Dni wlokły się niemiłosiernie.
Syriusz stracił większość początkowego zapału, który go napędzał do działania. Nie miał zamiaru rezygnować z planów rozwoju współpracy biznesowej z Sevem, ale chwilowo przestało go to bawić. Pojawiał się na Pokątnej i prowadził rozmowy z pośrednikami bardziej po to, żeby zwyczajnie nie siedzieć na Ealing Road. Ślizgon doposażył dwoją pracownię i prawie stamtąd nie wychodził, chyba że po kawę i żeby coś przegryźć. Pojawiła się nowa zasada – żadnego jedzenia w Strefie Niczego Nie Dotykaj. Nie dotyczyło to kofeinowego narkotyku, ale kawa zawsze rządziła się swoimi prawami.
W każdym razie Snape nie wpuszczał Blacka za próg piwnicy, która stała się eliksirowym laboratorium i Gryfon niemiłosiernie cierpiał na brak jakiejś odskoczni.
Starał się nie myśleć o kłótni z Jamesem, bojąc się, że chyba w tym wszystkim trochę się zagubił. Nie wyrzucał sobie akurat bierności, która zatrzymała go w miejscu i nie pozwoliła powstrzymać przyjaciela przed trzaśnięciem drzwiami.
Potter przesadził, ukierunkowując swoją złość na Seva.
On sam był w stanie przyjąć – zresztą w pełni zasłużoną – złość Jamesa za stosowanie tych idiotycznych wybiegów i miesiące bardzo umiarkowanej szczerości. Mógł nawet wysłuchiwać oskarżeń, których właściwym adresatem powinien być Regulus, świadomy, że Potter nie potrafił jeszcze spojrzeć na świeżą sprawę obiektywniej. Naprawdę znalazłby w sobie siłę, aby zmierzyć się z tego rodzaju wybuchem. A jego przyjaciel, właściwie brat, nie dał mu szansy na okazanie skruchy, nie spróbował go nawet emocjonalnie czy fizycznie sponiewierać, za to odruchowo rzucił się na Seva, jakby zwykłe wyładowanie agresji na dowolnym podmiocie załatwiało sprawę. Syriusza zabolało, że James spłycił problem, ostentacyjnie okazując niezadowolenie w związku z odkryciem istnienia jakiejś relacji między Blackiem a Snapem, która nie była jego sprawą, równocześnie ignorując prawdziwy powód do ewentualnego okazania gniewu. Obydwaj przyjaciele zachowali się po gówniarsku, ale Potter najwyraźniej nie chciał tego dostrzec, bo sowy wracały z Doliny Godryka z nienaruszonymi kopertami.
Skoro James potrzebował czasu, to Syriusz postanowił zapewnić mu ten luksus i skupić się na innych płaszczyznach swojej egzystencji.
Mieszkanie przestało przypominać wreszcie melinę. Nie, żeby arystokrata ustąpił i przełamał niechęć do robienia czegokolwiek własnymi rękami. Po prostu zorganizował najazd magicznej ekipy, która w godzinę doprowadziła lokum do stanu używalności, ku wyraźnej uldze Seva.
W drugiej kolejności należało zająć się sprawami papierkowymi, związanymi z rozkręcaniem biznesu. Tyle że do tego Syriusz aktualnie nie miał głowy ani chęci, więc zdecydował zająć się czymś wymagającym mniej wysiłku. Albo w ogóle go nie wymagającym.
Oderwał wzrok od sufitu, kiedy do salonu wszedł Ślizgon i opadł na fotel naprzeciwko.
Wyglądał na zmęczonego, ale jego oczy były ożywione i odbijały ekscytację. Oczywiście, stan przyćpania eliksirami, jak to Gryfon nazywał. Snape pracujący nad nową miksturą zawsze wyglądał inaczej, jakby jego część wciąż zostawała w pracowni, nawet jeśli cała reszta, przykuta do fizycznego ciała, siedziała na kanapie, odwiedzała Pokątną albo jadła śniadanie. No to przynajmniej jeden z nich się dobrze bawił.
– Nie było jeszcze sowy? – zapytał Sev, lekko rozkojarzony.
Syriusz ledwo dostrzegł, że nadszedł koniec sierpnia. Za kilka dni stanie na peronie 9 i 3/4, by z King's Cross znów wyruszyć do Hogwartu. Wróci do wstawania przed siódmą, oglądania na korytarzach gęb ślizgońskiej obsady, duchowego cierpienia na ciągnących się w nieskończoność zajęciach z historii magii, pierdolonego Klubu Ślimaka i całej cudownej reszty.
A tak – jak co roku rozpakuje się w dormitorium Gryfonów i rzuci na łóżko, sąsiadujące z łóżkiem Jamesa Pottera. Sama radość.
– Żadnego ptactwa, żadnych listów. Może grono pedagogiczne jeszcze dochodzi do siebie po zebraniu rodzicielskim dla Slytherinu. Już sobie wyobrażam mojego ojca i Avery'ego seniora, z tym ich żądamy wydzielenia osobnych grup dla uczniów mieszanej krwi.
Ślizgon nie zaszczycił tego ripostą, natomiast mocniej zapadł się w miękki fotel i przymknął powieki. Wyglądał, jakby bardzo potrzebował snu.
To przypomniało Syriuszowi o tym, jak sam był śmiertelnie znudzony. Czuł się w swoim własnym mugolskim domu jak w klatce.
W zasadzie przez te dwa miesiące Gryfon nie postawił nogi dalej niż trzy metry od wejścia, skąd zdarzyło mu się kilka razy teleportować do Hogsmeade albo na Pokątną. Błogosławił fakt, że wreszcie dostał licencję i nie musiał korzystać z kominka, bo szczerze tego nie znosił. Poza tym nie wyjrzał nawet za żywopłot i nie zadał sobie trudu, by ustalić, kim są jego sąsiedzi. Co za różnica, skoro byli mugolami?
Nie miałby o czym z nimi gadać, żyli przecież w innych światach i nic, absolutnie nic ich nie łączyło.
Poza wspólnym żywopłotem.
– Sev, co robią mugole, kiedy nie mają co ze sobą zrobić? – rzucił nagle Syriusz.
– Sprzątają swój pokój – odparł złośliwie Ślizgon, nie wysilając się, by otworzyć oczy.
– A jeśli nie są aż tak zdesperowani?
– Zasadniczo nie gustowałem nigdy w mugolskich rozrywkach. – Sev pochylił się do przodu, wyrywając ciało ze stanu leniwego półsnu i odpowiedział już bez złośliwości, po chwili zastanowienia. – Nie wiem, chodzą do kina…? Syriusz, nie ma mowy! – dodał natychmiast, chyba widząc szerszy uśmiech na twarzy rozmówcy.
Gryfon nie miał pojęcia, czym jest kino, ale samo to, że pomysł nie podobał się Ślizgonowi, było bardzo kuszące.
Żałował, że nie ugryzł się w język, a powinien przewidzieć, że jeśli pomysł był debilny, to Black się go uczepi, jak Pettigrew reszty Huncwotów. Tak więc wyszło na to, że szli do kina.
Oczywiście Severus mógł się uprzeć i nie ruszyć za próg, ale prawdopodobnie za kilka godzin musiałby odbierać Gryfona z jakiegoś komisariatu albo aplikować Oblivate połowie miasta. Niewykluczone, że jednocześnie.
Jakaś jego część rozumiała, że Syriusz desperacko potrzebował coś ze sobą zrobić, a w jego wydaniu wiązało się to zawsze z czymś skończenie głupim. Od wizyty Pottera Gryfon dał sobie spokój z wkurzającym, arystokratycznym sposobem bycia i ogarnął mieszkanie. Szukał sobie zajęcia i odwiedzał magiczny świat, ale to było za mało. Ta jedna rzecz ich łączyła – obaj nienawidzili bezczynności. Severus wrócił do równowagi, kiedy tylko jego pracowania została w pełni doposażona i przez pierwszy tydzień prawie z niej nie wychodził. Z kolei Black się miotał. Nie mógł tutaj używać magii, więc czuł się trochę jak w więzieniu. Lupin wpadł jeszcze dwa razy, ale jak na dwa miesiące to nie była wielka odmiana.
Jeśli Syriuszowi przyszło go głowy, by się przełamać i zrobić coś mugolskiego, to musiał być zdesperowany.
Kino nie pasowało Severusowi z całej masy powodów i jeśli chcieć je jakoś zebrać w całość, to problemem było nieuniknione ludzkie towarzystwo – nieodmienny element kinowej scenerii. Ostatni raz wybrał się na film chyba po pierwszym roku w Hogwarcie i nie był w stanie powiedzieć, o czym ta szmira w ogóle była. Cały czas wkurzały go ciche rozmowy, szelest paczek z jedzeniem i dźwięk przeżuwanego popcornu. Kinowe seanse były gorsze niż mecze quidditcha, bo panująca dokoła ciemność nie dawała możliwości skupienia się na czymś innym i budowała klaustrofobiczne napięcie. Do tego te rozhisteryzowane pół okrzyki pustawych nastolatek na widok czyjejś rozpiętej koszuli albo głośne salwy opętańczego śmiechu w nieodpowiednich momentach.
Całokształt upewniał go tylko, że mugole są tacy… głupi.
To nie tak, że jakoś szczególnie wyżej cenił pod względem mądrości czarodziejów, bo – jak pokazywało doświadczenie – głupota uznawała egalitaryzm i przełamywała granice magii, nie dyskryminując nawet czystokrwistej arystokracji. Z magicznym światem czuł się o tyle bardziej związany, że pozwalał mu być kimś więcej niż ten mugolski. Severus potrafił kształtować magię swoich eliksirów i dzięki temu powoływać do istnienia jakieś jej inne odcienie, spłacając swój dług wobec niej. Po prostu urodził się w mugolskiej rzeczywistości, ale przynależał do jej magicznego odpowiednika.
Nie zmieniało to faktu, że w odróżnieniu do Blacka, poruszającego się tutaj po omacku, znał nie-czarodziejski świat i może rzeczywiście było coś dziwnego w tym, że przez osiem tygodni mieszkania przy Ealing Road wypuszczał się co najwyżej do spożywczaka za rogiem.
Taki tok myślenia sprowadził jego i Syriusza do niewielkiej sali kinowej, optymistycznie pustawej o tej porze, wykorzystywanej przez normalnych ludzi na sen.
– O czym to w ogóle jest? – zagadnął Gryfon.
– Nie wiem – odciął krótko, ale z irytacją rozszerzył wypowiedź, widząc na twarzy Blacka determinację, która mogła mu jeszcze bardziej uprzykrzyć najbliższe trzy godziny. – Na plakacie był stetryczały dziadyga w kapturze, dwóch gogusiowatych facetów i jakiś typ w czerni. No i dziewczyna.
Ostatnie najwyraźniej usatysfakcjonowało Gryfona, bo przestał przejawiać nadpobudliwość.
Światła zgasły i z głośników popłynęła orkiestrowa muzyka.
Severus wygodniej zapał się w fotel i zamknął oczy, wracając myślami do pomysłu zmodyfikowania Eliksiru Wiggenowego w taki sposób, żeby jego działanie było aktywowane odpowiednim, wcześniej wybranym czynnikiem. Coś jak przy Wywarze Tojadowym i miksturze drenującej magię. Gdyby tak można było z wyprzedzeniem zaaplikować eliksir regenerujący, który samoistnie leczyłby obrażenia po ich otrzymaniu? Naprawdę warte rozważenia. Potrzebował do tego kilku pozycji z hogwarckiej biblioteki, dlatego jeszcze bardziej nie mógł się doczekać powrotu do szkoły.
Po kilku minutach zdał sobie sprawę, że nie drażnią jego uszu przyciszone rozmowy czy odgłosy spożywania śmieciowego żarcia, co było rozbieżne z wcześniejszymi severusowymi doświadczeniami. Ze zdziwieniem otworzył oczy i spojrzał na Syriusza, który nie był już tak ruchliwy jak wcześniej. Podobnie jak reszta widowni, wgapiał się zafascynowany w wielki ekran.
Severus poszedł za ich przykładem i trochę bez entuzjazmu skupił się na efektach wizualnych. Po jakimś kwadransie wkręcił się też w fabułę. Ta może i nie była nazbyt skomplikowana, a jednak…
Cholera, ten film był niezły.
Syriusz podchodził do sprawy z ciekawością eksplorera. To było coś zupełnie innego niż wszystko, z czym się zetknął w mugolskim świecie. Przesuwające się przed nim obrazy przypominały na pozór przewracane strony czarodziejskich gazet i książek, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie chodzi tylko o ruch.
Nie trafili na zwykły film, odwołujący się do mugolskiej codzienności.
Ekran przeniósł ich do innego świata, jak świstoklik. Było tutaj sporo polityki, coś o przyjaźni i honorze oraz cała masa walk, naprawdę wyglądających imponująco. Wszystko okraszone magią, chociaż przecież ten świat miał być jej zupełnie pozbawiony.
W którymś momencie zerknął na Seva i, odrobinę zaskoczony, dostrzegł także u niego jakiś rodzaj zafascynowania, chociaż Ślizgonowi powinno przecież to wszystko być bliższe. Natychmiast wrócił do kontynuowania seansu, dając się porwać tej innej rzeczywistości, niby zupełnie nieistniejącej, a tak żywej. Wyzwalającej zastrzyk endorfiny do krwi.
Kiedy ucichły ostatnie dźwięki muzyki po napisach końcowych i sala się już opróżniła, on także podniósł się z fotela, choć nadal był odrobinę rozkojarzony.
– Ja chcę jeszcze raz – wypalił, kiedy znaleźli się już na schodach przed wejściem. – To było… coś.
Snape nie zareagował, ale po wyrazie jego twarzy Gryfon wiedział, że kolega nie ma zamiaru uderzać z nim w polemikę.
– Jest tego następna część? – zapytał Syriusz zaciekawiony.
– Może za kilka lat nakręcą. Tu nie ma magii, tylko ludzka technika i nie da się przyspieszyć – wyjaśnił cierpliwie.
– Nie zgodzę się, Sev. W tym była cała masa magii – stwierdził Black całkiem poważnie. – Nie pomyślałbym, że mugole potrafią coś takiego zrobić… no… z niczego. I muszę wiedzieć, czy Luke spyknie się z Leią – podsumował z półuśmiechem.
– Ja wolałbym wiedzieć, kto i kiedy utłucze Vadera – rzucił Ślizgon, sam także trochę podkręcony seansem.
– Śmierciożercy podobno ubierają się na czarno, tak jak ten cały Voldemort. Chyba by ich szlag trafił, kiedy by się zorientowali, że podłapali taką samą stylówę, co czarny charakter z mugolskiego filmu. – Gryfon wybuchnął śmiechem.
– Ty to umiesz sobie wybrać temat to żartów – skomentował Snape, już mniej ubawiony.
– Daj spokój – odciął się Syriusz. – Coś w tym jest. Może Voldemort odgapił patent? – zastanowił się głośno.
– Potrzebujesz się leczyć – padło z ust Seva, ale adresat nie przejął się szczególnie komentarzem.
Severus musiał przyznać, że film zrobił na nim wrażenie, chociaż nie chodziło o fabułę czy efekty specjalne. Nie było w tym nic, czego nie można by wywołać magicznie. Mugole jednak nie potrafili władać magią, ale w tym kinie Ślizgon zrozumiał, że nie wszyscy byli jak jego ojciec, niemal na nią uczuleni. Wielu spośród tych niemagicznych ludzi zwyczajnie pochłaniała fascynacja. Niemal tęsknili za czymś, czego nawet nie znali i nie dane im będzie doświadczyć. Chcieli się oderwać od ich szarego i zwyczajnego życia, uciekając w jakąś namiastkę zaczarowanej rzeczywistości.
Dotąd nigdy tak o tym nie myślał.
Mugole nie byli zagrożeniem dla magicznego świata, bo niby chcieli go pozbawić jego magii. Oni jej pragnęli. Próbowali ją sobie nawet na użytek własny stworzyć, podczas gdy wśród czarodziejów byli tacy, którzy chcieli ją odbierać sobie nawzajem, jakby to oni byli jej panami, a nie odwrotnie.
A przecież to magia wybierała spośród rzesz ludzi, niejednokrotnie dotykając dzieci urodzone z mugolskich rodziców, jednocześnie omijając nawet czystokrwiste i czyniąc je charłakami. Ale ci żyjący po drugiej stronie, od pierwszego oddechu otoczeni magicznymi rozbłyskami, emanującymi ze ścian ich magicznych domów, nie mieli do tego odpowiedniej perspektywy. Nigdy nie zrozumieją.
– Sev, co to jest? Bo wygląda powalająco – zagadnął Black, kiedy mijali zaparkowane przed jakimś całodobowym motocykle.
– To służy do przemieszczania się po powierzchniach płaskich – wyjaśnił możliwie najzrozumialej.
– Chcę taki – oświadczył Syriusz, aż zaświeciły mu się oczy, dokładnie jak małemu dziecku na widok cukierka.
Severus wymownie przemilczał.
Pierwszy wszedł do mieszkania i kiedy przełączył włącznik, wpuszczając nieco światła do salonu, od razu zobaczył siedzącą przy uchylonym oknie sowę.
– I masz swoją pocztę. – Syriusz rzucił do współlokatora jedną z dwóch kopert. – No nie mogę, lista podręczników dwa razy dłuższa niż na szóstym roku. Olewam eliksiry i zielarstwo, nie ma bata.
Severus dobrał się do swojej korespondencji i niespodziewanie znalazł tam dodatkowy arkusz pergaminu, oznaczony imiennymi pieczęciami dyrektora Hogwartu i opiekuna Domu Węży. Lekko zaskoczony zerknął na jego treść. I go zamurowało.
– Sev, coś tak zbladł? Mam szukać lekarza? – zapytał Syriusz pół żartem.
– Zdecydowanie. Podeślij go Dumbledore'owi.
– Stało się coś?
– Dumbledore zwariował – krótko podsumował Severus. – Zrobił mnie prefektem Slytherinu.
Filmem, na który wybrali się panowie, jest "Nowa nadzieja" z maja 1977r., a tu mamy sierpień, więc prawie trafili na premierę. Na tamtym etapie nie było jeszcze wiadomo, że Luke Skywalker jest bratem Lei, za to wyraźnie na nią leciał, stąd taki komentarz Syriusza. Pechowo Voldemort nie miał szansy obejrzeć "Powrotu Jedi" (z 1983r.) i dowiedzieć się, że Lord V. kończy marnie.
Słowem wyjaśnienia, jeśli komuś umknęło – prefekci są wybierani po dwoje z każdego Domu dla roczników 5 - 7, przy czym – zazwyczaj – ci mianowani na piątym roku zostają nimi do końca nauki. Słowo "zazwyczaj" jest tutaj kluczowe, bo to porąbane czasy :)
Jak zawsze dziękuję za uwagi i sugestie w komentarzach (w tym Lucjannie i Adze), a także favy i alerty, których liczba - ku mej radości - nadal się powiększa.
Jedno słowo o Peterze Pettigrew - nie lubię, nie trawię, nie łapię sensu jego istnienia. Myślę, że sensownie się go pozbędę z bieżącej fabuły - o tym w kolejnych rozdziałach.
