był Draco... Wątpił przecież, że wróciłby bez niego...Nie zrobiłby tego, wiedząc, iż Harry przyszedł po niego, prawda? Prawda?!

Nie wiedział, ile błądził między drzewami, starając się niezbyt głośno nawoływać Draco. W końcu jednak odnalazł zgubę; odetchnął z ulgą, dopadając kulącego się między krzewami chłopca. Przytulił go.

– Draco, na Merlina, jak dobrze, że nic ci nie jest... – wyszeptał.

Podnieśli się, po czym powoli ruszyli w stronę zamku. Draco dygotał, lecz Harry nie wiedział, co było powodem – zimno czy strach? Nie chciał jednak naciskać na Ślizgona, żeby go nie przestraszyć lub zirytować. Dlatego szli w milczeniu, lecz trzymając się za ręce; to Draco sięgnął po dłoń Harry'ego, jakby szukając wsparcia. Harry nie oponował.

Hogwart wyróżniał się na tle ciemnego firmamentu tylko ze względu na blask w niektórych oknach. Nie oglądając się za siebie, Harry poprowadził Draco w kierunku zamku, w międzyczasie zarzucając im obu na ramiona pelerynę-niewidkę. Oblizał usta. Stwierdził, że będzie musiał rano poinformować Lupina o zajściu w Zakazanym Lesie i poprosić o pomoc. Może jakieś dodatkowe lekcje? Może nawet Draco chciałby brać w tym udział? Przecież Voldemort na pewno teraz będzie starał się go dopaść.

Od razu skierowali się do Pokoju Życzeń – Harry nie musiał pytać Draco, gdzie chciał spędzić noc, ponieważ sam czuł potrzebę bliskości. Uśmiechnął się delikatnie, patrząc na zmęczoną, wyjątkowo bladą twarz drugiego chłopca, ciesząc się, że znów był bezpieczny.

Weszli do sypialni, jaką zawsze przedstawiała im zaczarowana komnata. Harry od razu ściągnął pelerynę, a potem ułożył Draco w łóżku. Pomógł mu rozebrać się do bielizny, aby później samemu postąpić podobnie. Wsunęli się pod kołdrę.

– Dobranoc, Draco.

– Będziemy musieli porozmawiać, Harry – dobiegł go szept.


Rano Draco obudził się pierwszy. Przez chwilę leżał, wpatrując się w Harry'ego, a potem wstał i ubrał się. Postanowił, że jeśli Harry nie obudzi się w ciągu kilu minut, zrobi to o wiele brutalniej. Nie mógł przecież pozwolić, żeby Harry nie poszedł na zajęcia.

Obudził go szturchnięciem.

– Wstawaj, księżniczko. Muszisz zjeść przed zajęciami.

– Nie idę na zajęcia – odparł Hary, usiadłszy na łóżku. Nałożył okulary na nos, a potem zeskoczył z łóżka. Zaczął się szybciej ubierać. – Muszę dzisiaj iść do Snape'a i Remusa. Zdecydowanie. Im szybciej to załatwiej, tym szybciej wszystko będzie z głowy – stwierdził, mierzwiąc włosy.

Draco uniósł brew, ale nie skomentował. Domyślał się, że Harry nie chciał opuszczać zajęć przez własne widzimisię, więc był w stanie to zaakceptować. Jak Harry powiedział, Ron i Hermiona na pewno się do niego nie odezwą, ponieważ się obrazili, więc to ułatwiało załatwienie kilku spraw z profesorami. Tylko dalej pozostawała kwestia powodu ich złości.

– Harry – zaczął niepewnie Draco, gdy schodzili na śniadanie, starając się iść jak najbardziej okrężną drogą, byle nikogo nie spotkać.

– Tak? – Harry zerknął na Draco, lecz szybko odwrócił wzrok, rumieniąc się delikatnie.

– Powiedziałeś mi wczoraj... no wiesz... – Żaden z nich nie palił się do wyjaśnienia tematu, lecz kiedyś musiało to nastąpić. Lepiej wcześniej niż później, bo potem mogliby... nie mieć czasu.

Zapadła niezręczna cisza. Harry pluł sobie w brodę, że wypalił Draco o swoim uczuciu, nie wiedziąc właściwie nic. Nie miał pewności przecież, za kogo Draco go miał. Teraz jednak rozmawiali o tym, Draco chciał wiedzieć, a Harry miał ochotę strzelić w siebie zaklęciem zabijającym. Wolałby teraz stać oko w oko z Voldemortem niż przeprowadzać tę rozmowę!

Draco stanął i zatrzymał Harry'ego, łapiąc go za ramię. Spojrzeli sobie w oczy.

– Czy mogę ci wierzyć? – padło wyszeptane pytanie.

– Tak.

Potem Draco powoli zbliżył się do twarzy Harry'ego, musnął jego waegi i uśmiechnął się kącikami ust. Skinął głową, aby zaraz na nowo podjąć marsz.

– Tyle mi wystarczy – stwierdził.

Harry również się uśmiechnął, jednak wciąż nie wiedział, czy Draco odwzajemniał uczucie.


Remus i Snape spojrzeli na Harry'ego niemal w identyczny sposób, co rozbawiło Gryfona. Ostatecznie jednak zachował powagę, obawiając się złośliwej uwagi ze strony Snape'a, który na pewno nie przepuściłby takiej okazji.

– Chcesz uczyć się razem z panem Malfoyem dodatkowej obrony, tak? – zapytał Snape, mrużąc oczy.

– Tak.

– I mam ci dać Eliksir Wielosokowy?

– Tak.

– Dobrze. Chociaż to ja miałem dać ci znak, pamiętasz? – Snape prychnął, kręcąc głową i mrucząc coś o niesłuchających nikogo gówniarzach. – Mieliśmy iść we dwóch.

Remus aż wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Najwyraźniej nie spodziewał się zgody. Harry jednak doskonale wiedział, że Snape się zgodzi, bo przecież już wcześniej rozmawiali na ten temat. Teraz pozostawało tylko czekać do końca zajęć, aby zacząć uczyć Draco przydatnych zaklęć. Może w tym tygodniu, może w następnym już udałoby się im dostać po kolejny horkruks. Wystarczyło wejść do Gringotta.

– Remusie, zgadzasz się po zajęciach pomagać mi i Draco? Będziesz z nami ćwiczył? – Harry spojrzał na mężczyznę prosząco. Byli niemalże rodziną.

Remus uśmiechnął się.

– Zgadzam się, Harry, dobrze o tym wiesz.


Po zajęciach Harry przyprowadził Draco do gabinetu Remusa. Stamtąd w milczeniu udali się do nieużywanych sal na trzecim piętrze. Harry czuł się zdenerwowany, podekscytowany, ale także zaciekawiony. Nie omawiał bowiem z Remusem szczegółów takich ćwiczeń, lecz wierzył, że Lupin na pewno sprawdzi się jako nauczyciel. Już nie raz, nie dwa udowadniał, iż potrafił sobie poradzić z trudnymi sprawami czy w sytuacjach kryzysowych. Poza tym był osobą zaufaną, która na pewno nie miała donieść Dumbledore'owi.

Uporządkowali salę paroma zaklęciami – zniknęły pajęczyny i kurz, zaś ławki ułożyły się pod ścianą, aby im nie przeszkadzać. Na środku pojawił się ogromny materaz, który miał amortyzować ewentualne upadki.

Remus stanął przy nieużywanej od dawna tablicy.

– Chcę, abyście nauczyli się rzucać zaklęcia w duecie – zaczął, przechadzając się pod tablicą. – Cała sztuka polega na rzuceniu tego samego zaklęcia w tego samego przeciwnika bez użycia słów. – Posłał im szeroki uśmiech, widząc zainteresowanie na twarzach obu chłopców. – Do tego celu musicie zaznajomić się ze swoimi mocami, aby łatwiej wyczuwać wspólne intencje. Jeśli opanujecie tę sztukę, możemy przejść do dalszej części.

– Jakie są niebezpieczeństwa z tym związane? – zadał dobre pytanie Draco, drapiąc się po nosie. Chociaż perspektywa rzucania zaklęć wraz z Harrym wydawała mu się interesująca, wyglądał, jakby miał wątpliwości.

Lupin pokiwał głową.

– Słusznie, że pytasz. – Chrząknął. – Po pierwsze, nie pracujecie w duecie jako swoje własne tarcze. Nie będziecie swoimi plecami. Po drugie, jeśli w czasie walki nie uda wam się zgrać, siła zaklęcia nie będzie duża, a w tym czasie możecie zginąć. – Zastanowił się przez moment, wpatrując w nieużywane od lat szafy na tyle klasy. – Raczej nie ma więcej, jeśli chodzi o walkę.

– A jeśli nie chodzi o walkę? – Harry spojrzał uważnie na twarz profesora. Czuł, że Draco stężał.

– Cóż... – Remus uśmiechnął się słabo. – W najgorszym wypadku wasza moc może obrócić się przeciwko wam.

Chłopcy spojrzeli po sobie z nieodgadnionymi wyrazami twarzy. Wymienili się znaczącymi spojrzeniami, których Remus nie zrozumiał, po czym jednocześnie potaknęli głowami.

– Zróbmy to – rzucili unisono.

Remus uśmiechnął się szeroko, odetchnąwszy z ulgą. Wątpił, aby miały nastąpić jakiekolwiek komplikacje.


Moc Harry'ego i Draco szybko zaczęła współpracować, a chłopcy poczynili ogromne postępy w bardzo krótkim czasie. Nim Remus zdążył się obejrzeć, nadszedł marzec, zaś wraz z nim cieplejsze dni oraz weekend, podczas którego mieli wybrać się do Gringotta pod wpływem Eliksiru Wielosokowego. Draco miał iść jako Bellatrix, ponieważ znał jej manierę, zaś Harry, po ustaleniach ze Snape'em i Lupinem, miał wypić Wielosokowy z włosem jakiegoś bliżej nieznanego mugola, aby nie wzbudzać podejrzeń. Profesorowie mieli czekać na nich w Esach i Floresach, dając im dosłownie pięćdziesiąt minut na przeprowadzenie całej akcji. Później mieli wkroczyć osobiście, co miało barzo zagrozić Snape'owi – po takim wyskoku nie miałby szans na zbliżenie się do Czarnego Pana.

Remus zaklaskał krótko, gdy Draco i Harry opadli na materace, dysząc ze zmęczenia. Spojrzeli na siebie z radością, ale przede wszystkim dumą, ponieważ ciężko się napracowali, aby dojść do obecnego poziomu.

– Chłopcy, idźcie spać. Jesteście padnięci. Jeśli jutro ma nam się udać przejąć czarę, musicie wypocząć. Spotkamy się po śniadaniu na głównym dziedzińcu w odstępach dziesięciu minut, aby nie wzbudzać podejrzeń.

Harry przewrócił oczyma.

– Wiemy, Remusie – mruknął Draco. – Węże słuchają i uważnie obserwują.

– No właśnie – potwierdził Lupin, pomagając im obu wstać. Machnięciem różdżki przywrócił salę do poprzedniego stanu. – To zmykajcie, zaraz zacznie się tu kręcić Filtch.

Dochodziła dwunasta, gdy ukryci pod peleryną szli swobodnie w kierunku Pokoju Życzeń. Odkąd Ron i Hermiona obrazili się na Harry'ego, nie musiał się martwić wścibskimi pytaniami, ponieważ jego koledzy z dormitorium dawno przyzwyczaili się do nieobecności chłopaka lub bardzo krótkich pobytów w łóżku. Draco zaś utrzymywał bardzo formalne stosunki ze Ślizgonami, trzymał ich na dystans, co w obecnej sytuacji pozwalało im działać bez przeszkód. Dobrze zacierał za sobą ślady, zatem nie musiał się obawiać ogona.

– Myślisz, że się uda? – spytał się szeptem Harry, gdy wspinali się po schodach na siódme piętro.

Draco wzruszył ramionami.

– Chciałbym, żeby się udało. Pracowaliśmy nad naszą mocą tak długo, że byłbym wściekły, gdyby miało to pójść na marne – przyznał, uśmiechając się lekko.

– Oby Merlin miał nas w opiece.

Draco zachichotał.

– Po co ci Merlin, kiedy masz mnie? – zażartował.

Harry sprzedał mu kuksańca w ramię.

– Jesteś irytujący, Malfoy – prychnął, lecz szeroki uśmiech aż błyszczał na jego twarzy, chociaż był wyraźnie zmęczony.

– Jakby...! – Nie dane mu było jednak dokończyć, ponieważ Harry szybko przycisnął go do ściany, jednocześnie zakrywając usta dłonią.

Po chwili Draco, oddychając płytko, usłyszał kroki i głos pełen złości. Zdecydowanie dziewczęcy głos, który coraz bardziej podnosił swój ton. Zaraz za nim rozległo się szuranie, jakby drugi uczeń był zbyt leniwy, aby podnosić stopy przy chodzeniu.

Stali niemal wciśnięci w ścianę, pilnując, aby spod peleryny nie było widać nawet skrawka szaty czy czubka buta. Dość szybkim krokiem, wymachując rękoma na wszystkie strony i krzycząc, minęła ich Ginny z Ronem.

– Jeśli mówił prawdę o tchórzliwej fretce, osobiście ich wypatroszę – warczała Weasley.

– Ginny, wiesz dobrze, że też tego nie popieram, naprawdę. Aż mi głupio, że go wspierałem w próbie ucieczki od małżeństwa z tobą, serio. Ale nie uważam, żeby patroszenie go miało pomóc – stwierdził ponuro Ron.

Harry miał ochotę zamordować ich oboje, lecz powstrzymały go czułe usta Draco na jego policzku.

– Nie – wyszeptał wprost do ucha Harry'ego. – Nie są tego warci.

– Puść mnie – wymamrotał Harry. – Zabiję ich tu i teraz, nie będziemy mieli potem na głowie problemu. – Już miał zacząć się wyrywać, gdy Draco objął go mocno, jednocześnie unieruchamiając ręce.

– Nie.

– Posłuchaj, Ron – mówiła już bardzo głośno; zainteresowała kilka obrazów. – Dobrze się im przyjrzę. Jeśli naprawdę się pieprzą, zamierzam spieprzyć im życie. – Uśmiechnęła się złośliwie, a potem zniknęła wraz z Ronem za rogiem korytarza.

Obaj oddychali głęboko, starając się uspokoić. Mimo wszystko Draco miał w sobie więcej ogłady niż Harry, więc to on pierwszy ruszył w kierunku Pokoju Życzeń.

– Zamiast złościć się na rudą małpę, proś Merlina, żeby obrazy nie wygadały tego, co usłyszały. – Draco spojrzał na Harry'ego z niepokojem.

Dużo szybszym krokiem udali się do ich sypialni, milcząc, w zdecydowanie ponurych nastrojach. Rankiem mieli się dowiedzieć, czy obrazy cokolwiek powiedziały, czy może sama Weasley postanowiła ogłosić wszem i wobec, że Harry Potter zakochał się w Draco Malfoyu.


Kawa dodawała sił i chęci do życia. Tak przynajmniej odczuwał to Harry, kiedy wraz z Remusem podążał ścieżką w kierunku Hogsmeade. Przy stacji kolejowej mieli się spotkać ze Snape'em i Draco, którzy za parę chwil powinni opuszczać Hogwart.

Rano na szczęście obyło się bez plotek, lecz Harry nie miał pojęcia, jakim cudem tak cenna informacja nie rozeszła się po zamku. Dziękował jednak w duchu Merlinowi, nie mając zamiaru pytać.

– Jak twoja relacja z Draco? – zagadnął Remus, gdy mijali bramę Hogwartu.

– Dobrze. Chyba. Znaczy... – Harry zarumienił się, spuszczając głowę. Nie mógł zaczerwienionych policzków zwalić na szczypiący mróz, więc udawał nagłe zainteresowanie butami.

– Powiedziałeś mu, prawda?

Harry spojrzał z niedowierzaniem na Remusa, który uśmiechał się zawadiacko. Oblizał usta.

– Jesteś w tym bardzo podobny do Syriusza. Też się zachowywał jak dziecko – rzucił żartobliwie Remus. – Swoją drogą, jak Syriusz się czuje?

– W porządku. Naprawdę. Myślę, że możemy go później odwiedzić.

Doszli do stacji. Aby nie stać, usiedli na pustej ławce. Peron był pusty i zadbany, na horyzoncie nie było widać pociągów.

– Tu coś jeździ? – Harry spojrzał najpierw w lewo, potem w prawo, wodząc wzrokiem po torach.

– Tylko Ekspres Hogwart. Czarodzieje nie mają potrzeby korzystania z pociągów.

– No tak.

Chwilę później pojawili się Draco i Snape.

– Severusie. – Lupin skinął głową w kierunku drugiego profesora.

Snape nie odpowiedział; wcisnął w ręce Harry'ego fiolkę z obrzydliwym wywarem, który Harry miał już nieprzyjemność próbować, gdy był na drugim roku. Do tej pory pamiętał, jak paskudnie Eliksir Wielosokowy smakował. Może ohydną nutę dodatkowo podkreślał smak Goyle'a? Prawdopodobnie tak.

Draco spojrzał niepewnie na Harry'ego, starając się uśmiechnąć; Harry przełknął nerwowo ślinę, przestępując z nogi na nogę, od razu spuszczając wzrok.

– Mam nadzieję, że jesteście gotowi podjąć ryzyko – rzucił zimnym głosem Snape, po czym teleportowali się z pomocą profesorów w ciemnej alejce odchodzącej od Pokątnej.

Weszli do jakiejś wnęki, którą wczoraj wieczorem obadał Snape, a potem wypili eliksiry. Musieli się przebrać po przemianie, ponieważ szkolne szaty to nie było coś, co założyłaby Bellatiks i jej towarzysz. Szczególnie nieprzychylnie patrzonoby na kolory oraz emblemat Gryffindoru.

– Przedstawienie czas zacząć – mruknął Harry, gdy wychodzili już osobno na Pokątną.

Chłopcy patrzyli na oddalających się profesorów, którzy szli, rozmawiając przyciszonymi głosami, w kierunku księgarni.

– Będzie dobrze – odpowiedział Draco szeptem, niemal niezauważalnym gestem gładząc bok dłoni Harry'ego.

Jako Bellatriks był niższy od Harry'ego, co było dość zabawne. Gdyby okoliczności były inne, Harry z pewnością zacząłby się z niego nabijać, co przerodziłoby się w przepychankę słowną. Mieli jednak do wypełnienia bardzo ważne zadanie, od którego zależały losy wojny. Poza tym mieli przecież umowę, z której jasno wynikało, że Voldemort umrze.

Przekroczyli próg Gringotta bez problemu. Gobliny nawet nie zwróciły na nich uwagi. Podeszli więc do jednego z okienek, gdzie poprosili o zawiezienie do skrytki Bellatriks Lestrange. Wszystko poszło tak gładko, że Harry aż nie wierzył. Przecież to było dziecinnie proste! Każdy mógł się w takim razie dostać do skrytek wielkich, zamożnych rodów.

Było takie mugolskie powiedzenie, które przypomniało mu się na kilka chwil przed katastrofą: nie chwal dnia przed zachodem słońca. Zaraz więc wózek wjechał wprost w wody wodospadu złodzieja. Rozległ się ogłuszający alarm, a Harry i Draco mieli ułamek sekundy, aby zareagować. Zrobili to jednocześnie, ratując się przed upadkiem.

– Co robimy? – zapytał Draco, starając się nie panikować.

– Musimy znaleźć tę skrytkę! Potem pomyślimy, co dalej!

Ruszyli wgłąb jaskini, idąc śladem torów. Używali wspólnie zaklęć, korzystając z nauk Remusa, aby jak najszybciej dostać się do skrytki Bellatriks, a potem z niej uciec.

Ukryli się za kamieniem. Tory prowadziły do okrągłej sali, w której aż roiło się od zaalarmowanych goblinów. Ogromny smok strzegł skrytek, teraz jednak przerażony dźwiękiem dziwnych grzechotek. Harry zazgrzytał zębami ze złości.

– Jak masz zamiar się tam dostać? – zapytał Draco.

Harry szybko wpadł na pomysł.

– Oko! Draco, oko!

Wycelowali różdżki w smoka.

Conjunctivitis! – wykrzyknęli unisono, celując różdżki w lewe oko wielkiego gada.

Promienie połączyły się po chwili w wielobarwny strumień mocy, który zaraz uderzył w oko smoka. Rozdrażniona bestia zaczęła ziać ogniem, spopielać gobliny; uciekały one teraz w popłochu przed gniewem smoka. Harry i Draco ruszyli biegiem na jednego z nich, jak im się wydawało, kierownika podstępnych stworzeń. Chwycili go pod pachy, po czym nakazali otworzyć skrzytkę, grożąc różdżkami.

– Zapomnijcie! Nie otworzę skarbca złodziejom! – wrzeszczał; kropelki śliny pryskały na wszystkie strony, gdy się złościł.

– Och, otworzysz – odpowiedział Draco ze złością, krzywiąc się. – Crucio!