21

– W czym mogę panu pomóc?

Zyglinda, córka starego Zygfryda stanęła u szczytu schodów przed wejściem do nadmorskiego dworu rycerskiego bez krzty uniżenia, z podbródkiem uniesionym jak co najmniej księżna.

– Życzę sobie rozmawiać z sir Zygfrydem – wycedził przez zęby baron Ingmar, ochmistrz domu Viliamra.

Był to człowieczek w czarnym fraku wzorowanego złocistą nitką i okazałym futrze, którego wzrost gubił się w sylwetce potężnego rodowego rumaka pod nim. Spod lekko przekrzywionego złotego beretu barona wystawało kilka przylizanych brązowych kosmyków pasujących do ufryzowanych wąsików.

Tak jak się spodziewał, dziewucha zagrała tę samą starą kartę:

– Ojciec jest niezdrów, nie może przyjmować u siebie żadnych wizyt.

Senior rodu już od lat nie opuszczał swoich komnat, to ona była jego twarzą. Twarzą szpetną, zwarzywszy na jej obyczaje. Z rozwianymi włosami jak dzikuska ganiała samopas konno bez żadnej przyzwoitki, w szarych strojach niegodnych damy. Nic więc dziwnego, że po dwudziestym roku wciąż nikt nie wziął jej za żonę, mimo niezgorszego posagu. Ponad wszystko, dla ochmistrza decyzja sir Zygfryda, żeby swoją prawą ręką uczynić kobietę, podczas gdy miał dorastającego już syna, była absolutnie nie do pomyślenia.

Dlatego też wstrzymywał oddech, powstrzymując oburzenie. Nie dość, że wysłano go w sprawie tak skandalicznej, to jeszcze na miejscu utrudniano mu zadanie odmawiając przyjęcia.

– To, co mam do powiedzenia, jest sprawą delikatnej natury. Dlatego przeznaczone jest dla uszu pana domu – podjął nieprzystępnym tonem.

Nie wywierał pożądanego wrażenia na lady Zyglindzie. Stała nieruchomo, ze ściągniętymi łopatkami i dłońmi złożonymi przed sobą skromnie. Falowane kasztanowe włosy swobodnie opadały na jej ramiona, niespięte nawet wstążką.

– Jestem tu w jego imieniu, drogi baronie. Proszę zatem powiedzieć, jaka sprawa was tu przywodzi – powtórzyła, łagodny uśmiech wykrzywił delikatnie jej usta, choć oczy pozostawały obojętne.

Kilkuosobowy orszak otaczający Ingmara po obu stronach, jak i paź z tyłu obserwowali biernie, jak walczy ze sobą, mówiąc:

– Wbrew wszelkim regułom przystojności, panicz Syd Viliarmson, opuścił bez niczyjej zgody swój dwór kilka dni temu. Przez nieobecność zaniedbuje wszelkie obowiązki i sprawia przykrość swoim czcigodnym rodzicom i nie zdarza się to po raz pierwszy. Mam podstawy przypuszczać, że przebywa na waszym zamku. Stanowczo nalegam, żeby natychmiast mi go wydano.

– Bardzo mi przykro to słyszeć – odpowiedziała lady – jednak zabrzmiało to jak nieprzyjemne oskarżenie. Nie wiem, gdzie przebywa, panicz Viliarmson, sugeruję poprosić o pomoc Alberychtów lub Svenów, z którymi pozostaje w wielkiej przyjaźni. Radzę również, aby możliwie następnym razem lepiej udało się panu upilnować jego podopiecznego.

W tym momencie paź a nawet i jeden ze strażników po kryjomu zaśmiali się pod nosem z uciechą. Panicz był ulubieńcem większości służby, zwłaszcza niższego szczebla, która nie brała udziału w machinie opresji rozkręcanej przez jego babkę.

Urażonego barona brała ochota, żeby wyminąć Zyglindę z jej perfidnym uśmieszkiem i zajrzeć zwyczajnie za drzwi - był pewien, że kłamała. Lady wiedziała, że się tego domyślał i że miał rację. Tym większą satysfakcję sprawiło jej ponowienie zapewnienia, wyegzekwowanie ciężko złożonych przeprosin i pożegnanie orszaku, który odprowadziła wzrokiem za mury.

– Odjechali – oznajmiła, wracając do sypialni ojca.

Pokój ten pełnił oficjalną funkcję w dużo większym stopniu, niż którykolwiek z salonów na zamku. Senior rodu spoczywał na łożu ułożonym dłuższym bokiem wzdłuż ściany podparty na wpół-leżąco niczym rzymianin pośród piętrzących się warstw pościeli i skórzanych narzut. Odkąd paraliż odebrał mu czucie w nogach, sir Zygfryd wycofał się ze świata i zarządzał ziemiami za pośrednictwem córki.

Kobieta uklęknęła jak zawsze u wezgłowia i uścisnęła szorstką dłoń, którą ojciec wyciągnął ku niej. Uśmiech zmarszczył jego twarz otoczoną grzywą z pierzastych włosów i brody.

Syd również uklęknął z wdziękiem ze względu na pozycję rycerza, żeby znajdować się poniżej niego i dopiero skłonił ku niemu głowę. Nastoletni Zygfryd, który stał tuż obok zastanowił się, czy i z ukłonów pobierał lekcje. Jemu samemu powiedziano tylko, że ma się zgiąć w pasie i pilnować czapki, a efekt nie był ten sam.

– Jestem ci niezmiernie wdzięczny, dobry panie – powiedział Viliamrsen. – Przepraszam, że musiałeś poświadczyć nieprawdę w mojej sprawie. Obiecuję, że ze wszystkich sił postaram się odwdzięczyć za tę przysługę.

Kiedy to słyszał, Zygfryd-syn wpadł na pomysł. Musiał jednak poczekać, aż rozmowa przebiegnie.

– Drogie dziecko, nie chcę słyszeć o żadnym odwdzięczaniu i przysługach – roześmiał się sir Zygfryd, wskazując chłopakowi gestem, żeby powstał. – Nie dają ci w domu spokoju, co? W waszym wieku trzeba się wyszumieć. Możesz się u nas zatrzymywać kiedy i na jak długo zapragniesz. Mój Zygfryd zawsze się ożywia, kiedy przychodzisz.

– Ponadto, nie odpuścilibyśmy sobie okazji, żeby podroczyć się z jegomością Ingmarem – dodała Zyglinda.

– Nie, proszę nie myśleć o nim źle – szepnął Syd na bezdechu, kiedy już wstał. – Priorytetem dla barona jest troska o moje najlepsze wychowanie. Nie jestem bynajmniej dumny z siebie za to, co zrobiłem.

Zyglinda posłała mu powątpiewające spojrzenie. Nigdy nie mogła zrozumieć dualizmu posłuszeństwa i buntu zdającego się walczyć o jego osobę. Dla siebie wybrała drogę wolności, która przeczyła się z utartymi normami. Oddała życie małżeńskie zgodne z konwenansami, które prawdopodobnie i tak nie dałoby jej szczęścia, w zamian za zgodność z własnym sumieniem. Konie, szermierka i gospodarka były pasjami, dzięki którymi nie tęskniła ani trochę za wyszywaniem i drogimi sukniami. W przypadku Syda przez większość czasu miało się pewność, że obowiązki i szacunek rodziny są dla niego świętością, a mimo to czasem nagle się im wymykał, tylko po to, żeby powrócić w ich szpony z wyrzutami sumienia. Nie wątpiła jednak, że czerpał przyjemność z wykradania się w nocy, krążenia po zatopionym w mroku lesie i wracaniu dopiero, kiedy miał ochotę jednym z tylnych wejść, robiąc widowisko wśród służek w negliżu, w koszuli z żabotem bez płaszcza.

– Oczywiście, ani przez moment temu nie przeczyliśmy – odpowiedziała pobłażliwie. Ten chłopak był niesamowicie grzeczny.

Sir Zygfryd, który całkiem zignorował ich ostatnie słowa, droczył się dalej:

– ...może nauczy się od ciebie odrobiny systematyczności! Jak doceniać swobody, jakie mu tu daję. Widzisz, mój ty pierworodny, w domu na wszystko wam pozwalam...

– Tatooo, przestań – żachnął się młody Zygfryd i szturchnął Syda. – Chodź, muszę cię o coś zapytać.

Przerwał mu formułki pożegnalne, poganiając go za sobą na zewnątrz, na kamienny krużganek obiegający wewnętrzny ogród zamku.

– Wiem, jak możesz mi się odwdzięczyć. Albo w ogóle, po prostu mi pomóc w czymś. Potrzebuję twojej rady... a propos czegoś – zaczął Zygfryd niepewnie, zapominając dosiąść się do Syda, który wskoczył na szeroką barierkę krużganku.

– Oczywiście, czegokolwiek zechcesz – odparł Syd pogodnie. – Czego potrzebujesz?

– Chodzi o to, że wiesz, że ty tak umiesz się kłaniać no i mówić ładnie – tłumaczył Zygfryd – chciałbym, żebyś mnie trochę nauczył. Od jakiegoś czasu się zbieram, żeby urządzić bal i żeby zaprosić księżniczkę Hildę.

Jego przyjaciel zamruczał na znak, że rozumie już wszystko.

– Więc to tak. Racja, Hilda jest rzeczywiście wyjątkową osobą.

Zygfryda przechodziły dreszcze, kiedy Syd wypowiadał JEJ imię bez tytułu i na myśl, że jemu w ogóle było wolno coś takiego zrobić.

– No więc, pomożesz? – niecierpliwił się.

– Nie potrzebujesz do tego mojej gadaniny. Po prostu pójdź do niej i powiedz, co masz do powiedzenia – przyznał Syd natychmiast. Były czasy, kiedy mógł być sam zazdrosny, że księżniczka darzyła sympatią niewymuszoną bezpośredniość Zygfryda. On jednak nalegał:

– Co ty, w życiu nie pokażę się jej bez przygotowania, zrobiłbym z siebie błazna, jeszcze większego niż normalnie. Weź, proszę cię! Ułóż mi coś takiego dobrego na dziewczyny.

– Skoro tego właśnie sobie życzysz. W końcu już obiecałem – Syd zgodził się przez śmiech i prostując się wygłosił – "Pani...", Pani jest bardzo ważna, nie możesz tego ominąć, "Pani, blask najjaśniejszej z gwiazd chwały przyćmić twojej by nie zdołał. Zechciej rozjaśnić bal, który wystawię na twą cześć, dnia tego i tego, i uracz swą obecnością skromne progi mego zamku, jeśli nie pragniesz mojej zguby" – a potem specjalnie, żeby zakłopotać Zygfryda, dopytał – Co najbardziej ci się w niej podoba? Tylko coś przyzwoitego, żeby można było powiedzieć.

Młody rycerz spłonił się po same uszy.

– Eee... włosy. Ma piękne włosy. I dłonie. Takie delikatne.

– Dobrze. A więc: "Srebro twoich włosów jest jak odbicie księżyca w tafli jeziora nocy" – wyrecytował Syd, a Zygfryd silił się, żeby pospiesznie wszystko zapamiętać. –"Zechciej ująć me serce w twe łagodne dłonie, ażebym na zawsze zapamiętał ich cudny dotyk...", tararara. Proszę bardzo. Nie zapomnij "pani"!