Rozdział 25
Przez trzy absolutnie nieznośne dni nic się nie wydarza.
Sherlock bywał tak samotny, że zastanawiał się, czy nie lepiej zamieszkać w dziurze wydrążonej w ziemi. Sherlock bywał tak nieszczęśliwy, kiedy przedawkował narkotyki, że przy życiu trzymała go tylko i wyłącznie siła woli. Bywało, że Sherlock doświadczał przenikliwej radości z pościgu i haju niebezpiecznej myśli: „Jeśli muszę umrzeć, a muszę (to oczywiste), proszę, zabierz mnie w ten sposób, a nie wolno wooolno woooooooollllllllnooooooo..."
Sherlock nie przypomina sobie, by od momentu, w którym wiele lat temu Moriarty rozpoczął swoją kampanię, czuł, że może zejść z tego świata na skutek nudy.
A najwyraźniej było to możliwe.
Pierwszego dnia po – nie da się ukryć – robiącej wrażenie publicznej serenadzie Jima Moriarty'ego, Sherlock dowiaduje się, że jeden z pracowników Klubu Diogenesa w trybie nagłym zrezygnował ze stanowiska konsjerża, które piastował od wielu lat. Sherlock go pamięta, chociaż teraz to już bez znaczenia. Ubrany w szyte na miarę, chociaż przez najtańszych krawców, garnitury, pochodzący z Yorkshire, kręcący nosem na klientów z zagranicy, dziwnie nouveau riche, tyle że niekoniecznie riche, w młodości seplenił, miał psa o chorych jelitach. Pracownicy Diogenesa zarabiają wystarczająco, by można było mieć pewność, że zachowają absolutną dyskrecję. Detektyw jest więc przekonany, że Moriarty musiał być bardzo przekonujący, by przekupić lub zastraszyć tego pionka, który zainstalował projektor w oknie pustego pokoju gościnnego i wyświetlił twarz Sherlocka na białej ścianie nobliwego budynku naprzeciwko.
Sherlock stwierdza, że nie ma problemów z wyobrażeniem sobie takich okoliczności.
Mycroft, obserwowany przez Sherlocka i Johna z otępiałą rezygnacją, krąży po pokoju i niemal dostaje ataku apopleksji.
Ależ oczywiście. Sherlock byłby zachwycony, gdyby nie martwił się teraz o coś zgoła innego.
- Ten pracownik miał szczęście, że opuścił to miejsce – mówi Mycroft. Od jego uśmiechu owoce zaczynają gnić. - Gdyby nasz Iskariota tu pozostał, zleciłbym zrobienie mu rzeczy, których James Moriarty nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić. Wyrzucenie z pracy byłoby zaledwie preludium.
- Podsunąłbym panu kilka pomysłów – wzdycha John, który teraz wydaje się dogadywać z Mycroftem coraz lepiej, uch, ohyda. Zmierzch podchodzi pod okna jak zastęp lękliwych żołnierzy. - Jakieś koncepcje, jak udała mu się ta subtelna elektroniczna sztuczka?
Sherlock nieuważnie docenia, że John uważa, iż to „subtelna, elektroniczna sztuczka" (dość mistrzowski eufemizm) i daje przyjacielowi sygnał, przymykając oczy. Zakłada jedną długą nogę na drugą, łączy czubki palców przed ustami i uśmiecha się lekko, chociaż takie określenie na Piosenkową Przemoc naprawdę graniczy z szaleństwem.
A także: chociaż naprawdę nie chce o tym mówić, piosenka wciąż na nowo odtwarza się w jego głowie.
Jesteś zbyt dobry, żeby być prawdziwy
Nie mogę oderwać od ciebie oczu...
- Udało mu się zhakować sieć w wielkim stylu – mamrocze Mycroft. Jego dłonie tkwią w kieszeniach. Kiwa się na obcasach w sposób, który Sherlockowi zawsze wydawał się obrzydliwie snobistyczny. Śmierdzi na kilometr uściśnięciami dłoni w bocznych korytarzach i przeprowadzanymi potajemnie zamachami. - Szczegóły nie mają znaczenia, w gruncie rzeczy to wszystko było absurdalnie proste. Ot, tania sztuczka magiczna. Ale wyraził się jasno.
Sherlockowi z najwyższym trudem przychodzi niekrzywienie się, gdy słyszy każde kolejne słowo w tej konwersacji.
To nie byłoby bardzo trudne.
Po prostu skocz na Baker Street, powiedz im, że potrzebujesz odetchnąć świeżym powietrzem; powiedz, że masz koncepcję, gdzie może przebywać Jim; powiedz, że niebo się wali i potrzebujesz wielkiego słupa, by je podtrzymać albo wszyscy skończymy marnie; powiedz im, że się porzygasz, jeśli spędzisz w ich towarzystwie jeszcze moment; powiedz, że musisz zrobić zakupy; powiedz, że Lestrade cię potrzebuje; powiedz, że marzysz o frytkach; powiedz, że jesteś umówiony na depilację woskową; powiedz im cokolwiek, o ile dzięki temu będziesz mógł zdobyć jakieś pierdolone narkotyki...
To w ogóle nie byłoby trudne, wystarczy odrobina pewności siebie...
- W porządku? - pyta John znacząco i Sherlock zdaje sobie sprawę, że przyjaciel zwraca się do niego.
- Co? Wybacz, głowa... głowa mnie boli.
Mycroft, który już i tak wygląda, jakby zaraz miał wybuchnąć, obrzuca Sherlocka wszechwiedzącymi oczami i marszczy znacząco brwi.
„Pomocy" - błaga Sherlock jakąś bliżej nieokreśloną siłę i gwałtownie zamyka cztery osobne skrzydła swego pałacu umysłu, by uniknąć nagłego samozapłonu.
John nie chciałby, żeby mój mózg dokonał samospalenia, prawda? Nie. Nie chciałby. A już i tak jest...
- Przynieść ci coś z pokoju? - John marszczy brwi. - Biorąc pod uwagę rozmiary twojego mózgu, bóle głowy nie mogą być za fajne.
„Tak, morfinę. Albo chociaż kokainę".
- Nie rób zamieszania – odpowiada Sherlock napiętym głosem. - Gdzie dokonano nagrania?
- Nie mamy zielonego pojęcia – warczy Mycroft.
- O niczym nie mamy zielonego pojęcia – szydzi detektyw.
Wstaje gwałtownie. Tyle może zrobić. Kiedy zdaje sobie w pełni sprawę, że nie może zrobić nic więcej, pozwala sobie na drobny grymas i wychodzi. Ma nadzieję, że jest to wyjście odpowiednio dramatyczne, nawet pod nieobecność jego płaszcza.
- Nie irytuj mnie, gdy jestem wykończony, Mycrofcie – warczy. - Jeśli nie możesz się do niczego przydać, to możesz chociaż utrzymać swoją tłustą mordę z dala od mojego pola widzenia. Obrzydza mnie.
John kryje uśmiech, wzdychając w dłonie.
Mycroft się krzywi.
Najgorsze jest to, że po tym nie najgorszym wyjściu Sherlockowi ledwie wystarcza powietrza w płucach, by dotrzeć do pokoju gościnnego i zwinąć się w kłębek na łóżku. Kilka sekund później wstaje, nie chcąc, by John znalazł go w takiej pozycji.
Ale...
Cały ten incydent przypomina przedłużające się koszmarne mdłości, które narastają w falującym rytmie, gdy narkotyk ulatnia się z organizmu.
xxx
Jedzą obiad w wytwornej, niewielkiej knajpce w pobliżu Klubu. Szczerze mówiąc, Sherlock głównie bełta w swoim risotto i obsesyjnie sprawdza telefon, podczas gdy John marszczy brwi. Potem wracają do Klubu i sączą drogą szkocką, którą Sherlock dopisuje do rachunku Mycrofta. Długo po zachodzie słońca, po zniknięciu godnych Matisse'a kolorów, w porze, w której normalni ludzie kładą się do łóżka, Sherlock nie widzi powodu, dla którego raz nie miałby być normalny... a przynajmniej zrobić coś normalnego, skoro wkrótce nie będzie miał okazji nigdy więcej spróbować... więc przebiera się w piżamę i pada na łóżko. Na drugiej jego połowie John z niesmakiem wpatruje się w mrugający telewizor.
- John – mówi Sherlock cicho.
- No? - John obojętnie wyłącza telewizor.
- Powiedziałeś, że nie musimy...
Nieznośnie sfrustrowany Sherlock urywa i próbuje wymyślić, jak powiedzieć: „Przed końcem chcę uprawiać z tobą seks tyle razy, ile się tylko da, ale gdybyśmy uprawiali seks, a ja miałbym w głowie tę piosenkę i czułbym się, jakbyś pozbawił mnie skóry, mógłbym na ciebie zwymiotować" - nie będąc przy tym niegrzecznym.
John wyciąga rękę i odgarnia lok z jego czoła. Uśmiecha się lekko.
- Co, bzykać się? Nie będziemy się teraz bzykać, piękny. Chciałbym, uwierz mi, ale jestem skonany.
Wyłącza światło i kładzie się na plecach z dłońmi splecionymi za głową. W ogóle się nie dotykają.
Sherlockowi robi się coraz zimniej, chociaż leży pod bardzo drogą kołdrą. Okazuje się, że ten rozwój sytuacji jest niemal równie nie do zniesienia, jak potencjalny seks. Przysuwa się więc bliżej, niepewnie dotykając głową ramienia Johna. Niemal w tej samej chwili John obejmuje go mocno i gładzi dłonią jego ramię, uważając, by nie urazić rany po kuli. Drugą dłoń kładzie na sherlockowym karku. Detektywowi natychmiast robi się ciepło.
To nie morfina.
Może i nie, ale jest to tymczasowe rozwiązanie innego rodzaju.
- Tak śpią normalni ludzie? Czy znowu jestem nerwowy? - pyta Sherlock zaczepnie. To test.
Czeka na odpowiedź kilka sekund.
- Tak śpią normalni ludzie – mówi John na bezdechu – ale ty nie jesteś normalny, więc i tak nie możesz spać jak normalni ludzie. Będziesz musiał spać jak Sherlock, jasne? No już, bierz się do roboty.
Przez kilka minut milczą. Mózg Sherlocka odgrywa soundtrack, co daje efekt podobny do tortur hałasem.
(Moriarty, oczywiście, wyjaśnił dwudziestoletniemu Sherlockowi, jak się torturuje, wykorzystując wysokie decybele.)
Sherlock przełyka ślinę i krzywi się.
- Boli cię bok? - pyta.
- Nie.
- Nastawiłeś budzik?
- Nie.
„Powiedz. Powiedz te słowa. Proszę, powiedz. Nie wiem, co jest ze mną nie tak" - myśli Sherlock, nieświadomie wtulając się w podkoszulek Johna. - „Być może nie będziesz miał innej okazji, by je powiedzieć. Wszystko może się skończyć w każdej chwili, każdego dnia, każdej nocy. Powiedz. Powiedz mu. Powiedz mu całą resztę. Powiedz mu wszystko.
Powiedz mu, że dla niego wyciąłbyś własne serce z klatki piersiowej na środku ulicy, gdyby tylko patrzył i powiedział: »To niesamowite«".
- Powinienem pracować. Upewnić się, czy czegoś nie przegapiłem – mówi.
- Nie.
- Przez resztę naszego życia masz już zamiar odpowiadać tylko: „Nie"? - syczy Sherlock.
- Nie. - John parska krótkim śmiechem. - Jutrem zajmiemy się jutro. Z twojego ciała ulatnia się tyle adrenaliny, że mogłaby zabić kucyka. Potrzebujesz czasu, by się jej pozbyć. Śpij.
John jedną dłonią przykrywa jego ucho, a drugą – oczy, tak jak zrobił jeszcze na Baker Street. Piosenka staje się zdecydowanie cichsza. Sherlock wzdycha, wykręcając materiał bokserek Johna w palcach.
Wtedy jego przyjaciel unosi lekko dłoń, by Sherlock go usłyszał, i mówi:
- Kocham cię. Przekaż to, z łaski swojej, swojemu mózgowi. On chyba nie zawsze słucha. Dobranoc.
Sherlock przełyka z trudem ślinę i nie potrafi wymyślić niczego, co mógłby powiedzieć, a co rozmiarami dorównałoby rozmiarowi duszy Johna. Milczy więc.
Potem są sny. Mroczne sny. Sny o wschodnim wietrze, który zmiata wszystko z powierzchni ziemi i obraca wniwecz każdą rzecz, jaką Sherlock kiedykolwiek poznał. To koszmar jego dzieciństwa: wir, który niszczy samym swoim istnieniem. Nie ma nic poza kurzem i odłamkami, i trupami, i cichymi jękami konających. Już tylko zrównane z ziemią pola. Już tylko surowe niebo i głodne wrony. Wszędzie ciała. Jak zawsze, jedno z nich należy do Sherlocka.
Ale kiedy się budzi, oko cyklonu okazuje się zaledwie równym oddechem Johna w jego uchu.
xxx
Drugiego dnia John i Sherlock składają wizytę. Od Jima nadal nie ma ani słowa i chociaż Sherlock wiedział, że nie będzie, zastanawia się, czy katorga oczekiwania na wybuch nie jest w gruncie rzeczy w tym wszystkim najgorsza.
Kiedy przyjeżdża do Barts, Molly robi się cała czerwona i upuszcza parę kleszczy do ciała trupa. Zerka potem w dół z konsternacją, jakby narzędzie wpadło do studzienki ściekowej i było nie do odzyskania. Biedna dziewczyna nie zawracała sobie tym razem głowy szminką, ale jej rzęsy są pokryte tuszem, a koloryt cery nienaturalnie równy.
Sherlock robi jeszcze kilka kroków, wyjmuje szczypce i, uśmiechnąwszy się do niej tak dziarsko, jak tylko potrafi, idzie umyć ręce.
- Sherlock – wykrztusza Molly. - Ja... Hm. Gdzie... gdzie jest John? Nie sugeruję, że... Bo jesteś idealnie... To znaczy, nie ma go...
- Poszedł do toalety.
Sherlock otrząsa dłonie z wody.
Molly wierci się, a jednocześnie prawie się nie rusza. Nikt poza nią nie byłby w stanie czegoś takiego dokonać.
Przez kilka sekund jedynie się obserwują, zastanawiając się, co – jeśli cokolwiek – wypada teraz powiedzieć.
- John z tobą rozmawiał – podejmuje próbę Sherlock.
To lepsze niż nic. Przynajmniej odrobinę oczyści atmosferę. Molly pochyla głowę w potwierdzeniu. Sherlock nagle jest bardzo świadom kosmyków jej odstających na skroniach włosów i chce jej powiedzieć: „Ciii, rano wszystko będzie dobrze". Ze wszystkich ludzi akurat Molly nie zasłużyła sobie na takie cierpienie. Ale detektyw wie, że rano raczej nic nie będzie dobrze, więc po prostu mówi dalej.
- Jasno zakomunikował, że jesteśmy razem. Albo... pewnie zakomunikował to bardzo, bardzo jasno. Przepraszam cię za to.
Molly znów kiwa głową. Krzywi się, zanim ma szanse zapanować nad własną twarzą.
„Potworne" - myśli Sherlock, a potem próbuje już wcale o tym nie myśleć.
- No tak – paple dalej. - Pewnie też zasugerował, że, ze względów, o których nigdy ci nie powiedziałem, w tym jednego szczególnego, takiego naprawdę nie do pobicia... i tak byś mnie nie chciała. - Macha dłonią.
Pierś Molly podnosi się i opada w krótkich oddechach. Jej dolna warga robi rzeczy, o których nigdy się nie śniło największym tamom i zaporom trzymającym wodę w ryzach. Chwilowo Kanał Panamski nie może się równać twarzy Molly Hooper.
- Powinnam... hm. Przeprosić – wydusza z siebie. - Ja nigdy... Ty... Po prostu nic nie mówiłeś, więc ja... Jeśli zrobiłam z siebie kretynkę...
- Moim zdaniem jedyną osobą, która wczoraj zrobiła z siebie kretyna, był John – mówi Sherlock pełnym wahania głosem. - To idiota. No, nie jest z nim tak źle, jak z niektórymi, ale...
- Nie, nie o to... Chodziło mi o coś... - Molly krzywi się i wbija wzrok w kleszcze tkwiące w jej drobnej dłoni. - Nie wczoraj. On jest, no... bardzo miły. To znaczy, teraz jest miły, wcześniej nie był, ale... No, opowiadałam ci, jak mój tata umarł? Opowiadałam ci tę historię? Jaki był dzielny i jak bardzo próbował być szczęśliwy do samego końca?
Sherlock odkłada ręcznik i podchodzi do niej, marszcząc czoło.
- Tak.
- Czasem wyglądał tak bardzo smutno, ale nigdy wtedy, gdy na niego patrzyliśmy – szepcze Molly zduszonym głosem. - A ty... Ty czasem... Hm. Wyglądałeś tak smutno, kiedy myślałeś, że nie widzę. Ale widziałam cię i... to właśnie chciałam ci powiedzieć. Widziałam cię. I dlatego ciągle... to znaczy tak, leciałam na ciebie, ale... o Boże, przepraszam, że o tym wspomniałam, przepraszam, przy tobie zawsze robię coś głupiego, ale chodzi mi o to, że wiem, że się nie liczę, ale czasem wszystko boli, po prostu wszystko, każdy tak ma, wiesz? Nie tylko ci pechowi albo przygnębieni, a ty... Ty przez tyle przechodzisz, cały czas; wyglądałeś smutno, gdy myślałeś, że cię nie widzę, ale widziałam, nie miałeś racji, widziałam każdą chwilę i nigdy nie chciałam, żebyś był sam.
Coś w piersi Sherlocka zaciska się coraz boleśniej.
Wszystko tak bardzo boli. Co do tego Molly ma rację.
Pochyla się i całuje Molly w bardzo miękki policzek. Sherlock chwilę tak trwa, mimo jej szoku, a potem odsuwa się ostrożnie.
- Nie masz racji – mówi cichym, głębokim głosem. - Liczysz się. Zawsze się liczyłaś i zawsze ci ufałem.
Na twarzy Molly pojawia się bardzo dziwny, bolesny uśmiech. W jej policzkach widać dołeczki; dziwnie drobne usta wykrzywiają się. Dziewczyna wbija wzrok w podłogę, a potem znów spogląda Sherlockowi w oczy.
- Myślę, że wkrótce umrę – wyznaje jej detektyw.
Sherlock może to wyznać Molly.
Nawet jeśli tylko Molly.
Oczy dziewczyny rozszerzają się, a potem rozświetlają od nieuronionych łez. Molly wyciąga rękę, ujmuje jego dłoń i ściska ją, po czym puszcza.
- Ty też nie masz racji – mówi po prostu. - Nie możesz mieć racji. Ze względu na Johna. Może... może ze względu na mnie. Jeśli chcesz. Ze względu na twoich przyjaciół. I... i już. Nie możesz mieć racji.
Sherlock kiwa głową i szybkim ruchem mierzwi szopę swoich włosów. Ohydna miłosna piosenka R&B zniknęła już wczoraj, ale obecnie statyka jest trudna do zniesienia. Przez tyle dni miał przed sobą cel, który teraz został mu odebrany. Podobnie jak wszystko inne. Już wkrótce...
- Co zamierzasz zrobić?
Sherlock wypuszcza z płuc powietrze i myśli: „Weź się kurwa w garść chociaż raz w swoim głupim krótkim życiu".
- Próbujemy wyśledzić Moriarty'ego. Był trochę niegrzeczny.
- Sherlock, on wysadził staruszkę w powietrze! - wykrzykuje Molly. Wygląda na nieco przerażoną tym prostym stwierdzeniem.
- Nie. To znaczy tak, ale ja w gruncie rzeczy mówiłem o jego serenadzie dla mnie. Z użyciem radiomagnetofonu – poprawia się Sherlock.
John wchodzi przez drzwi zdecydowanym krokiem, pocierając o siebie palce lewej dłoni. Nie kuleje, ale wydaje się, że czuje się niezręcznie. Podchodzi do Sherlocka i Molly, uśmiecha się do dziewczyny – Sherlock stwierdza, że to prawdziwy uśmiech – i ściska jej łokieć. Molly wyraźnie się odpręża.
- Co z nim? - pyta John lekko, ruchem głowy wskazując na trupa.
- Nienajlepiej. Nie żyje – odpowiada Molly bez namysłu.
John nie może powstrzymać śmiechu, ale szybko przywołuje się do porządku i odchrząkuje.
- Jasne. No tak. Czy... rozmawialiście? To znaczy, wy, żywi.
- Tak. - Molly wreszcie odkłada kleszcze.
- I wszystko w porządku?
- Musisz zrobić wszystko, co w twojej mocy – mówi bez tchu Molly do Johna. Zaciska dłonie na jego ramionach, a John wbija w nią wzrok, tak samo spokojny, jak zawsze. - Wszystko. Nie mogę... to znaczy... nie... jeśli któryś z was będzie czegoś potrzebował – czegokolwiek – zawsze możecie mnie poprosić, ale musisz o niego zadbać, jeśli ja nie mogę... nie mogę nic zrobić.
Sherlock nie ma pojęcia, jak się zachować w obliczu tego obrotu wydarzeń, więc obserwuje uważnie Johna. Doktor zakłada ramiona na piersi, spuszcza głowę, znów odchrząkuje, po czym wyciąga rękę.
Molly puszcza jego ramiona i ostrożnie ujmuje podaną dłoń.
- Tak będzie – ogłasza John. - Obiecuję.
Wychodzą z Barts i znów idą na jedzenie, które zmienia się w ustach Sherlocka w popiół – tym razem jest to chińszczyzna – i znów detektyw zajeżdża baterię w telefonie na śmierć, i znów słońce zachodzi nad Londynem, otulając platany miękkim, bursztynowym blaskiem, na niebie pojawia się pasek chłodnego błękitu, a potem pomarańczu, a kiedy idą spacerem z powrotem na Pall Mall, Sherlock obserwuje pojawiające się kolejno gwiazdy i przecież jeszcze niedawno zastanawiał się, czy przed końcem ujrzy taki widok, mając u boku Johna Watsona, i sądził, że takie osiągnięcie zapewniłoby mu spokój, ale wcale tak nie jest.
Chce więcej.
Chce, żeby tak było już zawsze.
Chce wieczności. Chce utulić wieczność w swojej dłoni.
Zamiast tego chwyta Johna za rękę, splata ich palce ze sobą i udaje, że nie widzi, jak jego przyjaciel uśmiecha się szeroko.
Kiedy tym razem idą do łóżka, Sherlock nie pyta, czy muszą uprawiać seks, po prostu zwija się w jeszcze jeden żałosny, przybity kłębek. Kiedy John obejmuje go od tyłu ramionami i mruczy pełne miłości słowa w jego plecy poprzez cienką bawełnę koszuli, Sherlock zdaje sobie sprawę, że w Barts nie powiedział Molly „do widzenia".
I być może już mu się to nie uda.
- Jakim cudem jesteś w stanie tak czekać? - pyta chrapliwym głosem w ciemność. - Jak możesz to znieść?
- To właśnie robią żołnierze, kiedy do nikogo nie strzelają i kiedy nikt nie strzela do nich – odpowiada John cierpliwie. - Czekają.
xxx
Trzeciego dnia wracają na Baker Street ze swoimi rzeczami. Wszystkie okna zostały wymienione. Sherlock podchodzi do nich, pozostawiając torby Johnowi. Wygląda poprzez nową szybę na ulicę, patrzy na znajome sklepiki, drzwi i przechodniów. Okna budynku naprzeciwko również wymieniono. Sherlock gapi się na własne małe odbicie. Zdaje sobie sprawę, że wygląda potwornie. Jest wykończony stresem, zbyt chudy i zdecydowanie zbyt blady.
Jest też doskonale świadom – bo ludzie, który John nazwałby „uzależnionymi", zawsze są – że morfina i kokaina są bardzo blisko i bardzo łatwo byłoby po prostu przejść kilka metrów, i wreszcie je zażyć.
Sherlock sięga po skrzypce i opiera je na ramieniu. Chwilę po prostu tak stoi – ta postawa przynosi mu spokój. Potem przeciąga smyczkiem po strunach. Skrzypce wydają kilka zgrzytliwych dźwięków.
- Sherlock?
Detektyw opuszcza instrument i odwraca się.
- Hm?
- Sherlock, musimy chwilę porozmawiać – mówi John ponuro.
Sherlock obserwuje go, odkładając ostrożnie skrzypce i smyczek. John wygląda… Sherlock nie ma pojęcia, jak John wygląda. To jest inny John. Inni Johnowie są cudowni, ale ten jest dość przerażający. Przypomina Sherlockowi Johna Mówiącego w Paszto i trochę Johna Powalającego Abernetty'ego, ale – naprawdę – tego Johna nigdy wcześniej nie widział. Gdyby miał zgadywać, strzeliłby, że to Kapitan John Watson. Czuje coś między zachwytem a niepokojem.
- No to mów – żąda i przewraca oczami.
John kiwa głową krótkim, bardzo żołnierskim ruchem.
- Chodzi o Molly.
- Och, na miłość boską! – wykrzykuje Sherlock. – Mój penis nie działa poza tymi momentami, kiedy chciałbym, żeby nie działał. Jak i kiedy miałbym niby…
- Nie – mówi John stanowczo, unosząc spokojnie dłoń. – To nie… Nie. Twoja przyjaciółka Molly powiedziała mi, że muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy. Miała rację. A ja nie zrobiłem wszystkiego, co w mojej mocy. Jest jedna rzecz, której zrobić nie chciałem, ale powinienem. Ciągle odkładałem ją na później, ale jeśli mogę ci się przydać w jakikolwiek sposób, to zaryzykuję. I teraz musisz mnie posłuchać. Usiądź.
Skonsternowany Sherlock siada w swoim głębokim fotelu i zakłada nogę na nogę. John natomiast nie siada. Zaczyna krążyć po pokoju, ale nie są to kroki bezcelowe – wygląda bardziej, jakby szykował się do ataku. Wzdycha, zaciska pięści, rozluźnia je i odwraca się przodem do Sherlocka.
- Opowiedz mi o swoim pałacu umysłu – komenderuje.
Sherlock marszczy brwi i powoli mruga.
- Nic intymnego, tylko... powiedziałeś, że to system, a nie symptom. Jak wygląda?
Sherlock czuje rosnący niepokój.
- To pałac. W moim umyśle. Mówisz po angielsku?
- Tak. Oraz trochę po niemiecku, w paszto i całkiem znośnie po arabsku. - John pozwala sobie na chłodny uśmiech. - Dupek.
- O co ci chodzi?
John milczy przez bardzo, bardzo, bardzo długą chwilę.
- O tortury – odpowiada beznamiętnie.
Oczywiście.
- Jim chce zachować mnie przy życiu – stwierdza Sherlock bez tchu. - Zdajesz sobie z tego sprawę. Rozumiesz, że chce, żebym cierpiał, a nie, żebym umarł, więc na wypadek, gdyby mnie dopadł, bo teraz już sądzisz, że dopadnie...
- Nie dopadnie – warczy John. - Wybacz, teraz to jest Jim?
- Przemyślałeś swoje poglądy w kwestii tego, czy on jest w stanie mnie porwać, i stwierdziłeś, że abym przeżył to, co on sobie zaplanował, powinieneś mnie oświecić. W kwestii metod utrzymywania się przy życiu przez zakładnika. - Sherlock nagle wybucha śmiechem, odrzuca głowę w tył i klaszcze w dłonie. - Twoje głębokie i – pozwól, że to powiem – głupie przekonanie, że on nie będzie mnie w stanie tknąć, należy do przeszłości i czujesz się winny, bo nie trenowałeś mnie, bym zachował trzeźwość umysłu, podczas gdy on będzie układał głodne szczury na moim nagim ciele.
John ani drgnie. Dalej milczy.
- Cudowne. Och, doskonałe! Boże Narodzenie jest w tym roku wcześniej. - Sherlock nie posiada się z radości. - Jestem zachwycony. Naprawdę. Naprawdę-naprawdę. Och, cholera, Sherlock zniknął, no cóż, przynajmniej żyje, podczas gdy ktoś właśnie łamie go kołem. To jest... jest idealne. Skoro on chce utrzymać mnie jak najdłużej przy życiu, czerpać ze mnie tyle, ile będzie w stanie, to liczysz, że po jego uderzeniu odnajdziesz mnie dzięki upływającemu czasowi. Stracę kilka kończyn, kilka zębów, ale może nie stracę poczytalności, a ty twierdzisz, że nadal będziesz chciał taką osobę? Osobę, która już nie jest najpiękniejszym człowiekiem w Londynie, bo on zaszyje moje usta tak, że skóra w siebie wrośnie? Nawiasem mówiąc, to jedna z jego ulubionych koncepcji. Będziesz chciał odzyskać mój w połowie zepsuty korpus, o ile mój mózg nadal będzie sprawny?
- Nie dojdzie do tego. Ale... Tak. Nawet jeśli twój mózg nie będzie sprawny – odpowiada John tym samym, nienaturalnie spokojnym głosem.
- Chcesz żyć z torsem pozbawionym cielesnej autonomii, za to z głową pełną koszmarów? - Sherlock nie może przestać się śmiać, bo naprawdę, to jest nieskończenie komiczne. - Będziesz sypiał z gąsienicą o sztucznym... wszystkim, która nie będzie w stanie nawet uprawiać z tobą seksu? Chcesz mieszkać z popiersiem? Wybrałbyś taką osobę, chociaż mógłbyś mieć każdego? Odbiło ci?
John zgrzyta zębami.
- Pałac. Opowiadaj.
- Och, tak, wybacz. - Sherlock z trudem łapie powietrze. Oczy zachodzą mu łzami rozbawienia. - Tak. Tak, Kapitanie. Hm, jest dość duży. Zastanawia cię, gdzie jest najgłębiej?
- W dużym skrócie – zgadza się John. - Przede wszystkim, gdyby cię dorwał – a cię nie dorwie – musisz przyjąć do wiadomości, co się stało. Wiem, że to brzmi jak obłęd, i, oczywiście, musisz czatować na każdą możliwą drogę ucieczki. Każdego dnia musisz próbować uciec. Nigdy nie przestawać. Ale poza skupieniem się na ucieczce, musisz zaakceptować, że wpadłeś w gówno po uszy. Negacja złamie cię w dwa dni. A więc: rozumiesz, że masz kłopoty, i wiesz, że po ciebie idę*.
- To szaleństwo – nalega Sherlock, wciąż chichocząc. - Straciłeś rozum. A myślałeś, że to ja zwariowałem. Jesteś idealny, rozumiesz? Obłąkany. Nie mogę... jesteś zajebiście idealny, nie sądziłem nawet, że istnieją ludzie tacy jak ty. Powiedz jeszcze raz, że po mnie idziesz.
- Idę po ciebie – mówi John. W jego ciemnoniebieskich oczach błyska niemal niedostrzegalna iskra rozbawienia.
- Boże – jęczy Sherlock, wyginając szyję w łuk. - Im szybciej, tym lepiej.
- To dość oczywiste.
- Nie, nie o tym mówię. Chodź tutaj. Teraz.
- Odbywamy właśnie ważną rozmowę. - John krzyżuje ramiona, a jego cienkie wargi drgają z rozbawieniem.
- Odbędziemy ją, kiedy będziesz mi siedział na kolanach.
- Absolutnie nie możesz sobie pozwolić na dwie rzeczy – kontynuuje John bez zająknięcia. - Po pierwsze, nie zareagujesz na jakikolwiek nagły akt dobroci, na ofertę, prezent czy chwilę spokoju poprzez bratanie się z tym pojebem. On nie jest twoim sojusznikiem. Nigdy w życiu. On jest wrogiem. Zawsze. Po drugie, nie będziesz rozmyślnie milczał, bo to w ogóle nie działa. Jeśli zrobi ci krzywdę, wrzeszcz. Głośno. Wykorzystaj hałas. O ile będziesz w ogóle obecny przy tym, co zrobi. Mam nadzieję, że masz w pałacu umysłu miejsce na tyle głębokie, by nie mógł cię dosięgnąć. Jesteś w stanie wpaść w trans z własnej woli? Możemy to poćwiczyć.
- Wpadam w trans, kiedy mnie całujesz – powarkuje Sherlock, rozkrzyżowując nogi i przesuwając dłońmi po udach.
- Odpowiedz mi na jebane pytanie.
- Tak, kapitanie – odpowiada Sherlock. - Jestem w stanie niemal wpaść w śpiączkę. Okaże się jeszcze, czy jestem do tego zdolny, kiedy ktoś zmusza mnie do utrzymania otwartych powiek, jednocześnie mnie pieprząc.
- Przestań! - wybucha John.
- Och, na miłość boską, zamknij się wreszcie i pocałuj mnie – prosi Sherlock, rozpinając dwa pierwsze guziki swojej szarej koszuli. Nigdy wcześniej nie wypróbowywał takiej techniki, ale umie sobie wyobrazić jej potencjalny efekt, i... tak, John mruży oczy, a jego źrenice się rozszerzają. Doskonale. - I tak go do mnie nie dopuścisz. Ta cała pogawędka jest czysto akademicka.
- Wiedza to władza – odpala John, wbijając wzrok w srebro nagiej piersi Sherlocka. - Ćwiczysz czasem oddech? No wiesz, techniki relaksacyjne?
- Oddychanie to nuda.
- Wiesz, na czym polega przetrzymywanie kogoś w nienaturalnej pozycji?
- Jestem właśnie obiektem czegoś podobnego.
- Psychologiczne tortury...
- ...mają obecnie miejsce w tym mieszkaniu.
- Powinieneś znaleźć sposób, by efektywnie mierzyć upływ czasu – mówi John, przysuwając się bliżej. - Na wypadek, gdyby odebrał ci dokładne metody. Światło dnia i tak dalej. Przedłużone ciemności mogą doprowadzić człowieka do rozpaczy.
- Powiem ci, co mi wiadomo o czasie – mruczy Sherlock, rozpinając resztę guzików koszuli. - Nadal mnie nie całujesz i doprowadza mnie to do rozpa...
Sekundę później nogi Johna obejmują biodra Sherlocka; jego gorące usta pożerają usta Sherlocka i taktaktaktaktak, teraz jego język walczy o dominację, teraz jego zęby skubią dolną wargę detektywa, teraz jego dłonie są wszędzie, jedna na policzku Sherlocka, druga przesuwa się w górę i w dół jego odsłoniętej klatki piersiowej, a potem w tył, by przejechać paznokciami po plecach (wcześniejsze ślady po paznokciach już przybladły) i Sherlock wydaje z siebie wygłodniały dźwięk, który z kolei wyzwala warkot z głębin johnowego gardła.
- Widzisz? Lepiej korzystać, póki jest z czego – chichocze Sherlock, podczas gdy John zaciska pięści na jego dopasowanej koszuli i tworzy ustami ślad na jego szyi.
- Kochałbym cię, choćbyś był pieprzonym mózgiem w słoiku – dyszy John.
- A gdybym był zepsutym mózgiem w słoiku? – naciska Sherlock. Jego serce wali jak oszalałe, kiedy szarpnięciem rozpina spodnie Johna i przyciska dłoń do twardości, którą tam znajduje.
- Kochałbym cię, choćbyś był tylko cieniem samego siebie. Zrozum mnie, kurwa – nalega John. Przygryza wargi, kiedy jego biodra drgają. – Jeśli jesteś żywy, kocham cię. Koniec dyskusji. Jeśli jesteś martwy, kocham cię, ale…
- Nieco mniej entuzjastycznie – śmieje się Sherlock. – Przynajmniej fizycznie.
- Zaczynasz łapać.
- Kapitanie, powiedz mi jeszcze raz, że po mnie idziesz.
- Sherlocku Holmesie, kurwa mać, idę po ciebie – mówi John, wreszcie odpowiadając kocim uśmiechem na dziwaczną radość Sherlocka.
Znowu się całują – dziko, szaleńczo – kiedy komórka Sherlocka dzwoni. Obaj zamierają.
Kolejny dzwonek.
- Powinienem... no... - zacina się Sherlock.
- Tak, tak, jasne – mówi szybko John i odsuwa się odrobinę, ale nie wstaje.
Sherlockowi udaje się wyciągnąć telefon z kieszeni. Uspokaja oddech o tyle, o ile jest w stanie, i odbiera.
- Halo?
Przez moment w słuchawce panuje cisza. Potem odzywa się głos, którego Sherlock nie słyszał nigdy wcześniej; głos nieprzyjemny i rzeczowy.
- Sherlock Holmes, jak rozumiem – mówi mężczyzna po drugiej stronie linii. - Możesz pójść gdzieś, gdzie będziesz sam? To, co powiem, jest przeznaczone tylko dla twoich uszu. I lepiej, żebyś był sam. Ja nie żartuję.
- Kto mówi? - pyta Sherlock ostro. Gestem nakazuje Johnowi się przesunąć, wstaje i zapina jeden z guzików koszuli. - O co chodzi? Jeśli chce mi pan zlecić rozwiązanie sprawy, to chwilowo nie przyjmuję zleceń z uwagi na...
- Mówi Sebastian Moran – przerywa głos. Sherlock nagle rozpoznaje specyficzny, wojskowy ton i krew zamarza mu w żyłach. - Nie znasz mnie, ale pracowałem dla twojego brata w służbach specjalnych i proszę, na co mi przyszło. Jima nie będzie najwyżej dziesięć minut, a ja muszę przekazać ci kluczowe informacje. Chodzi o Johna Watsona i o piątą pestkę.
- Co on ma z tym wspólnego? - pyta Sherlock ostrożnie, spoglądając na temat rozmowy stojący pół metra od niego.
- Jest następnym zakładnikiem – mówi Moran. - Spędziłem sporo czasu na służbie za granicą, wiele jestem w stanie zrobić dla pieniędzy, ale już wtedy o nim słyszałem. Jim planuje go zabić. To, co zrobisz, nie ma znaczenia. Uważam, kurwa, że to mało honorowe, i dlatego dzwonię. Jim twierdzi, że przy trzeciej pestce – wtedy, kiedy wysadził tę babcię – oszukałeś, bo zadzwoniłeś do brata. John Watson jest żywym trupem. Więc musisz mnie posłuchać bardzo uważnie. W samotności.
*Moja największa zmora tłumaczeniowa, czyli „I'm coming for you", które oprócz znaczenia dosłownego („Idę po ciebie") ma oczywiście silne konotacje seksualne („Dochodzę dla ciebie"). W tym fragmencie gra słów mnie przerosła, przykro mi.
