Chapter 24

Blue syknął z bólu, co wywołało lekki chichot ze strony Sheily, która opatrywała jego rany. Oak spojrzał na kobietę, polewającą otwartą ranę wodą tlenioną, co znów zapiekło mistrza Kanto. Zacisnął pieści, nie chcąc pokazać, że to go rusza.

-Dobra, dobra. Nie musisz udawać – rzekła Jenkins, przykładając gazę do rany – Mówiłam ci, abyś nie podskakiwał do Persiego, ale ty mnie nie słuchasz. Typowy facet.
-Sam zaczął i gdyby nie to, że jestem was … - zatrzymał się, widząc morderczy wzrok Sheilly – Ich więźniem, to bym mu pokazał. Red pokazał mu kilka sztucz .. - Przerwał, gdyż dziewczyna odkaziła ranę po raz kolejny – To już zrobiłaś specjalnie, co nie?
-Może tak, może nie – zakpiła, odkładając wodę – No i gotowe. Jestem opatrzony, a siniaki to inna bajka. Tego ci nie usunę – spojrzała na zegarek, po czym odwróciła głowę na ułamek sekundy. Strażnik jeszcze nie wrócił z obchodu, więc mieli czas. Nie dużo, ale zawsze to coś. Spojrzała na Oak, po czym przybliżała się do niego – ale mogę jakoś załagodzić ból, jak tak cię boli? - Szepnęła mu do ucha. Blue uśmiechnął się złowieszczo.

-Na serio musicie teraz? - zakpił Silver leżący na pryczy. Zdawało się, że spał w najlepsze, ale to były tylko pozory – Musimy wymyślić jakiś plan ucieczki, a nie …
-Spokojnie – rzekł Blue, obejmując dziewczynę w pasie – Mamy już z moją przestępczynią cały plan. Tylko muszę być pewny, że nie wycofasz się i mnie nie zostawisz.
-Bo ci serce pęknie? - Sakai zakpił po raz kolejny. Jenkins złapała za pobliżu leżący talerz i rzuciła go w czerwonowłosego trenera. Ten jęknął z bólu, zaś Oak zaśmiał się – Dobra, nie było tematu.
-Zostaw coś dla mnie – rzekł. Platinium, obserwująca cała scenę, prychnęła nie wierząc ilość czułości ze strony Sheily i Blue – Co?
-Gdybym cie nie znała z opowieści Silvera i Golda, to bym powiedziała, że jesteś prawiczkiem – rzekła. Przez sekundę w pomieszczeniu panowała cisza, aby po chwili nastąpił wybuch śmiechu ze strony Silvera oraz Sheily. Blue tylko przewrócił oczami, czując jak jego duma zostaje urażona – Tak to wygląda jak Arceusa kocham.
-Tak, to zdecydowanie twoja siostra – burknął Oak, zaś Platinium pokręciła głową - Macie takie samo poczucie humoru, albo jego brak– zerknął na Sheile – Jesteś pewna, że nic ci nie przeszkodzi? Jeśli Persie i Kratos …

-Uwierz mi, znam tą placówkę jak własną torebkę. Wiem jak przemycić wasze Pokeballe – odparła. Mistrz Kanto wydał się trochę bardziej spokojny – Zostaje kwestia, jak powiadomić tego twojego Reda. Jeśli mówisz, że N wiedział o planie twojego kumpla …
-To teraz ty mi uwierz. Satoshi to najsprytniejszy człowiek jakiego znam – rzekł. Silver w głębi duszy przyznał mu rację – Tylko raz mu się noga powinęła, a tak to wszystko mu się udawało. Albo ma szczęście albo jest inteligenty jak cholera.
-W końcu to oficer marynarki jak ojciec, pamiętaj o tym – dodał od siebie młody Sakai – Red ma plan, albo przewidział, że tutaj trafimy. Jakby nie patrzeć, to i tak jest krok przed nami. Tylko, na co on czeka?
-Za nim Gold, Ruby i Diamond przylecą do jednego miasta minie dzień. Musi jeszcze zebrać Carnwoskich, Fenixa oraz przygotować plan ataku – powiedział – Dlatego chce mu pomóc. Dając sygnał, gdzie jest baza, a gdy zaatakują …
-to uciekniemy – Sheila skończyła za niego – Lepszej opcji póki co to nie widzę.
-Bo jej ni .. - przerwał, widząc jak Plati dała sygnał, że klawisz wraca. Blue westchnął, po czym pocałował Sheile – Do jutra?
-Tak. Pojutrze zatrzymany? - zapytała. Mistrz Kanto kiwnął głową, zaś Jenkins wstała i podeszła do drzwi. Uśmiechnęła się kierunku Platinium, czekają na pojawienie się strażnika – Dobra, wypuść mnie. Zająłem się tym śmieciem – rzekła do klawisza. Ten burknął, ale wypuścił porucznik swojej drużyny. Blondwłosa kobieta syknęła coś w kierunku siostry Silvera i udała się w swoim kierunku, Blue ziewnął, po czym wstał, podszedł do piętrowego łózka i wdrapał się na swoją pryczę.

-Obudźcie mnie, jak ten patafian się pojawi – mruknął zamykając oczy. Chciał przygotować się do ataku. Tymczasem Plati spojrzała na leżącego brata i westchnęła. To wszystko coraz bardziej jej się nie podobało.


Randy powoli otworzył oczy, unosząc równocześnie głowę. Ziewnął podnosząc wolną ręką do góry, zaś jego wzrok skupił się na młodej reporterce, która z przez ekran telewizora podawała mu najświeższe informacje. Może nie takie najświeższe, gdy najstarszy z rodzeństwa zerknął na zegarek. Dochodziła już druga w nocy, więc stacje, nawet te informacje puszczały marne powtórki wiadomości z ostatniej godziny, rodząc pytanie czy ktoś tam siedział w razie konieczności nadania jakiejś ważniej nowiny.
Łysego faceta zawsze to interesowało, ale nie miał okazji tego sprawdzić. Praca w mediach nigdy go nie interesowała, bo jego celem było pójście w ślady ojca oraz wujka. Pamiętał jeszcze czasy, gdy jego tata był liderem na stadionie w Seranity City, bo ile to było lat wcześniej? Osiemnaście, siedemnaście, a może szesnaście? Jednego w tym był pewien, czyli, że już była ich trójka. Phil dopiero, co się urodził, a Jack przestał używać pampersów, a on uczył się pisać pod okiem dziadka.
Randy po raz kolejny ziewnął, wyłączając równocześnie telewizor. Jego wzrok przeskoczył na śpiąca na jego ramieniu Misty. Był nawet zadowolony, że cała ta sytuacja tak się skończyła, a mama szybko polubiła jego rudowłosą narzeczoną. Miło było wrócić do domu, zwłaszcza przywożąca ze sobą dwie osoby. Dalej zastanawiał się jak ma to powiedzieć reszcie. Jak reakcji braci oraz ciotki się nie obawiał, tak dziadek, wujek oraz mama byli dla niego zagadką. Czy się ucieszą czy wściekną? Od momentu, gdy dzień wcześniej obiecał, że powie, ciągle o tym myślał. Nawet podczas pościgu za ojcem Ali, uratowaniem Phila oraz ostatecznym zwycięstwem nad panem Andil, to w głowie układ sobie przemowę. Wpierw chciał powiedzieć o zaręczynach, aby nie wyszło, że wpadli z Misty i teraz ratują sytuacje. Może i wpadli, bo nowy członek rodziny nie był planowany tak szybko, gdyż jego wybranka robiła karierę, ale cieszyli się z tego. Randy miał w końcu zostać prawdziwym ojcem, a nie takim przyszywanym.

Delikatnie położył Misty na kanapie, samemu z niej wstając. Okrył dziewczynę kocem, a następnie skierował się do kuchni. Jego mama już najpewniej spała, zaś Jackson, jak to Jackson, był w Central City i podrywał laski. Młody musiał się wyszaleć, tak samo jak Phil musiał zdać sobie sprawę, że bycie mistrzem to nie przelewki. Na pewno nie ucieszyła go decyzja o przyznaniu dziewiątej odznaki, ale po reprymendach brata, przyjął ją. Randy na swój sposób był dumny z dokonania najmłodszego. Pamiętał jak Kaori zdobył dziesięć odznak jako pierwszy. Nikomu to się nie udało, a Fenix z marszu to zrobił. Dla Carnowskiego, który zdobył tylko osiem, to był nie lada wyczyn. Jednak za to lubił Kaoriego. Nigdy się nie podawał.

Wyjął z lodówki zimna butelkę z piwem. Uśmiechnął się, widząc delikatny szron. Jedno piwo, zwłaszcza takie po udanych dniach, nie mogło mu zaszkodzić. W sumie to kolejne piwo, bo wraz Jackiem, Philem oraz Kaorim oblali powrót braci do Zhery. Wyciągną kolejne, po czym zamknął lodówkę i skierował się ku tarasowi. Delikatny letni wietrzyk uderzył jego twarz, co sprawiło, że chłopak się uśmiechnął. Był w domu. Był w Yellow Town. Był w Zhery.

Usiadł na jednym z leżaków, a następnie otworzył butelkę. W oddali zobaczył włączone światło w pracowni ciotki, ale go to nie zdziwiło. Kiedy Phil znalazł trzecia cześć legendy, siostra ich mamy zwariowała. Jak to opisał wujek Vince – wyglądała jak napojony kawą Mankey. Siedziała do późna, prawie nie jadła, jakby chciała odkryć świat na nowo. Jednak Randy'ego jakoś to nie interesowało. Zawsze powtarzał wszystkim - „ja jestem prosty chłop, a nie jakiś naukowiec" - i o dziwo, wielu tego nie rozumiało. Oczekiwali, że stały bywalce siłowni będzie jakimś doktorem? Wolne żarty, bo i może Randy czytał książki, ale nigdy nie był orłem z nauki. To akurat było u nich rodzinne, chociaż Jack był bardzo inteligenty ale leniwy, przez co jego średnia nie wyszła poza cztery. Phil zaś miał doskonałą pamięć, więc nie musiał się uczyć, aby zdawać testy. Nawet podczas walk treningowych używał jego taktyk, mimo że widział je może dwa razy w życiu. Chłopak łapał wszystko i starszego z rodzeństwa nie dziwiło, że pokonał wujka George'a.

Upił trochę trunku, wracając do dnia, kiedy dowiedział się, kim jest Kain. Po tych wszystkich latach doszedł do jednego wniosku – może wtedy to była złość na mamę, ale złość maskowała ulgę. Randy pamiętał jeszcze spotkania ojca z oboma braćmi oraz wypady z Kainem do lunaparku. Przez pierwsze parę lat traktował George'a jak ojca, mimo że Austin dbał o niego. W końcu to on był pierworodnym oraz nadzieją rodu na kontynuowanie linii mistrzów. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale tak musiało być. Pisane mu był wyjazd do Kanto i zostanie tam na stałe. To Kain wprowadził go w Liderowanie. Pokazał jak ma to wyglądać, dał wskazówki, a potem to poszło już jakoś. Dzisiaj był koordynatorem całej Ligi w Kanto. Był dumny z siebie.

Ziewnął po raz trzeci. Wiedział, że lada chwilę będzie musiał przenieść Misty do łóżka oraz położyć się koło niej, bo ciąża zaczęła mieszać w jej głowie. Lance go ostrzegał, tak samo Drake czy Koga, ale musiał przekonać się o tym na własnej skórze. Cóż, takie jest przeznaczenie i nic tego nie zmieni. Zabrał kolejny łyk chmielowego trunku, a następnie spojrzał w gwiazdy. Uśmiechnął się widząc jedną spadającą. Mimo, że był już stary na takie zabawy, wypowiedział życzenie. Proste, bo takie, aby pierwszy urodził się syn. Jego egoizm dał o sobie znać po raz kolejny. Położył piwo na ziemi, zastanawiając się czy przypadkiem ta gwiazda nie spada zbyt szybko oraz czy nie kieruje się w jego kierunku. Do głowy przyszło mu nawet, że to nie gwiazda tylko Smoczy meteoryt, ale nigdzie nie widział żadnego Pokemona, więc odpadało. Tak przynajmniej uważał do momentu, gdy obiekt rozpadł się na mniejsze i uderzył w laboratorium jego ciotki. Potężny huk obudził wszystkich w okolicy, a powstały pożar zaczął szaleć po terenie placówki Nazarenko. Randy stał jak wryty. Nie mógł uwierzyć, co właśnie się stało, ale ostatecznie wstał i wbiegł do domu, gdzie złapał za Pokeballe Misty. Ta zaspana spojrzała na niego, nie wiedząc do końca, co się dzieje. Była jeszcze bardziej zaskoczona, widząc jak jej narzeczony wypuszcza Golducka, Starmie oraz Staruy. Później tuż obok nich stał Carracosta.

-Ciocia … atak … smoczy meteor – wydukał zaszokowany z tym, co się stało minute wcześniej, ale zebrał się – Ktoś zaatakował laboratorium ciotki! - krzyknął, po czym wraz Pokemonami wybiegł z domu. Skierował się ku placówce – Ciociu, biegnę po ciebie!


Kilkanaście minut wcześniej

Jackson Carnowski westchnął, poprawiając wiszącą na jego plecach czarną marynarkę. Nie tak sobie wyobrażał noc po powrocie do domu. Był kilkunastu barach w Centrali City, kilku klubach oraz jednym pubie, ale to nic nie dało. Nie udało mu się niczego poderwać, a tym samym zabawić się z jakaś panienką. Próbował wszystkich swoich sztuczek, nawet tych, które w Hoenn nie sprawdzały się. Po prostu nie miał swojego skrzydłowego, a bez niego te najlepsze metody nie mogły się udać. Bez Ruby'ego był jak bez prawej ręki, ale nie mógł oszołoma za to winić. Zbytnio oparł swoje sposoby podrywu na Birchu, mimo że miał zastępstwo w osobie Emeralda, ale jego nie było Zhery. Jack pogodził się, że stracił kolejny wieczór. Teraz wracał do domu jedną z jego ulubionych tras.

Był dość zdziwiony, widząc jak Central City się rozrasta. Kiedy wyjeżdżał z Zhery cztery lata wcześniej, nie było tylu nowych bloków na obrzeżach miasta, zaś droga do Yellow prosiła się o kapitalny remont. Podobnie było z komunikacją miejską, a raczej z jej brakiem. Same prywatne busy, które pokonywały trasę w dwadzieścia minut, dzisiaj były już rzadkością. Miejscy przejęli transport, zaś droga, z jednego pasma zmieniła się trzy-pasmówkę. Powstał też szybka kolej między mieściną a miastem, a plotki mówiły o powstaniu Battle Frointera w Yellow, tuż po przyłączeniu go do Central City. To już była tylko kwestia czasu, ale ten czas cały czas uciekał. Jack wiedział o tym dobrze, bo jego marzenie i cel, w jakim wyjechał do Hoeen rozpadł się jak domek z kart.

Chciał być hodowcą Pokemon, więc zaczął tam gdzie byli najlepsi w tym fachu. Nie zdawał sobie sprawy, że to był strzał w stopę i bardzo szybko stracił wszystkie odłożone pieniądze. Musiał znaleźć pracę, więc i ją znalazł. Bank Kanzo. Oczekiwał, że popracuje tam chwilę, a następnie wróci do Zhery i tam spróbuje bycia hodowcą, ale praca w banku spodobała mu się. Bardzo szybko zaczął piąć się po strzeblach kariery, aby wieku dwudziestu jeden lat był jednym z managerów banku. Dzięki temu dostał własne biuro, odbywał spotkania z ludźmi całego świata, miał elastyczny grafik oraz świetnego krawca. Jackson zdał sobie sprawę, że wygrał swoją przyszłość. Poznał dobrych ludzi, takich jak Emerald czy Ruby, a których uznaje za przyjaciół. Jedynie Crystal trochę go denerwowała, ale co mógł poradzić. Zawsze uważał, że jej coś odbiło w momencie zostania mistrzynią Hoeen. Pamiętał ja gdy jeszcze trenowała do pokonania elitarnej czwórki. Miła, spokojna, może wygadana i wyszczekana, ale było w porządku. Potem stopniowo zaczęła być coraz bardziej opryskliwa.

Gdy przekroczył tabliczkę z napisem Yellow Town ziewnął. Wydarzenia ostatnich dni wykończyły go. Nie tylko jego, ale dla Jacka to co robił jego młodszy i starszy brat jakoś go nie obchodziło. Swoje zrobił. Pomógł Philowi, gdy ten potrzebował asysty braci. Oddał mu też Gerry'ego, swojego Houndooma, bo wiedział, że mroczny Pokemon był bardzo zżyty z młodszym z braci. W sumie to nie dziwił go to za bardzo, bo to Phil chodził z małym Gerrym na spacery, bawił się i opiekował, zaś on tylko zabrał go na wyprawę i trzymał te pięć lat. Braciszkowi pies się bardziej przyda, zwłaszcza teraz. Mistrzostwa były już blisko, a Phil był ostatnią nadzieją, że tytuł wróci do ich rodziny. Randy dotarł do jednej szesnastej, a Jack skończył zawody na fazie grupowej. Wstyd i hańba, ale prawda była inna. Jacksona nigdy walki Pokemon nie interesowały. Został trenerem, bo tak wyszło. Potem poszło z górki. Osiem odznak Zhery, walka z wujkiem Georgem, dowiedzenie się prawdy, mistrzostw i wyjazd do Hoeen. Nic nie działo się bez przyczyny, dlatego czuł coś dziwnego w powietrzu.

Spojrzał na laboratorium swojej ciotki, w którym świeciło się światło. Wiedział, że Jasmine od kilku dni pracuje na tabliczkami, które znalazł Phil w Snowcase City, ale nawet ona wiedziała, kiedy powiedzieć stop. Coś tutaj nie grało, więc skierował swe kroki ku placówce. Był trochę wstawiony, ale nie na tyle, aby szare komórki nie doszły do proste wniosku, zwłaszcza gdy zobaczył, światło latarki przy pomniku Arceusa. Ktoś się włamał do placówki. Podszedł na bezpieczną odległość, chowając się za murkiem, co jakiś czas wychylał się za niego. Jakiś chłop wyciągał coś spod pomnika, zaś drugi, świecił mu. Jack nie czekał, tylko wykręcił numer na policje.

-Witam, tutaj Jackson Carnowski. Chciałby zgłosić, że na Shadic Street dziewięć doszło do włamania … tak, to jest laboratorium profesor Nazarenko. Dwóch gości coś wynosi z budynku, dokładnie nie wiem, co … dobrze, dziękuje – rzekł, po czym rozłączył się. Prychnął, mając w poważaniu polecenie nie zbliżania się do laboratorium, a następnie przeskoczył murek i powoli zbliżył się drzwi. Usłyszał dziwne hałasy, przytłumione rozmowy oraz upadek czegoś ciężkiego. Zauważył, że wrota były lekko uchylone, więc nacisnął na klamkę i powoli uchylił drzwi.

Wychylił się za futrynę, sprawdzając czy jest bezpiecznie, po czym wszedł do pomieszczania. Zrobił kilka kroków głąb głównej sali, ale coś trzasnęło drzwiami. Jack odwrócił się, przez co nie miał czasu na reakcje, gdy muskularny facet powalił go Clotheslinem. Średni Carnowski upadł na zimną posadzkę, próbując łapać oddech, ale nie miał czasu na to. Napastnik złapał go za fraki, po czym rzucił na pobliską półkę z książkami, przewracając ją. Chłopak upadł tuż po drugiej stronie, jęcząc z bólu. Chciał się podnieść, ale kopnięcie w żebra wybiło mu te pomysły z głowy. Spojrzał po pomieszczeniu. Zniszczone komputery, maszyna lecząc w nadająca się na złom, porozrzucane notatki oraz nieprzytomna fioletowowłosa kobieta, leżącą tuż obok trzech kamiennych bloków. Jack podniósł wzrok i prychnął widząc Persiego, do którego podszedł Kratos.

-Czy ze wszystkich przydupasów wujka Vince'a, musiałeś akurat ty wraz z tym głąbem? - zapytał mięśniaka. Ten chciał zaatakować, ale porucznik go zatrzymał – Co tam Pers? Poruchałeś w końcu Sheile czy dalej zgrywa cnotkę? - zakpił. Kratos zaśmiał się – Widzę, że twojego kumpla to rozbawiło, ale słyszałem plotę, że Sheila leci na Oaka. Chłop cię uprzedzi jeszcze ...
-Zamknij się Jack – blondwłosy porucznik kucnął przy Carnowskim – Powinienem cię zabić, ale nie mogę.
-Bo jestem twoim kuzynem, to nic mi nie zrobisz? Na serio Pers, dalej jesteś cipą. Nic się nie zmieniłeś od tych dziesięciu lat – warknął Jack wstając. Spojrzał na ciotkę – Bierzcie manuskrypty, ale ona zostaje. To sprawa naszej rodziny Pers, a nie jej. Mam w dupie, czy złapiecie Arceusa czy nie. Powiedz też ojcu, że dziadek jest rozczarowany swoim czwartym wnukiem.
-Zamilcz – rzekł Persie, po czym powalił Carnowskiego – Dziadek sobie może mówić, co chce! Ja zabije starego i przejmę kontrolę nad światem! Ja! Ani ty, ani Randy, a szczególnie Phil nie będziecie mi mówić do jest dobre, a co złe!
-Słyszałem, co odwaliłeś. To było głupie Pers, bardzo głupie – mruknął Jack, podnosząc głowę – Radzę ci, jako kuzynowi, abyś odpierdolił się do Phila a szczególnie od Ali. Młody jest gotów zabić za swoją dziewczynę, a on jest zdolny do wszystkiego.
-Mam to w dupie. Kratos bierz Nazarenko oraz tablice. Ja dokończę tutaj – mięśniak wzruszył ramionami, ale wykonał polecenie, zaś Persie jeszcze raz kopnął Jacka. Ten zaśmiał się – Co cię bawi?!

-To, że wujek podchodzi cię jak tylko chce. On wszystko sobie zaplanował, nawet to, że chcesz go zabić – powiedział – Jedynie żałuje, że twoja mama tego nie widzi. Byłaby rozczarowana widząc, jak jej … - nie skończył, ponieważ Persie go znokautował.
-Przegiąłeś – warknął blondyn, po czym dołączył do Kratosa, który czekał na Salamance – Lecimy, ale wpierw – znieśli się na odpowiednią wysokość, po czym smok z Hoenn wypluł ognisty pocisk. Persie z radością wpatrywał się jak budynek zaczyna płonąć, a następnie odleciał w siną dal.


Jakiś czas później, tajna baza Team Steam

Jasmine obudziła się. Nie była w swoim łóżku, ani tym bardziej swoim domu. Bardziej to przypominało czterogwiazdkowy hotel. Domyślała się, że Persie oraz Kratos wbrew woli Vince'a porwali ją, a on umieścił ją w jednym z lepszych kwaterach w jego bazie. Przecież nie mógł jej puścić.

-Widzę, że wstałaś – rzekł męski głos. Spojrzała na Zera, który przyniósł tace z kawą oraz ciastkami i powoli zbliżał się do jej stołu. Nazarenko podeszła do blatu.
-Wiesz Vince, spodziewała się wiele po tobie, broniłam cię, a ty mnie porywasz z laboratorium własnego ojca? - zapytała z wyraźną ironią w głosie. Mężczyzna zaśmiał się, po czym położył tace na stole i usiadł na krześle naprzeciw rozmówczyni. Ta zabrała filiżankę – Widać umiesz dbasz o gości. Pewnie każdy porwany ma czterogwiazdkowy apartament z własną łazienką oraz widokiem na morze. Służba też wchodzi w grę? - Kontynuowała wywód wpatrując się Persiego stojącego w drzwiach – Ej młody, skocz po mleczko do kawy. Raz, dwa, w końcu jestem twoją matką chrzestną.
-Ty dziwko – zaczął porucznik Team Steam, ale groźne spojrzenie posłane przez własnego ojca przerwało jego wywód.
-Idź sprawdź czy nie ma cie przypadkiem w pokoju – rozkazał Vincent, zaś chłopak oddalił się, zamykając za sobą drzwi – Gdzie popełniłem błąd w jego wychowaniu, no gdzie Jass?
-Zaprzestałeś terapii, gdy Lin umarła – odparła upijać trochę kawy – Nie dziw się, że on jest taki. Pod kilkoma względami przypomina Jacksona, ale tylko pod kilkoma. Dobra, po co mnie tu sprowadziłeś?
-Nie chciałem ciebie tutaj – odpowiedział nakładając nogę na nogę – Te barany cię porwały. Powierz im prostą misje, a skomplikują wszystko. Tak samo było z Platinium. Mieli ją obserwować, a nie porywać.
-Jak się ma poruczników za debli to tak jest. Austin potrafił dobrać ludzi, a ty tego za bardzo nie umiesz. Chyba tylko Sheila taka głupia nie jest – powiedziała Jasmine – No, ale ona ma inną słabość.
-Tak wiem – schował twarz we dłoniach – Blue. Na serio chce jak najlepiej dla niej, bo traktuje ją jak córkę, ale bratanie się z wrogiem – Nazarenko położyła dłoń na barku Zera – Wiem, co powiesz, ale zrozum. Oak do niej …
-pasuje – skończyła za niego – Nie jesteś głupi i wiesz jak to się skończy. Sheila w końcu uwolni Blue, bo uczucie przesłoni racjonalne myślenie i oboje zwieją. Oak może jest inteligenty, ale także impulsywny - westchnęła – Szkoda, że to tak się skończy. Cóż, zostaje wierzyć, że im się ułoży. Samuel wielokrotnie narzekał na chłopaka - kobieta zabrała dłoń.
-Dziwisz się? Takiego aroganta dawno nie spotkałem. Zero współpracy – mruknął, zaś jego rozmówczyni zaśmiała się – No opowiadaj, co u matki chrzestnej mojego jedynaka - powiedział, a następnie zaczęli długą rozmowę.

Żadnej wrogości, tylko miła rozmowa. Jasmine zawsze lubiła Vince'a, a ten ją. Dogryzali sobie, ale sumarycznie trzymali się blisko. Kain podejrzewał, że między nimi coś iskrzyło, ale tak nie było. To była czysta przyjaźń, która przetrwała próbę czasu.

-Słuchaj Jass, ja przepraszam za tą sytuacje, ale nie mogę cie wypuścić. Zwłaszcza teraz – wiedział, że w końcu będzie musiał poruszyć ten wątek – Jesteśmy tak blisko. Wszystkie elementy układanki są na miejscu. Zostało tylko jedno.
-Vince posłuchaj. Wiem, co planujecie i znasz moje zdanie. Nie musicie łapać Arceusa, tylko trzeba otworzyć portal do świata Alpha i go wyciągnąć. To jest możliwe!
-Nie – odparł podnosząc głowę – on by tego chciał. Austin do tego dążył. Chciał pojmać Arceusa i stworzyć nowy ład. Przecież zawsze o tym mówił, zawsze o tym marzył, tylko mój ojciec tego nie rozumiał. Uważał to za bajkę, zwykłą bujdę, ale nam się udało! Otworzyliśmy portal do świata Alpha, gdzie prawie złapaliśmy Boga. Rozumiesz?
-Tak, tylko, że Austin zapłacił za to wysoką cenę. Za wysoką – odpowiedziała – a ty chcesz to powtórzyć. Czemu? Nie możesz otworzyć portalu i go wyciągnąć? Przecież to byłoby o wiele prostsze i nikt by nie ucierpiał – spojrzała na Zera, który zmrużył brwi – O to ci chodzi? O pokazanie ojcu, że jesteś coś wart? Vince, proszę cię, bądź poważny.
-Wybacz, ale twój ojciec zawsze cię wspierał. Mój miał mnie za czarną owcę i tak zostało – rzekł – Zawsze. Nie ważne co robiłem, bo byłem gorszy od George'a czy Austina. Oni zgarniali wszystko, a mi pozostawały ochłapy. Dlatego dołączyłem do Steam, bo chciałem udowodnić, na co mnie stać. Zrobię to. Złapie Arceusa i pokaże tacie, na co mnie stać! - Krzyknął przezwajać stół. Jasmine westchnęła, po czym zamilkła. Zero wstał i skierował się ku wyjściu.

-Czy Austin powiedział ci kiedyś, czemu tak nagle przeprowadzili się do Yellow Town? - zapytała, zatrzymując Vince'a – Chyba nie. Tera chciała się rozwieść z twoim bratem, bo zaniedbał ją oraz rodzinne. Randy, Jack oraz Phil mało go widzieli, ona prawie zawsze się z nim kłóciła o wasz plan. Wiesz jak to się skończyło? Separacją, co było kubłem zimnej wody dla Austina – zobaczyła jak Vince zaciska pieści – Postanowił zawalczyć o miłość swojego pieprzonego życia oraz jego największe dzieła. Trójkę szkrabów, którzy przez wasze pierdolone ambicje wychowywały się bez ojca. Rozumiesz to? - zapytała wstając z krzesła. Podeszła do okna i wpatrzyła się ocean
–Tego dnia, gdy mieliście złapać Arceusa, moja siostra dała mu ultimatum. Albo Steam albo oni. Twój brat wybrał rodzinne i obiecał, że wszystko zakończy. Dlatego był tak zdesperowany, a nie że chciał złapać Boga, więc łaskawie nie pierdol. Nie udało się i znikł. Gdy George powiedział o tym Terze, ona załamała się, a was przy niej nie było. Za to była trójka szkrabów, w tym najmłodszy, który powiedział bardzo ważne słowa – odwróciła głowę

–Mamusiu, zrobię wszystko i odnajdę tatusia – Zero wyszedł z pokoju, zaś Jasmine uroniła łzę – Zaś Tera przytuliła syna, tak samo jak pozostałą dwójkę i przez łzy podziękowała im. Nie wiedziała tylko, że ten mały będzie za wszelką cenę do tego doprowadzić.

Spojrzała jeszcze raz na ocean, po czym się uśmiechnęła. W głębi duszy cieszyła się, że tak wyszło. Wierzyła w plan Zera i chciała, aby się udał. Wtedy Austin mógłby wrócić. Wtedy rodzina Carnowskich znów byłaby kompletna.


Phil rzucił krzesłem o ścianę, po czym usiadł pod przeciwległą ścianą. Jego radość ze zdobycia dziesiątej odznaki, zniknęła w jednym momencie. Teraz czuł gorycz i pierwszy raz od dłuższego czasu rozpłakał się. Ali usiadła przy nim, mocno go przytulając. Nie wiedziała, co jest grane, ale czuła, że coś jest nie tak.
-Porwali ją … - wybełkotał – Te skurwysyny ją porwały. Przesadzili.
-Kogo? - zapytała, nie widząc, że otwiera puszkę pandory
-Ciocie Jasmine – odparł. Aliyah przełknęła ślinę – Zabije, przysięgam zabije.
-Phil …

Nie skończyła, ponieważ przy nich pojawił się Red. Phil podniósł wzrok, widząc nieukazującą żadnych emocji twarz. Po chwili dołączyła do niego Cynthia, Diamond, Gold oraz Ruby. Satoshi spojrzał na Carnowskiego, po czym podał mu dłoń.

-Już czas. Jesteś gotów – powiedział, zaś Navy skorzystał z gestu – Idziemy to zakończyć. Raz na zawsze – mistrz świata spojrzał na pozostałych, który kiwnęli głowami – Mam lokalizacje. Nadajnik Blue dał znać, więc zaatakujemy jutro. Odpocznijcie oraz wybierzcie najlepszy skład. Tylko pamiętajcie …
-N jest twój – powiedział Gold, zaś Red uśmiechnął się pod nosem – Powiesz nam, czym on ci podpadł czy nie? - nie uzyskał odpowiedzi, gdyż milczący trener odszedł.

Phil zacisnął pieść. Ostateczna walka właśnie się rozpoczęła.


Wszystkie eventy, postacie oraz miejsca występujące w powyższym tekście są oparte na podstawie hacka "Light Platinium" autorstwa WesleyFG.
Nie mam żadnych praw do marki Pokemon.