Harry był już całkowicie obolały i wyczerpany, nie miał nawet siły by krzyczeć z bólu gdy ugodziło go kolejne zaklęcie. Powoli zaczął tracić świadomość, pragnął jedynie tego, żeby to się już skończyło.

- Hermiona...

Pomyślał o niej, i jego serce znów zaczęło bić mocniej, potrzebowała go.

Harry otworzył oczy i ujrzał swoje okulary leżące na ziemi, od chwili gdy zsunęły mu się z nosa. Tuż obok siebie usłyszał ciężkie kroki i godzące go zaklęcie ustało.

- Miałeś przestać, nic nie może mu się stać! Jak on się dowie, to sam nas tak urządzi, albo i gorzej – dobiegł go ochrypły głos, gdzieś spoza zasięgu jego wzroku.

- Zaraz, właśnie – powiedział jeden ze śmierciożerców – Może najpierw powinniśmy powiadomić Czarnego Pana? Byłby zły gdyby dowiedział się, że się ociągaliśmy, ale jak szybko byśmy przekazali mu Pottera... to dużo byśmy zyskali.

- Mamy go tutaj wezwać? Tutaj? – zapytał Rowle, rozdrażnionym głosem.

- Ależ nie, skądże znowu! Wyraźnie powiedział, żeby trafił do domu Malfoya. Tam zabierzemy chłopaka.

- Do diabła z nimi – warknął inny – Przypiszą sobie całą zasługę, dobrze wiem jacy oni są. A my nic z tego nie będziemy mieli! Trzeba go od razu oddać w ręce Czarnego Pana. Bezpośrednio!

- A co z tą dziewczyną?

- Chwila. Inaczej się umawialiśmy! Żadnej zmiany planów: zabieramy go do kwatery, ale nic tam po dziewczynie, zabawimy się z nią trochę tutaj – rzekł inny.

Harry'emu żołądek podskoczył do gardła, zaczął się siłować z więzami, które boleśnie wbijały mu się w ciało.

Zacisnął powieki i skoncentrował się na linach, jakby chciał na nie podświadomie wpłynąć aby same z niego opadły.

- Błagam, no dalej. Już raz sprawiłeś że zniknęła szyba, a to jest tylko sznur... – Harry mówił do siebie w duchu. Wydawało mu się przez chwilę, że więzy stały się trochę luźniejsze, ale to przeświadczenie zastąpione zostało innym.

Znów poczuł się tak samo dziwacznie jak wtedy, gdy w czasie wakacji przyśnił mu się Departament Tajemnic. Zmysły się wyostrzyły, czuł się jakby mógł najzwyczajniej rozerwać oplatające go sznury i ruszyć z impetem na śmierciożerców. Ale teraz już wiedział, że wtedy nie był to sen, ktoś grzebał mu w głowie, jakby czytając w myślach.

- Gdzie? – tylko Harry usłyszał znajomy głos brzmiący w jego czaszce.

Coś kazało mu się rozejrzeć po parkingu i przypomnieć sobie dokładną drogę, którą trafili do tego miejsca. Tak, wiedział już gdzie się znajduje, jeszcze tylko chwila... po czym zmysły Harry'ego wróciły do normy.

Domyślając się, co się przed chwilą stało, przestał siłować się z więzami w oczekiwaniu na to, co się zaraz może stać. Ktoś niedługo tu będzie, na pewno...

- Ale możemy coś za nią dostać, weźmy ją ze sobą – głosy śmierciożerców zdawały się dobiegać z oddali.

- Cicho bądź! Po co mamy ją targać ze sobą? Załatw ją i do roboty, albo sam to zrobię.

- Jak śmiesz odzywać się do mnie w ten sposób?! Utraciłeś swoją władzę i wpływy dawno temu. Ja siedziałem w Azkabanie, wierny naszemu panu. Podczas gdy ty wyparłeś się wszystkiego przed sądem, udając ofiarę i przez lata zgrywałeś przyjaciela szlam i mugoli!

- Żałosne – wycedził ktoś – Myślisz, że to ma być poświęcenie? Bezużytecznie gnić sobie w więzieniu i robić we własne gacie ze strachu przed dementorami? Ja byłem użyteczny, nawiązywałem liczne kontakty i mam teraz takie znajomości, że dzięki nim mamy teraz całe Ministerstwo w garści. Więc to właśnie ja go wezwę!

- Kto tu dowodzi?! – ryknął kolejny – Ja! Im dłużej tu zostaniemy, to ktoś nas w końcu nakryje. Robicie tyle rabanu, że zaraz znajdą nas kolejni aurorzy – syknął - Zabieramy Pottera do kwatery. A dziewczynę dawajcie tutaj, załatwimy to szybko. Niech pozna trochę życia przed śmiercią.

- Zostaw tę brudną szlamę i idziemy. Wykończ ją teraz!

- Nie! Chcę dziewczynę!

- Ja też chcę kąsek, nieczęsto nam się jakaś trafia – zachrypiał Dołohow – I ja ją wykończę, odpłacę jej się za to, że trafili mnie zaklęciem prosto w twarz.

- I tak miałeś paskudną gębę, a teraz to przynajmniej wyglądasz nawet trochę lepiej – zarechotał inny.

- Zamknąć się i do roboty! Albo wam dołożę łachudry. Mnie zależy tylko na jego... – nie dowiedzieli się jednak na czym tak zależało śmierciożercy, bo rozległ się potworny huk i przez powietrze przefrunął masywny kontener na śmieci, który wpadł wprost na niego.

Przeszybowali tak razem kilka metrów, aż wbili się w ścianę i mężczyzna osunął się na ziemię bez życia.

Działo się to strasznie szybko. Pozostali śmierciożercy nie wiedząc co się tak naprawdę stało, obracali się w miejscu w różne strony z wyciągniętymi przed siebie różdżkami i wypatrując napastników.

- Wychodzić z podniesionymi rękami! – krzyknął Dołohow – Wiemy, że tam jesteście. Nie macie szans, celujemy w was i guzik nas obchodzi kogo trafimy!

Kilka lamp zgasło, niektóre roztrzaskały się nad ich głowami obsypując ich fragmentami szkła. Harry wstrzymał oddech i przymknął powieki, podczas gdy nieznany mu z nazwiska śmierciożerca zaczął rzucać przed siebie na oślep zaklęciami.

- Nie miotaj tym, jeśli nie wiemy, khę... – śmierciożercy sądzili że ich towarzysz zaniemówił, ale ten nagle chwycił się za gardło nie mogąc złapać oddechu i przerażony wytrzeszczył oczy.

- Nie opuszczaj różdżki! – ryknął Rowle do śmierciożercy próbującego pomóc Dołohowowi, który padł bez tchu na posadzkę – Zostaw go, bądź w pogotowiu!

Ale jego własne rady na nic się nie zdały. Zaparkowany samochód oderwał się od ziemi jakby coś go zdmuchnęło, ruszając wprost w jego stronę i przygważdżając go do najbliższego filaru.

Czwartego śmierciożercę natomiast wyrzuciło w powietrze i rozciągnęło z rozmachem na ziemi.

Najwyraźniej próbował się miotać, ale niewidzialna siła przytrzymywała go w miejscu, więc nie mógł ruszyć nawet palcem. Ich różdżki potoczyły się same w jedno miejsce, z jakieś dwa metry od Harry'ego, który nadal leżał twarzą do ziemi, nie mając więc pełnego obrazu akcji. Nie wiedział co się stało z Hermioną, której szlochanie ustało już dawno temu. Słyszał jedynie pojękiwania i przekleństwa padające z ust dwójki przytomnych jeszcze śmierciożerców.

Harry na ile tylko potrafił podniósł wzrok i zobaczył, że jego podejrzenia co do tego kto się za tym wszystkim kryje, sprawdziły się.

- Yu – wychrypiał jednym tchem Harry, kiedy ten rozerwał ręką krępujące go liny – Skąd...? – ale nie odpowiedział mu ani słowem.

Arret usiadł przy przyciśniętym do ziemi śmierciożercy i zaczął go przepytywać:

- Jak ich znaleźliście? – spytał szorstko.

- Ani se waż! – zawył z ustami pełnymi krwi, uwięziony przy filarze Rowle – ACH! – wrzasnął z bólu, gdy auto musiało naprzeć na niego mocniej.

- Nie będę powtarzać. Jak?

Harry rozcierał sobie miejsca, w które wrzynały mu się wcześniej sznury. Był tak słaby, że nie mógł nawet stanąć na nogach. Klęczał więc z rękoma opartymi na ziemi i głęboko oddychał. Rozejrzał się wokoło: parking był tak zdemolowany jakby przeszło przez niego tornado. Wszędzie był bałagan, potrzaskane lampy, zgniecione maski samochodów i rozsypane śmieci. Harry łypnął okiem na śmierciożerców, ale odwrócił wzrok natychmiast, bo zrobiło mu się niedobrze gdy tylko zauważył ich ciała.

Hermiona nie poruszała się i nie odzywała, kuliła się gdzieś w kącie. Harry nie mógł dostrzec jej twarzy. Chciał przeczołgać się jakoś w jej stronę, ale ręce i nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Jego uwagę odwróciła pozostała dwójka śmierciożerców.

- Tabu! Aaaaaa! Imię Czarnego Pana jest teraz Tabu! - krzyknął przygwożdżony do posadzki śmierciożerca - Wiedzieliśmy, że Potter je wymawia, wiedzieliśmy że uciekł. Rzucono więc na nie zaklęcie, by można było wyśledzić w ten sposób każdego kto je wypowie.

- Skąd wiedzieliście że uciekł?

- Scabior, zabłaniam ci! – ryknął Rowle, krztusząc się.

Lecz po chwili jego oczy wyszły z orbit a usta ścieśniły się, jakby ktoś zszył je niewidzialną nicią. Zaczął się wierzgać, wyraźnie się dusząc.

- Masz tylko dwa wyjścia: zacząć gadać lub umrzeć – Arret zwrócił się niedbale w stronę Rowle'a – Twoja decyzja.

- Nigdy nie... zdradzę... Czarnego... Pana – wydukał, kiedy mógł już otworzyć usta.

- Szkoda...

- Przestań! – krzyknął Harry, protestując – Nie... – ale było już za późno.

Głowa Rowle'a opadła bezwładnie na jego piersi.

- Chcesz skończyć jak on? – zapytał Arret, przerażonego, ostatniego śmierciożercę.

- Nie... nie... – wyszeptał Scabior – Powiem wszystko... wszystko.

– Więc odpowiadaj.

- Dostaliśmy informację od Czarnego Pana, że Harry Potter ukrywa się gdzieś w Londynie, bo wyjechał na ferie. Tam go ostatnio widziano. Śledzono go już od dworca, ale trop się nagle urwał. Nie wiedzieliśmy zupełnie gdzie jest, bo prawdopodobnie muszą go chronić silne zaklęcia. Więc czekaliśmy, mieliśmy uderzyć jak tylko się wychyli – mówił unieruchomiony śmierciożerca - Na imię Czarnego Pana rzucono Tabu, więc wiedząc że Potter je wymawia, mieliśmy poznać miejsce jego kryjówki gdy tylko je wypowie. Czekaliśmy dość długo, khę... – chrząknął - W końcu ktoś dał nam cynk dziś rano, że Potter opuścił kryjówkę. Na dodatek w środku nocy, bez żadnego wsparcia, bezbronny. Więc mogliśmy zacząć go szukać, czekaliśmy w pogotowiu. Podzieliliśmy się na kilka grup. Mieliśmy ruszyć gdy tylko ktoś użyłby imienia Tabu, bo wymawia je tylko Potter i członkowie Zakonu Feniksa, więc był niski stopień błędu, że trafimy na kogoś innego. No i gdy padło Tabu, to wtedy od razu wiedzieliśmy gdzie jest osoba która je powiedziała. Bo Tabu zdradzało jego lokalizację zakłócając proste zaklęcia ochronne. Dlatego go znaleźliśmy... Proszę, nie rób mi krzywdy, błagam... – zaszlochał Scabior.

- Kto dał wam tę informację?

- Nie wiem, ja nic nie wiem! Aaaaa...! – śmierciożerca zawył, gdy coś głośno chrupnęło.

- Kto? – powtórzył chłodno.

- Naprawdę nie wiem! Czarny Pan nie powiedział, tylko on wie. Kazał nam schwytać Pottera jeśli wypowie Tabu. Nie wiem skąd wiedział. Chyba ma kogoś z jego otoczenia, nie wiem, albo może ktoś widział Pottera gdy włóczył się po mieście.

- I co? Jak tylko go zobaczył, wyczytał mu z twarzy godzinę o której uciekł? – zakpił Arret.

- Naprawdę nie wiem. Czarny Pan... powiedział tylko to i kazał ruszać! – wołał śmierciożerca - Wysłał nas więcej, bo Pottera podobno chronili ludzie z Zakonu Feniksa i oni też zaczęli go szukać. Więc próbowaliśmy zdążyć przed nimi.

- Ilu was jeszcze zostało?

- O... ośmiu. Mieliśmy ich odciąć od Pottera i w razie potrzeby wykończyć – rzekł Scabior - Ale oni też wypowiadali Tabu, ci z Zakonu Feniksa. Więc raz na nich wpadliśmy, bo nie da się rozpoznać kto to wypowiada, wiemy jedynie gdzie się taka osoba znajduje. Zobaczyliśmy tylko, że to nie Potter, więc wysłaliśmy inną grupę żeby ich wykończyli. Czarny Pan wysłał nawet na nich swojego węża – Harry zamarł, wiadomość o wężu była tym, czego się najmniej spodziewał. A więc jednak gdy rozbolała go blizna, to wcale mu się nie zdawało że widział Nagini. Scabior kontynuował - Bo on, ten wąż, też może zabijać, ale Potter miał być cały. Czarny Pan strasznie się zawziął żebyśmy go schwytali i odcięli mu wszelkie drogi odwrotu. Więc obstawiliśmy wszystkie przejścia i wejścia na Pokątną, do Ministerstwa, szpitala i inne wyjścia poza strefę mugoli. No, ale trafiliśmy na aurorów. Ale znów padło Tabu, więc ja ruszyłem dalej i zostawiłem ich samych żeby się nimi zajęli. Zostało z nimi trzech od nas i ten wąż... No i gdy się aportowałem okazało się, że to Potter i jakaś cizia. To ich capnęliśmy. Pottera mieliśmy dostarczyć do Czarnego Pana.

- Kto to był i gdzie? Ci aurorzy? – zapytał Arret z pewnym zażenowaniem, jakby ta informacja specjalnie go nie obchodziła i marnowała mu tylko czas.

- Przy... przy Charing Cross... Niedaleko Dziurawego Kotła. To był... on jest bardzo znany, sam zesłał mnie do... do Azkabanu – śmierciożerca zaczął się jąkać ze strachu – Ale ja nic im nie... nie zrobiłem, od razu ru... ruszyłem tutaj, mówię prawdę! To był... Szalonooki... Moody, nie można go nie rozpoznać i była tam jeszcze... taka młoda kobieta...

Harry zamarł, inne myśli poza strachem i niedowierzaniem nie potrafiły dojść do głosu.

- Nie... – szepnął „Wybraniec", ale nikt tego nie dosłyszał.

Tylko tego brakowało aby komuś stała się przez niego krzywda. Jeśli zaatakowali śmierciożercy i wąż... No właśnie, wąż... Harry był już pewien tego, że atak który widział gdy rozbolała go blizna był prawdziwy. Od razu przypomniał sobie pana Weasleya, którego ten sam gad ukąsił w zeszłym roku i w jak strasznym znajdował się wtedy stanie.

- ...Ona pracuje w biurze aurorów – mówił dalej Scabior - Dostaliśmy całe kopie kartotek z Ministerstwa, mamy tam swoich ludzi... aby łatwiej można było ich rozpoznać, tych którzy mogą nas tropić i przeszkadzać. Yyymmm... to jest... to jest krewna pani Lestrange... córka jej siostry – po tych słowach zapadła przez moment lodowata cisza. A śmierciożerca miał się zaraz przekonać, że powiedział za dużo.

- Co? – Arret zapytał takim tonem głosu, którego Harry do tej pory u niego nie słyszał, bo czyżby się... zląkł?

„Wybraniec" nadal milczał, ale serce tłukło mu jak oszalałe. To co widział, Nagini czająca się na nowe ofiary... to działo się naprawdę. A zaatakowano Moody'ego i Tonks. Harry nawet nie chciał sobie tego wyobrażać co się mogło z nimi stać. Do tej pory blizna na czole wciąż go piekła, a wszystko wokoło migało przed jego oczami i wydawało się takie nierealne. Przypomniała mu się momentalnie sytuacja sprzed dwóch lat: śmierć Cedrica podczas Turnieju Trójmagicznego... Gdyby wtedy nie kazał mu dotknąć tego pucharu, nie doszłoby do tego. A teraz taki sam los mógł spotkać dwoje kolejnych, ważnych dla niego osób. Musiał się ruszyć, musiał...

Z zamyśleń wyrwał go na chwilę głuchy odgłos i ostatni śmierciożerca padł bez przytomności na ziemię.

- Wstawaj – Harry usłyszał po chwili cierpki głos i silnym ruchem został poderwany na równe nogi jak szmaciana kukła.

O mało co, a przewróciłby się z powrotem, ledwo zachowując równowagę. Musiał zacząć działać. Zaczął iść z trudem przed siebie, zataczając się i potykając.

Harry zobaczył najpierw białą, zapłakaną twarz nieruchomej i skulonej pod ścianą Hermiony, będącej na granicy omdlenia.

- Dziewczyno, możesz wstać? – spytał pochylający się nad nią Arret - Dziewczyno?

Hermiona odzyskując trochę koloru na twarzy spojrzała przed siebie i zaczęła coś mamrotać nieskładnie, przełykając łzy. Ale on najwyraźniej nie chciał dłużej czekać: poderwał ją jedną ręką i przerzucił przez ramię. Nie zdążyła nawet pisnąć. Wracając po Harry'ego, cztery różdżki śmierciożerców leżące na ziemi, same wpadły mu w dłoń. Schował je do kieszeni i chwytając „Wybrańca" za kurtkę zaczął go ciągnąć za sobą, prawie nieść, byle z dala od tego miejsca.

- Nie, puść, sam pójdę! – zawołał Harry, którym rzucano teraz jak marionetką.

Mniej jednak od tego, jak on może mieć tyle siły aby oboje ich dźwigać z taką lekkością, Harry zajmował się próbą wyrwania się mu i pójścia o własnych siłach w stronę Dziurawego Kotła.

Nagle okolica parkingu zniknęła im sprzed oczu, jakby rozpłynęła się we mgle i Harry poczuł jak minimalnie odrywa się od ziemi i ląduje na jakimś rozmokłym podłożu, w zupełnie innym miejscu. Zabudowania fabryczne gdzieś wyparowały, a pojawiły się drzewa i lampy oświetlające skraj parku, którym dziś rano przechodził wraz z Hermioną, po tym jak zauważył otaczającą ich barierę.
Najwyraźniej musieli się teleportować, czemu ku jego zaskoczeniu nie towarzyszyło nieprzyjemne zwykle dla Harry'ego szarpnięcie w okolicach pępka i wirowanie wokół własnej osi. Przemieszczając się dalej, nie zwolnili przy tym ani trochę tempa. Harry kilkukrotnie prawie przewrócił się w tym biegu, ale za każdym razem był na nowo ciągnięty w górę, a w znacznej części drogi po prostu wleczony, szorując nogami po ziemi i zahaczając butami o korzenie lub kamienie. Pędzili tak, że szarpiącemu się Harry'emu wszystko migało przed oczami i nie mógł uchwycić ani jednego rozpoznawalnego kształtu.

- Nie mogę... oddychać – wydyszał ledwo, bo kołnierz kurtki za który był trzymany pozbawiał go tchu – Puszczaj! – wrzasnął, bo poznał już, że zbliżają się w stronę Grimmauld Place: jeszcze tylko kilka domów i tam będą – Charing Cross... trzeba iść na Charing Cross! – wołał, a wnętrzności go paliły - Trzeba ratować Moody'ego i Tonks... Słuchasz mnie?! Zostaw mnie, trzeba zawracać!

- Jeszcze jedno słowo, Potter, a pożałujesz że to nie oni cię wykończyli – warknął.

- Tonks i Moody! Muszę ich ocalić, zawracaj! Zaatakował ich tamten wąż, widziałem to! – Harry zdołał wyrwać się z uścisku po kilku kolejnych rozpaczliwych próbach i zatrzymał się. Nagle pewna teoria przebrnęła mu przez myśl - Wystawiłeś ich... – powiedział – Tamtych śmierciożerców. To ty musiałeś im powiedzieć, że jesteśmy w Londynie.

- Co ty bredzisz? – Arret spojrzał na Harry'ego z takim wstrętem jak na robaka i próbował znów go pochwycić, ale było to utrudnione tym, że dźwigał jeszcze omdlałą Hermionę.

- Oni kłamali – rzekł Harry - Gdyby na imię... Sam-Wiesz-Kogo... – postanowił lepiej nie ryzykować i nie wypowiadać „Voldemort" – ...rzucono zaklęcie Tabu, to jak twierdzili, wytropiliby nas znacznie wcześniej. Bo użyłem tego imienia zaraz po wyjściu z Grimmauld Place. Od razu by się wtedy zjawili... I kim ty właściwie jesteś? – spytał, gdy na chwilę uwolnił się z uścisku - Kim jesteś żeby tak zabijać ludzi?

- To nie tak że lubię to robić. Ludzie mnie do tego zmuszają.

- Jesteś tyle wart co i tamci... - Harry próbował się wyrywać, jednak został przyciśnięty do ściany okolicznego budynku, obok którego przechodzili.

Arret spojrzał mu prosto w oczy. Harry tego nie znosił, tego głębokiego wzroku, który jakby przeszywał na wylot.

- Nic mnie nie obchodzi, co o mnie myślisz ty i ten twój cały Zakon Feniksa. Ja nie jestem taki jak wy, więc mnie w ten sposób nie oceniaj, ale Dumbledore pewnie już zdołał ci trochę o tym opowiedzieć. To stary pierdziel i plotkarz – rzekł, przyciskając Harry'ego mocniej wolną ręką do ściany - Nie wtrącam się w to czym się zajmujecie, więc i ty nie próbuj wpływać na to co i jak robię – wypowiadał uważnie, bo angielski nie był jego rodzimym językiem - I nie wytropili was wcześniej kretynie, bo nie mogli. Moje pieczęci ochronne wokół tamtego domu są lepsze niż ich tani szajs. A jak tak bardzo ich żałujesz, to następnym razem sam będziesz musiał zadbać o swój tyłek, bo nie licz na to, że ktoś będzie robił to ciągle za ciebie. Ciekawe tylko jak długo byś wtedy pożył. Wybór jest prosty: albo giniesz ty, albo twoi śmierciożercy – mówił, a Harry za wszelką cenę próbował unikać jego wzroku - Tracę tylko przez ciebie czas. Na jeden dzień nie można was zostawić samych.

- Chodźmy na Charing Cross – wydyszał Harry, nadal boleśnie przygwożdżony do muru – Tylko tam pójdźmy. Trzeba im pomóc.

- Nie. Zabieram was z powrotem do tamtego domu. Zawsze muszę po was sprzątać.

- Nie, musimy wracać! Przecież oni...

- Zamknij się wreszcie – wycedził, a uścisk na gardle Harry'ego zacieśnił się.

„Wybraniec" jednak się nie przestraszył, postanowił walczyć.

- Przepuść mnie! – Harry złapał go za przegub lewej ręki i próbował odepchnąć, ale po ułamku sekundy obaj syknęli z bólu, a jego ponownie zapiekła blizna, oślepiając go na dłuższą chwilę. Był pewny, że za chwilę rozsadzi mu czaszkę.

Uścisk zelżał, więc osunął się po ścianie upadając na bruk.

- Cholera.

Harry usłyszał te słowa gdzieś obok, wraz ze stertą innych wyzwisk. Na jakiś czas stracił świadomość, poczuł jedynie jak znów czyjaś ręka poderwała go i zaczęła ciągnąć ze sobą. Co pewien czas Harry instynktownie poruszał tylko nogami, aby nie zahaczać znów o jakieś przeszkody na drodze. Ból powoli mijał, nadal nie wiedział gdzie znajduje się dokładnie, ale na pewno nie była to trasa prowadząca w stronę Dziurawego Kotła. Wiedział tylko tyle że przecież musi się tam znaleźć, aby powstrzymać tego przeklętego węża.

Po dłuższej chwili wreszcie przejaśniło mu się przed oczami, a niewyraźne dotąd kształty nabrały ostrości. Harry nie był jednak zadowolony z faktu, że zobaczył schody prowadzące do domu przy Grimmauld Place numer 12, a po chwili same przed nimi ustąpiły otwierając się na oścież. Harry wciąż wleczony, nim się obejrzał znalazł się we wnętrzu na korytarzu, a właściwie to przez niego przeleciał rozbijając sobie przy upadku boleśnie kolana.

- Do jasnej... Nie musiałeś mną rzucać! – krzyknął Harry i obejrzał się za siebie w stronę drzwi wejściowych.

Półprzytomna Hermiona stała już o własnych siłach chwiejąc się lekko, a Arret z ręką na klamce, wyglądał jakby zastygł w trakcie gdy próbował ponownie wyjść na zewnątrz. Czujny wzrok miał utkwiony gdzieś ponad głową Harry'ego i wyraźnie czegoś nasłuchiwał, zupełne jak pies gdy coś wywęszy. Puszczając klamkę, zerwał się z miejsca i ruszył w stronę pokoju na drugim końcu korytarza, ponownie ciągnąc obok siebie Harry'ego i Hermionę.

Dopiero teraz Harry usłyszał dobiegające skądś coraz wyraźniejsze, podniesione i nerwowe głosy. Dochodziły one zza drzwi, za którymi zwykle odbywały się zebrania Zakonu Feniksa. „Wybraniec" był już niemal pewny tego że uderzą wprost na nie, więc zamknął oczy w oczekiwaniu na zderzenie. Te jednak ustąpiły przed nimi, wypadając z hukiem z zawiasów i runęły na podłogę. Harry'ego uderzyło ostre światło, więc mrużąc oczy zdołał zobaczyć jedynie niewyraźne ludzkie sylwetki zanim ponownie upadł na parkiet, a obok niego Hermiona.

- Harry! Hermiona! – usłyszał głos Ginny.

Poprawił na twarzy okulary i otworzył oczy; siedząca pod ścianą siostra Rona rzucała w ich stronę zlęknione spojrzenia, nie ruszyła się jednak z miejsca, obracając głowę w stronę skupionej wokół siebie grupki ludzi. Rodzina Weasley, Syriusz, Fleur i Tonks zauważyli ich pojawienie się, lecz nie zdawali się być tym faktem wystarczająco zainteresowani; przekrzykiwali się wzajemnie i przepychali.

Harry spojrzał przez ramię: Arret nadal stał w drzwiach i nie poruszał się nawet o cal, był jeszcze bledszy niż zwykle i wpatrywał się intensywnie wprost przed siebie. Podążył za jego wzrokiem: stół został rzucony pod ścianę, a na jego miejscu na podłodze leżał półprzytomny, zakrwawiony Moody, który jęczał boleśnie i dygotał na całym ciele. To wokół niego wszyscy się gromadzili. Tuż przy nim klęczała Tonks, niemal zielona na twarzy i ze śladami walki na sobie, ale spoglądała teraz gdzieś w stronę Harry'ego.

Molly Weasley, jej mąż i Syriusz również pochylali się nad Moodym z różdżkami w rękach, bez ustanku rzucając na aurora zaklęcia, próbując zatamować obfity krwotok. Harry zamarł, po Szalonookim krew spływała niemal strumieniami, był strasznie poraniony, podobnie jak niegdyś pan Weasley gdy zaatakował go wąż Voldemorta. Więc musiała to być jego sprawka.

- Co... się...? – próbował wydukać z siebie Harry. Nikt go jednak nie słuchał.

- Moody, trzymaj się – powtarzał Syriusz, kiedy Szalonooki zaczął się jeszcze bardziej trząść – Przeklęty wąż! Fleur, więcej bandaży!

Narzeczona Bill'a sięgnęła za siebie i zaczęła rozrywać nowe opakowania z opatrunkami.

Harry nie ruszał się. Brakowało mu tchu, a w głowie się kręciło. Krzyki próbujących ratować Moody'ego, splatały się z histerycznym niemal szlochem dziewczyn.

- Gdzie oni poleźli? – wrzasnął pan Weasley – Remus i Bill są teraz potrzebni, trzeba jeszcze raz spróbować przejść do Munga.

- Obstawili wszystkie przejścia – tłumaczyła przez łzy Tonks – A teraz, w takim stanie, nie możemy tak go przenieść.

- ...Niech to, niech tak nie krwawi! – wychrypiał Syriusz, uciskając rany Moody'ego i próbując innego zaklęcia.

Tymczasem Tonks nadal wlepiała wzrok ponad głową Harry'ego.

- Yu – wyszeptała Nimfadora.

Harry obejrzał się. Tamten nadal jak spetryfikowany, obserwował całą scenę z wyrazem twarzy z której nie dało się nic odczytać.

– Proszę – mówiła dalej Nimfadora błagalnym tonem. Ale on nieznacznie pokręcił głową, jakby przed czymś się wzbraniał i schował ręce w kieszeniach - Pomóż nam! - krzyknęła Tonks, już zupełnie rozhisteryzowana.

Arret po chwili, z widoczną niechęcią poruszył się, zmierzając wolno w kierunku rannego.

- Odsuńcie się – wymówił, jakby ktoś wydał na niego wyrok.

- Nie ma mowy! – sprzeciwił się Syriusz, który nadal próbował wyleczyć głębokie rany Moody'ego i nie chciał zostawiać go ani na sekundę.

Nadal przytomny auror, na przemian wyrzucał z siebie wyzwiska i zaciskał usta próbując nie krzyczeć z bólu.

- Nie damy ci umrzeć, Szalonooki! – mówiła głośno Molly, rozrywając nowe opakowanie bandaży.

- Odsuńcie się – powtórzył Arret, ale oni nie ruszali się jednak z podłogi – NO JUŻ! – wrzasnął i dopiero teraz go posłuchali, cofając się pośpiesznie nieco dalej jakby coś wybuchło.

Gdy już zrobili mu miejsce, usiadł na ziemi przy teraz już bladym na twarzy Moodym i zaczął przyglądać mu się uważnie.

- Strata czasu – warknął Syriusz – Jak będziesz tak tylko...

- Nie przeszkadzaj.

- Lepiej zostawić to Farelowi – mówił dalej Syriusz - Zaraz powinien się zjawić.

- Chyba mu się nie śpieszy – rzekł, nadal ze wzrokiem utkwionym w leżącym na podłodze aurorze.

- A czy ty cokolwiek...

- Spokój! - przerwała im Molly – Znowu będziecie się kłócić?! - lecz pani Weasley również wyglądała na jeszcze bardziej zaniepokojoną i nieufną niż zwykle. Zwłaszcza że Moody nadal tracił krew, lecz nikt już nie uciskał jego ran.

Arret odpowiedział Syriuszowi coś w jakimś obcym dialekcie, którego Harry nie rozumiał.

- Nie mów do mnie w tym języku! - krzyknął rozdrażniony Syriusz.

On zdawał się jednak go nie słuchać. Ściągnął z prawej ręki rękawicę, ukazując już normalnie wyglądającą dłoń i zaczął nią szukać ran po ukąszeniach węża na karku i piersi Moody'ego, który stawał się coraz słabszy i oddech miał już nieco płytszy. Drugą ręką sięgnął po zawieszony pod kurtką na swojej szyi sznur z drobnymi kamieniami pokrytymi dziwnym pismem i przewiesił go przez rannego aurora, bezustannie mamrocząc pod nosem coś w tym samym co przed chwilą niezrozumiałym języku. Wykorzystał też kałużę krwi w której leżał Moody i nasmarował nią jakieś symbole na podłodze.

Przenosząc dłoń z jednej rany na drugą, obrażenia zdawały się znikać, a krew przestawała płynąć, trucizna wyparowywała. Po kilku minutach które zdawały się trwać wieczność i wypełnionymi niespotykaną, powtarzaną mantrą, twarz Moody'ego nabrała koloru.

Szalonooki poderwał się gwałtownie po chwili, już zdrowy i bez śladu zranień, wytrzeszczając swoje normalne oko, podczas gdy magiczne przeleciało gdzieś na tył głowy.

- Co to miało być?! – wydyszał zatrwożony, gdy już przestał się krztusić i szukać śladów po ugryzieniach na karku.

Wciąż zapłakana Tonks, rzuciła się Moody'emu na szyję nie kryjąc radości.

W świadomości Harry'ego, mimo wszystko uczucie szczęścia z uzdrowienia Szalonookiego nie wyparło jednak nowego wrażenia które się teraz pojawiło... Pomimo tego, że Harry nie znał tak dobrze zwyczajów i norm panujących powszechnie w świecie magicznym tak jak czarodzieje z wielopokoleniowych rodzin, rozumiał chyba dlaczego nie ma powszechnych okrzyków radości wynikających z tego, że Moody siedział teraz na podłodze bez szwanku. Powód ten tkwił teraz przed ocalonym aurorem... Jakiekolwiek były wcześniejsze relacje tu obecnych z Yu, teraz panowała kłopotliwa cisza. Pani Weasley i Ginny zasłoniły twarz rękami, a czoło Syriusza mokre było od potu. Ojciec chrzestny Harry'ego wyglądał na najbardziej zakłopotanego.

„Wybraniec" wiedział jak niektórzy czarodzieje reagują na wieść o pochodzeniu poniektórych osób: tak było na przykład w przypadku Hagrida, który spotkał się z tego powodu z wieloma nieprzyjemnościami gdy wyszło na jaw, że jest półolbrzymem. Z podobną, jeśli nie większą niechęcią stykają się wilkołaki. A obecnie, pomimo tego iż wszyscy niewątpliwie odczuli ulgę z tego, że Moody jest jak się zdaje cały i zdrowy, to zabieg który do tego doprowadził zdradzał, że nie był to powszechnie stosowany rodzaj magii. Nawet jeśli nie każdy wiedział o pochodzeniu Yu, to owo posunięcie zdradziło go, że nie jest żadnym zwykłym czarodziejem.

Przez jeszcze parę sekund atmosfera była napięta, a Arret czuł że wszyscy wlepiają w niego wzrok. Po chwili zdjął z szyi Moody'ego sznur z amuletami, zawieszając go z powrotem na sobie i chowając pośpiesznie pod kurtką.

Tymczasem Syriusz i pan Weasley pomagali aurorowi wstać, a Molly rozmawiała szeptem z Fleur o nieobecnym Bill'u i Lupinie, rzucając zlęknione spojrzenia na boki.

- Moody, w porządku? - spytał spięty Artur Weasley, patrząc na niego z wyrazem ulgi na twarzy.

- A niech to, puśćcie mnie – odpowiedział słabym głosem Szalonooki – Mdli mnie, chyba zaraz zwymiotuję.

Pomimo rozpoczętych na nowo nieśmiałych dyskusji, Harry wyłowił wzrokiem rozmawiających półgłosem Yu i Tonks:

- Jesteś cała? - spytał ją, gdy uwiesiła się na nim.

- Tak... Dostałam tylko kilkoma urokami. Nic wielkiego – powiedziała, już go puszczając, ocierając łzy skrajem szaty i uśmiechając się lekko – Dziękuję.

- A to? – spytał, patrząc na widoczne na niej ślady walki.

- Nic, to tylko parę otarć. Nie zwracaj uwagi...

- Doprawdy? – zagadnął podejrzliwie, jakby dostrzegając coś poza tym.

- Tak. Gdzie byłeś?

- Mieliście się stąd nie ruszać – rzekł, jakby nie dosłyszał pytania.

- Gdzie byłeś? – Tonks spytała już innym tonem, a oczy jej zaiskrzyły. Kilka głów zwróciło się w ich kierunku.

- Nie muszę ci się meldować.

- Miałeś się tu zjawić z samego rana! Miałeś go pilnować! I zobacz co się stało! - wrzasnęła Tonks, aż teraz już wszyscy spojrzeli się na nich.

- Nawet nie próbuj mnie wkurzać! - też poniósł głos, zwracając się raczej do każdego z obecnych – Mówiłem już wcześniej żebyście nie wyłazili. Dumbledore miał wam wyraźnie przekazać, że nie wolno! Na chwilę nie można was zostawić samych, bo nie potraficie przypilnować dzieciaka i siksy. Banda tumanów. Nie potraficie wykonać najprostszego polecenia, więc nic dziwnego że ciągle obrywacie. Ten wasz Zakon Feniksa to dno. Nie odpowiadam też za kretyńskie pomysły Pottera. Ale to takie typowe dla ludzi, zrzucanie winy na kogoś innego byle nie na siebie. Mogłem pozwolić kalece zdechnąć, to może wtedy byście się czegoś nauczyli – wyrzucał z siebie łamaną angielszczyzną, lodowatym tonem.

W sekundę zaczęli się z Tonks kłócić.

- Spokój! – zagrzmiał ojciec Rona – Remus i Bill też jeszcze nie wrócili.

- I co z tego? Może ich zarżnęli, wtedy byłoby mniej pustych łbów – łypnął groźnie w jego stronę, nie zważając na wrzaski Tonks.

- Musimy ich znaleźć – odpowiedział zlękniony Artur. To dzikie spojrzenie mu się nie spodobało.

- Tak, jasne, „musimy". Akurat – parsknął Arret, wstając - Mogłem się tego spodziewać, naprawiać to co schrzaniliście.

- Nie miałem na myśli tego, że to nie my... - dukał pan Weasley.

- Jasne – wycedził chłodno – Rozerwę pierwszego kto podejdzie do tych pieprzonych drzwi! – to pozostawiło po sobie efekt, nikt nawet nie mruknął – Ja to załatwię... jak zwykle – dodał już spokojniej, ale wyraźnie jeszcze poirytowany.

- Gdzie byłeś? – Tonks oddychała nadal ciężko, ale już nie wrzeszczała i nie wierzgała się, dzięki czemu puściła próbująca ją wcześniej uspokoić pani Weasley.

- A co? Obchodzi cię to?

CHLAST!

Tonks trzasnęła go w twarz z całej siły, aż się zachwiał. Reszta stała jak sparaliżowana. Najwyraźniej Nimfadora dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego co zrobiła i nie poruszała się w oczekiwaniu co teraz może się stać.

Wpatrywali się w siebie z wyrazem twarzy trudnym do odczytania, aż w końcu z jej oczu znów zaczęły płynąć obficie łzy. Arret odwrócił się bez słowa i wymaszerował z pokoju po wyrwanych przez siebie drzwiach, przechodząc obok Harry'ego i Hermiony.

- Czy on mnie nazwał kaleką? – spytał zdumiony Moody.

Rozległ się potężny huk zatrzaśnięcia drzwi wejściowych i Harry mógłby się założyć, że przed ich wypadnięciem musiałyby je powstrzymać tylko potężne zaklęcia.

Tonks wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem, więc pani Weasley objęła ją i zaczęła pocieszać głaszcząc po głowie.

- Już po wszystkim moja droga. Ciiii... nie warto – mówiła zatroskanym tonem.

- Harry... – „Wybraniec" usłyszał swoje imię.

W całym tym zgiełku zapomniał, że to tak naprawdę on jest winny tej całej sytuacji. Przez swoją ucieczkę naraził na niebezpieczeństwo nie tylko siebie i Hermionę, ale również tych którzy wyszli na ich poszukiwania.

Syriusz spoglądał na swego chrześniaka, a jego ręce nadal drgały, jak wtedy gdy próbował ratować Moody'ego. Szybko wszystkie twarze zwróciły się w jego stronę i wtedy spadło na Harry'ego to, że żadne, najlepsze nawet wytłumaczenie, nie usprawiedliwi go i nie zmaże jego poczucia winy.