Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ XXV ~
Dookoła panowała ciemność.
I cisza.
Słyszałam tylko śpiew ptaków i świst powietrza, które przeciskało się przez moje na wpół otwarte usta.
A on krążył gdzieś w pobliżu. Musiał. Gdybym tylko mogła...
Nagle poczułam na szyi jego oddech.
— Bu.
Odwróciwszy się w okamgnieniu, przycisnęłam czubek kołka do jego klatki piersiowej.
— Pudło. Znowu.
Z pełnym irytacji prychnięciem zerwałam z oczu opaskę. W pierwszej chwili oślepiło mnie jaskrawe światło, ale już kilka sekund później zobaczyłam, że Luke ze znaczącym uśmiechem spoglądał na miejsce, które bym potencjalnie zaatakowała.
Jego brzuch.
Jęknęłam i rzuciłam kołek na ziemię, po czym sama na nią opadłam.
— Poddaję się. Kończę z tym.
— Amy...
— Jestem beznadziejna! — zawyłam niczym rozwydrzone dziecko. Zachichotał.
— Raczej zmęczona — poprawił racjonalnym tonem. Westchnęłam i wyrwałam garść trawy. — Może na dzisiaj już wystarczy, co? — dodał. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami, nadal wyładowując złość na biednej Matce Ziemi.
— Amy...
— Co? — oburknęłam. — Najwyraźniej nie jestem w stanie zlokalizować czyjegoś serca po ciemku, więc po prostu dodajmy to do listy rzeczy, których nie umiem zrobić!
— Za dużo od siebie wymagasz.
Nie skomentowałam tego, kontynuując gwałtowne wyrywanie trawy, aż...
Przestałam, zauważywszy, że Luke z uroczym spojrzeniem podawał mi stokrotkę. Mimowolnie się uśmiechnęłam i wyciągnąłem rękę, żeby odebrać kwiatek, ale zamiast zwyczajnie mi go wręczyć, umieścił go za moim uchem.
— Twoje włosy wydają się... jaśniejsze — stwierdził z uśmiechem, kiedy poprawiłam położenie stokrotki, żeby nie spadła. Zachichotałam.
— Tak, to przez słońce — wyjaśniłam i odgarnęłam z twarzy parę kosmyków. — I piegi są przez nie bardziej widoczne... — mruknęłam, nie do końca świadomie pocierając nos. Teraz to Luke zachichotał, ale po chwili raptownie spoważniał.
— Coś cię trapi, prawda? — zapytał. — Jesteś dzisiaj... rozkojarzona.
Mój uśmiech również znikł. Wyciągnąwszy kwiatek zza ucha, zaczęłam obracać go w dłoniach.
— To pewnie nic nie znaczy — powiedziałam powoli — ale... przez cały zeszły tydzień Monica dziwnie na mnie patrzyła. A dzisiaj... — Wzięłam głęboki oddech. — Po prostu... Zresztą, nieważne. Prawdopodobnie popadam w paranoję, ale nie chcę, żeby Dan się czegoś domyślił... — W tym momencie przerwałam. Luke nie wiedział, że moi bracia to łowcy, racja?
Podniósł głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. — Bez dwóch zdań to jedynie paranoja — pocieszył mnie łagodnie.
Znowu westchnęłam, ale już nic nie powiedziałam.
— Chodź — odezwał się po chwili. — Kończymy na dzisiaj. Wyglądasz na naprawdę zmęczoną. — Podniósł się i zabrał z ziemi kołki, po czym ruszył w stronę samochodu. Nie zwlekając zbyt długo, poszłam w jego ślady, lecz wkrótce zamarłam, znienacka coś sobie uświadomiwszy.
— Damon? — szepnęłam, przeczesując wzrokiem las. — Jesteś tutaj... albo coś?
Cisza.
No poważnie, a czego innego się spodziewałam? Że znienacka wyskoczy zza jakiegoś drzewa?
Pokręciłam głową i ponownie skierowałam się ku aucie.
Z dnia na dzień dziwaczeję coraz bardziej.
~o~
Tuż po tym, gdy otworzyłam drzwi, usłyszałam dzwonek mojej komórki.
— Och, cześć, Caroline — przywitałam się, odebrawszy połączenie, i pomachałam do Michaela, który siedział na kanapie, oglądając telewizję. — Co tam?
— Nic ciekawego. Jaki jest ulubiony kolor Willa?
Zatrzymałam się na środku salonu.
— Um... Mogłabyś powtórzyć?
— Jaki jest ulubiony kolor Willa?
— Willa... czyli mojego brata Willa? — zapytałam niepewnie.
Westchnęła. — Tak, Amy, twojego brata Willa. Jaki jest jego...?
— A po co ci to wiedzieć? — zdziwiłam się. W międzyczasie w pokoju zjawił się Will we własnej osobie, trzymając w rękach dwie podkoszulki.
— Ta czy ta? — wymówił bezgłośnie, prezentując mi obie po kolei. Zmarszczyłam brwi.
— Um... Caroline, mogę oddzwonić do ciebie później?
— Po prostu powiedz mi ten cholerny kolor! — wrzasnęła, przez co się wzdrygnęłam.
— Dobra, dobra! Spróbuj z niebieskim — wymamrotałam i się rozłączyłam. Will sprawiał wrażenie zaintrygowanego.
— Rozmawiałaś z Caroline?
— Tak. Co się tu u diabła dzieje? — zażądałam wyjaśnień, ale zdawał się mnie nie usłyszeć.
— Dlaczego wspomniałaś o niebieskim? Ona lubi niebieski?
— Nie, ty go lu-... Co się tu u diabła dzieje?
Zignorował mnie i wrócił na górę. Odwróciłam się do Mike'a.
— Więc? O co chodzi?
— Nasz Willy ma randkę — zachichotał.
— Z...? Chwileczkę. Tylko mi nie mów, że z Caroline.
— Z Caroline.
Przełknęłam ślinę. — Najświętsza Panienko... Will! — krzyknęłam i rzuciłam się ku schodom. Załomotawszy w drzwi prowadzące do jego pokoju, otworzyłam je bez czekania na odpowiedź.
— Hej!
— Nie możesz iść na randkę z Caroline! Postradałeś rozum?
— To nie randka — zaprzeczył cierpliwym tonem, nie przerywając wertowania swojej szafy.
— Och, naprawdę? Więc co?
— Nic! — odparł z przekonaniem. — Spójrz: wpadłem na nią dzisiaj, trochę pogadaliśmy, okazało się, że chciałaby obejrzeć ten nowy film, a że ja też chciałbym go obejrzeć, więc po prostu idziemy razem do kina. I tyle!
Usiadłam na łóżku. — O Boże, już po mnie.
— Amy...
— Schrzanisz ten związek i Caroline przestanie się ze mną przyjaźnić.
— Cóż za optymistyczne nastawienie...
— Will, nie rób tego...
— Och, jesteś taka...
— „Ten, kto spotyka się z najlepszą przyjaciółką siostry swej, winien być przez nią zabity we śnie". Poważnie, taką miałam dziś wróżbę w ciasteczku szczęścia.
— Amy...
— O, Afrodyto, bogini miłości, przyzywam cię...
Złapał mnie za ramię i popchnął w kierunku drzwi.
— ...nie pozwól tej parze zaistnieć!
— Na razie, siostrzyczko — pożegnał się i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zatupotałam ze złością i z powrotem poszłam na dół.
— Nie zadziałało, co? — spytał Mike.
— To idiota! — zawołałam, krzyżując ramiona na piersi i siadając obok niego.
Obrócił ku mnie głowę. — Przynajmniej masz pewność, że Caroline nie jest taka jak Monica.
— Nikt nie może być taki jak Monica — stwierdziłam. — Ale naprawdę, co będzie następne? Ty umawiający się z Bonnie?
— No cóż, czekaliśmy na odpowiedni moment, żeby ci to oznajmić... — Urwał, otrzymawszy ode mnie cios w ramię. Uśmiechnął się od ucha do ucha. — Okej, okej, nie ma potrzeby przemocy — zaśmiał się. — A tak na marginesie, gdzie się podziewałaś?
— Tu i tam, z Lucasem — odparłam, wzruszając ramionami.
Zerknął na mnie. — Ostatnio spędzacie ze sobą całkiem sporo czasu.
Ponownie wzruszyłam ramionami.
— Afrodyto, bogini miłości, przyzywam cię...
— Zamknij się.
~o~
Ktoś zapukał do drzwi. Popatrzyłam na nie znad książki. — Proszę?
Do pokoju weszła Monica. — Cześć, Amy.
— Um... Cześć — przywitałam się, wkładając kosmyk włosów za ucho. — Co słychać?
— Nic ciekawego — odparła i usiadła w nogach mojego łóżka. — Jak ci minął dzień?
— Chyba dobrze — mruknęłam. — A tobie?
— Och, mnie też — odpowiedziała dziwnym tonem. — Spotkałam się z przyjaciółką w „Grillu".
Podniosłam głowę. — Um... Naprawdę?
— Tak — potwierdziła. — Nawiasem mówiąc, jestem prawie pewna, że powiedziałaś mi, że też się tam wybierasz, razem z Lucasem, ale nigdzie was nie widziałam. Zmieniliście plany?
Wypuściłam z płuc przerywany strumień powietrza, a moje serce momentalnie przyspieszyło.
— N-Nie...
— Naprawdę? Bo siedziałyśmy tam przez jakieś... trzy godziny i przez cały ten czas jakoś nie mogłam cię zobaczyć. — Jej wielkie, niebieskie oczy wbijały się teraz w moje.
Zmarszczyłam brwi. — Monica...
— Co ty wyprawiasz, Amy?
Przełknęłam ślinę. — Nic.
Westchnęła.
— Przysięgam... To znaczy... Nie robię niczego złego! — zapewniłam pospiesznie. — Byłam z Lucasem, ale...
— Och, w to nie wątpię — stwierdziła chłodno.
Ponownie zmarszczyłam brwi. — Co to ma znaczyć?
— Że wierzę, że z nim byłaś. Martwi mnie natomiast to, co robiliście.
— Cokolwiek sobie myślisz, na pewno nie...
Uciszyła mnie gestem ręki.
— Nie wiem, co robiliście — przyznała. — Ale jeśli kiedykolwiek się dowiem, że znowu okłamujesz swoich braci, niezwłocznie ich o tym poinformuję.
Ręce zaczęły mi się trząść i musiałam ugryźć się w język.
— To oczywiste, że teraz tego nie widzisz, ale skoro ten chłopak sprawia, że nas okłamujesz, to najwyraźniej robi coś złego. Z tobą.
Uspokój się. Nie strać kontroli...
— Mogę to wszystko rozważyć przy pomocy własnego rozumu, Monica.
— Nie twierdzę, że nie możesz, ale najwyraźniej Luke ma na ciebie duży wpływ — powiedziała łagodnie. — Nie pozwól się wykorzystać...
— Nie należę do tego rodzaju dziewczyn...
— Amy — przerwała mi ostrzegawczo, po czym westchnęła po raz kolejny. — Zrozum, ja po prostu nie chcę, żeby ktoś cię skrzywdził. — Uścisnęła moją dłoń. — Ja tylko...
— Chciałabym pobyć sama przez parę minut, jeśli pozwolisz. — Było to jedynie suche stwierdzenie faktu. W moim głosie nie pobrzmiewały żadne emocje, ale w rzeczywistości musiałam się mocno wysilić, żeby okiełznać wściekłość, która się we mnie teraz gotowała. A bez wątpienia poniosłabym w tej kwestii klęskę, gdyby z ust Moniki padło choć jedno słowo więcej.
Obdarzywszy mnie pełnym zrozumienia uśmiechem, wstała z łóżka i opuściła pokój. Zacisnęłam zęby i wzięłam kilka głębokich wdechów. Więc tak to sobie wszystko wyjaśniła, hę?
Przetarłam twarz i szybko się podniosłam, zabierając telefon ze stolika. Wsadziłam go do kieszeni, następnie chwyciłam torebkę, włożyłam do niej portfel i kołek, a potem zeszłam do salonu.
— Dokąd idziesz?
Wzruszyłam ramionami. — Dzwoniły dziewczyny. Wychodzimy na miasto. Wrócę po dziesiątej.
Zatrzasnąwszy za sobą drzwi, ruszyłam z furią w bliżej nieokreślonym kierunku. Po chwili zamknęłam oczy i wzięłam kolejny głęboki oddech, próbując się uspokoić.
Przesadziłam.
Oczywiście, ze tak. Przecież Monica po prostu się o mnie martwiła.
Racja?
Racja...
Przez jakiś czas kręciłam się bez celu po okolicy, aż w końcu znalazłam się przed „Grillem". Przełknęłam ślinę i z dziwnym uczuciem w brzuchu weszłam do środka.
Podeszłam do baru i zajęłam jeden z wolnych stołków.
— Zgubiłaś się, mały Czerwony Kapturku?
Obróciwszy głowę, zobaczyłam Damona, który przyglądał mi się z ironicznym uśmiechem.
— Nie, wielki, zły wilku.
Usiadł obok. — Co ty tu robisz?
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Gestem ręki wskazał barmanowi, żeby ten ponownie napełnił jego szklankę i żeby przyniósł też coś dla mnie.
— Nie... nie pijam whisky, Damon — wymamrotałam, kiedy barman się zbliżył.
— Najpierw muszę zobaczyć jakiś dokument tożsamości — oznajmił, spoglądając na mnie. Damon odchrząknął, żeby przenieść jego spojrzenie na siebie.
— Nie, nie musisz — stwierdził spokojnym głosem. Przez krótki moment mężczyzna tylko mu się przyglądał, po czym bez słowa poszedł po nasze drinki.
Popatrzyłam na Damona, całkowicie zdezorientowana. — Jak to zrobiłeś?
Uniósł brwi. — A jak myślisz?
Gapiłam się na niego przez parę sekund, a potem otworzyłam szerzej oczy.
— Chwileczkę... Chyba nie potrafisz...? Czy potrafisz?
Uśmiechnął się z samozadowoleniem, podczas gdy barman podał nam szklanki.
— Potrafisz hipnotyzować ludzi! — szepnęłam zszokowana, zakrywając usta dłonią.
Upił łyk. — Mhm. No dalej, napij się.
— „Mhm"? Potrafisz hipnotyzować ludzi i tylko tyle masz na ten temat do powiedzenia? — Nagle coś przyszło mi do głowy. — Mnie też hipnotyzowałeś?
Znowu uśmiechnął się ironicznie. — Nie chcesz wiedzieć...
— Damon!
Westchnął z irytacją. — Spokojnie, Złotowłosa. Nie hipnotyzowałem cię.
— Dlaczego nie?
— Wypij to, a ci powiem.
Z lekkim grymasem zerknęłam na mój drink, po czym sięgnęłam po niego i posłusznie upiłam łyk. Mając wrażenie, że właśnie przełknęłam ciekły ogień, zakaszlałam i postawiłam szklankę na ladzie.
— Więc?
Westchnął z wyraźnie rozbawionym wyrazem twarzy.
— Podziękuj swoim braciom. — Kiwnął głową w kierunku mojej szyi. — Za naszyjnik.
Zerknęłam w dół i odruchowo zaczęłam okręcać łańcuszek pomiędzy palcami. — Co z nim?
— Pewnie jest w nim werbena. Zawsze go nosisz?
— Tak, od dziecka — mruknęłam.
— I nigdy go nie zdejmujesz?
Przygryzłam wargę. — Zdejmuję, na noc. Wplątuje mi się we włosy.
Uniósł brwi, a w jego oczach zalśniły dziwne iskierki, lecz jak szybko się pojawiły, tak szybko zniknęły.
Upił kolejny łyk swojej whisky. — No to... powiesz mi wreszcie, co tutaj robisz?
Podniosłam szklankę, ale nic z niej nie wypiłam, tylko z powrotem odłożyłam ją na ladę.
— Piję?
Uśmiechnął się kpiąco. — Nocne wypady do baru nie splamią twojej niewinności?
Zacisnęłam zęby. To była tylko kwestia czasu, aż powie coś takiego.
Traktował mnie jak dziecko.
Znowu.
— Może wcale nie jestem taka niewinna, jak ci się wydaje — odparłam wyzywająco. Dziwiąc się sama sobie, że zdobyłam się na powiedzenie czegoś takiego, poczułam gorąco na policzkach. Co ja robiłam, na litość boską?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, pokazując, że nie wierzy w żadne moje słowo. — Jasne.
Zwilżywszy wargi, popatrzyłam mu prosto w oczy, po czym ponownie chwyciłam szklankę i opróżniłam ją tak szybko, jak tylko potrafiłam. Powstrzymując kaszel, podniosłam głowę.
— Mogę poprosić o jeszcze jeden?
Zaczęło się od „jeszcze jednego". Ale ten „jeszcze jeden" pociągnął za sobą kolejne i przestałam liczyć po piątym.
Reszta wieczoru była... rozmazana. Udało mi się jedynie zapamiętać, że Damon zabrał mnie do domu, a potem potknęłam się o krzesło i swoim upadkiem wyrwałam wszystkich ze snu. Spędziłam jeszcze pół godziny z głową w toalecie — dosłownie — aż w końcu Mike zaniósł mnie do łóżka.
I wtedy dookoła zapanowała ciemność.
~o~
Następnego ranka obudziłam się z najokropniejszym bólem głowy na świecie, czując się tak, jakbym dźwigała na barkach żelazną kulę, o wiele za ciężką dla reszty mojego ciała.
Skrzywiłam się i wcisnęłam twarz głębiej w poduszkę.
Chwileczkę...
Gwałtownie się wzdrygnęłam, przez co głowa zabolała mnie jeszcze bardziej, po czym zmusiłam się do wstania i lekko chwiejnym krokiem podeszłam do okna.
— Cholera... — mruknęłam, zobaczywszy samochody. Ciągle byli w domu.
Już nie żyję. W końcu nadszedł ten moment... Żegnaj, okrutny świecie! Miło było cię poznać...
Nagle usłyszałam odgłos czyichś kroków dochodzących od strony schodów, więc spróbowałam z powrotem wskoczyć do łóżka, by udać, że nadal śpię. Oczywiście źle oceniłam odległość i zamiast na materacu, z głośnym hukiem wylądowałam na podłodze.
Poczułabym, gdybym rozbiła sobie czaszkę, prawda?
Ktoś otworzył drzwi.
— O, już nie śpisz. Świetnie — odezwał się Dan, ignorując fakt, że jego jedyna siostra leży na ziemi. — Zejdź do salonu — dodał i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pokoju.
Z małą pomocą oparcia łóżka podniosłam się na nogi i poszłam do łazienki, gdzie spędziłam prawie pięć minut, myjąc twarz co najmniej dziesięć razy. Dopiero potem bez pośpiechu zeszłam na parter.
Mike robił sobie kawę, Will siedział na kanapie, a Dan stał przy wysepce kuchennej. Monica natomiast patrzyła na mnie z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
Przygryzając wargę, usiadłam na krześle.
— Lepiej zostawię was samych — mruknęła Monica i pocałowawszy Dana, opuściła kuchnię.
— Błagam, powiedzcie coś — odezwałam się wkrótce ledwie słyszalnym głosem, składając dłonie na kolanach. — Bo to milczenie rozsadzi mi mózg.
Mike westchnął. — Nigdy nie przypuszczałem, że tego typu rozmowa kiedykolwiek się odbędzie, Amy.
Przełknęłam ślinę.
— Nie winimy cię...
— Nie winimy jej? — warknął Dan. — Mów za siebie! Co ty sobie do cholery myślałaś? — wrzasnął na mnie.
— Dan...
— Nie, poważnie, Will! — przerwał mu. — Skoro popełniła błąd, to niech teraz poniesie konsekwencje!
Nie śmiałam podnieść wzroku z podłogi. — Nie chciałam się upić...
— Och, z pewnością! Ale masz pojęcie, jak bardzo się o ciebie martwiliśmy? Jak wyglądałaś, kiedy wróciłaś do domu?
Poczułam w oczach coś palącego. — Przykro mi...
— I powinno! — krzyknął po raz kolejny. — Nigdzie nie wyjdziesz, dopóki nie dostaniesz mojego pozwolenia.
Poderwałam głowę. — Słucham?
— Dobrze słyszałaś.
Tego było już za wiele...
Wstałam z krzesła tak szybko, że je przewróciłam. — Chyba nie mówisz poważnie!
— Zdziwisz się — odparł spokojnie. — A teraz marsz do swojego pokoju. Masz szlaban.
— Nie jestem już dzieckiem!
— Więc się tak nie zachowuj!
Zacisnęłam zęby. Trzęsły mi się kolana, ale udało mi się nie stracić hartu ducha.
— Wiecie co? Powinniśmy pogadać o tym później, gdy się trochę... uspokoicie — zasugerował Will. Nie skomentowałam tego, tylko popatrzyłam na niego butnie. Dotychczas zawsze ich słuchałam, ale teraz... nie zamierzałam pozwolić im na zrobienie mi czegoś takiego.
— Och, więc teraz jestem dzieckiem, tak? — zadrwiłam. — Nie byłam dzieckiem, musząc rozpoczynać nowe życie za każdym razem, kiedy moim braciom zachciało się przeprowadzki, ale teraz nim jestem?
— Nie poruszaj spraw, o których nie masz pieprzonego pojęcia! — wrzasnął.
— Bo co? — zapytałam. — No co, Dan? Dalej! Co zrobisz?
— Amy, zamknij się — wtrącił Mike. Pokręciłam głową.
— Więc nie powinnam poruszać spraw, o których nie mam pojęcia? A niby skąd mam je mieć, skoro nigdy nie...?
— Och, a teraz zaczniesz pewnie tę śpiewkę o sekretach, tak? — Znowu podniósł głos, przez co momentalnie zamilkłam. — Kto jak kto, Amy, ale ty akurat nie masz prawa wytykać nam utrzymywania czegokolwiek w tajemnicy! Co robiłaś wczorajszego ranka, hę? A tydzień temu? Najwyraźniej to ty nas okłamujesz, i to od dłuższego czasu!
Monica...
Powiedziała mu.
— Dan, mogę...
— Nie chcę tego słuchać! — zawołał. — Nawet nie próbuj niczego wyjaśniać!
Przygryzłam język, próbując nie stracić koncentracji.
— A teraz jeszcze coś takiego! — kontynuował. — Moja młodsze siostra wraca do domu zalana w trupa! Nie znam tej dziewczyny, w którą się przemieniłaś, Amy, ale wiem jedno: to już nie jest ta siostra, którą do tej pory miałem.
Do oczu ponownie napłynęły mi łzy.
— Dan, wystarczy. — Głos Willa brzmiał stanowczo, ale Dan pokręcił jedynie głową.
— Nie masz pojęcia, jak bardzo mnie zawiodłaś.
— Dan, albo się zamkniesz, albo przysięgam na Boga, że...
Nie płacz. Nie płacz...
Czując ucisk w gardle, zacisnęłam usta i z trudem powstrzymałam łzy.
— Naprawdę tak się czujesz? — Mój głos lekko drżał. — Zawiodłam cię?
— Oczywiście, że nie! — zapewnił Mike. — Dan, powiedz jej, idioto...
— Tylko dlatego, że popełniłam jeden błąd, już cię zawiodłam?
— Kilkukrotne okłamywanie kogoś to więcej niż jeden błąd — wydusił przez zaciśnięte zęby.
— A więc tak powiedziała ci twoja „idealna" dziewczyna — warknęłam. — Słuchasz każdego jej słowa, ale mnie już nie raczysz wysłuchać?
Nie odpowiedział. Odetchnęłam głęboko, mrugając, żeby się nie rozpłakać.
— Wiesz co? Po prostu... o tym zapomnij. — Głos mi się załamał, a ja sama się zachwiałam, lecz na szczęście zdołałam utrzymać równowagę i wyszłam z kuchni.
Pokonawszy biegiem schody, omal nie wpadłam na Monicę.
Trzęsąc się ze złości, wzięłam głęboki oddech i spróbowałam się opanować.
— Amy, on robi to dla twojego dobra...
— Monica — warknęłam przez zaciśnięte zęby — to nie jest odpowiednia pora na tego typu zapewnienia. Mogę powiedzieć rzeczy, których będę potem żałować, więc po prostu odpuść...
— Wiem, co sobie teraz myślisz, ale my nie jesteśmy twoimi wrogami! — odparła słodkim głosikiem, jakby mówiła do pięciolatki.
Krew w moich żyłach już prawie się zagotowała. Targały mną emocje kompletnie pozbawione logiki, czegokolwiek... Towarzyszyła mi jedynie czysta, bulgocząca wściekłość.
Dziwne pulsowanie doszło do koniuszków moich palców i tam się zatrzymało. Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, jak paznokcie wbijają mi się w skórę.
— Mam nadzieję, że jesteś zadowolona — oznajmiłam, po czym zaśmiałam się gorzko. — Boże, a ja naprawdę miałam zamiar cię przeprosić... — Przełknęłam ślinę. — Ale pozwól, że coś ci jeszcze powiem, Monica. Zrobię to pierwszy i ostatni raz: nawet nie próbuj znowu nastawić moich braci przeciwko mnie, ponieważ następnym razem zareaguję inaczej. I bez wątpienia ci się to nie spodoba.
Położyła rękę na sercu i otworzyła szerzej swoje błękitne, dziecięce oczy. — Czy to groźba?
— Nie — zaprzeczyłam, zmuszając się do słodkiego uśmiechu. — Oczywiście, że nie. To, Monica, jest obietnica.
Odwróciwszy się na pięcie, weszłam do mojego pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Gdy tylko to zrobiłam, osunęłam się na kolana, próbując wyciszyć szloch, który wydobył się z moich ust.
~o~o~
