I w ten sposób trafiliśmy tutaj. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że ta bomba uderzy tak mocno.

Nie cię szlag, Lucjuszu.

Rozdział dwudziesty pierwszy: Pomona i Septimus jak żywi

Harry wyczuwał spięcie Lucjusza i jego szok. Minęły go niczym ciepłe powietrze. Harry obserwował jego twarz i zobaczył na niej lekkie spięcia, kiedy na przykład oczy Lucjusza chciały uciec na bok i tylko jego żelazna kontrola trzymała je w miejscu. Coś niemal roztrzaskało jego maskę, być może fakt, że jego syn otarł się o śmierć.

Albo i nie, pomyślał Harry, przypominając sobie sen, który go obudził i wygonił z pokoju wspólnego Slytherinu. Cień pochylał się nad spokojnie śpiącym w swoim łóżku Draconem. Harry wyszedł na korytarz, żeby odetchnąć świeżym powietrzem i wtedy nagle zobaczył stojącego tam Lucjusza, a jego sen niespodziewanie nabrał znacznie więcej sensu.

Lucjusz wreszcie pozbierał się na tyle, by odpowiedzieć. Podniósł podbródek.

– Nie będzie pan mi mówił, jak mam wychowywać syna, panie Potter – powiedział głosem tak zimnym, że Harry'ego nie zdziwiłoby, gdyby mróz się pojawił na otaczających ich ścianach. – Jesteśmy w tej chwili w trakcie tańca sojuszu, więc wolałbym pana nie skrzywdzić. Proszę zejść mi z drogi. Powołuję się na Officium Auctoris. Nie jest pan w stanie mnie powstrzymać przed zabraniem mojego syna ze szkoły.

Harry zamrugał. Officium Auctoris oznaczało, że najstarszy członek rodu decydował, co jest słuszne dla wszystkich pozostałych. Harry nie przypominał sobie, żeby ktokolwiek powołał się na to od dobrych pięćdziesięciu lat, ponieważ ogólnie uważano, że tak drastyczne ingerowanie w życie innych czarodziejów jest pozbawione smaku, do tego świadectwem przegranej w zbyt wielu tańcach. Odwoływano się do niego wyłącznie w ostateczności. To było zaskakujące, że Lucjusz sięgnął po takie środki…

I kompletnie nie w jego stylu. Harry przymrużył oczy i czekał z rękami założonymi za plecami.

– Proszę się odsunąć, panie Potter – powiedział Lucjusz jeszcze chłodniejszym głosem. – Wie pan, że nie ma pan w tym momencie nad nami żadnego autorytetu.

– Czekam – powiedział Harry.

Lucjusz po prostu jeszcze bardziej przymrużył oczy. Nie musi się krzywo uśmiechać, jak Snape, pomyślał Harry. Przekazywał swój autorytet całym swoim ciałem, ramionami, dłońmi, stopami równie stanowczo co swoim wyrazem twarzy.

Tylko, że teraz całym swoim chłodem okazywał strach, ale Harry był z tego rad. Przerażeni ludzie robili głupie rzeczy. Harry wiedział, że Lucjusz się przed nim nie wycofa, ale jeśli zrobi coś głupiego, to może sam uzna, że powinien to zrobić.

– Czeka pan, panie Potter? – zapytał Lucjusz, kiedy w końcu do niego dotarło, że Harry nigdzie się nie wybiera.

– Na sól, dym i srebro – powiedział Harry i czekał dalej.

– Nie potrzebuję... – zaczął cedzić Lucjusz.

– Ależ tak, potrzebuje pan – przerwał mu spokojnie Harry. – Gdyby chciał pan powołać się na swoje prawo do kontroli życia Draco, to nie, nie potrzebowałby ich pan. Ale jeśli próbuje się pan na to powołać w trakcie tańca sojuszu, to potrzebuje pan soli, dymu i srebra, by stworzyć przestrzeń, do której nie będę w stanie wejść. – Zacisnął za sobą swoje ręce, kiedy zobaczył jak twarz Lucjusza zasnuwa burza gradowa furii i wezwał własną magię. – Mój sojusz dotyczy całej pańskiej rodziny, panie Malfoy, nie zaledwie pana. Jeśli spróbuje pan zabrać Dracona bez odpowiednich rytuałów, to mogę po prostu wyjść z założenia, że ktoś się za pana podszywa i pana zaatakować. I mam do tego pełne prawo, ba, to wręcz mój obowiązek, by chronić pańską rodzinę przed niepoprawnie wykonanym Officium Auctoris. Prawdziwy Malfoy nie zapomniałby o takich szczegółach. Czy mam pana sprawdzić na wywar wielosokowy? – Harry pilnował, by jego głos był nienagannie uprzejmy, pewien, że wygra ten taniec.

I wygrał. Lucjusz pękł, a w oczach zapłonęła mu furia.

– Jesteś bezczelny, chłopcze – szepnął. – Zejdź mi z drogi, ale już.

Harry pokręcił głową.

– Nie ma pan autorytetu, by zmusić mnie do zejścia panu z drogi. W tym momencie tańca sojuszu jesteśmy sobie równi.

Lucjusz sięgnął po swoją różdżkę. Harry zdjął wszelkie ograniczenia ze swojej magii. Lucjusz zatoczył się w tył, dysząc ciężko, a jego oczy zrobiły się przeszklone, czego Harry się spodziewał. Dziecię Gwiazd pisał mu, że jego magia ma oddziaływanie na czystokrwistych. Harry nie wyobrażał sobie, że efekt może być aż tak dramatyczny.

– Harry? Co ty tu robisz?

Harry obejrzał się przez ramię. Teraz i Draco wyszedł z pokoju wspólnego Slytherinu, a jego oczy wciąż mrugały w sennym oszołomieniu, podczas gdy jedną ręką pocierał twarz. Wtedy zobaczył Lucjusza i poczuł magię w powietrzu. Zmarszczył brwi.

– Ojcze, ty chyba nie... – powiedział i urwał.

Harry obniżył nieco swoją magię, wciskając część jej za bariery. Nie chciał posyłać Lucjusza w aż taki stan… szoku, zachwytu, podziwu, czymkolwiek by to nie było. Na szczęście wyglądało na to, że Lucjusz szybko doszedł do siebie. Wyprostował się, potrząsnął lekko głową i już po chwili jego oczy były czyste i ponownie płonął w nich ogień.

– Nie będzie mnie beształ mój własny syn – powiedział. Wciąż jest wstrząśnięty, pomyślał Harry, przyglądając mu się. Gdyby dobrze się czuł, to przywołałby Dracona do porządku samym spojrzeniem.

I Draco by się go wtedy posłuchał. Teraz jednak założył ręce na piersi i zaczął mu prawić kazanie.

– Czy do ciebie wciąż nie dotarło, ojcze, że sam potrafię sobie dobrać przyjaciół? – zapytał. – Wychowałeś mnie tak, żebym był w stanie ocenić czyjąś potęgę, nie tylko w imię przetrwania. To miała być cecha prawdziwego Malfoya. – Jego oczy były przepełnione emocją, którą Harry widział do tej pory tylko raz – kiedy w zeszłym roku Draco pokonał swojego ojca w tańcu. – I wydaje mi się, że do tej pory zachowywałem się jak prawdziwy Malfoy. Ty z drugiej strony masz nieszczęśliwy zwyczaj porzucania naszego honoru, więc musimy go potem ratować razem z Harrym. I teraz robisz to znowu? – Przymrużył oczy. – Nasz honor jest raczej samotny, ojcze.

Lucjusz już w całości pozwolił się pochłonąć swojej furii. Harry spiął się i zrobił krok do przodu. Być może to właśnie oznaczał mój sen. Zdecydowanie wygląda teraz, jakby był gotów przekląć Draco.

– Już powiedziałem – powiedział Lucjusz głosem tak cichym, że nawet Snape by tego nie zdołał. – Nie będzie mnie beształ mój własny syn. Przyszedłem zabrać cię do Durmstrangu, Draco. Będziesz tam szczęśliwszy.

– Chyba masz na myśli "bezpieczniejszy" – wymamrotał Draco, po czym roześmiał się, a w jego głosie było tak wiele dławiącej goryczy, że Harry spojrzał na niego z ukosa i zastanawiał się, co mu umknęło. – Czy to nie jest oczywiste, że to tutaj będę bezpieczniejszy, ojcze? Przecież czułeś magię Harry'ego. Wiesz, że jest gotów zabić w mojej obronie. Uratował mi życie przed tym wężem. – Policzki Dracona zarumieniły się, a ogień w jego oczach mógł równać się jego ojcu. – A teraz przychodzisz powiedzieć mi, że to nie wystarczy, że będę bezpieczniejszy w jakimś cholernym Durmstrangu, pośród mrocznych czarodziejów? Wątpisz tym w zdolności Harry'ego jak i w moją zdolność oceniania sytuacji. Jak wiele jeszcze obraz masz zamiar tutaj dołożyć, ojcze? W ogóle nie obchodzi cię, że potem ktoś musi załagadzać sytuacje między naszą rodziną i potężnymi czarodziejami? I że tym kimś zawsze muszę być, kurwa, ja?

– Draconie – powiedział łagodny głos zza Lucjusza. – Język.

Draco momentalnie się wyprostował, a rumieniec zniknął z jego policzków kiedy pochylił głowę.

– Wybacz, matko.

Harry zamrugał, kiedy Narcyza Malfoy wyszła zza swojego męża i podeszła, żeby stanąć między nim a Draconem. Lucjusz gapił się na nią w szoku równie wielkim co wtedy, kiedy poczuł magię Harry'ego. Narcyza spojrzała łagodnie na swojego syna

– Oczekuję, że w przyszłości będziesz lepiej pilnował swojego języka – wymamrotała.

Następnie zwróciła się w stronę Lucjusza i posłała swojemu mężowi tak wściekłe spojrzenie, że Harry miał ochotę się skulić.

– Myślałeś, że nie wyjdę za tobą z domu, Lucjuszu? – zapytała miękko. – Jeśli naprawdę mi nie ufasz, to powinieneś był odczepić mnie od osłon rezydencji. Wówczas nie wyczułabym, że wyszedłeś.

– O czym ty mówisz, matko? – zapytał Draco. – Czemu miałby ci nie ufać? – Rzucił swojemu ojcu spojrzenie pełne oskarżenia, które Lucjusz bardzo starał się ignorować.

Harry zrobił niewielki krok w tył. Wyglądało na to, że ta sprawa jest znacznie bardziej prywatna, niż mu się wydawało, a skoro była tu Narcyza, to nie musiał się już martwić o Dracona. Chyba najlepiej będzie, jeśli…

Narcyza zerknęła w jego kierunku i pokręciła lekko głową, odpowiadając Draconowi. Harry zamrugał i nie ruszył się z miejsca.

– Twój ojciec otrzymywał listy – powiedziała Narcyza i twarz Lucjusza pobladła jeszcze bardziej. – Pochodziły od kogoś, kto stara się wskrzesić Mrocznego Pana. Groził, że cię zabije, jeśli twój ojciec nie będzie z nimi współpracował. Póki co robił to, o co go prosili, prawdopodobnie dlatego, że nie widział innego wyjścia. Dzisiaj jednak przybył tutaj celem, najwyraźniej, uprowadzenia cię z Hogwartu i zabrania do Durmstrangu. – Narcyza ucichła na moment, po czym spojrzała na Lucjusza. – Jesteś idiotą, mężu.

Wyglądało na to, że Lucjusz wreszcie wziął się w garść po trzech falach szoku, jakie go ogarnęły po buncie jego syna, pojawieniu się jego żony i wiedzy, jaką ta żona posiadała. Wyprostował się i sięgnął w stronę swojego rękawa, jakby chciał wyciągnąć różdżkę. Narcyza wywróciła oczami i zrobiła bardzo delikatny ruch nadgarstkiem.

Różdżka Lucjusza wyrwała mu się ręki i podpłynęła do niej. Narcyza schowała ją między swoje szaty, po czym zrobiła krok do przodu. Harry miał wrażenie, że to nie był przypadek, że teraz zasłaniała sobą jego i Dracona przed dowolnymi atakami, jakie mógłby rzucić Lucjusz.

– Czy nawet przez chwilę nie przyszło ci do głowy – powiedziała Narcyza tonem, którego zwykle się używa do rozmów o pogodzie – że może byłabym w stanie ci pomóc? Że może lepiej od ciebie zrozumiem pewne zawarte w liście niuanse, ponieważ jestem w stałym kontakcie z Draconem? Że gdybyś pokazał mi te listy, to zrozumiałabym zagrożenie i może zdołałabym znaleźć inne wyjście?

Lucjusz dyszał chrapliwie, a jego policzki były niezdrowo zarumienione. Harry podejrzewał, że nie zaszkodzi mu już okazywanie emocji, teraz, kiedy jego maska nie tylko została mu zerwana z twarzy, ale i podeptana.

– Nie – powiedziała Narcyza. – Widać od razu, że nawet nie przyszło ci to do głowy. Dlaczego?

– Ponieważ masz tendencję do reagowania na ślepo, kiedy wydaje ci się, że twój syn jest w niebezpieczeństwie, Narcyzo – powiedział Lucjusz, wreszcie odnajdując głos. Wyprostował się i spojrzał Narcyzie w oczy tak groźnie, że Harry poczuł się na ten widok nieco lepiej. Czyli jednak potrafi myśleć w stresie. Harry czułby się naprawdę niezręcznie, gdyby okazało się, że Malfoy jest tak zdruzgotany, że nie jest w stanie nic zrobić. – Mogłabyś zrobić coś głupiego.

– Tak jak ty teraz? – zapytała Narcyza.

Lucjusz otworzył usta, po czym szybko zamknął je z powrotem. Spojrzał na Harry'ego, a ten odpowiedział mu spokojnie patrząc mu w oczy. To od Lucjusza zależało, co powinien teraz zrobić. Być może sen się mylił i to nie Lucjusz jest tutaj zagrożeniem. Ale jeśli się nim jednak okaże, to Harry będzie gotów.

Poczuł, jak Draco opiera się o jego prawe ramię. Nawet na niego nie patrząc, Harry objął go i poczuł jak Draco się odpręża.

Lucjusz przymrużył oczy, jakby ten wyraz zaufania i przywiązania był sygnałem, na który tylko czekał, po czym zwrócił się z powrotem do Narcyzy.

– To tylko dziecko – powiedział głosem płonącym z zimna. – Widziałaś przecież, do czego zdolni są nasi wrogowie, Narcyzo – chowają się w Hogwarcie, wysyłają mroczne artefakty, żeby zagrozić naszemu synowi, węża, który mógł go zabić.

Narcyza kiwnęła powoli głową.

– Owszem, to pokazuje, do czego są zdolni – powiedziała. – Nie rozumiem jednak, jak może ci ciągle umykać to, do czego są zdolni nasi sojusznicy. Harry uratował Draconowi życie.

– Bo tak właśnie miało być! – Lucjusz podał jej kawałek pergaminu. Narcyza przyjęła go i przeczytała list. Jeśli jego zawartość jakoś ją poruszyła, to Harry nie byłby w stanie tego określić. Pod koniec Narcyza spojrzała znowu swojemu mężowi w oczy.

– I nigdy nie przyszło ci do głowy, że kłamią, ponieważ chcą zachować twarz po tym, jak ich plan wyraźnie się nie powiódł? – zapytała. – Nie docenili Harry'ego i nie chcieli, żebyś się dowiedział, przecież to oczywiste. Czytałam jeden z ich wcześniejszych listów, Lucjuszu, wspomnieli w nim coś o tym, że Harry nie jest potężnym czarodziejem. Od razu widać, że to nie jest prawdą. Dlaczego miałbyś wierzyć w cokolwiek, co ci potem napisali? – Narcyza złożyła list na pół i oddała go swojemu mężowi.

Harry widział jak Lucjusz ze wszystkich sił stara się wrócić do równowagi. Szło mu to jednak równie łatwo co próby sterowania nurkującego Pegaza bez uprzęży. Pokręcił głową i ostatecznie jego temperament znowu wygrał, kiedy niemal wyrwał Narcyzie list z dłoni.

– Ja muszę podchodzić do takich spraw inaczej niż ty – powiedział. – Wiesz, czemu. – Wykonał niemal niezauważalny gest w stronę swojego lewego przedramienia.

Narcyza prychnęła.

– Och, tak. Ponieważ masz na sobie brzydkie piętno i masz zamiar pozwolić mu zdominować swoje życie i stać się czymś ważniejszym od własnej rodziny. Naprawdę, Lucjuszu, godne podziwu. Nie pozwoliłeś jej na to dwanaście lat temu; czemu teraz miałoby być inaczej?

Narcyzo – warknął Lucjusz, zerkając przelotnie na Harry'ego.

– Bez obaw, panie Malfoy – powiedział spokojnie Harry. – Odkąd spędziłem u was święta wiem, że pan ma Znak, ale pani Malfoy nie. – Zamilknął na moment, zastanawiając się, czy powinien wymówić na głos swoje myśli, ale ostatecznie wzruszył ramionami i uznał, że równie dobrze może. Lepiej, żeby Lucjusz wiedział, na czym stoi. Ta sprawa była zbyt ważna, by o niej rozmawiać w tańcach. – Upewnię się też, żeby Draco nigdy nie został naznaczony.

Usłyszał obok syk, ale nie był pewien, jak zinterpretować minę, z jaką Draco na niego patrzył: zaskoczenie, wdzięczność, czy nadzieja. Jego własne oczy były wbite na twarzy Lucjusza i musiał się skupić na jego emocjach. Było ich tak wiele na raz, cały sztorm uczuć. Zastanawiał się, jak wiele miesięcy Lucjusz cierpiał samotnie pod tą presją, patrząc tylko na rosnący stos listów. Tym bardziej go zastanawiało, czemu nigdy nie postanowił się zwierzyć ze wszystkiego własnej żonie, ale co się stało, to się nie odstanie. Najważniejszy było tu i teraz.

– Dziękuję, Harry – powiedziała Narcyza ciepło. – I ja dodam swój głos do twojego. – Odwróciła się i spojrzała na Lucjusza. – Powinieneś wiedzieć, Lucjuszu – powiedziała spokojnie – że póki żyję, Draco nie zostanie naznaczony.

Lucjusz poderwał głowę. Wygląda jak jeleń, zagoniony na brzeg klifu przez stado wilków, pomyślał Harry ze współczuciem. Oczywiście, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby najpierw pomyślał i zapytał kogoś, czy bardziej warto jest zaufać Harry'emu Potterowi, czy sługom Mrocznego Pana.

– Czyli wybrałaś już, po czyjej stoisz stronie. – Lucjusz zdawał się ostrożnie dobierać słowa, patrząc tym razem już wyłącznie na Narcyzę. Przynajmniej do tego stopnia się opanował. – Nie sądziłem, że dojdzie do tego tak wcześnie. Wciąż istnieją rozsądne powody, by przyłączyć się do Mrocznego Pana, Narcyzo. Znasz je równie dobrze co ja.

– Znam – powiedziała Narcyza. – I gdyby w tym roku nie doszło do kilku sytuacji, to bym się nawet z tobą zgodziła, że powinniśmy rozważyć te powody. Ale te sytuacje miały miejsce. – Odwróciła się i spojrzała wprost na Harry'ego, pozornie nie martwiąc się tym, że jej mąż może ją teraz zaatakować od tyłu. – Harry – powiedziała. – Wyczułam twoją moc. Draco powiedział mi, że nie masz zamiaru zostać Lordem. Czy to prawda?

Harry kiwnął głową.

Narcyza odpowiedziała tym samym.

– W takim razie jestem po twojej stronie – powiedziała.

– To jest niemożliwe – warknął Lucjusz zza swojej żony. – Każdy, kto ma tak potężną moc jak ten chłopiec, dorasta, żeby zostać Lordem, ale on jeszcze nim nie jest, nie będzie nim jeszcze przez wiele lat. Zginie jak tylko stanie naprzeciw Mrocznemu Panu.

– Walczył z Mrocznym Panem już dwukrotnie, Lucjuszu – powiedziała cicho Narcyza. – Pod koniec pierwszego roku i w Komnacie Tajemnic.

Harry zamrugał na nią.

– Skąd pani o tym wie? – Jeśli wie, że to on, a nie Connor przepędził Toma Riddle'a…

Narcyza wykonała gest w stronę Dracona.

– Słucham swojego syna.

Harry odprężył się. Jeśli Narcyza usłyszała historię od Dracona, to poznała tylko ostrożnie zmodyfikowane wersje, które opowiedział wielu ludziom i w nich wszystkich to Connor jest bohaterem.

– Zginie, jak tylko Mroczny Pan wróci do dawnej potęgi – wtrącił się z uporem Lucjusz. – Zginie jak tylko zaczną walczyć. – Przerwał na moment, jakby starając się odzyskać resztki swojego zwykłego opanowania, po czym ciągnął dalej. – Wiesz o tym dobrze, Narcyzo, widziałaś te listy. Ta grupa może być niewielka, ale są zdeterminowani. Wskrzeszą Mrocznego Pana i wtedy jak mu się postawisz, Potter? – warknął na Harry'ego. Harry przypomniał sobie, że ostatnim razem widział na jego twarzy taki wyraz, kiedy Lucjusz spotkał jego rodziców na Pokątnej w zeszłym roku. – Nie jakieś jego żałosne resztki, jakie się zachowały w tym pamiętniku, ale prawdziwego Lorda?

– W ten sam sposób, w jaki zawsze to do tej pory robiłem – powiedział cicho Harry. – U boku mojego brata, który pokonał go już raz – a był wtedy znacznie młodszy ode mnie. – Uznał, że zwracanie Lucjuszowi uwagi na to, że jego klasyfikacja Harry'ego jako dziecka, była błędna, nie miało w tej chwili większego sensu. Zamiast tego postanowił ją przyjąć i użyć do własnych potrzeb według woli.

– Tak ci się tylko wydaje – parsknął Lucjusz. – Ale doświadczenie mówi mi, że zginiesz i wszyscy twoi sojusznicy zginą razem z tobą.

– Zabawne, ojcze – powiedział Draco kruchym, wysokim, cichym głosem. – Nie sądziłem, że tak chętnie mnie uśmiercisz.

Nawet Harry wzdrygnął się na widok twarzy Lucjusza, kiedy Draco to powiedział. Lucjusz wciągnął ciężko powietrze, jakby coś ugrzęzło mu w gardle. Przyklęknął i wyciągnął rękę.

– Draconie – powiedział. – Spójrz na mnie.

Draco spiął się u boku Harry'ego, ale z jego ruchu Harry wywnioskował, że po prostu przycisnął czoło do jego ramienia.

– Przyszedłem, żeby cię uratować – powiedział cicho jego ojciec. Jego wyciągnięta dłoń drżała. Jego głos nie. Harry miał pewne pojęcie co do tego, jak wiele musiało go kosztować opanowanie tego i był pod wrażeniem. – Obiecuję, Draconie. Nigdy bym cię nie porzucił tu na śmierć. Po prostu chcę cię zabrać z pola walki, jakim niebawem stanie się Hogwart. Pójdziesz do Durmstrangu. Tam będziesz bezpieczny, obiecuję.

– Nie – powiedział cicho Draco. – Nie chcę. Chcę zostać z Harrym.

– Draconie, jestem twoim ojcem – powiedział Lucjusz. – Musisz się mnie słuchać. – Harry widział, jak Lucjusz powoli bierze się w garść po tej chwili słabości. Jego twarz nabierała znowu surowego i chłodnego wyrazu.

– Czy to znaczy, że ja nie mam nic do powiedzenia w kwestii przyszłości mojego syna? – zapytała Narcyza. Miękkość jej głosu zapowiadała nadchodzące kłopoty. Harry cofnął się o krok, pociągając Dracona ze sobą.

– Przestań, Narcyzo. – Lucjusz starał się brzmieć rozkazująco. Nie wyszło mu. – Podejmuję tutaj jedyną dobrą dla nas decyzję. Nie zginiemy. Staniemy po zwycięskiej stronie…

– Z całym szacunkiem, panie Malfoy – wtrącił się Harry – ale co, jeśli ci ludzie właśnie mają nadzieję, że zabierze pan Draco ze szkoły?

Lucjusz przymrużył oczy, patrząc na niego.

– Mroczny Pan powróci – powiedział. – Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Po prostu nie chcę patrzeć, jak powraca w ten sposób.

Harry wydał z siebie dźwięk zaskoczenia, który w połowie zamienił się w parsknięcie śmiechem. Lucjusz dalej patrzył na niego ze złością. Harry szybko się opanował i zerknął na Dracona, któremu oczy lśniły zgodnie.

– Sam chcesz mu powiedzieć – zapytał Harry – czy mogę ja?

– Och, mów – zachęcił go Draco. – Raczej nie przyjmie tego najlepiej, jeśli usłyszy to od własnego syna. Widziałeś przecież jak strasznie wytrącam go z równowagi samymi wyzwiskami.

Lucjusz warknął. Harry kiwnął swojemu najlepszemu przyjacielowi, po czym odwrócił się w stronę ojca tego przyjaciela, zdeterminowany, by nie uśmiechać się zbyt szeroko i pilnować, by jego głos był tak dyplomatyczny jak to możliwe.

– Panie Malfoy – powiedział łagodnie – pan już wybrał swoją stronę. Wiem, jak Mroczny Pan się zachowywał w ostatnich latach swojego panowania, do tego, jak już wspomniała pańska żona, dwukrotnie z nim walczyłem. Naprawdę wydaje się panu, że wybaczyłby panu zdradę, jaką byłoby przeszkodzenie jego sojusznikom w przywróceniu go do życia?

Lucjusz zamarł. Jego wyciągnięta ręka przestała drżeć, a jego oczy patrzyły na niego powierzchownie bez wyrazu. Ale Harry wiedział, co oznacza ten brak ruchu i ciągnął dalej.

– Jest pan po naszej stronie. Pańska troska o Draco to pokazuje. Nie wierzę, że naprawdę spróbowałby pan go skrzywdzić, byle tylko go zabrać z Hogwartu. Dlatego właśnie przyszedł pan tu sam i spróbował go porwać, zamiast rzucić z domu jakieś zaklęcie nakazujące. Oczywiście, tak czy inaczej nie mogę panu pozwolić na pozbawianie go wolności wyboru. Ale być może niepotrzebnie się o to martwiłem. Mam wrażenie, że pan już od dawna wiedział, po jakiej jest stronie. Po prostu potrzebował pan, żeby ktoś to panu powiedział wprost, żeby naprawdę to do pana dotarło.

Lucjusz jeszcze przez chwilę tkwił kompletnie nieruchomo. A potem zaczął nagle szybko oddychać. Harry zmienił pozycję, gotów by stanąć przed Draconem, jeśli trzeba go będzie ochronić przed nagłym wybuchem magii.

– Śmiesz mnie oskarżać o pozbawianie mojego syna wolności wyboru? – szepnął Lucjusz. – Ty?

Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, czemu Lucjusz postanowił się uczepić właśnie tego zdania.

– Tak, panie Malfoy – powiedział powoli. – Tuż przed pańskim przybyciem śnił mi się cień, który groził Draco. Nie sądzę teraz, żeby naprawdę chciał pan go fizycznie skrzywdzić, ale miał pan zamiar zabrać go z Hogwartu, nie pytając go o zgodę.

– A tobie się wydaje, że co ty mu zrobiłeś? – Lucjusz wstał, mówiąc coraz głośniej.

– Nie, ojcze, czekaj – powiedział nagle Draco. Jego głos był cichy, zdesperowany i został kompletnie zignorowany.

Harry zacisnął pięści.

– Co ja mu niby takiego zrobiłem? – Jego własny głos brzmiał w jego uszach niczym odległe uderzenie gongu, który grał do rytmu z jego szybko bijącym sercem.

– Zmieniłeś go – powiedział Lucjusz beznamiętnie. – Mój syn nie jest już tym samym człowiekiem, który poszedł do Hogwartu, a zmieniać zaczął się jak tylko cię spotkał. Twoja magia jest po prostu zbyt potężna, Potter. Skończysz jako Lord, czy ci się to podoba, czy nie. Już przymusiłeś Dracona, by ten został kimś innym, czymś innym, po prostu po to, by wypełnić swoje pragnienie posiadania obok siebie zwierzątka.

– Nie – szepnął Harry.

Ale jak odwrócił się i spojrzał Draconowi w jego szeroko otwarte oczy, wiedział, że w słowach Lucjusza musi się kryć choć odrobina prawdy. Wówczas jego umysł przeskoczył do ostatniej sytuacji, w której Draco brzmiał na tak strasznie zdesperowanego.

Kiedy Hermiona prawie mi powiedziała…

– Moja magia nie przyciąga po prostu do mnie innych czarodziejów – szepnął. – Ona ich przymusza. A ja nic nie wiedziałem.

– I to ma pana niby w jakiś sposób z tego tłumaczyć? – Słowa Lucjusza stąpały niczym wilki. – To się już stało, panie Potter. Mój syn nie jest już tym samym człowiekiem. Prawdopodobnie taki los spotkał też innych ludzi z pańskiego otoczenia, wielu z nich byłoby pewnie innymi ludźmi, gdyby nie pański wpływ na nich. – Zaśmiał się krótko. – Przynajmniej Mroczny Pan jest szczery względem tego, kim jest i czego chce. Chciał zmienić nasz świat. Pan zmienił, wykrzywił i niszczył umysły po prostu przez wzgląd na dziecięce pragnienie bezpieczeństwa, komfortu i posiadania przyjaciół.

Lucjuszu – powiedziała Narcyza morderczo.

Harry nie słyszał tego, co się dalej wokół niego działo. Jego świat się rozpadał wokół niego, zabierając ze sobą wszystkie ostrożne wyjaśnienia, które chroniły go przed paniką, odkąd wypuścił swoją magię na wolność. Przymuszał ludzi. Wszystkie gromy, jakimi ciskał w Dumbledore'a były pozbawione znaczenia. Jak mógł się złościć na to, że dyrektor go spętał, kiedy sam pętał innych ludzi? To, że tego nie chciał, wcale go nie tłumaczyło. Wydawało mu się, że będzie miał choć trochę czasu, zanim zacznie przymuszać ludzi samą potęgą swojej magii, ale wyglądało na to, że się mylił. Jego magia robiła to nawet jak była jeszcze uwięziona za siecią feniksa. Co musiała robić w umysłami innych teraz, jak była na wolności?

Owinął się swoją magią tak ciasno jak tylko mógł, po czym wykorzystał ją, dla odmiany, do czegoś dobrego, wysyłając się w miejsce, w którym przymuszenie było stale praktykowane. Przynajmniej tam będzie mógł się poczuć jak w domu.

Poczuł, jak anty–aportacyjne osłony Hogwartu próbują się mu oprzeć ze wszystkich sił, ale Harry przebił się przez nie, czując jak jego ciało się wykrzywia, jego umysł wiruje, a po chwili korytarz zniknął mu z oczu.


Lucjusz miał zaledwie chwilę, by cieszyć się swoim zwycięstwem, nim Narcyza nie uderzyła go z otwartej dłoni.

Był pewien, że jej uderzenie było bardzo dokładnie wymierzone i zostawi po sobie czerwony, widoczny odcisk. Usłyszał zaklęcie bezróżdżkowe, jakie syknęła pod nosem i wiedział, że ślad nie zniknie. Lucjusz zachwiał się i zrobił krok do tyłu, dotykając policzka. Był drętwy. Przez wszystkie lata ich małżeństwa Narcyza jeszcze nigdy go w ten sposób nie uderzyła. W ten sposób mroczne wiedźmy naznaczały swoich mężów, kiedy ci zrobili coś koszmarnie, niewybaczalnie głupiego. Będzie nosił ten ślad tak długo, aż Narcyza nie postanowi zdjąć zaklęcia.

Narcyza odstąpiła od niego, patrząc na niego bystro i nieruchomo. Draco był zdruzgotany, patrzył się na miejsce, w którym jeszcze przez chwilę był Potter, zaciskając ręce przed sobą. Jego żona przesunęła się, tak że teraz kompletnie osłaniała ich syna przed Lucjuszem. Jej błyszczące oczy nie ruszały się z jego twarzy.

– Poinformowałam Dracona o tym, że Harry mógł go podświadomie przymusić już parę miesięcy temu – powiedziała dosadnie. – Podjął odpowiednie kroki, po czym uznał, że jest na tyle wolny, by móc dalej być przyjacielem Harry'ego. Nie wiedział jednak, jak powiadomić Harry'ego o wszystkim, więc czekał z tym, aż nie znajdzie na to odpowiednich słów. A teraz to zniszczyłeś, Lucjuszu i prawdopodobnie przeciążyłeś bardzo delikatny umysł potężnego i wyjątkowo niestablinego młodego czarodzieja. – Zamilkła na moment i ta cisza płonęła. – Gratulacje – powiedziała wreszcie.

Lucjusz nic nie powiedział. Nie spuścił wzroku z twarzy swojej żony, ale też nic nie odpowiedział. Dotarło do niego echo magii, której Potter użył przed chwilą, żeby zniknąć, przeplatające się fale bólu i potęgi.

Chłopiec był potężniejszy niż jakikolwiek czarodziej, jakiego Lucjusz kiedykolwiek wyczuł, nawet w noc przed tą, którą Mroczny Pan wybrał, by zniszczyć bliźniaków Potter. Lucjusz miał wrażenie, jakby otaczały go czarne, spienione fale. Każda część jego ciała go mrowiła i bolała w sposób, jaki zwykle czuł tylko w swojej głowie, kiedy ktoś w jego towarzystwie zdjął osłony ze swojej magii.

Do Lucjusza bardzo powoli zaczął docierać zarys tego, co zrobił.

Z dołu korytarza rozległy się kroki i Severus wybiegł zza zakrętu z wyciągniętą różdżką. Zawahał się, kiedy zobaczył trójkę Malfoyów, ale jego wzrok minął dorosłych i spoczął na Draconie.

– Gdzie jest Harry? – zapytał wprost.

– Aportował się – szepnął Draco. – Ojciec go zdenerwował.

Severus spojrzał na niego i jego wzrok przypomniał Lucjuszowi ten, który widział u niego w zeszłym roku, kiedy Severus niósł chłopca na rękach do szkoły. Lucjusz podniósł głowę i spojrzał na niego z wyższością. Już nie byli śmierciożercami. Severus nic mu nie mógł zrobić.

A potem przypomniał sobie na wpół zapomnianą plotkę, jaką kiedyś wyczytał w gazecie, jakoby Severus z jakichś tylko sobie znanych przyczyn postanowił adoptować chłopca, czy tam z pobawić się w jego prawnego opiekuna.

Severus miałby w tej chwili wszelkie prawo skrzywdzić go za to, że skrzywdził chłopaka Potterów.

Lucjusz poczuł, jak głowa go coraz bardziej boli.

– Nie zabiję cię – powiedział Severus. – Harry'emu by się to nie spodobało. Zostawię cię tutaj, żebyś mógł zastanowić się nad własną głupotą, Lucjuszu. Będziesz też miał okazję, żeby wyjaśnić wszystko dyrektorowi, kiedy ten przyjdzie tu, zapytać, co oznaczała ta eksplozja magii. Ja mam zamiar w tym czasie szukać Harry'ego. – Odwrócił się na pięcie i odszedł szybko w przeciwnym go nich kierunku, jego szaty powiewały wokół niego szarpliwie. Draco minął swoją matkę i pobiegł za nim.

W ten sposób Lucjusz pozostał sam ze swoją żoną. Narcyza nie poruszyła się z miejsca, a jej oczy wciąż były nieruchomo w niego wbite.

– Nie zasługujesz na drugą szansę, Lucjuszu – powiedziała wreszcie głosem zimnym i bezlitosnym. – Powinieneś był porozmawiać ze mną w chwili, w której zacząłeś dostawać te listy, w chwili, w której zauważyłeś, że Dracona pociąga potęga magii Harry'ego. Wtrąciłeś się w przyjaźń swojego syna i złamałeś moje słowo. Obiecałam, że nie dopuszczę do tego, by ktoś skrzywdził jego, lub Harry'ego, tak długo jak Draco jest pewny, że przyjaźni się z nim ze swojej własnej woli. – Przerwała na moment, po czym ciągnęła z namysłem. – Biorąc to wszystko pod uwagę, nie zasługujesz na nią, ale dostaniesz ją, ponieważ jesteś ojcem Dracona, moim mężem i, jak już Harry zauważył, jego sojusznikiem przez wzgląd na swoje zachowanie. – Wyciągnęła w jego stronę dłoń.

Lucjusz patrzył się na nią. Czy ośmieli się ją uścisnąć? Jeszcze nigdy w życiu nie został tak upokorzony jak dziś i zwykle zaraz potem zacząłby kombinować nad tym, jak się zemścić na ludziach, którzy byli za to odpowiedzialni. Teraz jednak czuł tylko w gardle gęsty, zimny posmak wstydu.

– Choć raz, Lucjuszu – powiedziała Narcyza, głosem spokojnym i mocnym – ugnij ten swój dumny kark. Pomogę ci, ale tylko, jeśli mi na to pozwolisz.

Lucjusz uścisnął jej dłoń.


Harry siedział na łóżku we Wrzeszczącej Chacie i patrzył się na przeciwległą ścianę, podczas gdy jego umysł wirował, ciął i tańczył wokół myśli, których nigdy wcześniej nie myślał, że pojawią się w jego głowie.

Teraz już pamiętał jak Draco zmienił swoje zachowanie na pierwszym roku. Przeszedł od chłodu i opanowania, jakie okazywał w hogwardzkim ekspresie, tak samo jeszcze przez kilka pierwszych nocy po tym, jak Harry został przydzielony do Slytherinu, do oddanego przyjaciela. I dlaczego? Bo nie miał wyjścia. Już wtedy Harry polegał na jego umyśle, plótł własne sieci, używał magii, by zmusić Dracona do reakcji, jakich od niego chciał.

A Snape na pierwszym roku? Snape był oklumentą. Harry był pewien, że wyczułby wpływ jego magii na swoje myśli i zająłby się tym. Co by tłumaczyło jego zmienne nastroje. Ale od tamtego czasu zmiękł, przyzwyczaił się do Harry'ego.

Albo moja magia go zmiękczyła dla mnie.

Harry zdusił jęk. Chciał kogoś, komu mógłby zaufać, prawda? I magia mu to zapewniła. Magia pewnie była skłonna zapewnić mu wszystko, czego chciał od wszystkich, gdyby tylko jej na to pozwolił.

Nie mam zamiaru jej na to pozwalać.

Hawthorn, Adalrico, Dumbledore, jego rodzice, Syriusz, Remus… jak wiele znanych mu ludzi zostało zmienionych przez jego magię? Jak wiele z tych zmian powinien przypisać sobie? Co, jeśli nacisnął na kruchy umysł Syriusza i jeszcze bardziej go zniszczył? Co, jeśli przyciągnął do siebie swoich czystokrwistych sojuszników, podczas gdy ci woleliby walczyć po stronie Mrocznego Pana, który przynajmniej przedstawiał sobą świat, który od zawsze znali i ideały, o które znacznie łatwiej byłoby im walczyć? Co, jeśli popełnił zbrodnie gorsze niż Dumbledore, nawet jeśli nie wiedział, co wtedy w ogóle robi?

Jego rodzice…

Rzucił na nich Fugitivus Animus, mroczne zaklęcie, niemal bez namysłu, po prostu po to, by sobie ulżyć w bólu, po prostu dlatego, że chciał się wymknąć z Hogwartu i umrzeć, kiedy jego magia będzie opuszczała jego ciało. I wciąż go nie zdjął, chociaż miał do tego tak wiele okazji. Mógł je zdjąć w dowolnym momencie wakacji, albo tuż przed wyjazdem do Hogwartu, albo w czasie meczu quidditcha. Zamiast tego prawdopodobnie tylko je wzmocnił, kiedy wypuścił swoją magię na wolność.

Do tego miał koszmarną pewność, że gdyby jego rodzice nie byli pod tym zaklęciem, gdyby zwrócili na niego uwagę, to prawdopodobnie by ich zabił, a przynajmniej koszmarnie okaleczył.

Gdzie się nie zwrócę, pomyślał Harry, tam jest tylko gorzej. Czego bym nie zrobił, to tylko dalej będę krzywdził ludzi. Snape i Draco może się o mnie martwią, ale to nie jest naturalne. Zmusiłem ich do tego. Moja magia jest kompletnie nienaturalna. Dumbledore miał rację, a Dziecię Gwiazd plótł od rzeczy, pisząc, że mogę być przywódcą. Kim innym mogę zostać, jak Lordem, odcinającym ludzi od ambicji i wolności?

Zacisnął przed sobą ręce i Chata zatrzęsła się wokół niego, jakby miała się wzbić w powietrze. Harry stłamsił swoją furię. Nie mógł sobie pozwolić na złość, nawet jeśli była ona tylko przeciw niemu.

No to co mi pozostało? Samobójstwo?

Rozważył tę możliwość relatywnie spokojnie. Od dawna zdawał sobie sprawę z tego, że jego szanse przeżycia nie były szczególnie wysokie. Jeśli mógł zginąć w wojnie za Connora, to z pewnością mógł też zginąć z własnej ręki, żeby powstrzymać się od wpływania na umysły innych ludzi. Wolałby zginąć, niż kogoś do czegoś przymusić. Tak mówił. Tak czuł. Czy naprawdę miał to na myśli?

I wtedy świat obróci się i nagle wszystko z powrotem nabrało sensu.

Connor.

Harry zaczął swobodniej oddychać. Nie mógł popełnić samobójstwa. Musiał żyć dla dobra swojego brata. Nie tylko Connor pozostałby bez opieki, gdyby Harry zginął, ale też przytłoczyłby go żal. Harry skrzywdził się na myśl krzywdzenia kogoś w ten sposób.

I jesteś pewien, że i jego nie przymusiłeś do troski o ciebie?

Nie, uznał Harry, nie był. Ale uważał, że to było mało prawdopodobne. Miłość między nim i Connorem zaczęła się w dzieciństwie, kiedy sieć feniksa była świeża i chroniła wszystkich wokół przed nienaturalnym wpływem jego magii. Jeśli w życiu Harry'ego istniała jakaś relacja, która miała szansę być wolna od tego skażenia, to z pewnością była to więź z jego bratem.

I być może…

Harry usiadł i odetchnął powoli. Pozwolił sobie odczuć nadzieję i to bolało, ale niby od kiedy to bał się bólu? Bardziej bał się bólu innych.

Connor uczy się magii przymuszenia, pomyślał. Chyba będzie w stanie nauczyć mnie jakichś technik. Nauczy mnie, jak to kontrolować, jak ograniczyć wpływ mojej magii na innych ludzi.

Harry musiał przyznać, że problem, sedno całej sprawy, sęk tkwił właśnie w tym, że nie mógł tak po prostu wrócić pod sieć feniksa i mieć nadzieję, że wszystko ułoży się tak, jak było w czasie jego dzieciństwa. Spętanie jego magii tylko przysporzyło więcej problemów. I wiedział, że Draco i Snape będą mu wiercili dziurę w brzuchu, jeśli tego spróbuje, bo mimo wszystko minie trochę czasu, nim ich prawdziwe natury nie wrócą i nie przestaną się o niego martwić. Wolał nie przysparzać im więcej cierpień i ograniczyć się tylko do wycofania swojego przymuszenia.

Do tego były jeszcze obietnice, jakie złożył Peterowi i Snape'owi – od którego bez namysłu, jak jakiś Lord, zażądał poświęcenia części swojej pogardy wobec Syriusza – oraz jego zobowiązanie wobec Remusa, że go uwolni spod Obliviate. Były jeszcze sugerowane obietnice wobec stworzeń zamieszkujących Las, chociaż sam jeszcze do końca nie wiedział, jakie, oraz to wobec dementorów i Fawkesa.

Do tego wszystkiego potrzebował swojej magii.

Nie mogę jej spętać, postanowił Harry, schodząc z łóżka. Nie mogę jej ignorować, jak to miałem w zwyczaju. Muszę zrobić to trudniejszym sposobem i stawić jej czoło. Muszę się wreszcie nauczyć, jak nad nią w pełni zapanować, tak jak to sugerowało Dziecię.

Przypomniał sobie historię Falco Parkinsona, który zginął, próbując iść tą drogą przez swoją magię i to, co Dziecię Gwiazd napisał mu w liście, że wielu potężnych czarodziejów zginęło albo oszalało, starając się nie zostać Lordem.

Harry zaśmiał się i z ulgą usłyszał, że był ponury dźwięk, ale na pewno nie pokonany.

Niby odkąd cokolwiek w moim życiu było proste?

Ale żeby znaleźć czas i miejsce na trening, oraz żeby dać Draconowi i Snape'owi czas na powrót do normalności po tym, co im zrobił, musiał się upewnić, że będzie się przez jakiś czas trzymał od nich z daleka.

Harry dokładnie wiedział, jak to zrobić.


Neville wpuścił go do wieży Gryffindoru bez żadnych pytań i wskazał Harry'emu drogę do sypialni trzeciorocznych chłopców, kiedy ten zapytał o Connora. Harry znalazł tam swojego brata, który tylko udawał, że odrabia pracę domową z zaklęć, a tak naprawdę rozmawiał z Ronem. Ucichli, kiedy wszedł i zagapili się na niego.

Harry wziął głęboki wdech i spojrzał Connorowi w oczy.

– Obiecałem ci kiedyś, że już wszystkie święta spędzimy razem – powiedział. – A potem w zeszłym roku złamałem tę obietnicę. W tym roku już nie chcę. Mogę pojechać z tobą na święta do domu?

Kiedy twarz Connora rozjaśniła się w szerokim uśmiechu, a ten rzucił się, żeby go mocno przytulić, Harry wiedział, że podjął dobrą decyzję.