Dziękuję serdecznie za komentarze pod poprzednim rozdziałem. W tym (wreszcie!) zostanie zamknięty wątek Sinistry. Ciąg dalszy, niestety, w proszku.

Ilustracje do rozdziału:

Liza Vector http : / / the - black - panther . deviantart . com / art / Liz - Vector - 282424804

Minerwa zamieniająca się w kota http : / / the - black - panther . deviantart . com / art / Minerva - turning - into - cat - v - 0 - 1 - 292495329

Sinistra http : / / the - black - panther . deviantart . com / art / Rain - 292213126

Podziękowania za beta-reading dla Milennn i Nadii.

Rozdział 25

Zdrajca

Liza jeszcze raz przebiegła wzrokiem treść listu od męża, czytając jego urywki. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje... Wieści, jakie docierają... Co wyprawia nasz rząd... To szaleństwo... Dlaczego po prostu tego wszystkiego nie rzucisz i do mnie nie przyjedziesz? Pokręciła głową, składając kartkę. James martwił się o nią, przebijało to z każdego słowa jego listu, ale jednocześnie postąpił bardzo nieostrożnie, pisząc o wszystkim tak otwarcie i w dodatku krytykując rząd. Przecież rozmawiali o tym już tyle razy. Nie mogła „tak po prostu tego wszystkiego rzucić" i zostawić innych, by radzili sobie z kłopotami. Poza tym: jak on to sobie wyobrażał? Już kiedyś się o to sprzeczali. Dla wykwalifikowanego inżyniera nie brakowało pracy na zagranicznych kontraktach. Pod tym względem budownictwo czarodziejów nie różniło się niczym od swojego mugolskiego odpowiednika, chociaż oni używali różdżek a nie skomplikowanych maszyn. Ale czym ona miałaby się tam zająć? Jakby nie patrzeć, liczba posad dostępnych dla numerologa była dość ograniczona...

Pieczołowicie złożyła pergamin i schowała go do koperty. Coś się jej tutaj nie zgadzało. Sądząc po dacie zapisanej w nagłówku, list powinien był do niej dotrzeć jakiś tydzień temu. Sowa, która go przyniosła, nie wyglądała tak, jakby przeleciała bez dłuższego odpoczynku setki kilometrów. Sprawiała za to wrażenie bardzo zdenerwowanej, co wskazywało na to, że miała jakieś kłopoty z dotarciem prosto do celu. Bez wątpienia, nim list trafił do Vector, przeszedł przez ręce urzędników z Ministerstwa. Cała korespondencja z zagranicy była ściśle kontrolowana, tak samo jak listy skierowane do Hogwartu, a konkretnie do kadry szkoły. Pomimo swojego statusu, a może właśnie z jego powodu, nie pasowali do nowego porządku i dlatego na każdym kroku poddawano ich ścisłej inwigilacji.

Liza poczuła przypływ wściekłości. Te urzędasy nie miały prawa grzebać w ich prywatnym życiu! Czego oni jeszcze od nich chcieli? Przecież wykazali „chęć współpracy" z nowymi władzami. Najwyraźniej to wciąż było dla nich za mało.

Nabrała gwałtownej chęci zapalenia papierosa. Przez chwilę walczyła z nałogiem, ale skoro już do niego wróciła, było to starcie z góry skazane na niepowodzenie. W końcu machnęła ręką. Wstała od stołu, wyciągnęła z szuflady komódki paczkę z kilkoma ostatnimi sztukami i podeszła do okna. Uchyliła je lekko. Do komnaty w mgnieniu oka wdarł się powiew lepkiego, zimowego chłodu. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno, a przecież wydawało się, że dzień dopiero się zaczął. Co za paskudna pogoda. Nienawidziła zimy.

Paląc, wróciła myślami do listu od męża. James, niestety, nie rozumiał do końca pewnej rzeczy – dlaczego, podobnie jak reszta kadry, Liza czuła tak głębokie przywiązanie do Hogwartu. Dlaczego wszyscy nauczyciele byli gotowi pozostać w zamku aż do końca, niczym załoga na pokładzie tonącego statku. Ale nic dziwnego, wielu małżonków i krewnych nie było w stanie tego pojąć, zwłaszcza po tym, co stało się z Albusem i Charity.

Zgasiła papierosa w ozdobnej popielniczce, na brzegu której siedziała miniaturka smoka, z ogonem owiniętym wokół jej krawędzi. Zwierzę wyciągnęło długą szyję, z ochotą pożarło niedopałek i czknęło chmurką dymu, nim ponownie zastygło w bezruchu.

Wróciła do sprawdzania esejów, z rezygnacją usiłując wyłowić coś sensownego z tych wszystkich głupot, jakie powypisywali uczniowie. Jej szarobury pręgowany kocur, domagając się uwagi, wskoczył na stół, rozrzucając starannie poukładane pergaminy. Liza zganiła kota, który w ogóle się tym nie przejął i tylko przekrzywił głowę, spoglądając na nią bursztynowymi oczami. Wzięła go na kolana i pogłaskała, a potem wróciła do pracy, jednak po chwili odłożyła na bok gęsto zapisany pergamin. Pismo było tak drobne i ciasne, że z trudem mogła je odcyfrować i zaczynały boleć ją oczy.

Trapiło ją jeszcze jedno zmartwienie.

Na litość Merlina, co się działo z Aurigą? Ostatnio była pełna dystansu, jakby oddalona od wszystkiego, co działo się wokół i coraz bardziej zamknięta w sobie. Parę dni temu przyznała się wreszcie, że ma jakieś zmartwienie i że później porozmawiają, ale to „później" jeszcze nie nadeszło. Vector nie naciskała, wiedząc z doświadczenia, że Sinistra sama wybierze odpowiedni moment. Może powinna zareagować bardziej zdecydowanie... Złamać jedną z najważniejszych zasad, której obie dotrzymywały – o nie wtrącaniu się do swoich spraw nawzajem, zwłaszcza gdy druga wyraźnie sobie tego nie życzyła.

„A co, jeśli Auriga... Nie, to niemożliwe." — Odepchnęła od siebie tę myśl, zanim zdążyła ją do końca sformułować. Ale plotki, które ostatnio krążyły w pokoju nauczycielskim, przyniesione przez niewiadomo kogo... Sama słyszała dzisiaj tylko ich strzępy i poważnie ją zaniepokoiły. Podobno ktoś widział Sinistrę rozmawiającą ze Snape'em na temat, który bynajmniej nie dotyczył spraw zawodowych. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić, zwłaszcza że Auriga wydawała się zupełnie nieświadoma tego, co współpracownicy szepcą za jej plecami. Kiedy miałaby się zresztą dowiedzieć? W pokoju nauczycielskim bywała sporadycznie, a przy stole pojawiała się zazwyczaj później niż pozostali. Nawet dyżury spędzała samotnie, wyjąwszy te dni, kiedy jej zmiana przypadała o tej samej porze, co Vector.

Liza potarła skroń, marszcząc brwi i wpatrując się w stojącą na stole filiżankę z niedopitą zieloną herbatą. Czy to możliwe, że nic nie zauważyła, zaabsorbowana własnymi problemami? Gdyby to było coś błahego, Sinistra już dawno by się tym z nią podzieliła. Ale im bardziej poważna była sprawa, tym mniej Auriga mówiła. Vector uświadomiła sobie, że nie jest w stanie dłużej znieść tej niepewności. Była gotowa pójść prosto do Sinistry jeszcze tego samego wieczora, ale zrezygnowała z tego zamiaru, gdy spojrzała na zegar. Auriga właśnie zaczęła zajęcia.

„Jutro" — obiecała sobie. Musiała poznać prawdę, niezależnie od tego, jaka by ona nie była.


Minęło kilka dni nim Carrowowie mogli wprowadzić w życie swój plan, w ich mniemaniu będący szczytem finezji i przebiegłości. W tym celu przyczaili się na korytarzu wiodącym do skrzydła szpitalnego, gdzie urzędowała szkolna pielęgniarka i znajdowały się również jej komnaty mieszkalne. Gdy na sali chorych nie było żadnych pacjentów, którzy wymagaliby stałej uwagi, pielęgniarka tak jak inni pracownicy wieczorami patrolowała korytarze. Carrowowie sami zadbali o to, by wystąpiły sprzyjające warunki. Kosztowało to ich dużo wysiłku, ale jakoś przez parę dni udało im się złagodzić kary na tyle, by nikt nie wylądował w szpitalnym łóżku.

Jeszcze przed dwudziestą obydwoje byli na miejscu. Zatrzymali się na skrzyżowaniu korytarzy.

— Pamiętasz, co masz powiedzieć? — zapytała Alecto.

— Tak — zapewnił ją Amycus. — Na pewno będzie tędy przechodzić?

— Musi, to najkrótsza droga do głównego holu. Nie będzie przecież szła naokoło jak kto głupi.

— Może pójść od razu na piętro.

— Bzdura, nie będzie się pchać na górę tymi wąskimi, kręconymi schodami. Sprawdziłam. Nikt normalnie tamtędy nie chodzi. A zresztą mówię ci, że oni się przed każdym patrolem spotykają w głównym holu, żeby ustalić, kto bierze jaką część zamku do... O, chyba idzie — zniżyła głos do szeptu, gdy w oddali rozległo się trzaśnięcie zamykanych drzwi i szczęk zamka. — Która jest?

Amycus pośpiesznie wygrzebał z kieszeni zegarek.

— Za dziesięć ósma — odpowiedział półgłosem.

— Punktualna jest do obrzydliwości. Dobra, idziemy.

Odwrócili się i odeszli parę kroków, przystając za zakrętem korytarza. Nasłuchiwali przybliżających się kroków, aż mieli pewność, że znaleźli się w zasięgu słuchu Pomfrey.

Alecto dała znak bratu.

— Gdzie, do cholery, podziewa się Snape? — powiedział Amycus, patrząc z wahaniem na siostrę, niepewny, czy mówi właściwe słowa. Alecto kiwnęła głową z aprobatą. Kroki Pomfrey umilkły. Najwyraźniej zatrzymała się, nie chcą natknąć na Śmierciożerców. Dokładnie tak, jak zakładał plan. — Nigdy go nie ma pod ręką, kiedy jest potrzebny! — dodał przesadnie donośnym głosem. — Nie ma go ani w jego komnatach, ani w gabinecie...

— Pewnie znów polazł do tej dziwy od astronomii — odpowiedziała natychmiast Alecto, mając nadzieję, że te słowa dobrze dotrą do uszu pielęgniarki.

Amycus przez chwilę spoglądał na nią z głębokim namysłem, nim wreszcie wypalił z pasją:

— No żeż jego mać, tylko romanse mu głowie!

— Niech robi, co chce, może znów dowiemy się czegoś ciekawego... — Alecto machnęła ręka, dając do zrozumienia Amycusowi, że powinni powoli zacząć się oddalać.

Z najwyższym trudem udało im się powstrzymać chęć natychmiastowego obejrzenia się przez ramię. Swobodnie mogli porozmawiać dopiero wtedy, gdy znaleźli się piętro wyżej, w zupełnie innej części zamku.

— Myślisz, że to łyknęła? — zapytał Amycus.

— Nie wiem, o mało co wszystkiego nie zepsułeś — odparła z pretensją w głosie Alecto. — Skąd przyszło ci do głowy ględzić o romansach? Co innego miałeś powiedzieć!

— A, bo mi się pomieszało. — Amycus zmarszczył brwi. — No, ale wydaje mi się, że dobrze kombinowałaś. Ona po prostu musi to teraz powtórzyć McGonagall — powiedział z przekonaniem.


Minerwa tylko smutno pokiwała głową, gdy nazajutrz Poppy zrelacjonowała jej słowa Carrowów. Obydwie jakoś nie miały wątpliwości, o kim mówiła Alecto.

— Nie jesteś zaskoczona, prawda? — zapytała cicho Pomfrey.

— Nie, Poppy. Nie jestem.

— A więc musiało zdarzyć się coś jeszcze?

— Miałam tylko niejasne podejrzenia. Ale powoli wszystko zaczyna składać się w logiczną całość. — Minerwa odwróciła się do wysokiego, wykuszowego okna, przy którym przystanęła. Niebo było szarobure, błonia zamieniły się w jednolitą, białą pustkę, czubki drzew i góry, pokryte śniegiem, ledwo majaczyły w oddali.

— Może oni kłamali... — powiedziała bez przekonania Poppy. Powoli ustawiała na tacy fiolki z nowymi leczniczymi eliksirami, dostarczonymi rano przez Slughorna, po to tylko, by czymś zająć dłonie. Na razie nikt ich na szczęście nie potrzebował. Wszystkie łóżka w skrzydle szpitalnym stały puste, ale nie miała nadziei, że taki stan rzeczy utrzyma się przez dłuższy czas. — Może chcą, żebyśmy tak myśleli...

Minerwa spojrzała na nią przez ramię.

— Gdyby chodziło tylko o słowa Carrowów, uznałabym to za prymitywną prowokację. Trochę dziwne, że takie słowa padły niby przypadkiem akurat w twojej obecności, prawda? — Uśmiechnęła się smutno. — I co oni robili przy skrzydle szpitalnym o tej porze? Nie, tu nie chodzi o to, co rozpowiadają Carrowowie, niby przez nieostrożność. Tu chodzi o to, że jest zbyt wiele wątpliwości. Obawiam się, że Auriga nie jest już po naszej stronie.

— Ależ... Co ty mówisz? — Pielęgniarka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

— Nie dziwiło cię nigdy, że on jest zawsze tak świetnie poinformowany? Tak, wiem, Filch codziennie składa mu raporty. Nam też od czasu do czasu coś się wyrwie w przypływie nieostrożności. Ale nawet Legilimencja nie pozwoliłaby mu dowiedzieć się, o czym dokładnie rozmawialiśmy na naszym zebraniu.

— A więc... on o tym wie? — zapytała Poppy z przestrachem, aż przysiadając na krześle.

Minerwa skinęła głową.

— Dlatego sądzę, że zdrajcą jest ktoś z nas. Ktoś, kto powtórzył mu każde słowo... A Auriga... Po prostu zbyt wiele łączy ją z Severusem.

— Zawsze o nich krążyły plotki — powiedziała z wahaniem Pomfrey. — Ale przecież nikt nie traktował tego poważnie.

— Więc może najwyższa pora to zrobić.

— Ale Minerwo... przecież wciąż nie masz żadnych dowodów.

McGonagall zawahała się. Czy nie wystarczyło to, czego dowiedziała się dotychczas? Przeżyła już jedną wojnę i doskonale pamiętała panującą wtedy atmosferę niepewności i zagrożenia. Wtedy zdrajcą mógł się okazać każdy. Ludzie przechodzili na stronę Śmierciożerców z różnych powodów, czasami tylko po to, by nie stać się ich kolejną ofiarą albo żeby ochronić swoich bliskich. A przecież ojciec Aurigi był mugolem...

— Może powinnaś po prostu z nią porozmawiać? — zaproponowała Poppy. — Może to da się jakoś wyjaśnić? Przecież pozory mogą mylić. Poza tym... — urwała, jakby nie wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chciała powiedzieć. — Nie zrozum mnie źle, ale wydawanie wyroków bez wysłuchania drugiej strony... Jak dotychczas to była specjalność tych tam, co siedzą w tej komisji i dzielą nas na dobrych i złych czarodziejów... Czym będziemy się od nich różnić, jeżeli zrobimy tak samo?

Minerwa obawiała się, że jest zbyt późno, by cokolwiek wyjaśnić, ale słowa Pomfrey, która zawsze wierzyła w ludzi, skłoniły ją do rozważenia sytuacji.

— Zastanowię się nad tym — odparła wymijająco.


Sala, w której odbywały się wykłady z astronomii, znajdowała się na tym samym piętrze, co klasa transmutacji. Minerwa przyszła tutaj tuż po zakończeniu swoich porannych lekcji, spodziewając się, że zastanie Sinistrę jeszcze na miejscu i uda się jej zamienić z nią parę słów na osobności. Zatrzymała się przy lekko uchylonych drzwiach wejściowych, słysząc, że Auriga z kimś rozmawia.

— Tak, panie Warren. Będzie pan mógł poprawić ten sprawdzian na następnych zajęciach — mówiła. Wydawała się lekko zniecierpliwiona.

Po chwili na korytarz wyszedł niski, piegowaty blondynek, z nosem spuszczonym na kwintę. Minę miał bardzo nieszczęśliwą i najwyraźniej był tak zmartwiony, że w ogóle nie zauważył stojącej tuż obok nauczycielki transmutacji. McGonagall odprowadziła go wzrokiem, a potem bez wahania weszła do środka klasy. Zanim tutaj przyszła, miała wystarczająco dużo czasu, żeby poukładać sobie w głowie to, o czym chciała porozmawiać z Aurigą. Poppy miała rację. Sinistra zasługiwała przynajmniej na to, by przedstawić swoją wersję... i być może wiarygodne wyjaśnienie.

Nauczycielka astronomii nie zauważyła wejścia McGonagall. Stała odwrócona plecami do drzwi wejściowych, obok tablicy. Skinęła różdżką na gąbkę, która poderwała się z swojego miejsca i zaczęła ścierać wzory i obliczenia. Minerwa przyglądała się jej przez chwilę, nim dała znać o swojej obecności:

— Możemy porozmawiać?

Auriga drgnęła, najwyraźniej zupełnie zaskoczona, po czym odwróciła się gwałtownie.

— Weszłaś tutaj cicho niczym kot, Minerwo — powiedziała. — Oczywiście, że możemy porozmawiać. — McGonagall wydawało się, że w tym pozornie naturalnym tonie zabrzmiała jakaś nieszczerą nuta, jakby Auriga usiłowała coś zamaskować. Zerknęła w bok, na stojak stojący obok biurka i z roztargnieniem machnęła różdżką, by zwinąć planszę przedstawiającą Jowisza i jego księżyce.

Minerwa przymknęła za sobą drzwi. Korytarzem przemknęła grupka hałaśliwych uczniów. Sprzeczali się o coś zawzięcie.

— Muszę cię o coś zapytać. I liczę na szczerą odpowiedź — zaczęła Minerwa. — Chodzi o Severusa.

Sinistra zamarła z różdżką w dłoni i spojrzała na nią, wysoko unosząc brwi w zdziwieniu.

— Czy on ci w jakiś sposób groził? — podjęła McGonagall. — Szantażował cię?

Zdawała sobie sprawę, że nie było to najbardziej subtelne ujęcie problemu, ale czas na subtelności dawno się skończył.

— O czym ty mówisz?

— Chyba wyraziłam się dość jasno? O tobie i o Severusie. Nie musisz nic dłużej udawać. — Minerwa miała niejasne wrażenie, że Auriga potraktowała tę rozmowę jak wyzwanie. Nie spodziewała się, co prawda, że pójdzie łatwo, ale i tak nieco ją to zaskoczyło.

— Niczego nie udaję. Po prostu nie ma o czym mówić.

— Może powiesz mi jeszcze, że w ogóle z nim nie rozmawiasz?

— Owszem, kiedy tylko mogę, staram się tego unikać, jak wszyscy pozostali.

McGonagall poczuła ukłucie niepokoju. Sinistra ewidentnie mijała się z prawdą.

— A tydzień temu? — zapytała natychmiast.

Wydawało się, że pierwszym odruchu Auriga chciała zaprzeczyć. Nie zrobiła tego jednak.

— O co ci właściwie chodzi, Minerwo? Twoje pytania sugerują, że masz jakieś wątpliwości. — Zawahała się. — Przyszłaś tutaj po to, by je rozwiać, czy żeby się w nich utwierdzić? Czego właściwie ode mnie oczekujesz? Że złożę deklarację lojalności?

McGonagall nie chciała przyznać tego sama przed sobą, ale spodziewała się właśnie mniej więcej czegoś takiego. Miała jednak do czynienia ze Ślizgonką, a przedstawiciele tego domu zawsze wybierali pokrętne ścieżki, w przeciwieństwie do Gryfonów, najchętniej kroczących szeroką, jasno oświetloną aleją.

— Wciąż nie udzieliłaś mi jasnej odpowiedzi — powiedziała Minerwa sucho.

— Mam ci pokazać moje ramię, by udowodnić ci, że nie jestem Śmierciożercą? — wypaliła Sinistra, najwyraźniej bez żadnego namysłu.

— Nie trzeba nosić Mrocznego Znaku, żeby być zdrajcą, Aurigo. — Minerwa, ledwie wypowiedziała te słowa, natychmiast tego pożałowała, ale teraz nie mogła już ich cofnąć.

— Zdrajcą — powtórzyła Sinistra. — To dość mocne słowo. Rozumiem, że masz jakieś podstawy, by wyrażać się tak kategorycznie? — zapytała opanowanym tonem.

— Naprawdę się nie domyślasz? Chyba, że rozmowę ze Śmierciożercą uważasz za coś zupełnie normalnego?

— O ile się nie mylę, sama codziennie bywasz u niego w gabinecie.

— Właśnie. W gabinecie. Ale nie odwiedza mnie on wieczorami w moich prywatnych komnatach.

— Ach, więc o to chodzi. — Auriga lekko pobladła, ale nie wydawała się zmieszana, nie próbowała się też tłumaczyć. — To chyba nie stawia mnie w najlepszym świetle?

Minerwa tylko pokręciła głową.

— Czego on chciał od ciebie?

— Wolałabym o tym nie rozmawiać.

— Naprawdę nie masz mi nic więcej do powiedzenia? — zapytała Minerwa po chwili nieznośnie przedłużającego się milczenia.

Auriga spojrzała jej prosto w oczy.

— Obawiam się, że cokolwiek teraz powiem, nie będzie miało to już żadnego znaczenia, bo twój osąd już się nie zmieni. Prawda?

McGonagall chciała odpowiedzieć, że się myli, ale te słowa byłyby kłamstwem i obydwie o tym wiedziały. Sinistra trafiła w sedno. Nigdy nie były ze sobą zbyt blisko i tak na dobrą sprawę, chociaż pracowały razem od wielu lat, dystans między dawną nauczycielką a uczennicą niewiele się zmniejszył. Teraz, przy tak wielu wątpliwościach, Minerwa nie potrafiłaby jej już zaufać. Pomyślała z goryczą, że chyba przyszła tutaj tylko po to, by uspokoić swoje własne sumienie, by móc powiedzieć, że spróbowała...

Na korytarzu rozległ się dźwięk dzwonka obwieszczającego koniec przerwy. Minerwa nie musiała się spieszyć. Miała teraz okienko, tak samo jak Auriga. Ale dalsza rozmowa nie miała sensu. Powinna była przewidzieć, że potoczy się źle i zamiast coś wyjaśnić, tylko jeszcze bardziej zagmatwa sprawy. McGonagall zatrzymała się na progu, rzucając ostatnie spojrzenie na Sinistrę. Chciała coś powiedzieć, ale żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do głowy. Rozstały się w milczeniu.

Zaszyła się w swoim gabinecie z dość nikłą nadzieją, że rutyna codziennych zajęć pozwoli jej zapomnieć o zmartwieniach. Ministerialne pisma zazwyczaj nie miały zbyt wiele sensu, ale jeszcze nigdy nie wydawały się jej tak chaotycznie skonstruowane. Nie potrafiła się skupić na ich treści, wciąż wracając myślami do dopiero co odbytej rozmowy. Jej umysł ciągle pracował nad rozwikłaniem zagadki. Szantaż tłumaczyłby dziwną powściągliwość Sinistry w składaniu jakichkolwiek wyjaśnień. Jeżeli w dodatku znajdowałaby się pod wpływem jakiegoś zaklęcia to nawet gdyby chciała, nie mogłaby o niczym powiedzieć. Istniała jednak jeszcze opcja najgorsza z możliwych, zakładająca, że Auriga dobrowolnie przeszła na stronę Snape'a. Albo też znajdowała się po niej od samego początku. Powód mógł być tylko jeden. Minerwa przymknęła oczy. Czyżby Carrowowie mówili prawdę? Ani przez chwilę nie wierzyła w to, że wygadali się przez przypadek. Najwidoczniej zależało im na tym, by pozostali nauczyciele się o wszystkim dowiedzieli. Może poróżnili się ze Snape'em i chcieli się w ten sposób zemścić? Jedno było pewne – sami tego nie wymyślili. Mogli coś usłyszeć albo zobaczyć. Może Severus poczuł się zbyt pewnie i stał się mniej ostrożny? W końcu Sybilla też zauważyła jego nocną wizytę u Sinistry.

Minerwa zapatrzyła się na szarobure niebo widoczne za oknem, po którym wiatr szybko przeganiał kłębiaste chmury. Bezwiednie obracając na palcu pierścionek z rubinem, którego nigdy nie zdejmowała, intensywnie usiłowała sobie przypomnieć wszystko to, co o domniemanym związku Sinistry i Snape'a mówiono w kuluarach pokoju nauczycielskiego. Nigdy nie zwracała na to gadanie większej uwagi, bo serdecznie nie znosiła plotek, ale być może jednak tkwiło w tym jakieś ziarno prawdy? Czy byliby w stanie tak długo to ukrywać? Oficjalnie żadne z nich nikogo nie miało, ale to akurat o niczym nie świadczyło.

Czy to przypadek, że Severusa i Aurigę łączyło tyle podobieństw? I nie chodziło tylko o wspólny dom, do którego przydzieliła ich Tiara. Obydwoje trzymali się na uboczu szkolnego życia. Snape z wyboru, Sinistra niejako z konieczności, ze względu na swój nienormowany czas pracy. Wyglądało jednak na to, że wieczory, a właściwie noce, lubili spędzać czas w swoim towarzystwie. Przypomniała sobie, że Irma wspominała kiedyś o nocnych wędrówkach Sinistry, które zadziwiająco często kończyły się w lochach. Skąd ona o tym wiedziała? Pewnie od Argusa. Teraz, gdy Minerwa znów o tym myślała, z pewnym zażenowaniem stwierdziła, że raczej mało prawdopodobne było, aby spotykali się o tej porze wyłącznie w celu wypicia razem herbaty...

Jeżeli naprawdę byli razem, to nic dziwnego, że Auriga poddawała w wątpliwość jego winę, może nawet wierząc w jego wersję wydarzeń. Na litość, czy naprawdę była aż tak naiwna, czy po prostu aż tak zaślepiona, że nie docierały do niej żadne racjonalne argumenty? A może Snape nią po prostu manipulował? Doskonale wiedział, jak wykorzystywać ludzi.

Jedno było pewne – od Aurigi się niczego nie dowie. Z wyciągnięciem czegoś od Severusa nawet nie zamierzała próbować. Była jednak jeszcze jedna osoba, która albo również była oszukiwana, albo o wszystkim wiedziała i też tkwiła w tym kłamstwie.


Lizę obudził blask silnego światła i wrażenie, że ktoś coś do niej mówi. Otworzyła oczy. W mroku dostrzegła jarzącą się błękitnawym blaskiem plamę, która przycupnęła na brzegu jej łóżka. Nieco niemrawo wymacała w ciemnościach leżącą na nocnym stoliku różdżkę i zapaliła świecę w lichtarzu, a potem mrużąc oczy, sięgnęła po okulary. Założyła je, a wtedy morze rozmazanych barw zmieniło się w wyraźne kontury.

Na kołdrze siedział patronus Minerwy. Gdy tylko zauważył, że Vector się obudziła, machnął ogonem i zeskoczył z łóżka. Przeszedł kilka kroków i obejrzał się na nią, wyraźnie dając do zrozumienia, że chce, aby za nim poszła.

Liza spojrzała na budzik. Było piętnaście po szóstej. Przez chwilę, półprzytomna, rejestrowała fakt, że spała niecałe dwie godziny. Wróciła do siebie dopiero o czwartej nad ranem, bo przypadła jej nocna zmiana dyżuru. Co się mogło stać? Minerwa chyba nie zwoływałaby zebrania w środku nocy bez żadnego wcześniejszego uprzedzenia?

Nie zwlekając, wstała z łóżka i sięgnęła po ubranie. Choćby się paliło i waliło, Liza Vector była ostatnią osobą, która wyszłaby na zamkowe korytarze w koszuli nocnej i szlafroku. Narzuciła na siebie tę samą suknię, którą nosiła wczoraj, i pośpiesznie upięła włosy w luźny kok, tak żeby jej nie przeszkadzały.

Patronus cierpliwie czekał, całkowicie ignorując kota Lizy, który spoglądał na niego nieufnie, nie ruszając się ze swojego koszyka. Widząc, że Vector jest gotowa do drogi, poruszył nieznacznie wąsikami i jednym susem przeniknął przez drzwi.

Liza zgarnęła różdżkę ze stolika przy łóżku i wyszła za nim. Chociaż o tej porze korytarze były zupełnie opustoszałe, rozejrzała się czujnie, nim ruszyła w ślad za jaśniejącą kocią postacią. Sądziła, że patronus skieruje się prosto do komnaty Minerwy, ale ten na rozwidleniu korytarzy skręcił w przeciwną stronę. Zatrzymał się dopiero przy bocznej klatce schodowej. Obejrzał się, jakby chciał się upewnić, czy Liza idzie za nim, a potem lekko zbiegł po schodach dwa piętra niżej, skręcił w lewo i poszedł do końca korytarza. Vector dobrze znała Hogwart, w końcu miała tutaj już kilkunastoletni staż, ale miejsce rozpoznała dopiero wtedy, gdy stanęła niemal pod samymi drzwiami. Patronus, nie czekając aż się zbliży, przeniknął do wnętrza komnaty.

Liza podeszła do drzwi i uniosła wyżej czubek różdżki, by rzucić na nie nieco więcej światła. Chłodny blask wydobył z mroku nieco jaśniejsze miejsce po usuniętej tabliczce. Filch zdjął ją jeszcze w sierpniu, pewnie na polecenie Snape'a, ale to była jedyna ingerencja, jakiej byli w stanie dokonać. Drzwi nigdy nie zdołali otworzyć. Vector osobiście postarała się o to, żeby nikt niepowołany nie mógł tutaj wejść.

Carrow nigdy nie przestąpiła progu gabinetu, który kiedyś należał do Charity. Snape dał jej inny, w zachodnim skrzydle zamku.

Zawahała się przez moment, a potem nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły. Weszła do pogrążonej w głębokich ciemnościach komnaty. Na pierwszy rzut oka wydawała się pusta. Patronus już zniknął. Różdżka oświetliła biurko i stojący na nim globus, regał ciasno zastawiony książkami, stojak ze zwiniętymi mapami w kącie...

Nagle dostrzegła kątem oka ruch w głębi pomieszczenia. Odwróciła się gwałtownie, unosząc wyżej różdżkę. Błysnęły kocie ślepia. Niewyraźny kształt rozmył się i urósł, stopniowo przeobrażając się w kobiecą sylwetkę. Pręgowane futerko zniknęło, zmieniając się z powrotem w jasną ludzką skórę i gładki materiał sukni, a ciemne obwódki wokół oczu płynnie przekształciły się w prostokątne ramki okularów. Tylko źrenice jeszcze przez moment odbijały światło, nadając im niezwykły, trochę nierzeczywisty wygląd.

— Wybacz tę maskaradę — powiedziała Minerwa. — Chciałam się upewnić, że jesteś sama. — Wyciągnęła różdżkę i zapaliła świece w kandelabrach. Komnatę zalało ciepłe światło, ukazując zakurzoną podłogę i meble, a także różne drobiazgi pochodzące z mugolskiego świata, starannie poustawiane na półkach. Wśród miniaturek mugolskich środków transportu był nawet model starego pasażerskiego statku o eleganckim, czarnym kadłubie i prostej, niemal pionowo wznoszącej się dziobnicy, z czterema lekko pochylonymi ku wzniosłej rufie kominami, piętrzącymi się na białej nadbudówce. Rzeczy osobiste Charity odesłano rodzinie, ale wyposażenie gabinetu pozostało na miejscu, przechodząc na własność szkoły. Przez te kilka lat nauczania gromadziła je z pasją osoby, która jako czarownica czystej krwi niewiele miała na co dzień kontaktu z mugolami. Nikogo tutaj nie było od dobrych kilku miesięcy. Vector nie miała problemu z domyśleniem się, dlaczego Minerwa wybrała ten gabinet na miejsce spotkania.

Bez słowa zgasiła światełko różdżki, przyglądając się McGonagall. Wyczuwała, że musiało stać się coś złego. Minerwa nie wzywałaby jej o tej porze z jakiegoś błahego powodu, i tak na dobrą sprawę domyślała się, czego, a raczej kogo, będzie dotyczyła rozmowa.

— Przepraszam, że wyciągnęłam cię z łóżka o tej godzinie, ale muszę z tobą porozmawiać bez świadków — powiedziała Minerwa.

— Nie mogłyśmy z tym zaczekać do rana? — mruknęła Liza, lekko opierając się o biurko Charity.

— Nie, gdy każdy mój ruch jest pilnie śledzony. — McGonagall powiodła wzrokiem po komnacie, jakby zastanawiając się od czego powinna zacząć.

— Chodzi o Aurigę, prawda?

— A więc się domyśliłaś? — odparła Minerwa, nie okazując zdziwienia.

Liza tylko skinęła głową.

— Trudno byłoby się nie domyśleć po tym, co słyszałam ostatnio w pokoju nauczycielskim.

— I co o tym sądzisz?

Vector spoglądała na nią przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć.

— Nie wiem — przyznała w końcu. — Nie wiem, co mam o tym sądzić.

— Rozmawiałaś o tym z Aurigą?

— To przesłuchanie?

— Odpowiedz mi. Tak czy nie? — powiedziała Minerwa nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Co miała odpowiedzieć? Że dawno już porzuciła dyplomatyczne zabiegi i w ciągu ostatnich trzech dni próbowała to zrobić dwukrotnie, ale za pierwszym razem Auriga wymigała się od odpowiedzi, a za drugim przeszkodził im nie kto inny, a Snape, który akurat tego wieczoru postanowił wyjątkowo wziąć udział w patrolowaniu korytarzy i kręcił się na ich odcinku? Vector miała ochotę strzelić w niego jakąś klątwą, bo odniosła wrażenie, że lada moment Sinistra wreszcie by coś wyjaśniła. Na jego widok natychmiast zamilkła i do końca dyżuru Lizie nie udało się naprowadzić rozmowy na ten temat.

— Próbowałam — przyznała niechętnie Liza. — Nic nie chciała mi powiedzieć. Auriga... — urwała.

— Zachowuje się inaczej niż dawniej. Zauważyłaś to wreszcie?

— Co chcesz przez to dokładnie powiedzieć? — zapytała. Nie podobało jej się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa.

— Nie udawaj, że nie wiesz, co to oznacza. Już od dawna podejrzewaliśmy, że w naszym gronie jest zdrajca. Teraz wszystko zaczyna się klarować. Ktoś ich widział razem, w dodatku... — Nie dokończyła.

— Co takiego?

— Jest jeszcze to, co mówili Carrowowie.

Powtórzyła jej parę zasłyszanych przez Pomfrey zdań.

— Nie wierzysz chyba w to, co oni wygadywali? — żachnęła się Vector.

— Nie wierzę, że mówili o tym przez przypadek akurat tam, gdzie ktoś mógł ich usłyszeć. Sądzę, że zrobili to specjalnie. Nie ma między nimi przyjaźni, może wykorzystali okazję, by się zemścić i pokrzyżować Severusowi szyki? Straciłby swoje źródło informacji.

— „Źródło informacji"... Ty już naprawdę wydałaś wyrok.

— Zrozum, Lizo. Wiem, że się przyjaźnicie, ale...

Vector nic nie odpowiedziała.

Auriga miała ich zdradzić? Auriga, która była tutaj najbliższą jej osobą, która znała od dobrych dwudziestu pięciu lat?

Nie mogła w to uwierzyć. Nie chciała w to uwierzyć.

— Dopuszczasz w ogóle jakieś okoliczności łagodzące? — zapytała cierpko.

— Zastanawiałam się nad tym. On potrafi dość bezwzględnie wykorzystać to wszystko, czego przez lata się o nas dowiedział — powiedziała, a Liza domyśliła się, że mówiła również o siebie. Bezpieczeństwo uczniów, którzy próbowali wykraść miecz Gryffindora, bez wątpienia miało swoją cenę. — Ale im dłużej o tym myślę... Nie zastanawiałaś się nigdy, dlaczego on właściwie wrócił do Hogwartu? Nie dziwiło cię, dlaczego Auriga wciąż ma jakieś wątpliwości co do jego postępowania? Fakt, że ostatnio mniej, ale to może być tylko część gry.

Liza pokręciła głową. To wszystko brzmiało coraz bardziej absurdalnie.

— Więc naprawdę sądzisz, że coś ich łączy?

— To najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie, jakie znalazłam. A ty? Wciąż masz wątpliwości? A czy możesz z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy nie było nic pomiędzy nią a Severusem?

Lizie samo to podejrzenie wydawało się nonsensowne. Przecież dobrze znała Aurigę. Gdyby faktycznie coś kiedyś było na rzeczy, to chyba by o tym wiedziała? Czegoś takiego nie dało się ukrywać latami. Poza tym jeszcze nie tak dawno temu był ktoś inny. O tym Minerwa akurat raczej nie wiedziała, a Vector wolała teraz nie wracać do tamtej historii, zwłaszcza że Auridze by to nie tylko nie pomogło, a mogło jeszcze bardziej zaszkodzić. Reputacja tamtego mężczyzny nie należała do zbyt chwalebnych...

— Nie wiem — powiedziała wreszcie. — Po prostu nie wierzę, że Auriga powiedziałaby mu coś z własnej woli...

— A gdyby wierzyła w jego niewinność? — przerwała jej Minerwa.

— Sprowadzasz to do absurdu — odparła gniewnie.

— Nie, Lizo. Chcę poznać prawdę. Fakty mówią same za siebie i ignorowanie ich nic nie da. Wszyscy wiedzieliśmy, że spędzali ze sobą dużo czasu, może nawet się przyjaźnili... Temu chyba nie zaprzeczysz?

— Nie mam zamiaru niczemu zaprzeczać. Żądasz jednak ode mnie, żebym uwierzyła, że Auriga nas wszystkich oszukuje.

— Ktoś nas niewątpliwie zdradził, skoro Severus zna szczegóły z przebiegu naszego spotkania i niestety, czy ci się to podoba, czy nie, Auriga jest najbardziej podejrzana. Powiedziałam ci, dlaczego tak uważam. A ty jakie kontrargumenty możesz mi przedstawić poza tym, co dyktuje ci poczucie lojalności wobec przyjaciółki?

Liza nie wiedziała, co odpowiedzieć. Uczciwość wymagała jednak, by chociaż zastanowić się nad tym, co powiedziała jej Minerwa.

— Jeżeli założymy, że to Auriga... — Coś chwyciło ją za gardło, gdy to mówiła. Opuściła wzrok, ale po chwili się opanowała. — …to mogę tylko podejrzewać, że stało się to, przed czym ją ostrzegałam i on wykorzystał jej słabą stronę. — Przypomniała sobie wymianę spojrzeń pomiędzy Aurigą a Snape'em, którą zauważyła podczas dyżuru. Odniosła wtedy dziwne i niepokojące wrażenie, że było między nimi jakieś ciche porozumienie.

Minerwa skinęła głową, tak jakby wszystko się zgadzało, chociaż nie mogła odgadnąć jej myśli.

— Auriga byłaby najbardziej podatna na wszelką sugestię, z wiadomych względów.

— Co więc zamierzasz teraz zrobić? — zapytała Liza chłodnym, rzeczowym tonem.

— Ostrzec pozostałych — odparła zdawkowo McGonagall. Ruszyła w stronę drzwi, dając tym samym znać, że rozmowa była skończona.

— Dlaczego ze mną w ogóle rozmawiałaś? Nie obawiałaś się, że też jestem w spisku? — zatrzymała ją Vector.

— Nie ma potrzeby ironizować, Lizo. Założyłam, że nie wiedziałaś wszystkiego i sądzę, że się w tym względzie nie myliłam. — Spojrzała na nią przenikliwie.

— A gdybym dała ci najmniejszy powód do wątpliwości, to sprawiłabyś, żebym zapomniała o całej rozmowie?

Minerwa nie odpowiedziała, co świadczyło o tym, zakładała taką możliwość.

— Teraz sama musisz podjąć decyzję, po której stanąć stronie — powiedziała i wyszła na korytarz.

Kiedy Liza za nią wyjrzała, już jej nie było. Zapewne znów zmieniła się w kota i cicho zniknęła w ciemnościach.


Auriga wiedziała, że znalazła się w fatalnej sytuacji. Dwa dni temu gotowa była o wszystkim powiedzieć Lizie i zrobiłaby to, gdyby nie przeszkodził im Severus. W ciągu ostatniego tygodnia widywała go zdecydowanie częściej, niż przez cały miniony miesiąc, co dodatkowo ją zaniepokoiło. Jakby dla odmiany, Carrow, co zauważyła nie bez pewnego zaskoczenia, dał jej nagle spokój. Spoglądał na nią z dziwnym wyrazem twarzy, niechęcią, może nawet nienawiścią, ale nie próbował więcej się do niej zbliżać. Połączenie tych dwóch faktów nasuwało się samo, ale jaki Snape miałby mieć interes w tym, żeby ochronić ją przez drugim Śmierciożercą, tego nie potrafiła odgadnąć.

Najgorsze jednak było to, że stosunek pozostałych nauczycieli względem niej wyraźnie się zmienił. Z początku sądziła, że Hagrid po prostu jej nie dostrzegł, gdy minęli się rano w holu. Pewne wątpliwości wzbudziła Sybilla, która na sam jej widok tak szybko czmychnęła na schody, że o mało co nie potknęła się o skraj swojego powłóczystego szala. W dodatku rozmowa w pokoju nauczycielskim urwała się w pół słowa, gdy tylko weszła do środka. Slughorn i Sprout niemal natychmiast podnieśli się ze swoich miejsc i wyszli, starannie unikając jej wzroku. Na jej powitanie Hooch tylko mruknęła coś niewyraźnie w odpowiedzi i schowała się za jakimś kolorowym czasopismem o quidditchu.

W ciągu dnia było jeszcze gorzej. Gdziekolwiek by się nie pojawiła, trafiała na mur cichnących rozmów i chłodnych albo wręcz wrogich spojrzeń. Nawet Filch zerkał na nią dziwnie, a gdy obok niego przechodziła, spuścił wzrok, udając, że całkowicie pochłania go czyszczenie posadzki mopem, jakby od tego zależało jego życie.

Auriga nie musiała się długo zastanawiać, co było przyczyną takiego zachowania. Zaczynały o sobie dawać znać konsekwencje jej rozmowy z Minerwą. Jakie musiała odnieść wrażenie i co powiedziała innym, skoro patrzyli na nią jak na zbrodniarkę?

Koło południa przy pokoju nauczycielskim natknęła się na Lizę. Jeszcze się dzisiaj nie widziały. Rozminęły się na śniadaniu, a potem każda miała zajęcia w innej części zamku. Auriga przez chwilę podświadomie obawiała się, że Vector zareaguje podobnie jak pozostali i wyminie ją bez słowa. Ale Liza zatrzymała się i powiedziała po prostu:

— Cześć. Chyba powinniśmy porozmawiać.

— Chyba tak — zgodziła się Auriga.

Vector na pozór zachowywała się zupełnie zwyczajnie, ale Sinistra wyczuwała jakieś dziwne napięcie, wiszące w powietrzu niczym ciężkie burzowe chmury. Natychmiast jej się to udzieliło, łącząc z dręczącym ją przez cały dzień niepokojem i sprawiając, że poczuła się jeszcze gorzej niż dotychczas.

Pięć minut później znalazły się w gabinecie Lizy. Przez całą drogą nie zamieniły ani słowa, a Auriga dopiero teraz sobie uświadomiła, jak źle to wszystko musiało wyglądać, skoro nawet ona...

— Zechcesz mnie trochę oświecić? Co wam powiedziała Minerwa? — zapytała, nie mogąc dłużej znieść tej atmosfery niepewności.

Vector przeszła kilka kroków i przystanęła przy swoim biurku. Zerknęła na Sinistrę i widząc jej poruszenie, powiedziała bez zbędnego owijania w bawełnę:

— Podobno... Podobno ktoś z nas przekazuje informacje Snape'owi.

— Tak, wiem. Dość jasno dała mi do zrozumienia, że to mnie o to podejrzewa.

— Obawiam się, że nie wiesz wszystkiego. Minerwa i pozostali... Oni są przekonani, że ty i Severus jesteście razem.

Sinistra pomyślała, że chyba ktoś tutaj zwariował; albo ona, albo wszyscy naokoło.

— I ludzie sądzą, że uprzejmie mu donoszę o wszystkim, czego się dowiedziałam, bo z nim sypiam, tak? — zapytała, zaskoczona, jak jej głos może być tak chłodny i pozbawiony wszelkich emocji. — Ty też w to wierzysz?

— Nie — odparła bez wahania Liza. — Ale... Aurigo, zrozum, ostatnio zachowywałaś się naprawdę dziwnie. Może nawet sama sobie z tego nie zdajesz sprawy, ale przez swoją... dawną sympatię do niego... On to po prostu wykorzystał.

— Wciąż nie rozumiem.

Liza opuściła głowę.

— Powiedz mi... Jak można rozpoznać, czy ktoś znajdował się pod wpływem Imperiusa?

— Nie można — odparła Sinistra. — Chyba że ktoś znacząco zmieni swoje przyzwyczajenia.

— A Obliviate?

— Nie wiem. Zazwyczaj się nie da, jeśli tylko zaklęcie nie było na tyle nieumiejętnie rzucone, że pozostawiło luki w pamięci... — Nagle uświadomiła sobie, co sugerowała Liza.

— Zaraz, chcesz powiedzieć, że on właśnie w ten sposób... Ale przecież w takim razie każdy mógł mu coś zdradzić!

— Ale to razem z tobą go widziano — powiedziała Vector. Nie brzmiało to jak oskarżenie. Po prostu stwierdziła fakt.

— Akurat dość dobrze pamiętam, o czym wtedy z nim rozmawiałam. I nie było to nic istotnego.

Liza spojrzała na nią przenikliwie.

— Aurigo, sama siebie posłuchaj. Przyszedłby do ciebie w środku nocy, żeby porozmawiać o „nieistotnych sprawach"? Może on chciał, żebyś tak myślała.

— A więc mi nie ufasz?

Vector wahała się odrobinę za długo.

— Rozumiem. — Auriga odwróciła wzrok. — Skoro tak stawiasz sprawę... Lepiej już pójdę.

Liza nie próbowała jej zatrzymywać.

Prawda była trudna do zaakceptowania. Skoro najbliższa przyjaciółka miała wobec niej wątpliwości, co mogli sądzić pozostali? Gdyby wcześniej zaufała tym, którzy byli skłonni jej wysłuchać... Może wtedy sytuacja nie wyglądałaby tak beznadziejnie.

Teraz było już na to za późno.


Wieści o nastrojach panujących wśród kadry dotarły do Severusa z pewnym opóźnieniem. Jego podejrzliwość wzbudziły jednak pewne subtelne oznaki, zauważalne zwłaszcza podczas posiłków, bo wtedy najczęściej widywał pozostałych pracowników. Nie mógł nie dostrzec ukradkowych spojrzeń, jakie rzucali w jego kierunku nauczyciele, jakby wszyscy poznali jakąś tajemnicę, o której on sam nie miał pojęcia. Do niechęci i wrogości zdążył się już przyzwyczaić, ale w tym było coś jeszcze – milczące potępienie. W dodatku Carrowowie wydawali się obrzydliwie wręcz zadowoleni z siebie, co pozwalało przypuszczać, że udało im się wykręcić wyjątkowo paskudny numer i Severus zaczął się zastanawiać, co oni znowu wykombinowali. Zauważył też wyraźne przygnębienie Vector i puste krzesło Sinistry, której, jak sobie uświadomił, nie widział przy stole od kilku dni.

Gdy nazajutrz sytuacja nie uległa zmianie, postanowił zasięgnąć języka, chociaż zaczynał się już domyślać, o co mogło chodzić. Zaraz po śniadaniu wezwał do siebie Filcha.

— Czyżby wydarzyło się coś, o czym nie wiem, panie Filch? — zapytał nieprzyjemnym tonem zamiast powitania, gdy tylko woźny przekroczył próg dyrektorskiego gabinetu.

Filch struchlał.

— Ja myślałem, że pan już wszystko wie od... — urwał, stropiony.

Severus nie potwierdził, ani nie zaprzeczył.

— Chciałbym usłyszeć co pan ma do powiedzenia na ten temat. Skąd to niezwykłe poruszenie kadry?

— No bo... No bo profesorowie dowiedzieli się o panu, dyrektorze, no i o profesor Sinistrze — wyjąkał Filch. — No, ale nie ode mnie! — zastrzegł się natychmiast. — Ja sam nie miałem pojęcia.

— Jak się dowiedzieli? — zapytał Severus bardzo zimno i bardzo spokojnie, co jeszcze bardziej zdenerwowało woźnego.

— Ja tam nie wiem — powiedział niepewnie, ale uświadomił sobie, że to nie była najlepiej sformułowana odpowiedź. — To znaczy tylko tyle, co od Irm... To znaczy, profesor McGonagall zebrała nauczycieli... Rano. W piątek. — Zastanowił się. — Tak, na pewno w piątek. Nie wiem, czy wszystkich. No i powiedziała, że profesor Sinistrze nie można ufać i żeby uważali na to, co przy niej mówią. — Zerknął na niego niepewnie.

Severus w zasadzie nie miał więcej pytań.

— Dziękuję, panie Filch. Może pan odejść.

Woźny szybko opuścił gabinet.

A więc wszystko jasne. Wiedział już skąd wzięły się te triumfujące spojrzenia Carrowów. Nie miał wątpliwości, że musieli maczać w tym wszystkim palce. Powinien był się spodziewać tak prymitywnej zemsty. Nie dziwiło go nawet zbytnio, że reszta kadry tak szybko uwierzyła w jego rzekomy związek z Aurigą. Od lat o nich dwojgu krążyły plotki, teraz nie sposób było ich zdementować. Cóż, jemu samemu nie mogło to zbytnio zaszkodzić. Gorzej było z Sinistrą.

— To wszystko nie brzmi najlepiej, Severusie — odezwał się Dumbledore.

Snape zesztywniał. Tylko tego teraz jeszcze potrzebował. Albus pewnie zaraz weźmie się za odstawianie moralizatorskiej gadki.

— Sama jest sobie winna — powiedział gniewnie. — Gdyby nie wyrywała się z tymi swoimi teoriami...

— Może nie powinieneś był prowokować Amycusa i dawać mu do zrozumienia, że Auriga należy do ciebie — powiedział spokojnie Dumbledore.

Snape spojrzał na niego z zaskoczeniem.

— Skąd o tym wiesz? — zapytał, nie kryjąc zdumienia.

— O twoich ostatnich poczynaniach? — Albus uśmiechnął się pod wąsem z wysokości swojego portretu. — Na siódmym piętrze też są obrazy i dużo wiedzą o tym, co dzieje się w zamku, a potem chętnie mi o wszystkim opowiadają. Nawet nie wiesz, jaka to nuda tak tkwić w tych ramach. — Rozłożył ręce.

Severus nie musiał się długo zastanawiać nad wytypowaniem podejrzanego.

— To pewnie Galileusz, co? Znalazł się naczelny plotkarz zamku. Więc co miałem według ciebie zrobić? — zapytał z rozgoryczeniem. — Stać spokojnie z boku i może pozwolić, żeby Amycus robił, co mu się podoba i może jeszcze ją zgwałcił, a to wszystko w imię większego dobra?

— Nic takiego nie powiedziałem — zaprzeczył Dumbledore. — Ale mogłeś zachować się bardziej dyplomatycznie.

— Cóż, co się stało to się nie odstanie. — Snape wzruszył ramionami. — Na razie nic jej bezpośrednio nie grozi.

— Poza zmaganiem się z ostracyzmem — napomknął niby to mimochodem Albus, patrząc w sufit.

Severus zacisnął zęby. Nie miał zamiaru wdawać się w jałową dyskusję ani pozwolić na to, by słowa Dumbledore'a wzbudził w nim jakieś wyrzuty sumienia.

Przez cały dzień nie myślał o tej sprawie, ale wieczorem tak się złożyło, że podczas dyżuru zawędrował w pobliże Wieży Astronomicznej, chociaż pierwotnie wcale nie miał takiego zamiaru. Zatrzymał się na korytarzu na siódmym piętrze prowadzącym prosto do niej, nasłuchując. Ta część zamku wydawała się zupełnie opustoszała i jakby oddzielona od reszty jakąś niewidzialną barierą, a wrażenie to dodatkowo potęgowały panujące tutaj ciemności. Pochodnie paliły się tylko przy klatce schodowej.

Po co właściwie tu przyszedł? Sam nie wiedział. Stał na środku korytarza, spoglądając w kierunku wejścia na wieżę. Było parę minut po drugiej, więc lekcja astronomii już dawno dobiegła końca. Sinistra pewnie odprowadziła uczniów do ich domów i wróciła do siebie...

„Albo i nie" — pomyślał, słysząc niosący się echem stukot obcasów, który wyraźnie się przybliżał. Nie ruszył się z miejsca, ciekaw, jak Auriga zareaguje na jego widok.

Nie przyświecała sobie różdżką. Blask księżyca w pełni, wpadający przez wysokie strzeliste okna, wystarczająco dobrze oświetlał drogę, rysując na gładkiej posadzce szerokie prostokąty jasnego światła. Ponieważ Severus stał zupełnie nieruchomo, Auriga podeszła całkiem blisko, nim zauważyła zarys jego sylwetki.

— Kto tam się czai? — zapytała, zatrzymując się.

W milczeniu zrobił kilka kroków do przodu, wstępując w jasną plamę srebrzystego blasku.

— To ty. — Nie mógł wyraźnie dostrzec wyrazu jej twarzy, bo w przeciwieństwie do niego stała w nieoświetlonym miejscu, ale zauważył, że zadrżała i chyba nawet cofnęła się o pół kroku. — Czego znowu chcesz?

— Czyżby moja wizyta była ci nie na rękę? — zapytał złośliwie, nie mogąc się powstrzymać.

— Zdaje się, że mnie już nic nie może zaszkodzić — powiedziała, bezskutecznie usiłując ukryć cień goryczy w głosie. — Mimo wszystko wolę tutaj spotkać ciebie niż Carrowa.

Jak to? Spodziewał się wszystkiego, ale z pewnością nie tego stwierdzenia. Nie była na niego wściekła za położenie w jakim się znalazła? Żadnych wyrzutów?

— Nie trzeba być numerologiem, żeby dodać dwa do dwóch, Severusie. Wiem, że Carrow nie wystraszył się zbroi, która ożyła. To ty coś mu powiedziałeś, prawda?

Nie odpowiedział. Zamiast tego zrobił krok w bok, kryjąc się w ciemności. Poczuł się bezpieczniej wiedząc, że teraz ona też nie może wyraźnie dostrzec jego twarzy.

— Jedno mnie zastanawia. Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała.

— Bo mogłem — odparł zwięźle, wkładając w te dwa słowa tyle obojętności i lekceważenia, ile tylko mógł. — Ale pamiętaj, że jeszcze mogę zmienić zdanie.

— Daruj sobie groźby bez pokrycia — powiedziała znużonym tonem. — Nie zrobiłbyś tego.

— Skąd ta pewność?

Poruszyła się nieznacznie w mroku, śledząc go spojrzeniem. Sądził, że zrezygnuje, ale postanowiła jednak zaatakować.

— Trochę zbyt pasywnie zachowujesz się jak na wiernego, pozbawionego sumienia Śmierciożercę.

Nie okazał poruszenia.

— Znów snujesz te swoje wydumane teorie? No tak, masz teraz dużo czasu na rozmyślania, odkąd twoi przyjaciele się od ciebie odwrócili — powiedział jadowicie. — Wiesz, co jest twoją słabą stroną? — ciągnął dalej, podchodząc bliżej. Sinistra stała na swoim miejscu jak spetryfikowana. Jego brak reakcji na jej wcześniejsze słowa musiał ją zaskoczyć. — Niepotrzebnie doszukiwałaś się drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Chociaż, przyznaję, to doprawdy głęboko wzruszające, że pokładasz we mnie tak wiele wiary. Ale nie trzeba było się wyrywać ze swoimi wymysłami na tym waszym tajnym spotkaniu.

Poruszyła się niespokojnie. A więc nawet o tym jej nie powiedzieli? Tym lepiej. Kolejne dziesięć punktów dla niego.

— Zastanawiasz się, skąd o tym wiem? — podjął po chwili. — Może od ciebie, a może od kogoś innego? Może to nie jest pierwsza nasza taka rozmowa, tylko postarałem się o to, żebyś o niej zapomniała?

— Nie... Nie posunąłbyś się do tego.

Wyczuł, że to naprawdę nią wstrząsnęło. Nawet bardziej, niż zakładał.

— Taka jesteś pewna? A może wobec tego to twoja droga przyjaciółka mi o wszystkim powiedziała?

— Kłamiesz, teraz kłamiesz.

— A co ty byś wybrała? Współpracowników czy bezpieczeństwo swojego ukochanego męża? — drążył dalej, z ponurą satysfakcją sącząc truciznę wątpliwości.

— Ja nie mam męża — odpowiedziała zimno.

— Ale masz rodzinę. Szkoda by było, gdyby tak wybitnemu astronomowi, jakim jest twój ojciec, przydarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek — powiedział obłudnie zmartwionym tonem. — Może powinnaś zatroszczyć się o nich. Dobrze ci radzę. Nie nadużywaj mojej cierpliwości, bo nie wiesz, do czego naprawdę jestem zdolny.

Na te słowa nie znalazła już odpowiedzi. Pewien, że wygrał to starcie, wyminął ją, by odejść. Jednak nim zdążył się oddalić, dobiegł go jej cichy, pozbawiony emocji głos:

— Jesteś tylko człowiekiem i już uczyniłeś najgorsze, co było w twojej mocy.

c.d.n.