Hermiona weszła z powrotem do kuchni, pod długiej dyskusji z rodzicami.
- Myślę Ron, że powinieneś wrócić do domu. Twoja mama i tak już pewnie się zamartwia, w końcu bardzo kocha Harry'ego, nie dokładaj jej zmartwień. Jutro, kiedy tylko dojedziemy do szkoły, pójdziemy do profesora Dumbledore'a. Tymczasem odpocznij Ron, bo wyglądasz okropnie...
- A jak mam wyglądać, Hermiono? - warknął chłopak. - Mój przyjaciel leży ledwie żywy w szpitalu i czego Ty ode mnie oczekujesz? Że będę skakać z radości?
- TO TEŻ MÓJ PRZYJACIEL! - wybuchnęła dziewczyna i na nowo zalała się łzami.
- Hermiono, ja...
- Nic już nie mów Ron!
- Ale...
- Nie gniewam się, ale najlepiej będzie jeśli już pójdziesz. Mówię poważnie Ron, rodzice i tak nigdzie mnie dziś nie puszczą.
- Jak wolisz - odparł chłopak ugodowo, ale w jego oczach błysnęło coś, co Hermiona po tylu latach spędzonych z nim i Harrym, nauczyła się kojarzyć z kłopotami.
Uścisnęła chłopaka na pożegnanie i obserwowała z progu drzwi, jak wzywa błędnego rycerza. Westchnęła i ruszyła po schodach do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i natychmiast wybuchnęła płaczem. Weszła na łóżko i wczołgała się pod kołdrę, wcześniej zdejmując ręcznik z włosów i odrzucając go gdzieś w kąt. Podciągnęła nogi do piersi i szlochała cicho. Była taka głupia - przecież widziała co dzieje się z Harrym, widziała jak zareagował na wieść o powrocie do Dursley'ów, widziała jak bał się każdego dotyku po ostatnich wakacjach. Nauczyciele byli w błędzie, wcale nie była taka bystra. Była ślepą kretynką, która nie potrafiła dostrzec co działo się z jej najlepszym przyjacielem. Musiało dojść do tragedii, żeby w końcu wszyscy dostrzegli, jakie życie miał Harry. Jej życie, w porównaniu do życia jej przyjaciela, musiało być usłane różami. Owszem, życie w sierocińcu, jako sierota nie było łatwe, ale nikt nigdy jej nie bił. Był jeden mężczyzna, opiekun, który był wiecznie niezadowolony i który wiecznie krzyczał, ale nigdy nie podniósł ręki na dzieci, choć zapewne gdyby mógł, zrobiłby to bez wahania. Hermiona bardzo bała się tego mężczyzny i po dziś dzień pozostał on jej największą obawą - jej Boginem.
A Harry? Przecież jego wuj prawie go zabił, wciąż nie było wiadomo co dokładnie się stało, ale Hermiona teraz już była pewna, że przemoc w rodzinie Harry'ego nie była czymś nowym. Kilka razy widziała jakieś blizny na ciele przyjaciela, ale zawsze zwalała to na Quidditcha czy coś równie bzdurnego. Miała jakieś tam swoje podejrzenia, ale nigdy nie brała ich poważnie pod uwagę... A teraz? Teraz Harry jest ledwo żywy, nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeśli tak, to w jakim stanie?
- Dlaczego teraz? - załkała dziewczyna. - Dlaczego akurat teraz, kiedy zaczynam czuć do niego coś więcej?!
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, po czym do pokoju wkroczyła drobna blondynka o niebieskich oczach. Podeszła do płaczącej dziewczyny i przytuliła ją do siebie.
- No już, skarbie, będzie dobrze, twój przyjaciel na pewno z tego wyjdzie - mówiła kojącym głosem, głaszcząc adoptowaną córkę po włosach.
- A co j-jeśli nie? - zapytała dziewczyna, wciąż pociągając nosem. - Co j-jeśli Harry z tego nie wyjdzie? Albo... O Merlinie, a co jeśli on nie będzie chciał mnie znać, bo nic nie zrobiłam? Co ze mnie za przy-przyjaciółka?
- Hermiono, uspokój się, to nie twoja wina i Harry z pewnością nie będzie cię winił.
- Więc, dlaczego czuję, że to moja wina? - zapytała drżącym głosem.
- Bo kochanie, czasami, kiedy kochamy kogoś bardzo mocno, to czujemy się odpowiedzialni za tę osobę.
- Ja nie... Skąd wiesz, że...?
Kobieta zaśmiała się delikatnie.
- Ja też kiedyś byłam młoda Hermiono i ja też przeżywałam pierwszą miłość. Z doświadczenia wiem, że z takim zachwytem, z jakim Ty mówisz o Harrym, nie mówi się o przyjacielu. Poza tym, jestem twoją matką Hermiono, a matka zna swoje dziecko jak nikt na świecie. No już, nie płacz. Harry na pewno z tego wyjdzie, tylko potrzebuje trochę czasu.
- No nie wiem, mamo - wyszeptała Hermiona, mocniej wtulając się w matkę - Ron powiedział, że Dumbledore był przerażony stanem Harry'ego, że kiedy go znaleźli, Harry prawie nie oddychał.
- Mark! - zawołała kobieta.
Po chwili, w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna z niepokojem wypisanym na twarzy.
- Kochanie, mógłbyś przygotować nam gorącą czekoladę? Hermiona chyba dzisiaj nie zaśnie.
- Nie ma sprawy. Nie zamartwiaj się tak królewno - zwrócił się córki - jeśli ten twój chłopak jest tak silny jak zawsze nam opowiadałaś, to na pewno z tego wyjdzie.
- To nie jest mój chłopak, tato - odparła dziewczyna, oblewając się rumieńcem.
- Jasne, jasne, ale chciałabyś, żeby był, co?
- Tato!
- Dobra, już mnie nie ma.
Hermiona pokręciła głową na wybryki ojca, jednak jego słowa zastanowiły ją. Czy faktycznie chciałaby, żeby Harry był jej chłopakiem? Przecież oni mieli trzynaście - Hermiona czternaście - lat. To niedorzeczne, żeby w tym wieku mogła się zakochać... Prawda? Poza tym, Harry zawsze był dla niej jak brat, nikt więcej, więc dlaczego teraz zaczyna się to zmieniać, dlaczego coraz częściej myśli, jakby to było poczuć usta Harry'ego, na swoich ustach? Owszem i Harry, i ona - Hermiona - zawsze byli nieco dojrzalsi niż powinni być w swoim wieku, ale to wciąż było nie do pomyślenia, zakochać się w wieku czternastu lat - to nawet głupio brzmi!
- O czym myślisz? - zapytała Alice, przyglądając się zmarszczce między brwiami córki. Dziewczyna westchnęła i spojrzała kobiecie prosto w oczy.
- Ile miałaś lat, kiedy poznałaś tatę? - zapytała niespodziewanie.
- Właściwie to poznałam go jako dziecko, nasi rodzice się przyjaźnili. Na początku zawsze żartowali, że z pewnością skończymy razem, ale my nigdy nie wyrażaliśmy zainteresowania sobą na wzajem. Zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi. Twój ojciec zaprosił mnie na randkę, kiedy kończyliśmy szkołę i dopiero wtedy zaczęłam sobie uświadamiać, że coś do niego czuję - Kobieta uśmiechnęła się do swoich wspomnień. - Ale dlaczego o to pytasz?
- Ja... Bo widzisz mamo, ja sama nie wiem już co czuję. Harry jest moim przyjacielem, jednym z pierwszych przyjaciół i kocham go z pewnością, ale do tej pory to było takie braterskie uczucie, a teraz to zaczyna się zmieniać w coś więcej i ja... Boję się tego uczucia, nie chce zniszczyć naszej przyjaźni. Poza tym, jestem za młoda; co mogę wiedzieć o miłości, mając czternaście lat?
- Bzdura Hermiono, nigdy się nie jest za młodym na miłość. Miłość jest naturalnym uczuciem, rodzisz się czując miłość do rodziców, czasami jako dziecko pokochasz jakieś zwierzątko, niektóre dzieci obdarzają miłością wymyślonych przyjaciół. Miłość jest czymś z czym się rodzisz Hermiono, po prostu niektórzy szybciej dojrzewają do zrozumienia swoich uczuć.
- No dobrze, więc jeśli to co czuję do Harry'ego...
- A co do niego czujesz?
- Ja... - Hermiona zawahała się. Nigdy nie rozmawiała z nikim o tych dziwnych uczuciach, które towarzyszą jej od jakiegoś czasu. - Sama nie wiem. Czuję się źle, kiedy go nie ma, za to kiedy jest obok, czuję, jakby wszystko było na swoim miejscu. Nie lubię kiedy robi coś niebezpiecznego. Uwielbiam patrzeć jak się śmieje... Kilka razy przyłapywałam się, że przypatruję się jego oczom; nie patrz tak, Harry ma niesamowite oczy.
- No cóż córeczko, chyba wpadłaś po uszy - roześmiała się kobieta.
- Nie jestem pewna... To znaczy... Och, ja sama już nic nie rozumiem. I jeszcze to, że Harry... no wiesz - to też mi niczego nie ułatwia. Tak się o niego boję.
- Myślę, że powinnaś z nim porozmawiać, kiedy się obudzi.
Hermiona spojrzała na nią przerażona.
- J-Ja nie mogłabym, przecież Harry mnie znienawidzi...
- Nie rozumiem, dlaczego uważasz, że ktoś kogo kochasz, może znienawidzić cię za twoje uczucia. Chyba masz za małą wiarę w tego chłopca. A jeśli nawet tak by się stało, to znaczy, że nie jest ciebie wart.
- Ja... Dziękuję ci mamo, ta rozmowa naprawdę dużo mi dała i... i chyba wiem co chciałaś mi powiedzieć.
- Cieszę się, kochanie. Teraz choć na dół, tata na nas czeka.
- Remusie?
Remus podniósł powoli głowę i spojrzał prosto w oczy Albusa Dumbledore'a.
- Co się stało? - zapytał zmęczonym głosem.
- Myślę, że powinieneś wrócić ze mną do zamku. Musisz się przespać Remusie, w takim stanie nie pomożesz Harry'emu, a jutro wieczorem, Minister Magii będzie cię oczekiwał.
- W jakiej sprawie? - zapytał, marszcząc delikatnie brwi.
- W sprawie opieki nad Harrym. Wszystko już załatwione, wystarczy, że podpiszesz papiery.
- I minister tak po prostu się zgodził? - zapytał sceptycznie Lupin.
- Powiedzmy, że to sprawa między mną a Korneliuszem.
- A co z Durlseyami? Znaleźli ich?
- Nie martw się Remusie, to tylko kwestia godzin. I myślę, że jestem na ich tropie. Odprowadzę cię do zamku i sprawdzę moją hipotezę.
- Albusie, myślę, że jestem już dużym chłopcem, dam radę dojść sam do zamku. Poza tym, chciałbym jeszcze tu posiedzieć.
- Remusie...
- Nie martw się Albusie, potrafię o siebie zadbać.
- Pamiętaj, że zaniedbując się, nie pomożesz Harry'emu.
- Zdaję sobie z tego sprawę - odparł chłodno Remus. - Idź już Albusie, chciałbym zostać sam z Harrym.
Starszy mężczyzna westchnął ciężko i obrzucił spojrzeniem leżącego na łóżku chłopca.
- Wracaj do zdrowia, Harry - powiedział cicho i opuścił pomieszczenie.
Remus przejechał ręką po włosach i spojrzał na chłopca, który leżał nieruchomo na łóżku. Nie tak znowu dawno, ta przerażająca go rurka, została usunięta z gardła chłopca - eliksiry zrobiły swoje i żebra zaczęły się zrastać. Poza tym, jednak stan Harry'ego nie uległ wielkiej zmianie. Ale czego mógł oczekiwać, przecież minęło zaledwie kilkanaście godzin. Na salę weszła młoda asystentka Uzdrowiciela Harry'ego i nie przejmując się, nim zaczęła smarować rany na twarzy chłopca dyptamem. Szczęście, że chociaż tam nie zostaną blizny. Kiedy skończyła leczyć jego twarz, odwinęła opatrunek z przedramienia chłopca, które również posmarowała leczniczą maścią.
- Myślę, że jeśli będziemy regularnie smarować tę ranę, albo raczej to co z niej zostało, to uda nam się nie dopuścić do zostania blizn. Niestety, rany na plecach, no cóż, niech sam pan zobaczy...
Machnięciem różdżki, zdjęła koszulę chłopaka. Remus przymknął oczy, widząc jak przeraźliwie chudy jest nastolatek. Kiedy je otworzył, Harry leżał na brzuchu, a opatrunki zostały zdjęte. Zrobiło mu się niedobrze, kiedy zobaczył rany, którymi pokryte było ciało dziecka.
- Jak pan widzi, niektóre blizny są stare, niektóre rany zbyt głęboki, by móc je tak szybko zaleczyć. Nie ma szansy, by ślady nie zostały, ale zrobimy co w naszej mocy, by były one jak najmniejsze.
- Dziękuję. - Skinął kobiecie głową i opadł ponownie na krzesło.
- Jakim trzeba być potworem, żeby tak potraktować dziecko? - pokręciła głową, wylewając powoli dyptam na plecy Harry'ego, a następnie smarując je delikatnie jakąś maścią.
- A czy... A czy, no wie pani... Mam na myśli, że kiedy - Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić - kiedy on go gwałcił - Zamknął oczy, starając się nie zwymiotować - czy nie zrobił mu krzywdy, mam na myśli fizycznej.
- Zrobił - odparła ze złością kobieta - i to ogromną, ale udało nam się wszystko zaleczyć.
- To było głupie pytanie - westchnął Remus, przejeżdżając dłonią po włosach. - Chyba z nerwów zaczynam tracić rozum.
- Niech się pan nie martwi, chłopcu nic już nie grozi, teraz wszystko zależy od niego... I od pana - dodała po namyśle.
- Tak, wiem. Kiedy on się obudzi?
- Chcemy mu oszczędzić bólu, dlatego trzymamy go w tym stanie. Myślę, że jeśli wszystko będzie goić się tak dobrze jak do tej pory - Przerwała na chwilę, machnęła różdżką i świeży opatrunek pokrył plecy Harry'ego. - Cóż, jeśli wszystko będzie szło dobrze, to jutro wieczorem zaczniemy go wybudzać.
- Rozumiem.
- Niech pan wraca do domu, nie przyda się pan dziecku w takim stanie.
- Chyba ma pani rację. Dobrej nocy.
- Nawzajem, panie Lupin, nawzajem.
Zamknął drzwi do swoich prywatnych pokoi, wyjął z szafy piżamę i ruszył w stronę łazienki. Spojrzał w lustro i aż się wzdrygnął. Widać było po nim nadchodzącą pełnię, a dodatkowo wciąż był ubrudzony krwią Harry'ego; nie mógł uwierzyć, że to dziś - a raczej wczoraj, bo było grubo po dwunastej w nocy - znalazł pół żywego chłopca. Ten dzień ciągnął się dla niego niczym lata. Tak bardzo dni dłużyły mu się po śmierci Lily i Jamesa - wtedy każdy nowy dzień był piekłem. Zajęło mu lata, pogodzenie się z ich odejściem.
W końcu zmęczony położył się do łóżka. Był wykończony, ale myśli, które pędziły jak szalone w jego głowie, nie dawały mu zasnąć. Myślał o tym wszystkim co się wydarzyło, jak głupi był, jak wiele błędów popełnił. I do tego, raz po raz, przypominał sobie, że już kiedyś popełnił taki błąd. Wtedy też wmawiał sobie, że jego przyjaciel przesadza i wtedy też niemal doszło do tragedii. Potrzeba było sztyletu w brzuchu Syriusza, by uświadomić go, że chłopak wcale nie przesadzał, że jego rodzina to prawdziwe potwory. A przecież były znaki. Blizny, rany na ciele Syriusza, tak samo jak Harry, Syriusz nienawidził dotyku i tak samo jak Harry, nigdy nie przyznał się co tak naprawdę wyrabia się w jego domu. A wyprawiało się wiele, choć Syriusz przyznał się do tego grubo po tym, jak skończyli szkołę.
A teraz, gdy sytuacja się powtórzyła, on popełnił te same błędy. Zignorował widoczne ślady. Przecież gołym okiem było widać, że Harry jest bity. Jak ognia unikał dotyku, zwłaszcza dotyku kogoś obcego. Zawsze zmieniał temat, gdy Remus pytał go jak żyje mu się u wujostwa - odwracał wzrok w drugą stronę i odpowiadał do bólu lakonicznie. Uderzyło w niego wspomnienie, kiedy Harry niemal bez żadnego powodu zalał się łzami, kiedy Remus powiedział mu, że zależy mu na nim. Już wtedy powinien zorientować się, że coś jest nie tak. I ta chudość chłopca, jego niski wzrost. Dlaczego był takim kretynem, dlaczego do cholery ignorował to wszystko?! Był na siebie wściekły - miał ochotę uderzyć głową w ścianę. Ostatecznie pozostał przy naciągnięciu poduszki na głowę, jednak i nie było w stanie zagłuszyć palących wyrzutów sumienia. Zapowiadała się bardzo długa noc, a właściwie jej reszta.
Na początku wcale nie planował wracać do domu, chciał na własną rękę dotrzeć do Harry'ego, ale szybko uświadomił sobie, ile kłopotów miałby z tego powodu. I pewnie wcale by go nie wpuścili do przyjaciela, w końcu Harry był chłopcem, który przeżył, a teraz gdy jego stan był tak poważny... Cóż, nie było szansy, żeby się tam dostał, zwłaszcza bez Hermiony. Poza tym, jego przyjaciółka miała rację, nie powinien traktować rodziny w ten sposób, niezależnie od tego jak koszmarnie się zachowali niektórzy jej członkowie. Wciąż był wściekły na bliźniaków i Percy'ego, a nawet czuł złość na rodziców, ale wiedział, że Harry nie pochwalałby takiego zachowania i głównie to zdecydowało o jego powrocie do domu. Miotła leżała tam gdzie ją rzucił, więc po zapłaceniu za przewóz błędnym rycerzem, podleciał nią do swojego pokoju. W domu panowała głucha cisza. Odetchnął z ulgą, najwyraźniej jego zniknięcie nie zostało odkryte.
Aportował się przed drzwiami domu na skale, który wyglądał dokładnie tak, jak opisał mu to Hagrid. Mimo szumu wody, był w stanie usłyszeć głosy dochodzące ze środka. Na jego twarzy pojawił się niezwykle rzadki, mściwy uśmiech. Może sam nie zabije Dursleyów, ale postara się odpowiednio, by dostali pocałunek Dementora, mimo że na ogół gardził takim okrucieństwem. Niestety dla Dursleyów, Dumbledore był bardzo wpływowym człowiekiem i utrata przez nich dusz, była jedynie kwestią czasu, zwłaszcza, że ich ofiarą był bohater czarodziejskiego świata.
Albus nie myślał długo, zamaszystym ruchem różdżki, wyłamał drzwi z zawiasów i chwilę później stał oko w oko, z siostrą Lily Potter.
FrejaAleeera1 - Owszem, nie lubię Snape'a, ale postaram się, żeby i on miał swoje pięć minut w tym opowiadaniu :)
LisekDeli - No to jesteśmy umówione na wspólne tortury ;) Nie mogę się doczekać :)
Toraach - Mieszkałeś / Mieszkasz może w Anglii? To niezwykłe jak dużo wiesz o ich kulturze i oczywiście cieszę się, że informujesz mnie o niektórych, ważniejszych rzeczach, bo przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia o tym roku szkolnym :)
lisica - Naprawdę się cieszę, że tak uważasz, bo zaczynając pisać to opowiadanie miałam ogromne wątpliwości, czy jestem na tyle rozgarnięta, żeby wszystko dobrze opisać. W między czasie przeczytałam kilka książek psychologicznych oraz artykułów na temat przemocy wobec dzieci, ale i tak mam czasami wrażenie, że to wszystko wychodzi tak... blogaskowo? Nie ważne. Snape'a nie lubię, dlatego nie będzie go tu dużo, ale myślę, że jakąś role i tak odegra. Dziękuję ci bardzo za komentarz - to dużo znaczy :)
Violette - Bardzo ci dziękuję za krytykę, gdyż bardzo ją cenię - dzięki temu wiem co poprawić, nad czym popracować, czego unikać ;) Już to pisałam, ale literówki były, są i będą, choć zaciekle z nimi walczę. Rozdziały często publikuję w nocy i wtedy nie mam siły już ich sprawdzać i zazwyczaj robię to na następny dzień, ale nie zawsze mam na to czas, sama rozumiesz, mam też swoje życie. Pani Rowling niestety nie dała nam zbyt wiele na temat czarodziejskiej medycyny, a ja mam bardzo ubogą wyobraźnię i nie chciałam tego zepsuć, dlatego posłużyłam się tym co wiem o medycynie naszej - mugolskiej :) Bardzo dziękuję za komentarz i za wytknięcie błędów - to dużo mi daje, naprawdę :)
Cóż, ten rozdział jest chyba jednym z dłuższych, ale nie wiem jak wyszedł, bo znów bardzo przeciągam akcję. Mogę to zwalić na to, że chcę wszystko ładnie opisać i pozwolić wam wczuć się w sytuację bohaterów :) No to tyle, kochani, do następnego :)
