XXV
Gdyby Harry mógł mieć ostatnie życzenie przed rozpoczęciem się bitwy, chciałby poprosić wszystkich Bogów i Merlina o śmierć Riddle'a.
Aportowali się do Ministerstwa równo o osiemnastej. Towarzyszył im tylko Lucjusz. W przeciwieństwie do Harry'ego, Malfoy nie wydawał się być spięty. Harry nie mógł się nawet skupić na słuchaniu, o czym rozmawiają mężczyźni. Jego ręce były już spocone i niekontrolowanie drżały. Riddle musiał to zauważyć, bo spojrzał wymownie na Lucjusza i odciągnął Harry'ego na stronę. Byli już prawie przy gabinecie Ministra i Harry poczuł się głupio, robiąc wokół siebie zamieszanie, jakby nadal był dzieckiem.
- Wszystko w porządku? – spytał Riddle, uważnie obserwując twarz chłopaka.
- Od kiedy jesteś taki opiekuńczy? – warknął Harry, zirytowany tym, że nawet zimny i bezuczuciowy Riddle się nad nim trzęsie.
- Nie będę miał czasu, by sprawdzać, jak się trzymasz podczas bitwy – zaczął spokojnie Riddle, prawie łagodnym tonem.
- Przestań! – wycedził Harry i Tom natychmiast zamilkł, przypatrując się chłopakowi ze zdziwieniem. – Jesteś cholernym draniem. Dlaczego więc nagle się mną przejmujesz? Czy naprawdę jestem aż tak żałosny, że nawet ty, pieprzona emocjonalna skała, czujesz do mnie współczucie? Jak nisko upadłem-
Przerwał mu brutalny pocałunek. Język Riddle'a bez zaproszenia wdarł się pomiędzy wargi Harry'ego, desperacko szukając w nich oparcia. Harry nie miał siły, by odepchnąć mężczyznę i tylko pogłębił pocałunek. Kiedy się od siebie oderwali, obaj ciężko dyszeli, a na policzkach Harry'ego wykwitły rumieńce.
- Co przede mną ukrywasz? – spytał cicho Harry.
Riddle chwycił go za kołnierz i przysunął bliżej siebie, zamykając oczy i wdychając z ulgą zapach swojego Animusa. Wyglądał na chorego. Jego cera było niezdrowo blada, a pod oczami miał ciemne sińce. Nawet czarne włosy wydawały się mieć mniej blasku. Gdy się w końcu odezwał, Harry'ego oblał zimny strach. Miał wrażenie, że głos Toma zaraz się załamie.
A Tom Riddle nigdy się nie załamuje.
- Musimy iść – wyszeptał słabo mężczyzna.
- Nie – Harry pokręcił głową z desperacją, nagle przypominając sobie swój sen. – Proszę, zostaw to. Wyjedźmy gdzieś. Proszę. Tom, proszę.
Przez chwilę Riddle chyba naprawdę rozważał błagania chłopaka, bo zawahał się, ale po długich minutach, dla Harry'ego trwających wieczność, mężczyzna potrząsnął głową, jakby nie umiał zaprzeczyć w inny sposób. Otworzył oczy, a oprócz intensywności i inteligencji, Harry zauważył też coś jeszcze, coś, czego Tom nie zdążył ukryć na czas.
Ból.
- Błagam...
- Nie mogę – Tom pokręcił głową, jakby próbował przekonać też samego siebie. – Czekałem na to długie pięćdziesiąt lat. To moja zemsta.
- Zemsta nie jest tego warta – wykrztusił Harry, dusząc się pod intensywnym spojrzeniem Riddle'a.
- Co zobaczyłeś? – spytał nagle mężczyzna. – W swoim śnie?
- Ja... nic – nie mógł tego powiedzieć.
Jakim tchórzem był.
- Chodźmy – nakazał chłodno Riddle, natychmiast zbierając się w sobie.
Jego oczy znowu błyszczały podekscytowaniem, ale Harry dobrze wiedział, że to tylko maska.
Tak bardzo się bał.
- Tom... – zawołał cicho za mężczyzną, ale ten od razu się odwrócił. – Cokolwiek zrobiłeś... Jestem gotowy ci przebaczyć.
Riddle zacisnął usta w cienką kreskę i spojrzał po raz ostatni na Harry'ego. Tym razem, nie ukrywał uczuć, pozwalając, by uderzyły one z mocą w chłopaka. Ból, niepewność, strach... I jak nagle się pojawiły, tak nagle zniknęły.
- Nie rzucaj słów na wiatr – ostrzegł zimno mężczyzna i zniknął w drzwiach do gabinetu Ministra.
Harry opadł na podłogę, wstrząśnięty, tym, co zobaczył.
Jeśli nawet Riddle, arogancki i pewien siebie Riddle, wierzył, że Harry tym razem mu nie wybaczy, to co musiał zrobić?
Podskoczył, gdy poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu. Podniósł niepewnie głowę, spotykając szare oczy Lucjusza. Mężczyzna bez słowa pomógł mu wstać, ale nie puścił jego dłoni. Stali tak, mierząc się nawzajem wzrokiem. Kiedyś, zaciekli wrogowie, teraz... Kim byli teraz?
Nigdy nie próbował mnie zabić. Nigdy nie służył Voldemortowi.
- Dziękuję – powiedział w końcu.
- Po czyjej jesteś stronie, Harrison? – spytał Lucjusz niespodziewanie.
- Słucham? – Harry zmarszczył brwi.
- Dawny Złoty Chłopiec, symbol dobra i prawości – mruknął Malfoy, na tyle cicho, by tylko Harry go usłyszał. – Stoi przed komnatami Ministra, pomagając następnemu Czarnemu Lordowi w osiągnięciu potęgi. Jednocześnie odmawia zabijać, a jednak będzie kierować bazyliszka na bezbronnych czarodziei, którzy upadną pod morderczym spojrzeniem węża. Nie ważne, czy będą to Śmierciożercy, czy Niewymowni, czy może ludzie Ministra. Padną wszyscy. Jak muchy.
- Po czyjej ty jesteś stronie? – wysyczał Harry, nagle uświadamiając sobie, że słowa Lucjusza miały przerażający sens.
Skąd miałby bazyliszek wiedzieć, na kogo spojrzeć, a na kogo nie?
- Jestem całkowicie lojalny naszemu Panu – odpowiedział spokojnie mężczyzna. – Ale jednocześnie mam wobec ciebie duży szacunek. W moich słowa nie ma żadnej nielojalności. Wskazuję tylko punkt, który mogłeś przez przypadek... pominąć. Czy siedząc w Malfoy Manor zastanawiałeś się, dla kogo chcesz walczyć? – Lucjusz strząsnął Harry'emu kaptur z głowy, odsłaniając twarz Harrisona Shadow, jasne, krótkie włosy i ostre kości policzkowe, które tylko nadawały mu bezlitosnego wyglądu, godnego Śmierciożercy.
- A czy mam wybór? – syknął Harry. – Dumbledore próbował mnie zabić. Voldemort nadal chce mojej śmierci. Jedynie Riddle nie pała żądzą... – Harry zmarszczył brwi, widząc rozbawienie malujące się na twarzy Lucjusza – ...śmierci.
- Nie, z pewnością nie – przyznał łagodnie Malfoy. – I podejrzewam też, że chcesz upadku Voldemorta i Dumbledore'a?
- Tak. – Oczy Harry'ego zabłysły wściekłością.
- Dobrze. – Lucjusz kiwnął głową i uśmiechnął się zimno. – Do zobaczenia na polu walki, panie... Shadow.
- Chwila! – warknął Harry za Malfoyem. – Co to miało być?
- Widziałem, że potrzebowałeś upewnienia, że znajdujesz się po właściwej stronie. Teraz je dostałeś – mężczyzna odwrócił się gwałtownie i przycisnął Harry'ego do ściany. – Będziesz miał swoją zemstę. Dlaczego zawracasz sobie głowę mugolami? Nie przypisuj naszemu Panu cech, które posiada Lord Voldemort. Podążamy za czarodziejem, którego jedynym celem nie jest zabicie wszystkich mugoli i szlam na tym świecie. Przemyśl to.
Harry pozwolił, by Lucjusz rzucił mu ostatnie uważne spojrzenie i odszedł, tak jak Riddle znikając za drzwiami do gabinetu Ministra.
Ciężko przełykając ślinę, powoli zaczynał się uspokajać.
Riddle zrobił coś, czego żałował i co prawdopodobnie bardzo wścieknie Harry'ego. Jest to związane z bitwą w Ministerstwie.
Ale jednocześnie Riddle żałował.
Tom Riddle nigdy nie żałuje swoich czynów.
I to spojrzenie...
Z głośno bijącym sercem, Harry otworzył drzwi do gabinetu Ministra i zatrzasnął je za sobą. Pomieszczenie było puste. Żadnych mebli, ludzi, lamp – nic. Tylko wielka, przeszklona szyba na przeciwko wejścia. Harry podszedł bliżej, z fascynacją spoglądając w dół. Rufus miał doskonały widok na cały główny hol Ministerstwa. Fontanna wyrzucała z siebie strumienie wody, na najwyższym punkcie zrównując się z gabinetem Ministra i wzrokiem Harry'ego. Ale to nie fontanna zaparła mu dech w piersiach.
Fontannę otaczało ponad dwieście osób, większość z nich w jasnoniebieskich szatach. Harry domyślił się, że były to wampiry. Reszta miała na sobie kruczoczarne peleryny podróżne. Oprócz nich nikogo w holu nie było i Harry domyślił się, że Riddle w jakiś sposób przekonał Rufusa, by zamknął Ministerstwo. Czego Scrimgeour nie wiedział to powodu, dla którego Riddle mógłby składać tak niecodzienną prośbę.
Oczywiście później pewnie odznaczy Toma Orderem Pierwszej Klasy za „zasługi dla Czarodziejskiego Świata". W końcu uchronił niewinnych ludzi od Śmierciożerców i Voldemorta!
Nagle fontanna przestała działać i Harry zamarł, na chwilę zapominając, jak się oddycha. Cała wystająca część machiny zaczęła się podnosić. Woda zalałaby cały hol, gdyby nie zaklęcia ochronne, które natychmiast podniosły temperaturę w Ministerstwie, dzięki czemu woda wyschła. Harry gorączkowo szukał wzrokiem Riddle'a, ale mężczyzna musiał pójść z Lucjuszem gdzie indziej, bo w holu na pewno go nie było. Górna część fontanny aportowała się z cichym 'pyk', pozostawiając po sobie wielką dziurę w podłodze.
Dostatecznie dużą, by przecisnął się przez nią bazyliszek.
I wtedy go zobaczył, najpierw żółte ślepia, a dopiero potem oślizgłe, ogromne cielsko. Wąż wyglądał tak samo, jak Harry go zapamiętał, a może był jeszcze większy? Zbyt pochłonięty obserwowaniem bazyliszka, zapomniał już, że nie powinien patrzeć mu w oczy.
Przez chwilę myślał, że ludzie wokół bazyliszka także o tym zapomnieli, ale nie, nikt nie ruszył się z miejsca, spokojnie patrząc, jak wąż lokuje się kącie sali. Jego wielkie cielsko zajmowało prawie połowę hali.
- Piękny, prawda? – usłyszał Harry cichy głos koło ucha, ale nawet nie odwrócił głowy.
- Dlaczego nie zabija wzrokiem?
- Mądry chłopak – pochwalił Kayle. – Widzisz, ludzie zastanawiają się skąd w ogóle Salazar mógłby wziąć jajo bazyliszka. A ja akurat tamtej nocy byłem bardzo znudzony. Właśnie wróciłem z-
- Żartujesz sobie ze mnie – Harry odwrócił się gwałtownie, spodziewając się, że stanie twarzą twarz z mężczyzną, ale ten już zdążył zrobić dwa kroki do tyłu. – Nie możesz być aż tak stary.
Kayle w odpowiedzi tylko podniósł brew.
- Czyli dałeś jajko bazyliszka Salazarowi, bo byłeś znudzony? Czy... Merlinie, nie! Nie możesz być taki stary! NIKT NIE MOŻE!
- Fascynujące – przyznał Kayle drwiącym głosem. – A jeśli już skończyłeś panikować i robić z siebie idioty, jak zwykle...
- Dzięki.
- ...to pozwól, że odpowiem na twoje pytanie. Bazyliszki na początku wcale nie zbijały wzrokiem, to był tylko jakiś głupi przesąd mugoli. Aczkolwiek, Salazar uznał te... bajki za bardzo zabawne. Stwierdził, że byłoby śmiesznie, gdyby ich własny pomysł został wykorzystany przeciwko nim.
- I jak rozumiem, ty także pomyślałeś, że to niesamowicie zabawne? – Harry skrzywił się, notując w myślach, po kim Riddle miał takie beznadziejne poczucie humoru.
- Uznałem to za dobrą rozrywkę – Kayle lekko wzruszył ramionami. – Dlatego razem z Salazarem opracowałem wystarczająco potężne zaklęcie, które przetrwałoby nawet naszą śmierć – Kayle zamilkł na chwilę, pogrążając się we wspomnieniach. – Czasem za nim tęsknię. Inteligentny czarodziej. Szkoda, że bał się nieśmiertelności.
- Nieśmiertelności? – Harry parsknął śmiechem. – A myślałem, że Riddle jest kropka w kropkę jak Slytherin.
Kayle zmarszczył brwi, patrząc groźnie na Harry'ego, co natychmiast ostudziło chłopaka.
- Lepiej, by Tom nie usłyszał, że znowu mylisz go z Voldemortem – zauważył zimno mężczyzna.
- Dlaczego jest pan nieśmiertelny? – spytał nagle Harry, ignorując ostatnie słowa Mistrza.
- Nieudany eksperyment. Wypróbowałem na sobie zaklęcie, które później zmodyfikowane użyłem, by stworzyć pierwszego wampira – Kayle westchnął cicho. – Dla kogoś zbawienie, dla mnie czasem przekleństwo – widząc zdziwienie Harry'ego, kontynuował. – Życie traci sens po tysiącu latach. Nawet takie bitwy nie przynoszą już adrenaliny. Sądzę, że jedyne, co mnie może jeszcze zaciekawić to będzie śmierć.
- Przecież mógłby pan popełnić samobójstwo, prawda? Albo dać się zabić?
- Tak – Kayle nie wyglądał na zirytowanego prywatnymi pytaniami, co Harry uznał za dobry znak. – Ale to żałosne.
- Och – Harry zamilkł na chwilę. – Czy Riddle jest nieśmiertelny?
- Nigdy nie pytałem – przyznał Kayle powoli. – Ale tak, wierzę, że znalazł sposób, by oszukać śmierć.
- Horkruks?
Kayle uśmiechnął się szyderczo, odmawiając odpowiedzi na pytanie Harry'ego. Zamiast tego, skupił swój wzrok na szybie, która dawała doskonały widok na hol w Ministerstwie.
- Zaczynają – zauważył cicho Kayle.
Czując, że włosy na szyi stają mu dęba, Harry natychmiast się odwrócił. Nie mógł zdecydować, czy to, co zobaczył bardziej go przeraziło, czy olśniło swoim niezaprzeczalnym pięknem. Z góry walczący czarodzieje wyglądali jak szybko poruszające się kropki, muskające śmigające wokół nich zabójcze zaklęcia. Wampiry w swoich błękitnych szatach były nie do dostrzeżenia, chyba, że na chwilę się zatrzymały, ale tylko po to, by się pożywić. Śmierciożercy nosili srebrne maski, dlatego Harry z łatwością mógł ich odróżnić od Niewymownych. W bitwie brała udział także trzecia grupa, Aurorzy z Ministerstwa, ubrani w białe szaty. Śmierciożercy wyraźnie przegrywali, ale Harry był pewien, że wszystko może się zmienić, jeśli zacznie im pomagać Voldemort, na razie nieobecny, tak samo zresztą jak Riddle. Bazyliszek pozostał w cieniu, kołysząc się w przód i w tył, ale niezauważalny dla reszty czarodziejów.
- Więc Niewymowni, Aurorzy, Riddle i ja jesteśmy chronieni przed wzrokiem bazyliszka? – spytał Harry, próbując zapanować nad swoim głosem.
Gdyby się odwrócił, może dostrzegłby szok na twarzy Kayle'a, ale chłopak nadal obserwował toczącą się przed nim bitwę.
- Tak – odpowiedział Kayle ostrożnie.
- A kiedy pojawi się Zakon Feniksa?
- Kwestia paru minut – mruknął mężczyzna, wracając do swojego monotonnego tonu.
- Myśli pan, że Dumbledore przybędzie razem z nimi?
- Na pewno nie. Rufus stanowczo sprzeciwił się, by dyrektor był jakkolwiek połączony z wojną.
Harry krótko skinął głową. Kiedy się odwrócił, zauważył, że Kayle ma na sobie śnieżnobiałą szatę, która świetnie pasowała do jego jasnych końcówek i równie dobrze kontrastowała się z kruczoczarnymi włosami na przodzie, jak zwykle starannie zaczesanymi.
- Bawi się pan w Aurora? – roześmiał się Harry.
- Mm, nie, ale lubię tę szatę.
- Krew może ją pobrudzić – zadrwił chłopak.
- Przeżywała już gorsze rzeczy – odparł Kayle szyderczo, po chwili jednak spoważniał. – Muszę iść. Ty też. Bazyliszek czeka – mężczyzna podszedł bliżej, nie spuszczając uważnego wzroku z Harry'ego. – Nie daj się zabić, co?
Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, Kayle zniknął w cieniu, a razem z nim jego potężna aura.
Gotowy na przygodę życia, Harrison?
W szybie zobaczył swoje zmienione odbicie. Prawie białe włosy i równie jasne oczy. Bezlitosne spojrzenie i brutalny wygląd Śmierciożercy.
Przecież nie po raz pierwszy zostanie wzięty za poplecznika Voldemorta.
Na ile procent jesteś szczęśliwy?
Z tym pytaniem, biorąc dwa duże wdechy, wyskoczył z okna. Szkło roztrzaskało się pod ciężarem jego ciała, ale proste zaklęcie ochroniło delikatną skórę od ostrych kawałków szyby. Wiedział, że wszystkie spojrzenia są zwrócone na niego, ale zignorował je, wydając z siebie wysoki śmiech.
Sto procent.
Ziemia była coraz bliżej, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, rozkoszując się świstem wiatru w uszach i niesamowitym uczuciem spadania. Parę Aurorów zaczęło miotać w jego stronę zaklęcia, szybko orientując się, kim jest nieznany czarodziej. Harry pozwolił, by go wyminęły, czując wirującą wokół niego magię.
Jego magię.
Był potężny.
Był gotowy.
Udało mu się nawiązać kontakt wzrokowy z Kaylem, który korzystając z ogólnego zamieszania, zabił z łatwością kolejnego Śmierciożercę. Mężczyzna wydawał się być rozbawiony, ale zimne spojrzenie Kayle'a nie zmyliło Harry'ego, jego Mistrz był dumny.
Śmiejąc się po raz kolejny, uderzył z hukiem o ziemię, wznosząc chmury pyłu i łamiąc podłogę pod nim. W rzeczywistości była to tylko iluzja. Tak naprawdę spokojnie wylądował, ale co byłoby w tym zabawnego?
Zaraz po tym, bitwa rozpoczęła się na nowo, a czarodzieje wydawali się być jeszcze bardziej zacięci w swoich atakach. Wielu z Aurorów obrało sobie Harry'ego na cel, ale chłopak z gracją wymijał wszystkich. Jednak nauki u wampirów się do czegoś w końcu przydały. Z szybkością, której nie dorównywał mu żaden człowiek, dopadł bazyliszka i zniósł z niej zaklęcie, pozwalając, by wszyscy zobaczyli ogromnego węża. Aurorzy, którzy wcześniej próbowali nadążyć za Harrym, teraz padli trupem, strzaskani przez wielkie kły bazyliszka i jego zabójcze spojrzenie.
Harry syknął z niezadowoleniem.
- Nie ich, ty przerośnięta jaszczurko!
- Nie jesteś moim panem – wysyczał bazyliszek w odpowiedzi, zwracając swoje żółte ślepia na Harry'ego. – A mój pan nakazał mi zabijać wszystkich bez aury. Ty, dziecko węża, masz tę aurę, ale oni nie. Oni są słabi.
W ostatniej chwili unikając zaklęcia, Harry poczuł, że się dusi.
- Zabija Aurorów – wymamrotał do siebie.
...pomagając następnemu Czarnemu Lordowi w osiągnięciu potęgi.
Czarnemu Lordowi.
Riddle wcale nie chciał zemsty. Może nawet nie zależało mu na zabiciu Voldemorta i Dumbledore'a.
Riddle nigdy nie był po stronie Ministerstwa.
Jakiś wampir powalił kolejnego Aurora. Lucjusz Malfoy, ukryty pod kapturem czarnej peleryny, pojedynkował się z jednym z ochroniarzy Scrimgeoura. Podłoga była dosłownie usiana martwymi czarodziejami w białych szatach. Śmierciożerców przybywało, ale większość z nich wcale nie walczyła z Niewymownymi ani wampirami, a skupiali całą swą uwagę na Aurorach.
Ministerstwo przegrywało.
Bazyliszek powalał czarodziei w mgnieniu oka, dlatego Harry nawet nie musiał uchylać się przed zaklęciami.
Jeśli Riddle znowu zawarł pakt z Voldemortem...
Voldemort nie mógł wygrać.
Harry na to nie pozwoli.
Musiał znaleźć Kayle'a. Mężczyzna na pewno wiedział o planach Riddle'a, a jednak mu nie powiedział. Jak zwykle coś znowu zostało przed nim zatajone.
I tak, to bolało. Jak diabli.
Cholera, nawet Lucjusz próbował go uświadomić...
Wtedy ją zobaczył. Jej usta były wykrzywione w chorej ekstazie. Torturowała jednego z Aurorów, zanosząc się przy tym śmiechem.
Z nieludzką szybkością znalazł się tuż przy Bellatrix. Przyłożył różdżkę do wychodzonej szyi kobiety, brutalnie wpijając patyk w skórę. Bellatrix zamarła, ale wcześniej zdążyła już zabić Aurora. Harry spojrzał beznamiętnie na leżące przed nim ciało, jednak nie potrafił wykrzesać z siebie współczucia. Był zbyt ogarnięty wściekłością i żądzą zemsty, by zastanowić się nad tym niepokojącym zjawiskiem.
- Kim jesteś? – roześmiała się szaleńczo kobieta.
- Zabiłaś Syriusza – wyszeptał groźnie Harry. – Przyszedł czas zapłaty.
- Ach! – Bellatrix zachichotała. – Tak, mój Pan wspomniał, że możesz być trochę tym... zasmucony – ochrypły głos kobiety niósł się po sali, ale nikt nie zwracał na nich uwagi, zbyt zajęci własnymi walkami. – Nie wiedziałam, że mój kochany kuzyn doczekał się dziecka!
- Twój Pan? – powtórzył Harry, czując, że zaschło mu w gardle.
- Tak – wyszeptała Bellatrix, odwracając twarz do chłopaka. Jej oddech owiał jego twarz i nawet nie próbował ukryć obrzydzenia. Czarne oczy były pełne szaleństwa. – Tom Riddle.
- Nie – zaprzeczył Harry, robiąc krok do tyłu. – Nie. Nie. Służysz Voldemortowi! Jesteś jego najlojalniejszym poplecznikiem!
- Och, kochany – roześmiała się Bellatrix. – Plugawy Nott nigdy nie dorównywał mojemu Mistrzowi. Tom Riddle miał o wiele więcej uroku niż ten beznadziejny głupiec, który zwie się Lordem Voldemortem. – W głosie kobiety brzmiała wyraźna odraza.
- Dlaczego... dlaczego mu służysz? – Harry miał ochotę zwymiotować.
Niech cię szlag, Dumbledore. Ciebie i twoje cholerne podróże w czasie.
- Ktoś musi być szpiegiem, prawda? – Kobieta ponownie się roześmiała, odsłaniając białe zęby.
Zadbane zęby.
Bellatrix nigdy nie trafiła do Azkabanu.
Nie mogąc dłużej patrzeć na kobietę, Harry wycofał się, świadom podążających za nim ciemnych oczu Bellatrix. Czuł się chory.
Riddle doskonale wiedział, że Lestrange zabiła Syriusza.
Dlatego nic nie powiedział.
Była dla niego zbyt ważna.
Szybko zdusił nieoczekiwany napływ zazdrości. Miał być wściekły na Riddle'a, a nie zazdrosny o jakąś cholerną... Bellatrix.
Ledwo umknął przed zaklęciem, które zostało wystrzelone prosto w jego stronę. Wydał z siebie syk wściekłości. Miał wielką nadzieję, że to cholerny Śmierciożerca, ale gdy podniósł wzrok, zamarł.
Remus.
Mężczyzna wyglądał lepiej niż od ich ostatniego spotkania, a w jego oczach paliły się niepokojące iskry.
- Harrison Shadow – wycedził Lupin.
Oczywiście. Riddle ostrzegł go, że jest jednym z najniebezpieczniejszych Śmierciożerców. Co było trochę zabawne, biorąc pod uwagę, że Harrison Shadow nigdy nie mordował ani nie brał udziału w rajdach.
- Wilkołak – Harry skłonił się szyderczo przed mężczyzną.
Tęsknił za nim.
Merlinie, jak on potrzebował kogoś znajomego przy sobie.
Wszyscy nie żyli.
Syriusz, jego rodzice, przyjaciele...
Został mu tylko Lupin.
Może nie jest jeszcze za późno? Mógłbym uciec wraz z nim.
Mógłby.
I nagle koło niego z cienia wyłonił się Riddle. Jego przystojna twarz była wykrzywiona w chorej radości, oczy błyszczące z podniecenia, szata wysmarowana zaschniętą krwią.
- Zostaw go – wysyczał niebezpiecznie Harry, nie odrywając wzroku od Remusa, który spoglądał to na Riddle'a, to na Harry'ego.
- Przybył z Zakonem Feniksa. Jest naszym wrogiem – wycedził Riddle, jego głos dziwnie zachrypnięty.
Pewnie od śmiechu.
Przeszły go ciarki, gdy pomyślał o zimnym, bezuczuciowym śmiechu, które słyszały ofiary mężczyzny.
- Jesteś wężomówny – powiedział Remus, zbliżając się do Harry'ego. – Ja cię znam. – Wilkołak wciągnął nosem powietrze, uważnie obserwując twarz chłopaka.
- Panie? – Lucjusz pojawił się tuż przy uchu Riddle'a. – Jakie rozkazy?
- Zabić. Zabić wszystkich – odpowiedział zimno mężczyzna, a mówiąc to, nie spuszczał oczu z Harry'ego, który zachłysnął się z przerażenia.
- NIE! ZOSTAW GO! – Natychmiast pojawił się przed Lupinem, osłaniając wilkołaka własnym ciałem. – Tom! – Jego głos był nasiąknięty desperacją, ale twarz Riddle'a pozostała beznamiętna.
- Harry – wyszeptał Remus.
Słysząc swoje imię wypowiedziane z taką... miłością, Harry nie zawahał się, natychmiast spoglądając na Lupina. Mężczyzna wyglądał na zszokowanego, ale chyba znalazł to, czego szukał wzrokiem, bo jego oczy zalśniły, a usta zadrżały.
- Harry – powtórzył.
Potem chłopak zobaczył zielony promień wystrzeliwujący z różdżki Lucjusza i Remus padł martwy, na ustach nadal nosząc uśmiech.
