Rozdział XXV: Hogwart Rok V: Przyjazd


Pełnia. Ciemna noc. Mgliste, chłodne powietrze – końcówki lata.

Harry nie mógł docenić żadnej z tych rzeczy, bo, zamknięty w gabinecie ojca, dyskutował z Czarnym Panem na temat planów, jakie ten miał względem niego i zbliżającego się roku szkolnego. Odsunięty na odległość wyciągniętych ramion, z rękami opuszczonymi swobodnie wzdłuż ciała, stał przed bogato zdobionym biurkiem, niepomny na trzaskający w marmurowym kominku ogień.

W końcu przechylił głowę i zdecydował się zadań pytanie, które męczyło go od początku rozmowy.

– Ojcze, tak sobie myślałem… Dlaczego nie mogę wziąć udziału w Turnieju Trójmagicznym? To tylko przysłużyłoby się naszej sprawie. Jako uczestnik zyskałbym sławę i później łatwiej byłoby mi podejść pozostałych uczniów. Bo nawet jeśli początkowo niechętnie odnosiliby się do reprezentanta obcej szkoły, to przecież są sposoby, by to obejść.

Voldemort zmrużył czerwone oczy i zapatrzył się na swojego dziedzica; wyprostowanego, dumnego i pewnego siebie. Jego syn był inteligentny, być może zbyt inteligentny… Jak Voldemort miał wytłumaczyć mu, że tak naprawdę chodziło o to, że nie chciał, by wychylał się tuż pod nosem tego starego głupca? Druga wojna pomiędzy Jasnymi, Mrocznymi a Ministerstwem Magii była tak zażarta jak zawsze. Ale po tym, jak ogłosił swój powrót, poprzedni Minister Magii został odwołany i pomimo intensywnej kampanii na rzecz Lucjusza, nowym Ministrem został Rufus Scrimgeour, który natychmiast podjął współpracę z Dumbledore'em. Tak więc, chociaż Voldemort miał większą część Ministerstwa w kieszeni, to, dopóki nie zastąpi Scimgeoura, wojna utknęła w martwym punkcie.

Poza tym nie miał zamiaru zaogniać konfliktu, nie znając dokładnej treści przepowiedni. Oczywiście mocno wierzył w to, że Harry go nie zdradzi, ale byłby dużo spokojniejszy, gdyby w końcu dowiedział się o czym dokładnie mówiła. I chociaż już dłużej nie krył się ze swoimi działaniami, to przecież nie mógł od tak wejść sobie do Ministerstwa i ją zabrać – takim zachowaniem jedynie pokazałby swoim wrogom, że przepowiednia nadal miała nad nim jakąś władzę. A tego nie miał zamiaru robić. Nie, Czarny Pan znajdzie sposób, by odzyskać ją tak, by nikt nie zauważył jej zniknięcia.

Zważywszy na to wszystko, dobrze, że mógł spełnić marzenia syna o uczeniu się w Hogwarcie, nawet jeśli nauka tam miała trwać tylko rok. Popchnął Lucjusza do wznowienia negocjacji dotyczących przeprowadzenia Turnieju, negocjacji, które zostały zarzucone po zeszłorocznym fiasku (fiasku dla Ministerstwa, nie dla niego, rzecz jasna) jakim zakończyły się Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Rozkazał nawet Barty'emu, który czuwał i wpływał na podejmowane decyzje, by cała impreza bardziej przypominała wymianę międzyszkolną niż zawody. Ale pomimo tego, że Turniej Trójmagiczny rzeczywiście był wspaniałą okazją dla jego syna, że dzięki niemu Harry mógłby ustanowić przyczółek wśród młodego pokolenia brytyjskich czarodziejów i być może znaleźć sposób na obejście barier, którymi otoczony był Hogwart, to udział w zawodach niósł ze sobą także olbrzymie ryzyko. Wystarczyło, że dziedzic i horkruks Voldemorta miał uczyć się w szkole kierowanej przez starego bałwana, w której aż roiło się od członków Zakonu Feniksa – zaborcza natura Czarnego Pana nie chciała zgodzić się na to, by Harry narażony był na większe niebezpieczeństwo niż to było konieczne. Być może dobrze się stało, że rozkazał Barty'emu, aby jednak pozwolił Dumbledore'owi na wprowadzenie restrykcji wiekowych.

– Nie. To, że jesteś moim dziedzicem i Harrym Jamesem Potterem nie może zostać odkryte. Jeszcze nie. – Odpowiedź Voldemorta była krótka. Czarny Pan spojrzał na syna, chcąc zobaczyć jaką wywołała reakcję, ale twarz Harry'ego nie wyrażała niczego. Lata praktyki nauczyły jego syna ukrywania prawdziwych myśli jeśli naprawdę tego chciał – nawet przed nim, Czarnym Panem. A przy obecnych oklumencyjnych umiejętnościach chłopca, nawet Voldemort nie był w stanie przeskanować jego umysłu bez słownego ataku i walki. Niemniej i tak podejrzewał, że Harry nie był w pełni zadowolony z otrzymanej odpowiedzi.

Jednak po minucie ciszy, jego syn pochylił głowę.

– Rozumiem, ojcze.


~o.O.o~


Draco Malfoy wkroczył pewnie do przedziału pociągu zmierzającego do Hogwartu, a jego ślizgońscy przyjaciele deptali mu po piętach. Siadając elegancko na skórzanym siedzisku przy oknie, stłumił uśmiech na widok Pansy Parkinson, która natychmiast zajęła miejsce tuż obok i przysunęła się, by być jeszcze bliżej. Ta ciemnowłosa dziewczyna od zawsze się nim interesowała, a w te wakacje Draco pozwolił sobie na delikatne odwzajemnienie jej zainteresowania – w końcu była nieoficjalną przywódczynią Ślizgonek i świeżo mianowaną prefekt. Wiedział, że jeżeli inni będą postrzegać ich jako parę, to tylko podniesie to jego pozycję. Z jednej strony lubił Pansy na tyle, by się z nią przyjaźnić, ale z drugiej nie był pewien, czy lubi ją też w romantyczny sposób… Zamrugał, by pozbyć się tych głupich myśli i skupił uwagę na swoich przyjaciołach.

– Zapowiada się interesujący rok – odezwał się, uśmiechając się przy tym do dwóch siedzących naprzeciwko chłopców – Teodora Notta i Blaise'a Zabiniego, którzy, zgodnie z czysto krwistą etykietą siedzieli sztywno, z idealnie wyprostowanymi plecami. Vincent Crabbe i Gregory Goyle zostali przed drzwiami, by uniemożliwić niepożądanym osobom wejście do przedziału.

Teo przytaknął, a w jego zielonkawo-brązowych oczach zaiskrzyło rozbawienie.

– Z Turniejem Trójmagicznym i obecnością Harrisona… Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co się stanie.

W odpowiedzi Blaise wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby.

– Biorąc pod uwagę wasze opowieści o Czarnym Księciu, spodziewam się, że będzie to naprawdę ekscytujący rok. Być może pokaże w końcu Gryfonom ich miejsce…

Draco miał właśnie przestrzec Blaise'a przed publicznym używaniem tytułu Harrisona, kiedy zza drzwi przedziału dobiegły odgłosy głośnego zamieszania. Nakazując gestem Blaise'owi ich uchylenie, powstał z miejsca. Czwórka ślizgonów, marszcząc czoła w konsternacji, zerknęła na scenę rozgrywającą się na korytarzu. Vincent i Gregory uparcie blokowali przejście, a tyczkowaty rudzielec krzyczał:

– …żeby Malfoy ruszył ten swój napuszony tyłek i przyszedł tutaj!

Draco usłyszał jedynie końcówkę wypowiedzi Weasleya. I o ile nie był kimś, kto dobrze przyjmował obrazy, to poziom tych weasleyowskich był tak dziecinny, że postanowił nie marnować czasu i nie reagować. Nie znaczyło to jednak, że miał zamiar puścić płazem tak jawny brak szacunku. Dlatego wyszedł spokojnie na korytarz.

– Weasley, proszę, bądź tak łaskaw i powiedz nam, dlaczego wybrałeś sobie akurat nasz przedział na pienienie się? Jestem pewien, że wszyscy jesteśmy zainteresowani poznaniem kierujących tobą powodów. – Uśmiechnął się pod nosem i rzucił znaczące spojrzenie w kierunku wszystkich głów wystających zza drzwi przedziału.

Zaczerwieniony jak burak Weasley odwarknął:

– Malfoy, ty cholerny, głupi dupku… – Jednak nim zdążył dodać coś więcej, Draco prychnął i machnął nadgarstkiem; sekundę później trzymał wysuniętą z mankietu różdżkę i celował nią w Weasleya.

Silencio!

Weasley jedynie gapił się i poruszał ustami, kiedy jego mózg wielkości ziarenka grochu próbował przyswoić fakt, że jakimś sposobem Draco go ubiegł i zaatakował jako pierwszy.

Draco, ignorując niemo bulgoczącego Weasleya, odwrócił się, by rzucić okiem na jego towarzyszkę, szlamę Granger, która z zaniepokojeniem spoglądała na rudzielca. Nim zdążyła zdjąć z niego klątwę, Draco wycedził:

– Może teraz ty, Granger, zechcesz nas oświecić? Czy jest to kolejna próba naruszenia naszej prywatności?

Zgromadzeni za jego plecami przyjaciele zachichotali, bez wątpienia zachwyceni przedstawieniem, jakie urządził.

Granger, której napuszone włosy zdawały się kręcić jeszcze bardziej niż zazwyczaj, zapomniała na moment o Weasleyu i ocknęła się.

– Przyszliśmy tu jedynie po to, by zabrać cię na spotkanie prefektów; polecenie naczelnego prefekta. Ale te twoje dwa zbiry ani nie chciały pozwolić nam na porozmawianie z tobą, ani nie wyglądały na kogoś, kto byłby zdolny do przekazania tej informacji.

Draco, słysząc te słowa, powstrzymał się przed zmarszczeniem czoła. Prawda, powiedział Vincentowi i Gregory'owi, że nie chce, by ktokolwiek im przeszkadzał, ale czy ta dwójka musiała tak dosłownie brać każdą jego wypowiedź? Myślał, że będą mieć na tyle rozumu, by jednak zawołać go, jeśli dowiedzą się o czymś ważnym, na przykład o spotkaniu prefektów…

Posyłając w stronę Vincenta i Gregory'a miażdżące spojrzenie, wyraźnie sugerujące obietnicę porozmawiania w późniejszym terminie o całej tej sprawie, wyniośle skinął głową.

– Cóż, w takim razie najlepiej będzie, jeśli tam się udamy. Pansy? – Wyciągnął w stronę Ślizgonki ramię i zaczekał, aż go za nie ujmie. A gdy to zrobiła, skierował się wprost do wagonu prefektów, ignorując przy tym całkowicie szlamę i Weasleya.


~o.O.o~


Harry uśmiechał się drapieżnie, kiedy dyrektor Karkarow oznajmiał, że po raz drugi z rzędu został wybrany naczelnym prefektem. Nie było to niespotykane, ale mimo wszystko uważano to za wyczyn, bo udało się to jedynie kilku uczniom. Niemniej, biorąc pod uwagę spacyfikowanie Fredericka Flinta, przychylne nastawienie pozostałych nauczycieli i służalczą postawę dyrektora, nie była to niespodzianka. Harry zastanawiał się, co Karkarow chciał na tym ugrać, bo jeśli chodziło o niego, to mianowanie kogoś, kto cały najbliższy rok miał spędzić w Hogwarcie prefektem naczelnym było trochę głupie…

– ... a w związku z nieobecnością, wynikającą z powodu nadchodzącego Turnieju Trójmagicznego, prefekt naczelny sam wskaże swojego zastępcę…

Być może Karkarow nie jest taki głupi na jakiego wygląda, pomyślał Harry. Zmrużył oczy, gdy dyrektor zapowiedział, że na wymianę do Hogwartu uda się dwudziestu uczniów Durmstrangu, a jeden z nich zostanie reprezentantem szkoły. Lista wyjeżdżających osób miała zostać sporządzona i zatwierdzono przez prefektów naczelnych do końca tygodnia.

Harry wiedział, że tegoroczna prefekt naczelna była jedynie figurantką. I kogokolwiek by nie wybrał na swoje miejsce, to właśnie ta osoba miała sprawować rzeczywistą władzę nad Durmstrangiem… A dyrektor, swoim ostatnim stwierdzeniem upewnił się jedynie, że do uczniów dotarło, kto tak naprawdę miał wpływ na jego decyzje. Harry już nie mógł doczekać się nadchodzącego tygodnia, który miał upłynąć pod znakiem pochlebczości, lizusostwa i przekupstwa. Być może będzie w stanie dodać do biblioteki ojca kilka rzadkich pozycji lub zobowiązać dzieci bogatych, wpływowych, europejskich rodów do wyświadczenia w przyszłości paru przysług…

Późną, nocą porą, wyciągnięty się wygodnie w miękkim, skórzanym fotelu stojącym nieopodal kominka, spoglądał na swojego zastępcę, klęczącego u jego stóp. Poza nimi dwoma w pokoju wspólnym nie było nikogo, co tłumaczyło pozycję Alerona – starszy nastolatek miał tendencję do okazywania swojej służalczej postawy, gdy nie przyglądały im się żadne wścibskie oczy. I chociaż Harry uważał za nieco dziwne to, że dominujący nad innymi Aleron, w jego towarzystwie zachowuje się tak ulegle, to, ponieważ wiedział, że odpowiadało to starszemu nastolatkowi, zezwalał na to.

– Aleronie, jak myślisz, kogo powinienem zabrać ze sobą do Hogwartu? – zapytał niezobowiązująco, bawiąc się równocześnie z roztargnieniem kawałkiem pergaminu trzymanym w dłoniach.

Aleron, spotykając spojrzenie panicza, zacisnął pięści. Po czym przemówił z miną wyrażającą lekkie poczucie winy.

– Ja… mój książę... Obawiam się, że nie jestem w stanie obiektywnie się w tej kwestii wypowiedzieć.

Harry w milczeniu przypatrywał się Aleronowi, pozwalając, by nastolatek przez kilka minut kisił się w niepewności. W końcu z jego ust wydobył się delikatny śmiech.

– Spokojnie Aleronie. Jestem świadomy twojego konfliktu interesów… Co sprawia, że zastanawiam się… Co byś zrobił, mój drogi przyjacielu, gdybym rozkazał jednemu z was, tobie albo Silasowi, udanie się wraz ze mną do Hogwartu, a drugiemu pozostanie w zamku?

Harry stłumił uśmiech, kiedy zobaczył, jak jego zwolennik porusza się, przesuwając ciężar ciała z jednego kolana na drugie. Aleron nie był głupi i Harry był pewien, że wyłapał ukryte znaczenie pytania. Przyglądał się więc, jak chłopak prostuje ramiona, unosi wzrok, by ich oczy się spotkały i obnaża duszę.

– Podporządkuję się twoim rozkazom bez wahania, paniczu. Bo chociaż kocham Silasa z całego serca, wypełnianie twojej woli jest dla mnie priorytetem. – Słowa Alerona były szczerze, emocje odbijane przez oczy autentyczne i nie do pomylenia z niczym innym. Opuścił nawet swoje oklumencyjne bariery! Harry zaczął zastanawiać się, jak wiele Aleron wie, lub podejrzewa, o jego próbach nauczenia się legilimencji; umiejętności, którą próbował opanować od zeszłego roku. W czasie wakacji zdradził to jedynie ojcu. I o ile nie był jeszcze w tym mistrzem, to nauczył się jej na tyle, by móc przeczesać pobieżnie umysł starszego chłopca i przekonać się, że Aleron mówił prawdę i tylko prawdę.

– Jestem bardzo zadowolony, Aleronie. – Harry pogłaskał starszego nastolatka lekko po głowie. I z uśmieszkiem wesoło harcującym po twarzy, podjął: – Zawsze nagradzam tych, którzy spisują się dobrze. A to niech będzie twoja nagroda: to ty w moim zastępstwie przejmiesz obowiązki prefekta naczelnego, a Silas będzie cię wspierać i ci pomagać. Oczekuję, że utrzymasz obecną pozycję Nocnych Węży i naszą władzę nad pozostałymi uczniami.

W oczach starszego nastolatka przez kilka sekund błyszczała prawdziwa wdzięczność, nim ponownie odzyskał panowanie nad wyrazem twarzy. Pochylając głowę, wymamrotał:

– Nawet nie wiem, jak ci dziękować, mój książę. Nie zawiodę cię.

Usta Harry'ego zwinęły się z satysfakcji. Wszystko było tak, jak powinno; rano będzie gotów przedłożyć Karkarowowi listę osób. A za tydzień o tej porze będą już w Hogwarcie.


~o.O.o~


W dniu, w którym w Hogwarcie mieli zjawić się uczniowie z Durmstrangu i Beauxbatons Martin Charlus Potter z niecierpliwością oczekiwał ich przybycia, tak jak pozostali uczniowie zebrani przed zamkiem. Był zimny, wrześniowy wieczór, i jak inni, owinął szyję szalikiem w kolorach domu, do którego przynależał i założył grubą pelerynę.

Jego oczy przebiegły po uczniach, stojących w równych rzędach zgodnie z wiekiem i rokiem nauki. Zdawało się, że na zewnątrz zebrali się wszyscy mieszkańcy zamku; był i profesor Dumbledore, nie brakowało też pozostałych nauczycieli no i oczywiście jego taty, nauczyciela pojedynkowania się.

Ha, tak jakby tatę coś mogło powstrzymać przed zobaczeniem przyjazdu gości!

Podekscytowanie Jamesa było widocznej przez cały tydzień; ujawniało się w tym, jak prowadził lekcje („Nie żebym tego od was oczekiwał, ale jeżeli wdacie się w pojedynek z uczniem z Durmstrangu lub Beauxbatons, to miejcie na uwadze honor Hogwartu i pokonajcie ich!"), i w tym, że na ochotnika zgłosił się, by zostać opiekunem nowoprzybyłych uczniów. Martin uśmiechną się na wspomnienie swojej matki, Samanty, która przewracała oczami, rozdrażniona wygłupami jego taty w czasie kominkowej rozmowy odbytej kilka dni wcześniej.

– Podekscytowany?

Martin odwrócił się i posłał uśmiech w stronę swojej przyjaciółki, Ginewry Weasley, która była także jego koleżanką z roku. Dzięki bogu profesor Dumbledore uległ naleganiom jego taty i zgodził się, by Martin rozpoczął naukę rok wcześniej. Bo to oznaczało, że mógł zacząć ją w tym samym czasie, co Ginny. W przeciwnym razie, ponieważ urodził się w październiku, musiałby odczekać cały rok… a czy to nie było do bani?

– Ta, Gin, totalnie podekscytowany. Jak myślisz, w jaki sposób przybędą?

– To coś, co ja już wiem, a ty jeszcze nie, Potter. – Gdzieś zza pleców dobiegł go lodowaty, drwiący głos. Martin okręcił się na pięcie, tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z bladym blondynem, Draco Malfoyem, jak zawsze otoczonym swoimi socjofanami; Teodorem Nottem, Pansy Parkinson, Blaisem Zabinim, Vincentem Crabbe'em i Gregory'em Goyle'em.

– Malfoy! – wyrzucił z irytacją. On i to jego szczęście… Spotkaj takiego Malfoya, a cały dobry nastrój szlag trafi. Czasami Martin mógłby przysiąc, że nienawidził Ślizgona równie mocno co Ron – swoją drogą Ginny uważała za niemożliwe do osiągnięcia. Nikt, mówiła, nie może nienawidzić go bardziej niż mój brat. Ale z drugiej strony przyznawała, że Martin może być tuż za Ronem.

Malfoy, sprawiając wrażenie znudzonego, od niechcenia strzepywał ze swojej szaty wyimaginowany kłaczek.

– Ta… Tak mam na nazwisko. Czy twój mózg nadaje się do czegokolwiek innego poza zwracaniem uwagi na oczywiste oczywistości?

Jego ślizgońscy towarzysze zachichotali, a Martin poczuł ukłucie irytacji. Nie, powiedział sobie w duchu, nie przeklnie tego pieprzonego Malfoya na cholernie małe kawałeczki na oczach nauczycieli i… i taty. Na szczęście Ginny zainterweniowała w odpowiednim momencie, ujawniając swój ognisty temperament.

– Nie daj się podejść, Martin. A ty, Malfoy, po prostu się zamknij, dobra?

Lodowate iskry zamigotały w oczach Malfoya, gdy chłopak pozwolił, by kąciki jego ust uniosły się nieznacznie w drwiącym uśmieszku.

– Niby dlaczego miałbym słuchać czegokolwiek, co mówi taki zdrajca krwi jak ty?

Efekt wywołany przez wypowiedziane słowa był łatwy do zauważenia; ramiona Ginny zadrżały. Martin nie mógł winić przyjaciółki; Malfoy bywał czasami niesamowicie przerażający. A ilekroć w jego oczach pojawiał się ten błysk… Nic dziwnego, że Ślizgona nazywano Lodowym Księciem Slytherinu.

Nim Martin zdołał wpaść na odpowiednio ciętą ripostę, wokół rozbrzmiały głośne ochy i achy. Dało się też słyszeć Dumbledore'a, stojącego razem z innymi nauczycielami w tylnym szeregu.

– Aha! Albo się mylę, albo zbliża się delegacja z Beauxbatons!

Coś wielkiego, o wiele większego od miotły – może setka mioteł? – szybowało na tle ciemnoniebieskiego nieba ku zamkowi, rosnąc z każdą chwilą.

Kiedy olbrzymi czarny kształt przemknął ponad szczytami drzew i znalazł się w kręgu światła tryskającego z okien zamku, zobaczyli ogromny, niebieski powóz, ciągnięty przez tuzin skrzydlatych, złotobrązowych koni, równie wielkich co słonie.

Powóz zaczął obniżać lot, podchodząc do lądowania z przerażającą szybkością. Nagle rozległ się donośny huk. Martin usłyszał, jak kilka pierwszorocznych dziewczyn krzyknęło. Drzwi powozu, na których widniał herb w kształcie dwóch skrzyżowanych ze sobą różdżek z których tryskały po trzy gwiazdki, powoli uchyliły się. Ze środka wyskoczył chłopiec w bladoniebieskich szatach i rozłożył składane złote schodki, po czym cofnął się z szacunkiem. Zaraz po tym Martin zobaczył ogromną – nie, gigantyczną – kobietę. Osobiście znał tylko jedną osobę dorównującą jej rozmiarami: Hagrida. A kiedy owa kobieta podeszła do Dumbledore'a, żeby się z nim przywitać, zauważył, że miała oliwkową cerę, wielkie, jasne i jakby przejrzyste oczy oraz ciemne włosy zaczesane do tyłu i spięte na karku w lśniący kok. Od stóp do głów spowita była w czarny atłas, a mnóstwo wspaniałych opali połyskiwało na jej szyi i palcach.

– Droga madame Maxime – powiedział Dumbledore, kłaniając się uprzejmie. – Witamy w Hogwarcie.


~o.O.o~


Draco, wyrzuciwszy z myśli wspomnienie o nieuniknionej kłótni z Weasley i Potterem, obserwował w milczeniu interakcje pomiędzy Dumbledore'em a dyrektorką Beauxbatons. Równocześnie z zainteresowaniem odnotował, że uczniowie francuskiej szkoły prezentowali dość pogardliwie nastawienie w stosunku do swoich brytyjskich kolegów. Ciekawe… Być może Harrison będzie w stanie to w jakiś sposób wykorzystać…

Zaraz po tym, jak uczniowie Beauxbatons weszli do zamku, Draco utkwił wzrok w nieruchomej tafli jeziora. I czekał. Przez chwilę panowała cisza. Jednak wkrótce do jego uszu zaczęły napływać dziwne dźwięki – stłumione huczenie i narastające szumy…

Z jeziorem działo się coś nietypowego. Na tafli wody zaczęły tworzyć się wielkie bąble, fale obmywały błotniste brzegi – a potem, w samym środku jeziora, utworzył się wielki wir… Wir, z którego wyłaniało się powoli coś, co wyglądało na długą, czarną tyczkę…

Draco wiedział, że był to maszt statku nim jeszcze ujrzał takielunek. Wyciszając się na dobiegające zewsząd podekscytowane rozmowy, patrzył, jak statek powoli i majestatycznie wyłaniał się z toni wody, lśniąc w promieniach zachodzącego słońca. Z wyglądu przypominał zmartwychwstały wrak, a mgliste, tajemnicze światła migotały w iluminatorach jak oczy widma. W końcu, z donośnym chlupotem, ukazał się w całej okazałości. Kilka sekund później Draco usłyszał głośny plusk rzucanej na płyciznę kotwicy.

Ze statku zaczęli schodzić ludzie. Prawie wszyscy mieli na sobie długie, grube futra spod których wystawały szkarłatne szaty i skórzane buty. Jedynie mężczyzna idący na czele miał futro innego rodzaju; lśniące i srebrne jak jego włosy. Z pewnością musiał to być ich dyrektor… Draco jednym uchem przysłuchiwał się słowom, jakimi Dumbledore witał Karkarowa – jego oczy powędrowały ku smukłej sylwetce z kruczoczarnymi włosami i błyszczącymi, szmaragdowymi oczami, która, osłaniania z obu stron przez dwójkę blond włosach uczniów, kroczyła tuż za dyrektorem.

Draco wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił powietrze. Pierwsze powitanie zaplanowali bardzo, bardzo starannie. Wyłamując się z szeregu, postąpił krok naprzód. To samo zrobiła obserwowana przez niego smukła postać. I kiedy spotkali się w połowie drogi, na oczach całej uczniowskiej populacji, tuż za plecami Dumbledore'a i Karkarowa, Draco wyciągnął dłoń i uprzejmie skłaniając głowę, przywitał przybysza.

– Harrison, naprawdę miło cię tutaj widzieć. Witaj w Hogwarcie.

W oczach Harrisona Maximusa Riddle'a zamigotało rozbawienie, a na jego twarzy zakwitł zdawkowy uśmiech. Ujął dłoń Draco, a jego głos brzmiał czysto i gładko.

– Dziękuję Draco. Ja również cieszę się, że mogłem tu przybyć.

Stojący za Harrisonem Septimus i Octavius uprzejmie skinęli w stronę Draco, podobnie jak pozowali znający go durmstrangowi uczniowie.

Pierwsza wskazówka zapowiadająca nowy porządek i hierarchię właśnie została ujawniona – ci, którzy potrafili rozpoznawać tego typu drobne gesty z pewnością jej nie przeoczyli. Pierwsza krok w ich… a raczej Harrisona planach. Draco uśmiechnął się pod nosem, całkowicie świadomy uważnych spojrzeń pozostałych uczniów skupiających się na nim, gdy ruszał w stronę zamku.


~o.O.o~


Obserwowany uścisk dłoni obudził ciekawość Jamesa. Z pewnością bachor Malfoyów musiał znać tego chłopaka z Durmstrangu. Co w sumie nie byłoby wcale takie dziwne, jeśli chłopak był czystej krwi – a na to szanse były spore, bo uczniowie Durmstrangu zazwyczaj pochodzili z czystokrwistych rodzin. Wpływy Malfoyów rozciągały się na wszystkie strony. Nawet Potterowie czy Blackowie – a przecież były to starożytne rody, o wiele starsze niż tacy Malfoyowie – nie mogli poszczycić się takimi oddziaływaniem na czystokrwiste kręgi. James podejrzewał, że nie byli przy tym z Syriuszem bez winy; szczególnie, że po tym, jak odziedziczyli po swoich ojcach lordowskie tytułu, pozwolili, by wpływy nieco wymknęły im się z rąk. Co w sumie tłumaczyłoby, dlaczego nie rozpoznawał chłopca, który z pewnością musiał być dziedzicem jakiejś liczącej się rodziny. Ten charakterystyczny sposób trzymania się… uprzejmie, serdeczne słowa powitania… nie, nie było szans, by był kimś innym. Nagle w oczach chłopca zauważył coś znajomego… Gdzież on widział wcześniej ten odcień zieleni?

Jednak nim zdołał sobie to przypomnieć, już jego głowę zaprzątało coś zupełnie innego – o nie, czy czasem nie miał zaprowadzić uczniów z wymiany do Wielkiego Halu? Teraz już było za późno, Malfoy i ten nowy chłopak weszli właśnie do zamku, a za nimi podążyli pozostali uczniowie. James westchnął w myślach. Bycie nauczycielem wiąże się z przeogromnym nawałem obowiązków!


~o.O.o~


Bycie Czarnym Panem to niełatwe zadanie, przyznał w duchu Voldemort, zastanawiając się równocześnie nad następnym ruchem. Przepowiednia. Jej kwestia nie dawała mu spokoju, ciążąc od kiedy ogłosił swojego syna Czarnym Księciem. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, nie mógł pozwolić, by Harry go zdradził. I dlatego musiał poznać pełną wersję przepowiedni, bo część, którą znał, wcale tej kwestii nie rozjaśniała. Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana…

Nagle rozległo się pukanie. Voldemort ścisnął palce. Drzwi otworzyły się bezgłośnie, ukazując w przejściu słomiane włosy i zniszczoną twarz Barty'ego Croucha. Voldemort przyglądał się, jak wierny śmierciożerca wchodził do pokoju i klękał kilka stóp przed miejscem, w którym obecnie stał Czarny Pan.

– Panie – wymamrotał mężczyzna, krzyżując ręce za plecami i pochylając głowę.

– Barty. Wykorzystasz swoją przykrywkę i przebranie, by dowiedzieć się wszystkiego o Sali Przepowiedni mieszczącej się w Departamencie Tajemnic. Utrzymasz jednak tę misję w sekrecie i nie powiesz nikomu. Nawet Harrisonowi. Zrozumiałeś? – rozkazał Voldemort lodowatym, okrutnym głosem. Zaczekał aż Barty spojrzy w górę, by zobaczyć, jak przez twarz czarodzieja przemyka cień zdumienia. Nic dziwnego, niezwykle rzadko zdarzało się, by wykluczał syna ze swoich planów.

– Oczywiście, Mistrzu. – Barty był wyśmienicie wytrenowanych śmierciożercą, więc gdy odpowiadał, w jego głosie dało się słyszeć jedynie szczery zapał.

Voldemort, usatysfakcjonowany, skinął szorstko głową, po czym zmienił temat.

– A teraz Barty opowiedz mi, jak idzie infiltracja Ministerstwa?

To była mała przyjemność, którą nagradzał jedynie najbardziej zasłużonych śmierciożerców – czas, w którym mogli poopowiadać o swoich poczynaniach i pochwalić się sukcesami. W rzeczywistości Voldemorta niewiele obchodził proces, dla niego liczyły się tylko wyniki. Ale był to dobry sposób na nagradzanie zwolenników… szczególnie tak oddanych jak Barty Crouch.


~o.O.o~


Ocean i wiele krajów dalej, Aleron Fidel Mulciber spoglądał tęsknie przez okno w dormitorium na ciemne niebo. Panicz wyjechał z zamku skoro świt i Aleron powoli zaczynał odczuwać ból z powodu jego nieobecności. W jakiś sposób nie było to dla niego właściwe – pozostać w Durstrangu i pełnić obowiązki prefekta naczelnego bez przewodnictwa swojego mistrza. Od początku jego rola była dla niego całkowicie klarowna – miał wspierać i podporządkowywać się rozkazom panicza. Doradzać mu, by osiągał wszystko, co sobie zamierzył i upewniać się, że jego polecenia są wykonywane.

Teraz jednak został pozostawiony samemu sobie i w jego imieniu miał rządzić szkołą. Oczywiście, panicz pozostawił mu wyraźne wskazówki – wszystkie w zasadzie sprowadzały się do jednego; miał utrzymać podziw i szacunek, jaki pozostali uczniowie żywili w stosunku do osoby jego mistrza. A w razie jakichkolwiek problemów miał pamiętać, że dzieliła ich zaledwie jednodniowa podróż sowy… Poza tym panicz otoczony był przez wielu godnych zaufania podwładnych. No i w Hogwarcie nie brakowało osób, które z pewnością będą dbać o to, by jego plany zakończyły się sukcesem…

– Knut za twoje myśli? – Zza pleców dobiegło go nieśmiałe pytanie zadane przez zbyt znajomy głos. Aleron odwrócił się i stanął twarzą w twarz ze swoim ukochanym, Silasem Curtisem Macnairem. Jak zawsze uderzyło go piękno, jakie reprezentował sobą jego kochanek – wysokie kości policzkowe, ostre, jastrzębie rysy twarzy i dopełniające wszystkiego intensywne, brązowe spojrzenie. Wyciągnął przed siebie rękę i nawinął na palec brązowe kosmyki Silasa, które ześlizgnęły się, gdy cofnął dłoń.

– Myślałem o paniczu.

To krótkie stwierdzenie zawierało tyle tęsknoty, że Aleron był pewien, że gdyby jego kochankiem był ktokolwiek inny, to właśnie znalazłby się w poważnych tarapatach z powodu wypowiadania się w taki sposób o innym chłopcu.

Ale ponieważ to był Silas, to jedynie zmierzył Alerona krzywym, ale nie pozbawionym wesołości spojrzeniem.

– Powinienem być zazdrosny? – zapytał, ale gdy zobaczył, że Aleron nie zareagował na żart, odezwał się poważniej. – Aleronie… nie musisz się martwić, Z paniczem wszystko będzie w porządku: ma Draco, Emlena, Dafne. I bliźniaków. Zobaczysz, jego wszystkie plany odnośnie Hogwartu zakończą się sukcesem. – Położył dłoń na ramieniu Alerona. – Poza tym pozostawił tutaj niezwykle lojalnego podwładnego, który z pewnością dopilnuje, by plany odnośnie Durmstrangu również się ziściły.

Aleron uśmiechnął się leciutko. Zawsze mógł być pewien, że Silas odkryje, co go trapiło…

– Och nie, myślisz się.

Silas, zdziwiony, uniósł pytająco brwi. Aleron natomiast kontynuował z całą siłą i pewnością na jaką potrafił się zdobyć.

– Panicz pozostawił w Durmstrangu dwójkę lojalnych podwładnych. I razem dopilnujemy, by jego plany się powiodły. Ślubowałem lojalność i posłuszeństwo paniczowi i nie mam zamiaru go zawieść.

Po tej kategorycznej deklaracji, oczy Silasa rozbłysły, a z ust wydobyły się przytakującego temu stwierdzeniu słowa.

Z na wpół uchylonymi ustami i błyszczącymi oczami Silas był uosobieniem atrakcyjności… Uśmiech Alerona poszerzył się, upodabniając do wilczego, drapieżnego grymasu. Chwycił mocno swojego kochanka w pasie i stanowczo przyciągnął do siebie…


T/N

No i stało się! Harry w końcu przybył do Hogwartu – teraz tylko czekać, aż go zawojuje!

Jeszcze raz witam w naszym Harrisonowym światku nowych czytelników (albo nowych dla mnie – cieszę się, że coraz więcej z was daje o sobie znać, zawsze to miło wiedzieć, że nie tylko garstka czyta to tłumaczenie): Aidi, kolosie, coloburum, Majkę i Kazekagę! No i jak zawsze serdecznie dziękuję tym, którzy wspierają mnie od początku (a to wytykając literówki, a to zachwycając się razem ze mną wykreowanym przez LavenderStorm światem, a to po prostu dając znać, że czytają): Marze, Paulince, Heremicie Acris, Cierpikowi, Hulkowi, Anuii, XSparkX, SecretViolence… Naprawdę, możecie być pewni, że publikując kolejne rozdziały, robię to głównie z myślą o was ;).

PS: A za tydzień: Hogwart Rok Piąty – Ceremonia Przydziału

W końcu nadeszła jego kolej.

- Harrison Maximum Riddle – wykrzyknęła McGonagall, a jej wzrok natychmiast powędrował w jego stronę. Zmrużyła oczy. Niech zastanawiają się nad tym nazwiskiem, pomyślał z przekąsem Harry.