XXV
Cisza i ciemność zdawała się towarzyszyć mu bardzo długo. Kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością, choć wielokrotnie różne obrazy przemykały przez jego głowę. Niektóre były niczym wspomnienia przeszłości, inne zdawały się zupełnie abstrakcyjne. Czasami wydawało się, że przez szumiącą ciszę przebijają pojedyncze słowa, czyjeś głosy. Jednak nigdy nie były wystarczająco wyraźne, by mógł je zrozumieć czy nawet zapamiętać. Tkwił w tej otępiającej pustce, nie mając zupełnie poczucia upływającego czasu. Dryfował w nicości, która mogłaby być śmiercią albo do niej prowadzić. O dziwo jednak nawet to go nie niepokoiło. Nie czuł zupełnie nic ani strachu, ani złości, smutku, szczęścia, jakiejkolwiek potrzeby, nawet celu. Był tylko on i ciemne nic, które go otaczało.
A potem, bez żadnej zapowiedzi poczuł ból. Przeszywający i piekący, rozchodzący się z bliżej nieokreślonego punktu, po całym ciele. To uczucie bardzo szybko wypełniło wszystko, całą tę nicość i przepędziło ciszę. Nagle usłyszał przeciągły jęk, który wydobył się z jego własnych ust, bo jednocześnie poczuł, jakby jego gardło wypełniała wielka kula papieru ściernego. Zaczął kaszleć, ale to tylko wzmogło bolesne pulsowanie.
A potem poczuł, jak do jego warg zostaje przyłożone coś zimnego, a usta i gardło zalewa nieco chłodnej cieczy. Znał ten smak, choć był zbyt oszołomiony, by teraz go rozpoznać. To nie była woda, która w zasadzie nie posiada konkretnego smaku. To jednak było lekko słodkawe, z charakterystyczną nutą rozmarynu.
Eliksiry przeciwbólowy, odgadł w nagłym przebłysku świadomości. Przecież pił go tak wiele razy w przeszłości. To odkrycie odblokowało kolejne myśli. Ten ból musiał pochodzić z jakiegoś obrażenia. Był ranny, najwyraźniej poważnie. Ale czemu? Nic nie pamiętał. Starał się przywołać jakiekolwiek wspomnienie, ale w głowie miał totalną pustkę, dlatego skupił się na eliksirze. Zwykle jego działanie zaczynało dawać efekt po dwóch, trzech minutach. Wystarczyło więc cierpliwie poczekać. Kiedy ten otępiający ból trochę zelżeje, łatwiej będzie mu zebrać myśli.
I rzeczywiście, po około pięćdziesięciu oddechach, poczuł, jakby ktoś odsunął rozpalony pręt, którzy parzył mu ciało. W jednej chwili ogarnęła go dogłębna ulga i jedyne czego zapragnął, to na powrót pogrążyć się w kuszącej nicości. Odpłynąć i nie odczuwać niczego więcej.
Nie mógł jednak sobie na to pozwolić. Był ranny, a ta przyjemna ciemność mogła okazać się zdradziecka. Teraz kiedy jego umysł odzyskał choć część swych funkcji, powrócił także lęk przed tym, co mogło się kryć w tym odrętwieniu.
Dlatego niemal wbrew sobie, podjął się tytanicznego wręcz wysiłku i otworzył oczy. W pierwszej chwili cały obraz był bardzo jasny i zupełnie rozmyty, zawierający jedynie jakieś zupełnie niewyraźne kontury. Odruchowo zapragnął przetrzeć oczy dłonią, ale zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie poruszyć ręką, która była ciężka niczym z ołowiu. Dlatego zamrugał kilkukrotnie, aż w końcu wizja nieco się wyostrzyła. Dostrzegł biały sufit jakiegoś pomieszczenia, z lampą na jego środku. Spróbował przekręcić głowę, dzięki czemu dostrzegł nieco białej pościeli i trochę dalej szafkę, na której stało kilka mniej lub bardziej opróżnionych fiolek z eliksirami.
Nie miał pojęcia, gdzie był, ale już tyle pozwoliło mu zrozumieć, że jest w jakimś szpitalu czy innym lazarecie. Z pewnością nie było to mugolskie miejsce, bo nie dostrzegł żadnego ze sprzętów, których nieczarodzieje używali do leczenia ludzi.
Tylko co tutaj robił? Bardzo starał sobie coś przypomnieć, do tego stopnia, że aż zaczęła pulsować mu głowa. I w końcu to zobaczył. Cmentarz w małym miasteczku i pogrzeb, w którym uczestniczyły tysiące ludzi. Pożegnanie kogoś ważnego. To była osoba ważna także dla niego. Był tam, obserwował wszystko z dala od tłumu. A potem, gdy cmentarz opustoszał, podszedł do świeżego grobu. Było to miejsce ostatniego spoczynku Minerwy McGonagall.
W jednej chwili przypomniał sobie wszystko, zupełnie jakby to nazwisko odblokowało jakąś część jego umysłu. Spotkanie z Potterami, wizyta w Hogwarcie, Grimmauld Place, atak na Josha, starcie w Yorkshire, torturowanie Jamesa, walka z Rogogonami, Lily…
Wbrew wcześniejszemu odrętwieniu ostatnia myśl wstrząsnęła nim i prawie udało mu się poderwać ociężałe ciało, ale gwałtowne uderzenie bólu, zmusiło go, by z jękiem opadł z powrotem na łóżko. Chwytając spazmatycznie powietrze, poczuł narastającą frustrację. Nie wiedział, gdzie jest, nie miał świadomości, jak ciężkie są jego obrażenia, a co najgorsze nie miał pojęcia, co się wydarzyło i jaki los spotkał pozostałych.
Kiedy już zdołał zapanować nad oddechem, a ból ponownie ustąpił, po raz drugi zdecydował się otworzyć oczy. Dopiero wtedy dostrzegł sylwetkę, stojącą tuż przy łóżku. Mimo że nie odzyskał jeszcze pełni ostrości widzenia, natychmiast rozpoznał w niej swego ojca – Draco Malfoya.
Mężczyzna stał tuż obok i wpatrywał się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Przez jedną, krótką, straszną chwilę, Scorpius zastanawiał się czy ojciec nie przyszedł tutaj, by dokończyć to, czego nie zdołały dokonać Rogogony, ale szybko odrzucił tak absurdalną myśl. Ojciec mógł go nienawidzić, mógł być szczerze rozczarowany, zawiedziony jego postępowaniem. Mógł również brzydzić się jego czynami, ale nigdy nie zniżyłby się do podobnego działania.
Nie mogąc dłużej znieść tego świdrującego spojrzenia, Scorpius odwrócił głowę i spojrzał w drugą stronę. Przeciwległa ściana może nie była specjalnie ciekawa, ale przynajmniej w żaden sposób nie próbowała go oceniać.
Nagle poczuł, jak dłoń ojca wsuwa się pod jego głowę i unosi ją nieznacznie, a potem znowu do jego ust przytknięta została fiolka z eliksirem.
– Pij – polecił Draco. – To zniweluje działanie eliksiru wiotczejącego. Podano ci go, bo gdy byłeś nieprzytomny, miałeś silne konwulsje, przez które otwierały się twoje rany.
Głos ojca był rzeczowy i skoncentrowany, niemal zupełnie wyprany z wszelkich emocji. Było to wręcz uspokajające, a dodatkowo jego słowa wyjaśniały, skąd ten przemożny ciężar, który Scorpius czuł w kończynach. Uspokajające tym bardziej, że przez krótki moment poczuł przerażenie na myśl, że może został sparaliżowany.
Po chwili odzyskał władzę w rękach i wreszcie mógł unieść dłoń i przetrzeć spoconą twarz. Wciąż czuł się słaby i dziwnie napuchnięty, ale możliwość ruchu była mimo wszystko niezwykle kojąca. Do tego stopnia, że ośmielił się ponownie spojrzeć na Draco, który właśnie odstawiał pustą fiolkę na stolik.
Tak bardzo obawiał się tego spotkania, a teraz był zupełnie bezbronny przed gniewem ojca. Dosłownie zdany na jego łaskę. Wielokrotnie zastanawiał się, co mógłby powiedzieć, kiedy wreszcie staną twarzą w twarz, ale w obecnych okolicznościach wszystko to wydawało się nie na miejscu. Myślał, że w czasie tej konfrontacji będą stać jak równy z równym, tymczasem teraz czuł się jak bezwolne dziecko, zdane na kaprys rodzica. Oczekujące na karzący cios, który jednak nie nadchodził.
– Ojcze… – wychrypiał. Chciałby powiedzieć coś więcej, ale nagle strach ścisnął go za gardło.
Nie wiedział, czego się spodziewał. Gniewu? Zapewne. Wyrzutów z pewnością. Tymczasem Draco stał wciąż milczący z tym dziwnym wyrazem twarzy. A potem Scorpius dostrzegł, jak dłoń ojca drży nerwowo i naraz zrozumiał, że ojciec milczał, bo sam również nie wiedział, co powiedzieć. Zwyczajnie bał się powiedzieć cokolwiek.
Scorpio po raz drugi przetarł twarz, przełknął z wysiłkiem i w końcu zdecydował się wypowiedzieć to jedno słowo, które z pewnością był mu winny.
– Przepraszam.
Widział, jak drżąca dłoń ojca, zaciska się w pięść i jak gwałtownie zmienia się wyraz jego twarzy. Kilkukrotnie otwierał i zamykał usta, a ostatecznie usiadł w nogach łóżka, odwracając się do Scorpiusa plecami. Wsparł ciężką głowę na rękach i westchnął z wysiłkiem.
Cisza przedłużała się nienaturalnie, a z każdą mijającą sekundą Scorpio miał coraz większą ochotę po prostu uciec, nawet jeśli wiedział, że to absolutnie niemożliwe.
– Coś ty sobie myślał? – zapytał w końcu Draco, dziwnie stłumionym głosem.
Scorpius wzruszył nieznacznie ramionami, choć wiedział, że ojciec nie może dostrzec tego gestu. Nic jednak nie odpowiedział. Cokolwiek by teraz powiedział, nie poprawiłoby jego sytuacji.
– Masz świadomość konsekwencji swoich czynów? Zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś Astorii?
Scorpio dalej milczał, choć przez chwilę po jego twarzy przeszedł cień uśmiechu. Jednak miał rację, wbrew temu, co sądzili Potterowie, to nie będzie rzewne pojednanie. Ojciec nie był z tych, którzy wybaczają.
– Masz w ogóle zamiar cokolwiek odpowiedzieć?! – I wreszcie usłyszał to czego spodziewał się od samego początku. Gniew wylewający się z każdego kolejnego słowa.
Był naiwny, wręcz śmieszny, że pozwolił sobie choć przez moment liczyć na powrót do dawnego życia. Przecież od początku wiedział, że to absolutnie niemożliwe. To Potterowie zaszczepili w nim wiarę, że jeszcze wszystko może się odmienić. Och, jakim był głupcem! Ojciec nawet nie był w stanie na niego patrzyć. Był jego klęską, jego ostatecznym rozczarowaniem.
– Zniknę, jak tylko stanę na nogi – odparł, nadspodziewanie spokojnym tonem. – Nie będziesz musiał się martwić, że dalej hańbię twoje nazwisko.
Nagle zobaczył, jak Draco pochyla głowę i silnie zaciska palce na włosach.
– Na Merlina, Scorpius, czy ty naprawdę aż tak nas nienawidzisz?! – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Było coś tak niepokojącego w zachowaniu ojca, że Scorpio poczuł, jak na powrót ogarnia go panika. Chciał coś powiedzieć, ale Draco go uprzedził.
– Wiem, że nie byłem najlepszym ojcem – rzucił, kręcąc jednocześnie głową – ale Astoria nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Jeśli chciałeś w ten sposób zemścić się za nasze błędy, to przynajmniej jej…
– O czym ty do cholery mówisz?! – krzyknął Scorpius, zdając sobie sprawę, do jak pokrętnych wniosków doszedł Draco.
Ten dopiero wtedy uniósł głowę i spojrzał na niego, wzrokiem pełnym… nie gniewu, to było coś zupełnie innego. Jego oczy pełne były goryczy.
– Zemścić się?! – Przezwyciężając osłabienie i resztki działania eliksiru, Scorpius uniósł się na łokciach i zdołał usiąść. Stanowczo miał dość tamtej pozycji, potrzebował zrównać się z ojcem, spojrzeć mu prosto w twarz. – Naprawdę sądzisz, że to była moja zemsta? Że jestem aż takim małostkowym idiotą? Przecież to absurdalne!
– Nie powinieneś wstawać – mruknął Draco, wyraźnie zbity z tropu jego ostatnimi słowami.
– Wielu rzeczy nie powinienem robić – warknął Scorpius. – Od kiedy wróciłem na Wyspy, wciąż słyszę, że czegoś nie powinienem. Nie powinienem pakować się w kłopoty, nie powinienem był walczyć z White, nie powinienem uciekać, nie powinienem milczeć przez tyle czasu, nie powinienem…
Naraz Ślizgon zasłonił twarz dłonią, bo poczuł, że traci resztki spokoju.
– A jedyne czego naprawdę nie powinienem był robić, to wracać – skwitował, po czym zaśmiał się wręcz histerycznie. – Po co mi to było. Byłem niezależny, nie musiałem się na nikogo oglądać, robiłem, co chciałem i kiedy chciałem, a teraz płaszczę się tutaj jak małe, wystraszone dziecko, które boi się, że usłyszy jak bardzo wszystkich rozczarowało. No proszę, powiedz to wreszcie! Przyznaj, jak bardzo zawiodłem twoje oczekiwania, jak bardzo jesteś zniesmaczony moimi wyborami. Jak bardzo brzydzisz się tego mordercy, tchórza i wykolejeńca, który na nieszczęście jest twoim synem. Powiedz to i zakończmy to raz na zawsze.
Nie wiedział, czy to skutek działania eliksirów czy może odniesionych rany, ale czuł, że kompletnie przestaje nad sobą panować. Drżał na całym ciele, a w uszach huczało mu, jakby stał tuż koło bardzo ruchliwej ulicy. Oddychał ciężko, z wyraźnym wysiłkiem, niczym po przebiegnięciu maratonu.
Draco patrzył szeroko otwartymi oczami, a na jego twarzy odmalowało się przerażenie, jakiego nigdy wcześniej Scorpius u niego nie widział. A potem wstał niespodziewanie i drżącą ręką zaczął przeglądać eliksiry stojące na stoliku. Jedna pusta fiolka przewróciła się i spadła na podłogę, roztrzaskując się na kawałki, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Ostatecznie wziął inną, wypełnioną zielonkawym płynem i podał ją Scorpiusowi.
Ten przez dłuższą chwilę wpatrywał się w eliksir, żałując, że nigdy nie był w nich wystarczająco biegły, by wiedzieć, na co właśnie patrzy, a potem odłożył go obok i pokręcił głową.
– Mam już dość eliksirów – mruknął. – Wystarczająco mieszają mi w głowie.
– Dostaniesz zapaści, jeśli w takim stanie będziesz się tak denerwował. – Głos Draco był ściśnięty i dziwnie drżący. Tak niepodobny do wszystkiego, co Scorpio znał z przeszłości.
Nic na to nie odpowiedział, ale był przekonany, że kolejny otępiający eliksir jest ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje. Musiał się zebrać, pozbierać do kupy, odnaleźć Heidi i Josha i wynosić z tego kraju. Nie chciał tu być ani minuty dłużej.
Pochylony do przodu, kątem oka zauważył, jak ojciec zabiera porzuconą fiolkę i odstawia ją z powrotem na stolik. A potem niespodziewanie Draco usiadł na łóżku tuż obok niego i położył dłoń na jego ramieniu. Naraz skojarzyło się to Scorpiusowi z tamtymi odległymi wakacjami, kiedy po raz pierwszy usłyszał, że ojciec jest z niego dumny.
Wtedy czuł się wyjątkowy, teraz ta dłoń ciążyła mu nieznośnie.
– Nigdy nie usłyszysz ode mnie podobnych słów – odezwał się Draco. – Cokolwiek się stanie, jakich decyzji byś nie podjął, nigdy nie usłyszysz ode mnie, że brzydzę się tobą. Mogę się z nimi nie zgadzać, mogę je uważać za złe bądź nierozważne, ale nigdy z ich powodu nie wyprę się ciebie. Jesteś moim synem, krwią z mojej krwi, a ja sam popełniłem w życiu zbyt wiele błędów, by nie mieć świadomości, jak często są one nieuniknione.
Scorpius spojrzał na ojca i poczuł, jak coś ściska go za gardło. Tak wiele sprzecznych emocji kłębiło się w jego głowie, że naprawdę nie wiedział już co mówić. Nie miał nawet pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. A do tego ta ciążąca mu dłoń. Niczym ostateczny wyrzut sumienia.
Pokonany na całej linii, spuścił wzrok i westchnął ciężko. Pomyślał o matce, o swoim dawnym życiu, o tym wszystkim, co zostawił za sobą. Przez tak długi czas nie pozwalał sobie na tę jedną myśl. Zawsze tłumił ją w zarodku, wiedząc, jak wielki ból spowoduje, jeśli wydostanie się na zewnątrz. A teraz właśnie ona dobijała się z całych sił, nie dając się ani zignorować, ani tym bardziej zagłuszyć.
– Tak bardzo chciałbym wrócić do domu… – wyszeptał, ledwo słyszalnie. – Jestem tym zmęczony…
Naraz poczuł, jak Draco obejmuje go ramieniem i ostrożnie przyciąga do siebie.
– Jesteś w domu.
Żelazna obręcz, ściskająca jego gardło, zniknęła niemal całkowicie i wreszcie mógł sobie pozwolić na swobodniejszy oddech. Dzięki temu kolejne słowa wydostały się z jego ust, nim zdążył chociaż pomyśleć:
– Przepraszam, tato. Przepraszam…
Dawno nie pamiętał, żeby ogarnął go taki błogi spokój, zupełnie jakby w jednej chwili został mu zdjęty jakiś olbrzymi ciężar, z którym żył od tak długiego czasu. A teraz leżał w łóżku, patrzył w sufit i pierwszy raz miał poczucie, że może jeszcze zdoła wszystko wyprostować. Draco siedział na krześle obok jego łóżka i był bardzo milczący. Tym razem jednak ta cisza nie budziła niepokoju, wręcz przeciwnie było w niej coś swojskiego. Scorpius nigdy dużo nie rozmawiał z ojcem i teraz także jakoś ciężko było mu znaleźć odpowiednie słowa. Te kilka emocjonalnych zdań, które wymienili parę minut temu, wydawało się wręcz nierealne i chyba teraz obaj potrzebowali nieco spokoju i ciszy na poukładanie sobie wszystkiego.
Z tego błogiego odrętwienia wyrwała Scorpiusa jedna bardzo niepokojąca myśl.
– Co z pozostałymi? – zapytał, spoglądając w stronę ojca.
– Wszyscy są tutaj, w Mungu. W najgorszym stanie jest James Potter, medycy wprowadzili go w śpiączkę, by jego umysł mógł się zregenerować po działaniu klątwy. Dopiero gdy się wybudzi, będą mogli stwierdzić, czy nie odniósł jakiś trwałych uszczerbków na zdrowiu. Oprócz niego to ty odniosłeś najcięższe obrażenia.
– Czuję – mruknął Scorpius, ignorując nawracające rwanie w plecach. – Bardzo źle ze mną było?
– Byłeś nieprzytomny przez trzy dni. Miałeś pogruchotane większość żeber z prawej strony, przebite płuco i liczne wewnętrzne krwotoki. To zakrawa na cud, że przeżyłeś.
Scorpius jak przez mgłę pamiętał, że postawił tarczę tuż przed uderzeniem, ale ta nie przetrwała zbyt długo. Musiała jednak choć w części pochłonąć moc zaklęcia. Irytujące było, że tak słabo pamiętał przebieg wydarzeń, jedynie jakieś wyrywkowe obrazy miotały mu się po głowie.
– Było źle. Jak oni zdołali się wydostać?
– Nie zdołali. Uratował was Albus.
– Albus?
Ojciec skinął głową.
– Kiedy nie wracaliście, wezwał swojego ojca i jego aurorów. Z pomocą twojego przyjaciela, tego Joshuy, zlokalizowali was i zdołali uratować. Z tego, co zrozumiałem, kiedy się tam pojawili, ty leżałeś już nieprzytomny, a przed tymi draniami próbowała cię chronić córka Pottera.
Dopiero ostatnie słowa ojca odblokowały jakieś wspomnienie, dzięki któremu zdołał wszystko ułożyć w spójną całość. I w jednej chwili dreszcz przeszedł go po obolałych plecach.
– Lily… – wyszeptał, a potem wziął głębszy wdech i podniósł się do pozycji siedzącej. – Co z nią? Gdzie ona jest?
Spojrzenie Draco było więcej niż przeszywające. Raczej nie potrzebował więcej, żeby domyśleć się całej reszty.
– Jak pozostali, jest tutaj. Miała tylko kilka siniaków, ale uzdrowiciele zatrzymali ją na obserwację.
Scorpio pokiwał głową, a potem spuścił nogi z łóżka i zapierając się o obramowanie, spróbował wstać. Nie było to proste, bo nogi miał niczym z waty, a żebra i plecy zgłaszały olbrzymi sprzeciw wobec takiego traktowania.
Przypuszczał, że ojciec spróbuje go powstrzymać, tymczasem Draco wstał z krzesła i chwycił go pod ramię, pozwalając mu, by oparł na nim część ciężaru ciała.
– Dzięki – mruknął Scorpio i niepewnie ruszył w stronę drzwi pokoju.
Droga nie była daleka. Draco powiedział, że wszyscy są na tym samym piętrze szpitala, ale mimo to, przejście tych pięćdziesięciu metrów, okazało się dla Scorpiusa nie lada wyzwaniem. Co prawda z każdym kolejnym krokiem odzyskiwał pewność w nogach, ale rwący ból w plecach jasno uzmysławiał mu, że raczej nie powinien wstawać.
Ale jakby nie patrzyć, by ekspertem od robienia rzeczy, których nie powinien i właśnie dlatego teraz stanął przed drzwiami pokoju Lily. Wyswobodził się z uchwytu ojca i już o własnych silach wszedł do środka. Gryfonka siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i czytała jakąś książkę. Ubrana w bladoróżową piżamę, z rozpuszczonymi włosami, spadającymi na plecy, wcale nie wyglądała na swoje osiemnaście lat.
Przez dłuższy moment Scorpius przyglądał się jej z pewnym zdziwieniem, a potem ogarnęła go złość, tak na siebie, jak i na nią. Nie pukając, wszedł do środka, zostawiając Draco na zewnątrz. Dopiero po chwili Lily zorientowała się, że nie jest już sama w sali i uniosła wzrok.
– Scorpio! – krzyknęła, upuszczając książkę na podłogę, kiedy poderwała się gwałtownie z łóżka. – Obudziłeś się!
Przez jedną krótką, ale straszną chwilę, myślał, że rzuci się mu na szyję. Na szczęście w porę wyhamowała i tylko stanęła tuż przed nim.
– Lepiej mnie nie dotykaj, bo ledwo się ruszam.
– Może nie powinieneś wstawać? – zapytała z prawdziwą troską, a potem przesunęła się tak, że mógł przysiąść w nogach jej łóżka. Ona sama usiadła tuż koło niego.
– Tak samo jak ty nie powinnaś działać na własną rękę – mruknął, starając się skupić na złości, którą czuł jeszcze moment wcześniej. Nim zobaczył jej radość, troskę i szczere zainteresowanie. – Co ci strzeliło do głowy, żeby się tam przenieść za nami? Mogłaś zginąć!
– Jakoś nie byłeś taki marudny, kiedy wyciągnęłam cię z celi.
– Wtedy działałem pod wpływem impulsu. Ale jak teraz o tym myślę, to widzę, jak straszną głupotę zrobiłaś.
Dziewczyna wyraźnie się zaperzyła.
– Ja też działałam impulsywnie. Nie wracaliście i nie mogłam dłużej bezczynnie czekać. Wiedziałam, że stało się coś złego, po prostu to czułam. I miałam rację.
Scorpius westchnął ciężko. Chciał ją zrugać za głupie zachowanie, powiedzieć dosadnie, co o tym myśli, ale po prawdzie w jej sytuacji zapewne zrobiłby dokładnie to samo.
– Gdybyś zginęła, ja miałbym cię na sumieniu – stwierdził w końcu, spoglądając w bok.
Kątem oka widział, jak wcześniejszy zapał opada z twarzy dziewczyny, zastąpiony przez przygnębienie.
– Przepraszam… – wymamrotała. – Nie myślałam o tym w tamtej chwili.
– Wiem. O tym zazwyczaj myśli się dopiero po czasie – skwitował, a potem dodał nieco pogodniejszym tonem: – Tym razem mi się upiekło. Obym nigdy więcej nie musiał ciebie osłaniać. To cholernie boli.
Na twarzy Lily ponownie pojawił się krzywy uśmiech.
– Jak na Ślizgona zachowałeś się w bardzo gryfoński sposób.
Scorpius wzruszył ramionami.
– Nikt nie jest idealny.
Niespodziewanie dziewczyna podniosła się i stanęła naprzeciwko niego. Nim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, ujęła jego twarzy w dłonie i pocałowała go. Był to bardzo delikatny pocałunek, jakby obawiała się, że zrobi mu krzywdę, jakby wcale nie była przekonana, czy powinna to robić.
Tknięty nagłym impulsem, uniósł rękę i wplótł palce dłoni w jej włosy. Poczuł, jak drgnęła pod jego dotykiem, ale nie odsunęła się, a wręcz przeciwnie naparła na niego z większą stanowczością.
Znowu miał to słodkie poczucie, że opuszczają go wszystkie wątpliwości, kiedy była tak blisko. A potem, choć ciężko mu było zebrać myśli, uświadomił sobie, że może to wcale nie musi być wyjątkowa sytuacja. Jeśli zostanie, jeśli postanowi stawić czoła swojej przeszłości, to może będzie mógł…
– Zostaję na Wyspach – mruknął, kiedy odsunął się od niej na kilka milimetrów.
– Naprawdę? – zawołała Lily i z niemal dziecięcym entuzjazmem objęła go za szyję.
Zrobiła to jednak nieco zbyt gwałtownie, bo Scorpius poczuł, jak traci chwiejną równowagę i niespodziewanie poleciał do tyłu, ciągnąc ją za sobą. Mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie fakt, że plecy właśnie pękły mu na dwoje.
– Na Merlina… – jęknął, czując jak całe powietrze zostało wypchnięte ze jego płuc.
– O matko! Scorpio! Przepraszam – zawołała z przerażeniem Lily, natychmiast go puszczając. – Żyjesz? Pomóc ci wstać?
– Nie, poczekaj, poleżę tu chwilkę – wymamrotał, czując, że nie jest w stanie nawet ruszyć ręką, a co dopiero się podnieść.
A mimo wszystko to było tak irracjonalne, że nie zdołał powstrzymać uśmiechu.
– Jesteś gorsza niż cały zastęp Rogogonów – zaśmiał się.
Lily również zaczęła się śmiać, a potem położyła się koło niego i splotła swoją dłoń z jego.
– Cieszę się, że zostajesz. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
I wbrew wszelkim obawom Scorpius zdał sobie sprawę, że też się cieszy.
Po pewnym czasie Scorpio zdołał usiąść i przez dłuższy czas po prostu rozmawiali. Lily opowiadała mu, co działo się po tym, jak został ranny. Jak nagle znikąd pojawił się w posiadłości cały zastęp aurorów, który spacyfikował wszystkie Rogogony. Zarówno Torchfool, jak i Yaxley zostali aresztowani. A teraz są zamknięci i czekają na postawienie zarzutów. Co ciekawsze, posiadłość, w której się znajdowali, należała do Rufusa Knota, bratanka dawnego Ministra Magii, który obecnie pracował w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. To on przekazywał Rogogonom wieści z Ministerstwa. Jego motywy nie były do końca jasne, ale z tego, co twierdzili aurorzy, był on osobą niezbyt kompetentną czy asertywną, więc prawdopodobnie został zmanipulowany przez Yaxley'a. Ponoć twierdził, że Ministerstwo zniszczyło jego wuja Korneliusza Knota, któremu odebrano stanowisko i prestiż. Co prawda Lily nie znała więcej szczegółów, ale najwyraźniej on również zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, za zdradę i wspieranie organizacji przestępczej. Z tego wszystkiego Scorpius żałował jedynie, że nie zdołał dopaść Torchfoola osobiście, ale pozostało mu wierzyć, że aurorzy wymierzą mu zasłużoną sprawiedliwość.
Potem rozmowa zeszła na braci Lily, a konkretnie Jamesa, którego stan wciąż pozostawał niepewny. Jednak Gryfonka była dobrej myśli, zwłaszcza, że ponoć kilka godzin wcześniej przebudził się na parę minut i nawet zdawał się normalnie kontaktować, a to według uzdrowicieli było bardzo dobrym sygnałem.
Naraz opowieść Lily została przerwana łagodnym pukaniem. Oboje spojrzeli w tamtą stronę i zobaczyli stojącego w drzwiach Harry'ego Pottera. W jednej chwili Scorpius poczuł, jak cały się spina. Pomyślał, że to bardzo niewłaściwe, iż siedzi na łóżku jego córki, dlatego ignorując ból, podniósł się i stanął na nogi.
– Panie Potter – przywitał się, kiwając mężczyźnie głową.
Auror zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów, a potem podszedł bliżej i wyciągnął w jego stronę rękę.
– Lily powiedziała mi, co zrobiłeś. Uratowałeś jej życie, jestem twoim dłużnikiem.
Scorpius wszystkiego się spodziewał, ale z pewnością nie podobnych słów. Na miejscu Pottera, po tym wszystkim, co się wydarzyło, kazałby mu się wynosić w podskokach i trzymać jak najdalej od jego dzieci. Przecież to on ich naraził, on to wszystko zapoczątkował. Równie dobrze mógł sprowadzić na nich śmierć. Tymczasem Potter, w swej gryfońskiej szlachetności, dziękował mu za coś, co zrobił zupełnie instynktownie.
– To raczej Lily uratowała mnie. Ja jak zwykle tylko narozrabiałem.
Pan Potter uśmiechnął się, a nie doczekawszy się uścisku dłoni, poklepał Scorpiusa lekko po ramieniu.
– Nie przeczę, że to, co zrobiliście z Jamesem było bardzo nierozsądne, ale byłbym hipokrytą, gdybym zaprzeczył, że w waszym wieku dla sprawy nie robiłem równie lekkomyślnych rzeczy. A niewątpliwie teraz Biuro Aurorów i Ministerstwo ma wobec was duży dług.
Scorpius nie wiedział, jak na to zareagować. Dlatego jedynie pokiwał nieznacznie głową. Tymczasem uśmiech na twarzy pana Pottera stał się bardziej przebiegły.
– To oczywiście oficjalna wersja. Nie liczcie, że minie was kara. Już ja rozliczę się z Jamesem, kiedy ten dojdzie do siebie, a z tego, co wiem, twój ojciec również nie zamierza zostawić tego bez odpowiedzi.
Ślizgon westchnął i również uśmiechnął się z przekąsem.
– I w to jest mi znacznie łatwiej uwierzyć – skwitował.
Chwilę później wyszedł na korytarz i zobaczył, że jego ojca nie ma nigdzie w zasięgu wzroku. Prawdopodobnie powinien wrócić do swojego pokoju, ale nie czuł się mentalnie gotowy na drugą rundę z Draco, więc poszedł korytarzem w przeciwnym kierunku. Na szczęście działanie eliksiru zwiotczającego już całkiem ustąpiło i jego nogi nie stawiały aż takiego oporu przy kolejnych krokach.
Od Lily dowiedział się, gdzie leży Adelajda i właśnie tam ruszył, spoglądając co chwila na numerację pokojów. Nim jednak zdołał dotrzeć do celu, poczuł jak ktoś chwyta go za ramię i zatrzymuję.
– Czy tobie to zaklęcie usmażyło mózg? – warknął Zack.
Blondyn również ubrany był w szpitalne ciuchy, a jego głowa wciąż okręcona była bandażem nasączonym jakimś ziołowym eliksirem. Poza tym wyglądał na okaz zdrowia.
– Usłyszałem, że się obudziłeś, ale nie było cię w pokoju ani u Lily, jak twierdził twój ojciec – ciągnął blondyn z naganą w głosie. – Ledwo stoisz na nogach, a sam szwendasz się po Mungu.
– A ty co? Moją niańką jesteś?
– Czasem by ci się przydała. – Niespodziewanie Zachary chwycił jego ramię i przerzucił sobie przez szyję. – Łazisz jak kaleka.
– Jestem ranny, zapomniałeś.
– Ja nie, ale ty najwyraźniej. Chodź, odprowadzę cię do łóżka.
Scorpius próbował się wyszarpnąć, ale ostrzegawcze dźgnięcie między żebrami uświadomiło mu, że to bardzo zły pomysł.
– Za chwilę, muszę jeszcze pójść w dwa miejsca.
Zack pokręcił zniechęcony głową, słysząc stanowczość w jego głosie.
– Jesteś nienormalny – mruknął pokonany.
– Dzięki.
Blondyn wyszczerzył się w złośliwym uśmiechu, a potem poprowadził go do pokoju Adelajdy.
Heidi i Josh siedzieli w niewielkiej, jednoosobowej salce, która należała do kobiety. Jej brat jako jedyny nie miał na sobie szpitalnych ubrań, wiec zapewne był tu tylko gościnnie. Oboje spojrzeli w stronę Scorpiusa, kiedy ten z pomocą Zacka wszedł do pokoju.
– No nareszcie. Długo kazałeś na siebie czekać – zawołała kobieta, uśmiechając się z ironią.
– To wszystko twoja wina – odgryzł się, już samodzielnie podchodząc bliżej. – Nie musieliby nas teraz łatać, gdybyś nie dała się tak dziecinnie podejść. Nie przypuszczałem, że ktoś zdoła rzucić na ciebie Imperiusa.
– Przynajmniej jeden mężczyzna sprawił, że przestała paplać – dołączył się Josh, na skutek czego Heidi pacnęła go ręką w głowę.
– Sam powinieneś przestać mleć jęzorem. Bo nie wnosisz nic konstruktywnego do rozmowy.
Scorpio zaśmiał się otwarcie, widząc towarzyszy w tak dobrych nastrojach. Cieszył się, że przynajmniej im nie stało się nic poważnego. O jeden wyrzut sumienia mniej.
– Co teraz, kiedy Torchfool został przyskrzyniony? – zapytał po chwili Josh, poważniejąc.
Ślizgon doskonale wiedział, co kryło się za tym pytaniem, zwłaszcza kiedy zobaczył skupione na sobie, wyczekujące spojrzenia Heidi i Zacka. Nie było sensu ukrywać przed nimi jego decyzji. I tak szybko się dowiedzą.
– Rozmawiałem z ojcem, nie zamierza rozszarpać mnie na strzępy, więc chyba zostanę tutaj.
Widział, jak wyraz twarzy Adelajdy zmienia się gwałtownie i przechodzi przez niego cień smutku, szybko jednak zasłoniła go swoim standardowym uśmiechem.
– I całe szczęście. Wreszcie przestaniesz smęcić, jaki to jesteś nieszczęśliwy.
Cała Heidi, nigdy nie zdradzała się ze swoimi prawdziwymi uczuciami. I choć wiedział, że jego decyzja na pewno ją zabolała, to nie próbowała na niego wpływać. To nie było w jej stylu.
– Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście i wy zostali. Ministerstwo załatwi wam jakiś status azylanta czy coś w tym stylu – stwierdził Zack.
– Zobaczymy, nie jestem przekonany czy tutejszy klimat będzie nam odpowiadać – odparł Josh i wszyscy wiedzieli, że nie tylko pogodę ma na myśl.
Nim Scorpius wróci do łóżka, chciał odwiedzić jeszcze jedną osobę, tę, która najbardziej ucierpiała na skutek ich działań. Wciąż prowadzony przez Zacka, po kilku minutach znalazł się przed salą, w której leżał James. Przez szybę w drzwiach dostrzegł siedzącego na krześle przy łóżku aurora Albusa.
– Sam tam wejdę – rzucił w stronę blondyna, na co ten skinął głową i zwolnił uchwyt.
– Poczekam tutaj, jakbyś potrzebował wsparcia w doczłapaniu się do własnego pokoju.
Scorpio skinął głową, czując prawdziwą wdzięczność dla Ślizgona. Może czasami ich rozmowy brzmiały jak niekończący się maraton złośliwości, ale w chwilach takich jak ta, naprawdę doceniał obecność Zacka. Mimo tych wszystkich lat i wszystkiego, co się wydarzyło, Zachary pozostawał jego przyjacielem.
Klepnął blondyna w ramię i chwycił klamkę, by wejść do środka. Albus spojrzał w jego stronę i w odróżnieniu od pozostałych raczej nie ucieszył się na jego widok. Był poważny i wyraźnie zmartwiony. Nie powinno to nikogo dziwić, jego siostra została ranna, a brat omal nie zginął. Musiał czuć olbrzymie wyrzuty sumienia, zwłaszcza, że próbował ich od tego odwieść.
Scorpius zamknął za sobą drzwi i podszedł bliżej. Wiedział, co powinien powiedzieć, ale widząc minę Pottera, te słowa jakoś ciężko przechodziły mu przez gardło.
– Chyba jestem ci winny przeprosiny – mruknął.
Dostrzegł, jak Albus zaciska palce w pięść, znał go wystarczająco, by wiedzieć, że jest to u Gryfona objaw skrywanej furii.
– Obaj jesteście kretynami – warknął, rzucając szybkie spojrzenie w stronę Jamesa. – Omal was tam nie pozabijali.
W sumie Scorpio nie potrafił nie zgodzić się z tym stwierdzeniem.
– Jeśli masz kogoś winić, to raczej mnie. James starał się tylko wypełniać swoje obowiązki.
Nie wiedział, czemu staje w obronie starszego z Potterów. Chyba po prostu nie chciał, by z jego powodu bracia rzucali między sobą oskarżenia. Jeszcze jedna cegiełka do jego wyrzutów sumienia już i tak wiele nie zmieni.
Nagle Albus zerwał się z krzesła i podszedł bliżej. Widać było, że normalnie się w nim gotuje, na przekór jego spokojnej naturze.
– Winię przede wszystkim siebie, bo powinienem was powstrzymać! – rzucił z gniewem. – Ale jak zwykle mnie zabrakło siły przebicia, a wy jesteście obaj tak strasznie uparci. Tak przekonani o swojej racji, o słuszności swoich działań! Tak cholernie… ach.
Gryfon złapał się za głowę i odwrócił na pięcie, nerwowo postępując kilka kroków w stronę okna.
– Mam ochotę udusić was obu gołymi rękoma! – syknął, nie patrząc na Scorpiusa. – Macie za nic, co mówią inni. Do tego naraziliście Adelajdę, Zacka i Lily…
– O wypraszam sobie, Lily ty nie upilnowałeś – mruknął Ślizgon. – Zamiast ryczeć gdzieś w kącie, trzeba było ją przywiązać do krzesła, żeby siedziała na tyłku.
Albus zaśmiał się urwanie, co brzmiało niemal złowrogo.
– Gdybym to zrobił, gdybym w swym zacietrzewieniu zmusił ją go pozostania w domu, teraz wszyscy bylibyście martwi. To ona was ocaliła, bo zmusiła mnie do działania. Pominę już milczeniem, że ojciec chciał minie zabić wzrokiem, kiedy usłyszał o wszystkim.
Na te słowa Scorpius też zaśmiał się sztucznie.
– Twój ojciec chciał cię zabić? Ty nawet nie wiesz, co znaczy to stwierdzenie. Ja trzęsę się jak galareta na myśl o powrocie do domu. Teraz ojciec jest w szoku, ale jeszcze wymyśli mi odpowiednio bolesną karę, nie mam co do tego wątpliwości.
Wypowiadając te słowa, Scorpius zdał sobie sprawę, że brzmi znowu jak nastoletni dzieciak, który boi się bury od ojca. A powinien być dorosły, powinien być ponad takie rzeczy.
– Posłuchaj, Albus – dodał, gdy już pozbył się tych irracjonalnych myśli. – Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za cały świat i za nas wszystkich. Jesteśmy dorośli i znaliśmy ryzyko.
Potter prychnął i spojrzał na niego kątem oka.
– A zachowujecie się jak banda smarkaczy. Dorosłość to coś więcej niż cyferki w metryce, to też trochę zdrowego rozsądku.
– Pomyśl, mogło być gorzej – rzucił Scorpio, nie potrafiąc dłużej zachować poważnej miny. – Mogłeś tam pójść z nami i gdybyś ty został ranny, to James już do końca życia trzymałby cię pod kloszem.
Albus zaśmiał się nieco szczerzej.
– To raczej wam jest potrzebna niańka, nie mnie.
Scorpio odwzajemnił uśmiech, zdając sobie sprawę, że Zack powiedział coś bardzo podobnego.
– Jedną już mamy – stwierdził Ślizgon, patrząc na Gryfona znacząco.
– O nie! Ja nie mam do tego zdrowia. Ostatnie dni wystarczająco zszargały mi nerwy. Umywam ręce i wypisuję się z tego waszego grajdołu. Chcecie się znowu gdzieś pakować, droga wolna, ale mnie do tego nie mieszajcie.
Mimo że Albus mówił to lekkim tonem, to mimo wszystko Scorpius wyraźnie dostrzegał gorycz malującą się na jego twarzy. Potter jak zwykle za bardzo wszystko brał do siebie, za bardzo się martwił, za bardzo się o nich troszczył.
– Nie będę więcej rozrabiał – rzucił pojednawczym tonem Ślizgon. – Słowo skauta.
Albus zmarszczył brwi i spojrzał na niego podejrzliwie.
– Ty nigdy nie byłeś skautem.
– „Słowo Ślizgona" brzmiałoby jeszcze gorzej – odparł Scorpius, przypominając sobie jak przed laty użył niemal identycznego sformułowania, choć w zupełnie innych okolicznościach.
Albus chyba również to pamiętał, bo wyraz jego twarzy nieco złagodniał, a potem westchnął nieznacznie i pokręcił głową.
– Przypomnę ci te słowa, kiedy znowu wpakujesz się w kłopoty.
– Nie masz za grosz wiary we mnie.
– W tej kwestii ani troszeczkę – odparł Potter i wreszcie uśmiechnął się w ten swój zwyczajowy, łagodny sposób.
Nie chcąc zbyt długo zakłócać spokoju Potterów i jednocześnie czując, że jest u granic własnej wytrzymałości, pożegnał Albusa i z pomocą Zacka udał się do własnego pokoju. Droga, mimo wsparcia blondyna, wydawała się nieznośnie długa, zwłaszcza, że czuł jak plecy łamią go coraz bardziej, a nogi uginają się mocnej po każdym kroku.
W końcu jednak doczłapał się do przeznaczonej mu sali, podziękował Zacharemu i biorąc głęboki wdech, wszedł do środka. Spodziewał się, że ojciec może być zirytowany tak długo jego nieobecnością. Jednak to nie widok Draco zastopował go tuż za progiem. Na jego łóżku, w tak typowej dla niej oliwkowozielonej garsonce, siedziała Astoria Malfoy. Blada, wyraźnie zmęczona, z lękiem wpisanym w oczach. Z niekrytym bólem Scorpius stwierdził, że jego matka bardzo postarzała się przez ostatnie lata i wiedział, że to tylko i wyłącznie jego wątpliwa zasługa.
Zamknął drzwi i stanął kilka kroków od niej, nie wiedząc, gdzie podziać oczy. Nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć w takiej chwili, czy w ogóle było cokolwiek wartego powiedzenia. Wątpił, by istniały słowa, które mogłyby choć w części złagodzić ból, jaki bez cienia litości zadał własnej matce.
Choć nie patrzył na nią, to słyszał, jak Astoria wstaje i podchodzi bliżej. A potem poczuł jak wymierzyła mu siarczysty policzek. Skrzywił się nieznacznie, ale w żaden sposób nie zareagował. Jeśli od tego miała poczuć się lepiej, to mogła go tłuc choćby i do rana.
Nie doczekał jednak kolejnego ciosu, bo chwilę później matka objęła go czule za szyję i uścisnęła z uczuciem. Nieśmiało uniósł ręce i odwzajemnił uścisk. Czuł, jak Astoria drży na całym ciele, wstrząsana coraz rzewniejszym szlochem, w efekcie czego sam poczuł, jak coś ściska go w gardle.
Był draniem, egoistyczną szumowiną, która z pewnością nie zasługiwała ani na taką rodzinę, ani tym bardziej na tylu przyjaciół. Nie był tego warty. Swoimi wyborami, nietrafionymi i pochopnymi decyzjami tylko ranił wszystkich dookoła i żadne słowa nie mogły tego naprawić.
Poczuł, jak matka obejmuje jego głowę i przytula jego twarz do swojej, mokrej od niekontrolowanych łez. Nic nie mówiła, po prostu trzymała go z taką intensywnością, jakby obawiała się, że zaraz znowu zniknie. Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy jak bardzo ją skrzywdził? Czy nie miał świadomości, jak wiele bólu jej sprawił? Raczej po prostu ze strachu wolał o tym nie myśleć. Teraz jednak musiał spojrzeć prawdzie w oczy i stawić temu czoła.
Na to jednak przyjdzie pora później, kiedy będzie w stanie wypowiedzieć chociaż słowo, kiedy spróbuje wszystko naprawić. Teraz po prostu stał tutaj i cieszył się, że los pozwolił mu jeszcze raz spotkać matkę i że ta nie znienawidziła go do reszty. Skoro ona potrafiła mu wybaczyć, to wierzył, że wciąż jeszcze jest dla niego nadzieja, nawet jeśli był tak beznadziejnym egzemplarzem syna.
Spędził w Mungu ponad tydzień, faszerowany eliksirami przez uzdrowicieli, przesłuchiwany przez aurorów oraz przedstawicieli Ministerstwa i nękany niekończącymi się wizytami przyjaciół. Wniosek z tego był tylko jeden, wszyscy zespołowo zamierzali mieć go na oku, jakby obawiali się, że wystarczy chwila nieuwagi, by znowu zniknął bez wieści.
Nie żeby to planował, skoro już raz postanowił, że stawi czoła przeszłości i wszystkim jej konsekwencjom. Niemniej cieszył się, kiedy już opuścił szpital i pozwolono mu wrócić do domu. Oczywiście nie wszystko poszło gładko, mimo że nie zostały mu postawione zarzuty, to aurorzy wymusili na nim, by nie opuszczał posiadłości do czasu zamknięcia śledztwa dotyczącego jego zniknięcia. Co prawda pan Potter twierdził, że ten dozór to tylko formalność, ale i tak Scorpius czuł się trochę jak dziecko, które dostało szlaban za złe zachowanie. Z drugiej strony mogli go zamknąć w znacznie mniej przyjemnym miejscu.
Naprawdę poczuł się dziwnie, kiedy przekroczył próg posiadłości i jeszcze dziwniej, gdy wszedł do swojego pokoju. Tutaj wszystko wyglądało dokładnie tak, jak pamiętał z przeszłości, zupełnie jakby czas stanął w miejscu, a ostatnie lata były jedynie długim, irracjonalnym, sennym koszmarem.
– Ale był z ciebie słodki dzieciak – skomentowała Adelajda, patrząc na zdjęcia stojące na komodzie.
Scorpio prychnął, a potem z westchnieniem ulgi położył się na swoim łóżku. Mimo lat nadal było niesamowicie swojskie.
– Jestem w domu, Heidi – westchnął. – Jestem w domu.
Kobieta uśmiechnęła się niespodziewanie jak na siebie łagodnie, po czym usiadła koło niego i przeczesała jego włosy dłonią.
– Wiele się teraz zmieni – stwierdziła po chwili namysłu.
Scorpius spojrzał poważnie na Adelajdę, zdając sobie sprawę, że w jej wypowiedzi kryje się dużo więcej.
– A co wy zamierzacie? Przemyśleliście propozycję Zacka?
Kobieta skinęła głową, po czym położyła się obok niego, wspierając na łokciu.
– Decyzja dawno zapadła. Myślę, że podjęłam ją już w dniu, kiedy zobaczyłam, jak patrzysz na tę dziewuszkę. Może ty tego jeszcze nie wiedziałeś, ale ja zrozumiałam, że już wtedy podświadomie zdecydowałeś o swojej przyszłości. Chciałeś być z nimi, tutaj, w tym świecie. My jesteśmy z zupełnie innej bajki i tego nie da się pogodzić. Bo co miałabym tutaj robić, kupić domek z białym płotkiem i tymi śmiesznymi krasnalami na trawniku? To nie jest życie dla mnie, a tym bardziej dla Josha.
Scorpius poczuł jak coś ściska go w dołku, ale nic nie odpowiedział, jedynie skinął głową. Nie miał złudzeń, od początku wiedział, że oni tutaj nie zostaną. To nie było w ich stylu. Nie znosili nadzoru, kontroli, chcieli być wolni, być panami samych siebie. Tacy byli i tylko takie życie ich satysfakcjonowało.
– Gdybyście kiedyś potrzebowali pomocy, wiecie, gdzie mnie szukać, raczej szybko się stąd nie ruszę.
Kobieta zaśmiała się krótko, a potem pocałowała go w sposób daleki od przyjacielskiego.
– Dziś prześpię się u Josha – rzuciła, wstając z łóżka. – Jutro z rana zmyjemy się.
Scorpius uśmiechnął się i również stanął na nogi, a potem objął Adelajdę od tyłu i przyciągnął do siebie.
– Dzięki za wszystko – mruknął jej w szyję.
Heidi zaśmiała się i poklepała go po dłoniach, które spoczęły na jej brzuchu.
– To były wspaniałe cztery lata, będę za tobą tęsknić. Gdyby kiedyś znudziło ci się spokojne życie, to… cóż, znajdziesz sposób, żeby nas odnaleźć.
Mimo że powrót do domu był obecnie jego największym pragnieniem, to słowa kobiety poruszyły jakąś strunę, o której istnieniu nie miał pojęcia. Ostatecznie on też ich wspólnej podróży nie wspominał źle. Byli dla niego rodziną i wsparciem, kiedy został zupełnie sam, kiedy nie miał nikogo innego. Rozumieli go i przyjęli jak swego, bo był równie pokiereszowany jak oni. Nigdy w pełni nie zdoła się im za to odwdzięczyć.
Następnego dnia zjedli wspólnie śniadanie w towarzystwie rodziców Scorpiusa. Co prawda ojciec był jak zwykle małomówny i to matka wzięła na siebie ciężar towarzyskiej konwersacji, a mimo to atmosfera była dziwnie napięta i paradoksalnie, gdyby przy tym stole pojawili się teraz Lily z Albusem, to zapewne sytuacja nie byłaby aż tak niezręczna. A tak siedzieli razem, piątka ludzi, którzy w dużej mierze byli sobie obcy. Nawet Scorpius miał świadomość, że minie dużo czasu, nim on na powrót poczuje się tutaj jak dawniej.
Na szczęście posiłek nie trwał nadmiernie długo, a potem Josh i Heidi zebrali swoje rzeczy i wraz ze Scorpiusem wyszli na zewnątrz posiadłości. Adelajda jeszcze raz objęła Ślizgona za szyję, a Josh uścisnął mu rękę, po czym wręczył mu amulet z eliksirem.
– Myślałem, że przepadł – rzucił Scorpius, spoglądając na wisiorek.
– Zwinąłem go ze szpitala, zanim aurorzy niepotrzebnie się nim zainteresowali – wyjaśnił alchemik. – Zachowaj, może ci się przydać.
Scorpio skinął głową i przewiesił srebrny łańcuszek przez szyję.
– Dzięki. Uważajcie na siebie.
Rodzeństwo tylko uśmiechnęło się przekornie, a potem powietrze wokół nich zafalowało i zniknęli w mgnieniu oka.
Scorpius jeszcze przez dłuższą chwilę patrzył w miejsce, gdzie stali i czuł dziwny ciężar na piersi. Wraz z ich odejściem coś się skończyło, definitywnie zamknął ten rozdział swojego życia i otwierał nowy, zupełnie inny, choć wcale nie łatwiejszy. Oby nigdy nie pożałował, że właśnie teraz nie zniknął razem z nimi.
Westchnął nieznacznie, po czym odwrócił się i ruszył w stronę posiadłości. Zobaczył, że w drzwiach stoją jego rodzice. Patrzyli na niego dziwnie, jakby i oni obawiali się, że zniknie wraz z Grafami.
– Gdzie się udali? – zapytał Draco, kiedy Scorpius podszedł bliżej.
Scorpio wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia – odparł zgodnie z prawdą.
– A ten wisiorek? – spytała Astoria.
– To na pamiątkę. Żebym przypadkiem nie zapomniał, że zawsze mogę na nich liczyć.
Matka skinęła głową, ewidentnie dostrzegając, że to rozstanie wcale nie jest dla Scorpiusa łatwe, a potem wzięła go pod rękę i poprowadziła z powrotem do domu.
Dni mijały szybko, wypełnione licznymi wizytami w Ministerstwie Magii, gdzie Scorpius musiał wielokrotnie wałkować te same tematy. Składał zeznania w sprawie śmierci Peggy White, swojej ucieczki, lat spędzonych w Europie, a w końcu o Rogogonach i kolejnych etapach walki z nimi. A kiedy wydawało się, że powiedział już wszystko, co możliwe, całe przesłuchania zaczynały się na nowo. I tak bez końca, przez ponad miesiąc, po którym miał wrażenie, że obudzony w środku nocy będzie w stanie powiedzieć, co robił trzy lata temu o drugiej w nocy siedemnastego listopada.
Był tym zmęczony i sfrustrowany zarazem, ale wciąż powtarzał sobie, że bez zamknięcia tej sprawy nie zdoła pójść dalej. Jeśli teraz nie wytrzyma, to całe to zamieszanie będzie się za nim ciągnęło bez końca. Stąd ćwiczył pokłady cierpliwości i zwalczał senność litrami kawy, siedząc na niekończących się rozmowach. Jednocześnie obiecywał sobie, że gdy już będzie po wszystkim, to jego stopa już nigdy nie przekroczy progu Ministerstwa, tak bardzo zbrzydła mu już ta budowla.
W końcu, po ponad dwóch miesiącach, jego areszt domowy został zniesiony, a on już jako zupełnie wolny człowiek mógł wrócić do swojego życia, a raczej tych zgliszczy, które po nim pozostały. Wiele miał do naprawienia, jeszcze więcej do odbudowania od podstaw, ale nie zamierzał tracić ani minuty.
Stojąc w salonie posiadłości, poprawiał krawat przy koszuli, a potem zarzucił na wierzch szatę, która przed kilkoma dniami została przysłana z Pokątnej. Jednocześnie po raz kolejny rzucił okiem na list do niego od pani Skamander, który rozpieczętowany leżał na stole. Przez myśl mu nie przeszło, że ta dziwna kobieta po raz kolejny wyciągnie w jego stronę pomocną dłoń. Zaskoczyła go, gdy przybył do Hogwartu po śmierci McGonagall i teraz, gdy wyszła z tak niecodzienną propozycją. Propozycją, której nigdy by nie odrzucił.
Naraz usłyszał szum w kominku, a kiedy się odwrócił zobaczył, jak wychodzi z niego Albus. Gryfon otrzepał ubranie i przywitał go z łagodnym uśmiechem.
– Proszę, proszę, wyglądasz, jakbyś wybierał się do ślubu – rzucił, przyglądając się nowej szacie.
Scorpius skończył walczyć z upartym krawatem, a potem wywrócił oczami.
– Krytyk mody się znalazł. Przyszedłeś mnie wesprzeć moralnie czy masz jakąś konkretną sprawę?
– I jedno i drugie. Ale widzę, że bardziej przyda ci się to pierwsze, bo wyglądasz jak kłębek nerwów – zakpił Gryfon, patrząc jak Ślizgon mocuje się z upartą częścią garderoby.
– Chciałbyś. Z naszej dwójki to ty masz niedostatki asertywności. Co więc cię sprowadza?
Albus pogrzebał w kieszeni marynarki i wyciągnął małą książeczkę, w której Scorpius od razu rozpoznał podręcznik do runów.
– Znalazłem to, będąc na Grimmauld Place, pomyślałem, że chciałbyś go odzyskać.
Ślizgon wziął książkę do ręki i przekartkował ją, z ulgą odnajdując między stronami schowaną karteczkę. To było irracjonalne i głupio sentymentalne, ale ta mała rzecz wydała mu się niezwykle cenna.
– Dzięki, rzeczywiście jest dla mnie ważna.
– Wiem – odparł Gryfon, a w tym jednym słowie kryło się dużo więcej.
Tak, Albus wiedział, jaki naprawdę był Scorpius. Doskonale rozumiał, że pod tą pyszałkowatą maską kryła się osoba, która całe życie walczyła po prostu o akceptację, która chciała zostać kimś więcej niż tylko synem Draco Malfoya i która ponad wszystko bała się zaszufladkowania. Dokładnie tak samo jak on. I chyba właśnie dlatego rozumieli się tak dobrze.
Scorpius wyszedł z kominka w gabinecie profesora Smilthona, nauczyciela Eliksirów, opiekuna domu Slytherina, a obecnie nowego dyrektora Hogwartu. Przysadzisty mężczyzna przywitał go gestem głowy, a potem wskazał krzesło naprzeciwko siebie.
– Zapraszam, panie Malfoy – odezwał się, kiedy Ślizgon usiadł. – Rozumiem, że jest pan zainteresowany naszą propozycją.
Scorpius skinął głową.
– Tak, pani Skamander wyjaśniłam mi wszystko szczegółowo w swoim liście.
Smilthon zaśmiał się krótko.
– Istotnie Luna bardzo naciskała, by to ona mogła przekazać panu tę wiadomość. Oczywiście jeśli podejmie pan rękawicę, wyślemy również oficjalne pismo ze szkoły.
– Rozumiem. A na jakich zasadach będzie się to odbywać?
– Jest to pewien precedens, ale na szczęście regulamin Hogwartu przewiduje podobną sytuację. Zapewne słusznie zakładam, że nie chciałby pan uczęszczać na zajęcia z nastolatkami. Zresztą z tego, co przekazała mi Luna, byłaby to raczej w pana przypadku strata czasu. Będzie pan miał oczywiście czas na odpowiednie przygotowanie się, a potem zostanie powołana komisja egzaminacyjna i jeśli pozytywnie zda pan egzaminy z tych przedmiotów, które wybrałby pan w czasie normalnej ścieżki edukacji, otrzyma pan tytuł absolwenta szkoły.
Scorpius ponownie skinął głową.
– Z pewnością są dziedziny, z których brakuje mi wiedzy, ale liczę, że w przeciągu najbliższego roku zdołam nadrobić te braki. Jestem zdeterminowany, by wreszcie skończyć szkołę – stwierdził Scorpius, a potem uśmiechnął się nieznacznie. – Chyba najwyższa pora.
Smilthon również się uśmiechnął, a potem wstał i podał mu rękę, którą ten bez wahania uścisnął.
– Hogwart nigdy nie zostaje dla nikogo zamknięty – skwitował z satysfakcją dyrektor.
Epilog
Siedem lat później…
– Weź ten zestaw, zobacz jaka ładna szkatułka, te złocenia w kształcie listków są urocze – stwierdziła Lily, podsuwając mu pod nos drewniane pudełko na pióra.
– Wątpię, bym chciał mieć na biurku coś „uroczego" – zaśmiał się Scorpius, studząc tym zapał kobiety.
– Malkontent z ciebie. Bierzemy to – stwierdziła kategorycznie Gryfonka, podając szkatułkę sprzedawczyni. – I jeszcze dwie ryzy pergaminu, kałamarz najlepiej w podobnej stylistyce i jakieś ładne etui na okulary.
– Ej, tak mi źle życzysz, z moim wzrokiem jest wszystko w porządku.
Dziewczyna roześmiała się.
– To dla taty, bo ten, który ma, doprowadza mnie do szału. Jak porządny czarodziej może nosić przy sobie coś tak zniszczonego. Jutro jesteśmy zaproszeni na obiad, to akurat będę miała okazję, żeby mu dać.
Scorpio pokręcił głową i już nawet nie protestował przeciwko „uroczej" szkatułce. Zdążył już nauczyć się, że w takich sytuacjach opór był kompletnie bezcelowy, bo ta uparta czarownica i tak postawi na swoim. Najwyżej później transmutuję ją w coś bardziej zjadliwego, jakieś węże, czaszki czy coś równie złowrogiego. Pokrzepiony tą myślą zapłacił za wszystko i poprosił o odesłanie całej paczki do domu.
Wyszli na zewnątrz i przeciskając się w tłumie ruszyli wzdłuż Pokątnej. Panował tu olbrzymi zamęt i gwar, jak zwykle w ostatni weekend sierpnia, kiedy setki uczniów przypominało sobie o niezbędnym do nauki wyposażeniu.
Weszli jeszcze do księgarni, a potem zjedli obiad w Dziurawym Kotle i przeszli na mugolską część miasta. Ich mieszkanie znajdowało się dwadzieścia minut drogi od Pokątnej, a że sierpniowa pogoda w tym roku rozpieszczała Londyńczyków słońcem i wysoką temperaturą, to z przyjemnością spacerowali po ruchliwych ulicach miasta.
Lily była bardziej niż zwykle podekscytowana, co Scorpius doskonale rozumiał. Za dwa dni ich życie ulegnie sporej zmianie, ale długo wszystko planowali i byli na nią przygotowani.
– Szczerze mówiąc, to nawet ci trochę zazdroszczę – stwierdziła Gryfonka. – Też chętnie bym tam wróciła. Nie mówię, że moja praca jest nudna, ale czasami miło powspominać stare czasy.
Scorpius już otwierał usta, kiedy powstrzymała go gestem ręki.
– Mówię o moich wspomnieniach, a te nie są takie złe, przynajmniej nie wszystkie – mówiąc to, znacząco dźgnęła go łokciem w bok.
– Jesteś niemożliwa – stwierdził, po czym objął ją w pasie. – Choć w sumie jeśli pominąć jakieś wybuchy, klątwy i morderstwa, to szkoła była pasmem samych sukcesów.
Lily zaperzyła się.
– Ależ z ciebie cynik. W ogóle po co ja się zadaje za taką marudą.
Scorpius zamyślił się teatralnie.
– Mógłbym przysiąść, że kochasz tego marudę, chyba że tylko mi się przywidziało.
– Oj, masz jakieś omamy. Jestem dumną Gryfonką, nigdy nawet nie spojrzałabym na takiego oślizgłego gada jak ty.
– Doprawdy? A co teraz robisz? Chyba że te okulary to jednak dla ciebie – droczył się z nią.
Lily nie wytrzymała i roześmiała się otwarcie.
– Sam jesteś niemożliwy – skwitowała, również obejmując go w pasie.
I tak szli razem ulicami Londynu, ciesząc się pogodą i wzajemną obecnością.
Naraz coś zwróciło uwagę Scorpius i zatrzymał się w pół kroku. Po drugiej stronie ulicy zobaczył znajomą sylwetkę. Tuż przy kwiaciarni, kupując bukiet tulipanów, stała Estera w towarzystwie dwu-, może trzyletniej dziewczynki, która trzymała się jej spódnicy. Ślizgonka bardzo się zmieniła od ich ostatniego spotkania wiele lat temu, a mimo to bez trudu rozpoznał jej twarz, nawet jeśli w niewielkim stopniu przypomniała tę cichą, nieco wyobcowaną dziewczynę. Była pogodna, rozmawiała z kwiaciarką z wyraźnym ożywieniem, a jednocześnie drugą ręką wskazywała na dziecko, które bez wątpienia musiało być jej córką. Wyglądała na szczęśliwą.
Scorpius uśmiechnął się na ten widok.
– Znasz ją? – spytała Lily, kiedy zobaczyła na kogo patrzy.
– To bardzo stara znajoma.
– Może chcesz się przywitać?
Ślizgon pokręcił przecząco głową.
– Ona nie należy już do naszego świata. Poszła swoją drogą.
Gryfonka spojrzała na niego pytająco.
– Jest szczęśliwa, to najważniejsze – odparł Scorpius i ruszył dalej przed siebie.
Estera zrezygnowała z czegoś, czego on nie potrafił porzucić. Zapewne dla niej to nie była łatwa decyzja, pewnie również dużo wycierpiała i musiała sprostać wielu trudnościom, ale patrząc na nią teraz, Scorpio nie miał cienia wątpliwości, że ostatecznie była z tą decyzją szczęśliwa. I on również.
Wielka Sala Hogwartu błyszczała setkami świateł, kiedy tiara przydziału odśpiewywała swoją pieść. Śpiewała o czterech Domach, z których każdy był inny: dzielne i szlachetne Gryfony, mądrzy i sprawiedliwi Krukoni, dobroduszni i współczujący Puchoni oraz ambitni i sprytni Ślizgoni. Choć tak wiele ich dzieliło, to tiara od lat zachęcała do współpracy w celu budowania wspólnego dobra.
Scorpius słuchając tego, pozostawał jednak sceptyczny. Mimo upływu lat podziały wciąż trwały w mocy i raczej nieprędko zostaną przezwyciężone. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą się wywyższać, albo ci, którzy sieją chaos. Doskonałym przykładem tego były Rogogony, powstałe z ludzi odrzuconych przez społeczeństwo. I choć w ostatnich latach ta grupa mocno osłabła, to prędzej czy później jej miejsce zajmie inna. Póki będą istnieć podziały, zawsze będą też ci, którzy spróbują zburzyć taki porządek rzeczy. Gdyby historia potoczyła się inaczej, kto wie, może teraz Scorpius również karmiłby swoją nienawiść i knuł przeciwko reszcie świata. Ale on miał szczęście, na jego drodze pojawiło się tyle osób gotowych mu pomóc, że mimo wielu potknięć, ostatecznie wyszedł na prostą i teraz był żywym przykładem, iż pojednanie jest możliwe. W końcu choć był Ślizgonem z krwi i kości, to właśnie Gryfoni zajmowali bardzo specjalne miejsce w jego życiu.
Ceremonia przydzielenia pierwszorocznych do Domów dobiegała końca, więc dyrektor Smilthon wstał od stołu i wyszedł na środek.
– Witajcie w Hogwarcie, Szkole Magii i Czarodziejstwa. Z wielką radością witam zarówno najmłodszych uczniów, tych, którzy dziś po raz pierwszy przekroczyli progi naszej uczelni, jak i tych, którzy wracają tutaj po wakacjach. Mam nadzieję, że te dwa miesiące były po brzegi wypełnione radością i przyjemnościami, dzięki którym teraz będziecie z jeszcze większym zapałem kontynuować naukę. Oczywiście wiem, że tak naprawdę wcale nie macie ochoty słuchać mojego gadania, bo te pachnące przysmaki przed wami są znacznie bardziej interesujące, dlatego nie przedłużając przejdę do rzeczy. W tym roku nastąpiła drobna zmiana kadrowa. Z racji swego wieku profesor Filius Flitwick odszedł na zasłużoną emeryturę. Jego stanowisko jako nauczyciela Zaklęć i Uroków przejmie nowy członek grona pedagogicznego. Przywitajcie pana Scorpiusa Malfoya.
Słysząc swoje nazwisko Scorpio wziął głębszy wdech, po czym podniósł się i skłonił nieznacznie, spoglądając na cztery długie stoły przed sobą. Po Wielkiej Sali przeszedł szum głosów i na wielu twarzach widać było nieco niepokoju. Jego nazwisko było znane, a i jego własna historia nie pozostawała tajemnicą. Stąd zapewne szybko zostanie zasypany wieloma niewygodnymi pytaniami.
Teraz jednak nie zamierzał się tym przejmować. Dzięki własnej zapalczywości i pomocy kilku osób, był pierwszym od ponad trzydziestu lat Ślizgonem, który będzie uczył w Hogwarcie i samo to stanowiło już wielkie osiągnięcie. McGonagall byłaby z niego dumna.
Siadając, odruchowo dotknął podręcznika do run, który miał schowany w wewnętrznej kieszeni szaty. Choć znał ten tom na pamięć, to i tak nosił go wciąż przy sobie, niczym swego rodzaju talizman, przypomnienie, czemu to robi i komu tak wiele zawdzięcza. Symbol długiej drogi, jaką przeszedł.
– Wróciłem, pani profesor – szepnął, spoglądając na Wielką Salę przed sobą.
Koniec.
That's all Folks. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, za te miesiące, które spędziliście w towarzystwie mojego Scorpiusa i reszty towarzystwa. Mam nadzieję, że tego czasu nie uważacie za zmarnowany, i że czytanie mojego fika sprawiło wam choć odrobinę przyjemności.
Na szczególne uznanie zasługują wszystkie bety, które dzielnie przebijały się przez las moich błędów i naprowadzały mnie na właściwe ścieżki. Pragnę im jak najserdeczniej podziękować. Były to w kolejności chronologicznej:
- bravocado (rozdziały 2-10)
- anette (12-15)
- Glamarye (12-23)
- błotniak stawowy (16-25)
Wszystkie jesteście wspaniałe, wielkie, niezwykle pomocne i pełne zaangażowania.
Na koniec odrobina statystyki:
- okres pracy: 1.05.2018 – 15.01.2019
- całkowity czas poświęcony na pisanie: 783h
- słów: ~127 000 (niemal 715 tysięcy znaków bez spacji)
- 61 komentarzy (na dzień publikacji ostatniego rozdziału)
- hektolitry wypitej herbatki malinowej ;)
Na koniec chciałam podziękować i jednocześnie pozdrowić mojego lubego małża, który cierpliwie znosił godziny, jakie przesiadywałam przed laptopem.
Pozdrawiam i do zobaczenia/przeczytania w przyszłości.
Cephiednomiko
