Obawiam się, że na początek muszę się z czegoś krótko wytłumaczyć. „Żonę" zaczęłam pisać dawno, dawno (bardzo dawno) temu i dociągnęłam ją do wielkiej wojny, a potem na lata straciłam Wena. Dokończyłam opowiadanie całkiem niedawno, więc odsłony, które wrzucam, są gotowe i teraz tylko je przeglądam. Zauważyłam też, że z linkami dzieje się coś dziwnego, więc jeżeli kogoś interesuje soundtrack do opowiadania, poszukajcie mojego chomika. Wystarczy wpisać: chomikuj ŻdŚ I OST.
Odsłona XXIV
Najbardziej samotny człowiek na świecie
I wasn't looking but somehow you found me
I tried to hide from your love light
But like Heaven above me
The spy who loved me
Is keeping all my secrets safe tonight
(Carly Simon: Nobody Does It Better)
Historia zatoczyła koło.
Severus Snape opierał się o zimną, kamienną ścianę i obojętnym wzrokiem obserwował sufit. Nie działo się tam wprawdzie nic interesującego, ale i tak nie miał żadnej alternatywy. Tkwił w Azkabanie już dobre dwadzieścia cztery godziny, a pewnie posiedzi tu znacznie, znacznie dłużej.
Aresztowanie nie stanowiło dla niego niespodzianki. Ostatecznie wszyscy wiedzieli, że jest Śmierciożercą, szczegółowe zapiski na jego temat znajdowały się w archiwum ministerstwa. Był zwolennikiem Mrocznego Lorda już podczas Pierwszej Wojny, a teraz także przez pewien czas bujał się w dawnym towarzystwie. No i stale nosił przy sobie najważniejszy obciążający go dowód – lewe przedramię. Chociaż Mroczny Znak zniknął, pozostawił po sobie charakterystyczną dziurę, po której równie łatwo było rozpoznać zwolenników Mrocznego Lorda.
Mistrz eliksirów w zamyśleniu pogładził obandażowaną i zawieszoną na temblaku rękę. Rokowania nie napawały optymizmem. Zupełnie stracił w niej czucie, a to nigdy nie był dobry znak. Wolałby w tej chwili skręcać się z bólu lub czuć krążący w żyłach żywy ogień niż tę straszną, złowrogą pustkę. Jednoręki mistrz eliksirów – paradne! Ale cóż, mógł pomyśleć o tym wcześniej…
Gdy w widowiskowy sposób opuścił Lorda, uruchomił paskudną klątwę, która przez kilka tygodni beztrosko hulała w jego organizmie, a później swoje trzy grosze dołożyło to zwariowane babilońskie zaklęcie. Po minach uzdrowicieli Severus poznał, że nie mają bladego pojęcia, co z tym począć. I nic dziwnego! Nie potrzebował w tej chwili zwyczajnych ratowników i magomedyków – potrzebował wykwalifikowanych specjalistów od czarnomagicznych klątw i urazów, a potem długiej, długiej terapii. Przy najsłynniejszym czarodziejskim więzieniu znajdował się wprawdzie bardzo dobry szpital, ale zupełnie nie o to mu chodziło. Byłego szpiega nieprawdopodobnie frustrował ten stan rzeczy. Wiedział, że ma mało czasu i musi działać natychmiast. Ale kogo to obchodziło?
Jednak pomijając ten dość istotny problem, Snape nie uważał swojej sytuacji za dramatycznie złą. Bez snujących się po korytarzach dementorów więzienie stało się wręcz przyjemne. Miał tu ciszę, spokój i kojącą atmosferę lochów, i to zupełnie za darmo! Nie bez znaczenia był też fakt, że Azkaban stanowił chyba jedyne na całym świecie miejsce, gdzie nie mogła za nim podążyć Yen Honeydell... A mistrz eliksirów zdecydowanie nie miał nic przeciwko krótkim wakacjom z dala od egzaltowanej szelmy.
Tak, zdecydowanie czuł się tutaj całkiem dobrze.
– Snape! – odezwał się nagle za ścianą natchniony i niezwykle patetyczny głos. – Żałuj za grzechy, albowiem nadejdzie czas kary! – Ktoś stukał, pukał i drapał w kamienne mury, a potem zawył niczym dusza potępiona, próbując stworzyć odpowiednio upiorny klimat.
No, może poza jednym drobiazgiem.
– Zamknij się, Black – mruknął obojętnie Severus, podczas gdy efekty specjalne za ścianą wciąż irytująco narastały.
Zgodnie z ogólnie znanym, złośliwym poczuciem humoru wszechświata Severus został umieszczony w celi tuż obok Blacka. Obaj błyskawicznie zdali sobie sprawę z tego sąsiedztwa i teraz znudzony Huncwot, z braku innych porywający zajęć, regularnie zabawiał się właśnie w ten sposób.
– Nie ma tu żadnego Blacka – powiedział uduchowionym tonem, którego nie powstydziłaby się Trelawney. – To tylko twoje sumienie przypomina o sobie, Snape.
– Nie mam sumienia – uciął krótko.
– Czy widzisz już udręczone twarze swoich ofiar? – kontynuował niezmordowany kundel. – Twarze wszystkich dzieci, którym brutalnie zniszczyłeś życie tymi wszystkimi Trollami i Okropnymi... – Ta ostatnia wizja tak ubawiła Syriusza, że wypadł z roli i sam wybuchł śmiechem. – Czy mroczne wspomnienia już cię dręczą, Snape?
– Nie bądź idiotą, Black – odpowiedział, przewracając oczami. – Jakbyś nie zauważył, dementorzy nie wrócili do Azkabanu, więc nie ma powodu, dla którego miałyby mnie męczyć jakiekolwiek wspomnienia.
Po drugiej stronie zapanowała nagle długa i ciężka cisza. Najwyraźniej słowa mistrza eliksirów dały do myślenia jego upiornemu sąsiadowi.
– Naprawdę niczego nie żałujesz, Snape? – odezwał się w końcu niespodziewanie poważnym tonem.
– Na Salazara, Black! – uniósł się niespodziewanie, nawet dla samego siebie, Severus. – Żałuję praktycznie wszystkiego w swoim życiu, ale nie mam potrzeby o tym bez przerwy gadać. Przeszłości nie da się zmienić. Nie cofnę czasu.
– A gdybyś mógł? – zapytał jego towarzysz niedoli z dziwnym napięciem.
– Wybrałbym Beauxbatons i został wilą – rzucił mistrz eliksirów swoim zwykłym kwaśnym tonem i Black aż nie mógł się nie roześmiać.
– Snape, ty rzeczywiście potrafisz być zabawny, jeśli masz taki kaprys! – zauważył odkrywczo. – Ale pytam poważnie.
Severus zmęczonym ruchem potarł skronie. Nie miał ochoty na tę rozmowę. Ani nie lubił Blacka, ani nie planował mu się zwierzać. Mimo to odpowiedział z niespodziewaną szczerością:
– Gdyby udało mi się cofnąć czas, znów byłbym tym samym nastoletnim głupkiem, który nie potrafił sensownie pokierować swoim życiem, zatem nic by to nie zmieniło.
Syriusz ponownie zamilkł, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał.
– Nie myślałem o tym w ten sposób – szepnął.
– Bo ty nadal jesteś skończony durniem, Black, i nie zmienią tego nawet całe lata świetlne.
– Uprzejmy jak zawsze – prychnął Syriusz.
– Skoro nie odpowiada ci poziom konwersacji, to przestań mnie zaczepiać.
– Gdybym miał jakikolwiek wybór...
– Ja również wolałbym zupełnie inne towarzystwo – odgryzł się natychmiast mistrz eliksirów.
Nie wiedział, czy udało mu się wreszcie urazić natrętnego panicza Blacka, czy może jego wcześniejsze słowa poruszyły jakąś czułą stronę jego duszy, ale po drugiej stronie zapadła długo wyczekiwana i bardzo filozoficzna cisza. Pewnie nieznośny Gryfon układał sobie to wszystko w głowie.
Severus Snape ponownie z zainteresowaniem wpatrzył się w sufit. Zastanawiał się właśnie, czy nie powinien wykorzystać czasu odosobnienia, aby podumać nad swoim losem, dokonać koniecznych podsumowań, a potem wymyślić nowy plan działania... Tylko że jakoś nie miał na to ochoty. Poza tym opracował już pewien plan dawno temu i cała ta wojna była zaledwie jednym z jego punktów. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że plan wypali.
Ale musiał jeszcze zdecydować, co zrobić z niespodziewanym nadbagażem: piękną Yen.
Szczęśliwy małżonek nie miał pojęcia, jaki nowy pomysł na życie może mieć Potwór. Wcześniej ich marzenia były raczej zbieżne – jak najszybciej uwolnić się od siebie i nigdy nie spoglądać wstecz. Jednak od tamtego czasu sporo się zmieniło. Yenlla marzyła o wielkim powrocie na scenę i mogła przyjąć jedną z dwóch strategii. Albo pozbędzie się go jak najszybciej, bojąc się, że małżeństwo ze Śmierciożercą zrujnuje jej reputację (o ile coś tam jeszcze dałoby się zrujnować), albo spróbuje wypromować się na kontrowersyjnym związku. Tak czy tak mogła sprawić całe mnóstwo nieprzewidzianych kłopotów.
– Snape? – odezwał się znowu Syriusz zgnębionym głosem.
Niestety, Black prawdopodobnie znacznie gorzej od Severusa znosił swoje własne towarzystwo, więc musiał co jakiś czas zagłuszać przytłaczającą go ciszę. No i zapewne potwornie się nudził.
– Tak? – westchnął mistrz eliksirów, przyjmując pokornie swój los i rozważając, czy ma szansę przeforsować wniosek o zmianę celi.
– Myślisz, że długo będziemy tu siedzieć, zanim zacznie się nasz proces?
Snape o mało nie zakrztusił się z wrażenia.
– Słucham? NASZ proces?! Dlaczego los miałby być tak okrutny, aby obdarować nas jeszcze wspólnym procesem, Black? Zdecydowanie wolałbym mieć swój własny, dziękuję bardzo.
– Cóż… – zamyślił się Syriusz. – Teoretycznie dla nich obaj jesteśmy zwolennikami Voldemorta.
– Litości! – zżymał się były mroczny czarodziej. – Zrobiłem chyba dość paskudnych rzeczy, żeby zasłużyć na indywidualne traktowanie!
– A ja oficjalnie sprzedałem Potterów Voldemortowi, to chyba też się liczy – pochwalił się z pozorną beztroską Black, a jednak głos wyraźnie mu zadrżał.
Severus złapał się za głowę i parsknął z irytacją.
– Uważasz, że to śmieszne? – oburzył się. – Czy chcesz właśnie teraz licytować się ze mną na zbrodnie przeciwko ludzkości? Czy naprawdę myślisz, że masz jakąkolwiek szansę?
Coś w tonie mistrza eliksirów sprawiło, że Syriusz uświadomił sobie głupotę własnych słów. Przecież ten facet… Przecież on naprawdę musiał mieć na sumieniu straszne rzeczy.
– Przepraszam – wydusił z trudem.
– Black? – warknął nagle Snape.
– Tak?
– Zamknij się z łaski swojej!
– Wyjątkowo zgodzę się z profesorem Snape'em, Syriuszu. – Od drzwi celi odezwał się nowy, bardzo znajomy głos.
Severus zerknął w bok i przez kraty dostrzegł sylwetkę… Alastora Moody'ego. Znowu. Starał się nad sobą zapanować, ale nie mógł. Poczuł, jak krew w jego żyłach zamienia się w lód. Nie pomogły lata przynależności do Zakonu i wspólnej walki, Snape nadal nienawidził starego aurora jak zarazy. Gdy zobaczył go teraz przed drzwiami swojej celi, tak samo jak wiele lat temu, po raz pierwszy zwątpił w powodzenie swojego misternego planu. Może się przeliczył? Źle przekalkulował swoje szanse? Jeżeli ten psychopata znów dostanie do poprowadzenia jego sprawę, to koniec.
„Naiwny, naiwny!", wyrzucał sobie mistrz eliksirów.
Sam nie wiedział, co sobie wcześniej wyobrażał. Wszystko odbędzie się dokładnie tak, jak ostatnim razem. Jak mógł mieć co do tego najmniejsze wątpliwości? Dla nich nadal jest tylko kolejnym Śmierciojadem, niezależnie od wszystkiego.
„Ale skąd mu się nagle wziął ten profesor? I to bez cienia sarkazmu", zastanawiał się zaintrygowany Severus. Auror nigdy nie zwrócił się do niego w sposób choćby sugerujący odrobinę szacunku.
– Mamy ciszę nocną – poinformował ich auror z dziwnym uśmiechem.
A potem mistrz eliksirów dostrzegł, że towarzyszy mu jakiś inny mężczyzna. Nagle wyszedł z cienia i zszokowany Severus rozpoznał w nim ministra magii. Korneliusz Knot miał na oku czarną przepaską, która nadawała mu groźny wygląd. Wreszcie.
– Prześpijcie się, chłopcy – rzucił z werwą, o którą nikt go nigdy nie podejrzewał. – Jutro czeka nas wszystkich długi i męczący dzień.
Przedstawiciele ministerstwa oddalili się, najprawdopodobniej na inspekcję pozostałej części Azkabanu.
– A więc to prawda, że Knot stracił oko? – zainteresował się Severus.
– Mimo pary zdrowych oczu przez większą część życia był ślepy – prychnął Black z nieoczekiwaną nienawiścią. – Być może teraz wyostrzy mu się wzrok. Słyszałem, że Voldemort zrobił mu to osobiście, ale to pewnie zwyczajna bajeczka dla prasy.
Mistrz eliksirów mruknął potakująco.
– Mroczny Lord przez cały czas dowodził atakiem na Hogwart – stwierdził. – W każdym razie nasz los jest najwyraźniej przesądzony.
– Zatem już jutro – westchnął Łapa.
– Jutro – zgodził się mistrz eliksirów.
Jutro nareszcie będzie po wszystkim.
§§§
Severus miał niekończące się wrażenie déjà vu. Wszystko przebiegało identycznie jak ponad piętnaście lat temu. Rano zjawili się po nich aurorzy. Mistrza eliksirów zdziwiła jedynie ich wysoka ranga. Cóż, może ministerstwo obawiało się fantazji dwóch zatwardziałych czarnoksiężników... Chociaż z drugiej strony, nie zakłuli ich w kajdanki. Najwyraźniej przez ten czas procedury uległy drobnej zmianie.
Snape dostał do ręki standardowy świstoklik, a po wylądowaniu pozwolił poprowadzić się podziemnymi korytarzami ministerstwa, które aż za dobrze poznał poprzednim razem. Syriusz Black przez cały czas zachowywał niezwykły dla niego spokój. Może jego również dopadły nieprzyjemne wspomnienia, więc nie miał głowy do głupawych odzywek.
– Myślisz, że Dumbledore... – zaczął w końcu niepewnym głosem, ale Severus błyskawicznie mu przerwał.
– Nie wiem. – Wzruszył obojętnie ramionami. – Wszystko mi jedno.
Aurorzy zaprowadzili ich do niewielkiego pokoju przy największej sali przesłuchań. Pod ich czujnymi spojrzeniami zasiedli na niewygodnych drewnianych krzesłach. Dobrze wiedzieli, że mają tu czekać, aż zbierze się cały Wizengamot i spragnieni atrakcji widzowie. Przesłuchania rzadko zaczynały się o wyznaczonej godzinie. Ministerstwo lubiło budować napięcie. Tkwili więc grzecznie na miejscach, bo co im pozostało?
Severus zerknął na huśtającego się na krześle Syriusza. Wyglądał tak niepoważnie, jakby siedział na nudnym wykładzie sto lat temu w Hogwarcie. Chyba wyleczył się z nocnych kryzysów egzystencjalnych i na czas przesłuchania postanowił przybrać swoją arogancką pozę, której mistrz eliksirów tak nie znosił. Wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, a potem odezwał się tknięty niespodziewaną impresją:
– Nie mogę uwierzyć, że kiedyś naprawdę myślałem, że to ty zdradziłeś Potterów, Black – rzucił pozornie bez związku. – Brakuje ci odpowiedniej osobowości. To po prostu nie mogłeś być ty.
– Wiesz... – Syriusz zawiesił dramatycznie głos, jakby dalsza część zdania nie mogła mu przejść przez gardło. – Ty też nie jesteś złym facetem, Snape. Znaczy, dalej cię nie lubię, ale jednak... No, sam wiesz... Nie zmuszaj mnie, aby powiedział to głośno.
Severus uśmiechnął się krzywo, unosząc zabawnie jedną brew.
– Bo się zarumienię od tych komplementów.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł łaskawie Łapa.
Snape jednak nie zwrócił specjalnej uwagi na jego kurtuazyjne zachowanie, ponieważ jego myśli zaprzątało aktualnie zupełnie coś innego.
– Pettigrew – wypluł to słowo z nieskrywanym obrzydzeniem. – Najsłabsze ogniwo, to wydaje się teraz takie oczywiste. A jednak nigdy nie pojawiał się na zebraniach Kręgu.
– Tak jak ty na spotkaniach pierwszego Zakonu – przypomniał Syriusz.
– Owszem – przytaknął mistrz eliksirów. – Dumbledore nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział. Podejrzewał, że w waszych szeregach kryje się szpieg. Obaj użyli dokładnie tej samej sztuczki.
– Czasami cieszę się, że to nareszcie koniec. Koniec szpiegowania, kłamstw i skrywania twarzy. – Black założył ręce za głowę i jeszcze bardziej wychylił się na krześle. – Ale z drugiej strony... Życie stanie się takie nudne.
– Życie w więzieniu może być całkiem ekscytujące – nie zgodził się Severus.
– Chyba dla ciebie, Snape – prychnął Gryfon. – Na pewno praktykują wizyty małżeńskie, więc Yen będzie często wpadać.
Severus sarknął nieprzychylnie. No tak, temat Yenlli musiał prędzej czy później wypłynąć. Zawsze wypływał.
– Raczej w ogóle – zaprotestował. – Kontakty z więźniem zapewne zrujnowałyby jej karierę.
Syriusz rzucił mu szybkie, szacujące spojrzenie. Czy on... Czy on tak na poważnie? Czy naprawdę myślał...? Czy naprawdę nie wiedział?! Taki skądinąd bystry facet, a w tym jednym wypadku błądził po omacku jak dziecko we mgle. Niewiarygodne! Severus Snape wpadł po sam czubek swojego garbatego nosa i nawet tego nie zauważył.
– Jestem pewien, że szybko by się zjawiła – skomentował tylko ostrożnie Łapa, ale jego towarzysz szybko skontrował:
– A jednak nie przyszła.
I to był niepodważalny fakt. Yen Honeydell-Być-Może-Wciąż-Snape nie dotarła z wizytą do Azkabanu w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Inna sprawa, że mogli jej zwyczajnie nie wpuścić albo zatrzymać po bitwie w szpitalu. Syriusz potrafiłby wymyślić wiele powodów jej nieobecności, ale mistrz eliksirów najwyraźniej skupił się na jednym.
Nagle otworzyły się boczne drzwi od sali i jakiś przekonany o swojej ważności urzędas skinął ponaglająco na pilnujących ich aurorów.
Nadszedł czas.
§§§
Miejsce nie zmieniło się przesadnie od czasu ostatniej wizyty Severusa Snape'a. Nadal przypominało rzymski cyrk albo salę wykładową. Pośrodku znajdowała się pusta przestrzeń, na której ustawiono dwa znajome krzesła wyposażone w łańcuchy. Wokół zaś, aż po sam ginący w mroku sufit, wznosiły się rzędy krzeseł i ławek. Trybuny były w tej chwili zapełnione do ostatniego miejsca. Każdy chciał zobaczyć jeden z pierwszych powojennych procesów, które będą się teraz ciągnąć w nieskończoność.
Gdy skazani weszli na wokandę, na sali wybuchło niesamowite poruszenie. Hałas niemal rozsadzał bębenki w uszach. Mistrz eliksirów już miał tego dosyć, a przecież wiedział, że to dopiero początek. Rozprawa prawdopodobnie potrwa całe wieki...
Korneliusz Knot siedział za wielkim pulpitem. Rozłożony wokół niego stos dokumentów przyprawiał o zawrót głowy. Jego lewe oko zasłaniała czarna przepaska, która zaiste dodawała mu charakteru i drapieżności. Nie przypominał dłużej na poły znudzonego, a na poły przerażonego samą ideą istnienia czarnej magii urzędnika. Teraz naprawdę wyglądał jak lider magicznego świata. Tyle że to bynajmniej nie poprawiało sytuacji Severusa.
Minister z zainteresowaniem i poważną miną studiował jakiś arkusz pergaminu. Korneliusz Knot, mistrz sprawiania wrażenia i budowania napięcia. Wreszcie podniósł wzrok znad papieru, potoczył nim po sali, po czym odchrząknął i wstał.
Mówił dużo o ostatnich wydarzeniach i bitwie o Hogwart. Później przeszedł do celu, w jakim zebrał się Wizengamot w pełnym składzie. Było coś o czarnej magii, mrocznych czarodziejach i Śmierciożercach. Wreszcie przeszedł do rzeczy.
– Oskarżony Syriusz Black, proszę wystąpić.
Wezwany wzruszył ramionami i z podniesioną dumnie głową wyszedł na środek wolnej przestrzeni. Szepty na widowni narastały stopniowo.
– Syriusz Black, urodzony w roku 1960, niedoszły auror, przez pewien czas uznany za poległego podczas ataku Voldemorta na Ministerstwo Magii w 1995 roku. – Korneliusz Knot odczytywał podstawowe. – Czy wszystko się zgadza?
– Tak.
– Oskarżony o najstraszniejszą zdradę, złamanie Zaklęcia Fideliusa, wydanie miejsca pobytu Lily i Jamesa Potterów Voldemortowi, a tym samym skazanie ich na straszną śmierć. Seryjny morderca oskarżony o zamordowanie Petera Pettigrew oraz dwunastu mugoli. Skazany prawomocnym wyrokiem Rady na dożywocie. Uciekinier z Azkabanu i wieloletni zbieg. Do tego złodziej magicznych stworzeń znajdujących się pod ścisłą ochroną Ministerstwa Magii.
W miarę słuchania kolejnych zarzutów uśmiech na twarzy Syriusza rozszerzał się, nadając jego twarzy lekko obłąkany wygląd.
– Nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy – wtrącił, a minister skinął głową, zadziwiając go tym niepomiernie. – I to był tylko jeden hipogryf, na brodę Merlina!
– W świetle nowych dowodów muszę przyznać panu rację, panie Black.
Na sali przesłuchań rozpętało się prawdziwe piekło. Korneliusz Knot długo uspokajał tłum.
– Peter Pettigrew został pojmany w trakcie bitwy o Hogwart i obecnie przebywa w Azkabanie, oczekując na proces – mówił dalej minister. – Ponieważ Pocałunek Dementora nie stanowi dłużej dostępnej opcji, Peter Pettigrew pozostanie w więzieniu, dopóki Wizengamot nie opracuje nowej kary godnej jego zbrodni. Co do pozostałych zarzutów, rzucimy na nie światło podczas dzisiejszego procesu. Panie Black, proszę zająć miejsce.
Minister wskazał mu otoczone łańcuchami krzesło, a Syriusz rzucił się na nie z pełną gracji swobodą. Grube łańcuchy nawet nie zabrzęczały, gdy usiadł. Najwyraźniej pozostawiono mu pełną swobodę ruchów.
Korneliusz Knot wziął do ręki kolejny pergamin.
– O, ten przypadek jest o wiele bardziej interesujący. Oskarżony Severus Snape, proszę wystąpić.
Mistrz eliksirów miał wielką ochotę zwyczajowo zaszeleścić szatą i sparaliżować obecnych modelowym wizerunkiem groźnego Nietoperza z Lochów, ale niestety nie mógł. Ręka na temblaku zupełnie psuła efekt. W swoich własnych oczach sprawiał raczej żałosne wrażenie. Mimo to wystąpił na środek i próbował mężnie znieść wszystkie ciekawskie spojrzenia.
– Severus Snape, urodzony w roku 1960. Mistrz eliksirów, profesor w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart – wymieniał kolejno minister, a w miarę odczytywania kolejnych pozycji jego brwi wędrowały w górę w wyrazie zdumienia. – Niezależny współpracownik laboratorium Świętego Munga. Członek Międzynarodowego Towarzystwa Alchemicznego oraz Brytyjskiej Ligii Pedagogicznej. Egzaminator i członek Komisji Mistrzowskiej przy uniwersytetach magicznych w Londynie oraz Edynburgu. Stypendysta Instytutu Eliksirycznego w Hadze. Publikowany autor recenzowanych artykułów w wielu alchemicznych periodykach. Imponujące osiągnięcia, aczkolwiek to tylko część zainteresowań pana Snape'a. – Knot zrobił dramatyczną pauzę.
Udręczony mistrz eliksirów nie zapanował nad odruchem i przewrócił oczami. Wiedział, co będzie dalej.
– Severus Snape, zwolennik i sługa Lorda Voldemorta, Śmierciożerca, członek Wewnętrznego Kręgu. Prywatny mistrz eliksirów Voldemorta, w pewnym towarzystwie lepiej znany jako Warzyciel lub Lewa Ręka Lorda.
Oskarżony skrzywił się, gdy usłyszał ostatnie trzy słowa. Ten idiotyczny tytuł przysługiwał praktycznie wszystkim członkom Wewnętrznego Kręgu, ale jasne, niech zrobią z niego najbardziej zaufanego człowieka Mrocznego Lorda, wszystko jedno! Teraz, kiedy zrozumiał, że jednak po raz kolejny przegrał, cała ta szopka nagle mu zobojętniała.
– Panie Snape, proszę zająć miejsce.
Kiedy to zrobił, Black natychmiast szepnął konspiracyjnym tonem:
– Strasznie dużo tych członków. Jesteś chyba najbardziej rozczłonkowanym człowiekiem w Wielkiej Brytanii, co, Snape? Kiedy miałeś na to czas?
– Nie lubię siedzieć bezczynnie – rzucił przez zęby.
„Aczkolwiek w Azkabanie nie będę miał specjalnego wyboru", dodał w myślach. „Może chociaż tym razem pozwolą mi zachować prenumeratę ››Alchemii Dzisiaj‹‹", zastanawiał się.
– Cisza! – Knot uderzył w podstawkę sędziowskim młotkiem. – Proszę o spokój! Chciałbym, aby zdawali sobie panowie sprawę z tego, że dzisiejszy proces to czysta formalność. W ciągu minionych czterdziestu ośmiu godzin powołano dziesięć nadzwyczajnych komisji. Przesłuchały one świadków wydarzenia, które w podręcznikach historii zapisze się na zawsze pod nazwą Bitwy o Hogwart. Przesłuchania pozwoliły nam poznać dokładny przebieg zdarzeń i wyrobić sobie opinię. Wszelkie decyzje zostały już podjęte i są wiążące. Nic, co panowie powiedzą, nie może w żaden sposób zmienić ustaleń Wizengamotu.
„No i cudownie", zżymał się Severus w duchu. „Jeszcze lepiej niż poprzednim razem. Wtedy przynajmniej raczyli wszystkich przesłuchać i udawać, że to uczciwy proces".
Coraz mniej mu się to podobało, aczkolwiek fatalna sytuacja, w jakiej się znalazł, nie zdziwiła go tak bardzo. Po prostu nie mogło być inaczej. Jak zwykle.
Knot odchrząknął znacząco, odzyskując uwagę zgromadzonych.
– Jak rozumiem, w świetle ostatnich zdarzeń wszystkim nam zależy, aby sprawy oskarżonych możliwie szybko doprowadzić do końca – kontynuował spokojnie. – Sprawa pana Blacka trwa przecież już blisko piętnaście lat! Lord Voldemort odszedł na zawsze, więc zamiast roztrząsać bez końca przeszłość, powinniśmy skupić się na budowaniu wspólnymi siłami świetlnej przyszłości magicznego świata.
Bla, bla bla. Snape po raz kolejny przewrócił oczami. Przez moment poczuł się bardzo swojsko – niczym na spotkaniu Wewnętrznego Kręgu. Black rzucił mu osobliwie rozbawione spojrzenie. Prawdopodobnie miał podobne skojarzenia i w skrzywionej minie mistrza eliksirów szukał potwierdzenia swoich przypuszczeń.
– Oskarżony Syriusz Black, proszę wstać – poprosił minister po wygłoszeniu wszystkich frazesów, jakie miał w repertuarze.
Łapa podniósł się niechętnie i stanął koślawo, wbrew zdrowemu rozsądkowi i instynktowi przetrwania wkładając w swoją postawę tyle lekceważenia, ile tylko się dało. Sądząc po jego zachowaniu, zdecydowanie nie spodziewał się tego, co wkrótce usłyszał.
– Ministerstwo z bólem przyznaje, że w sprawie oskarżonego i skazanego w 1981 roku na dożywocie w Azkabanie Syriusza Blacka doszło do tragicznej w skutkach pomyłki – ogłosił Korneliusz Knot, gładko przechodząc do porządku dziennego nad tym, kto jest za tę pomyłkę odpowiedzialny. – Człowiekiem, który naprawdę zdradził wtedy Potterów, jest Peter Pettigrew. Złożył on już stosowne zeznania pod wpływem Veritaserum. Dlatego z wielką osobistą przyjemnością ogłaszam wszem i wobec, że pan Syriusz Black niniejszym zostaje oczyszczony z wszelkich ciążących na nim zarzutów.
W sali przesłuchań na nowo wybuchły dzikie krzyki i wiwaty. Widać Black miał tu swój fanklub. Sam Łapa jednak ich nie słyszał, zajęty gapieniem się tępo w górę, na ministra magii.
– Czy to znaczy... – wymamrotał.
– Jest pan wolny, panie Black! – Knot przekrzyczał rwetes widowni i zaczął nerwowo walić młotkiem w pulpit.
Syriusz Black został uniewinniony. Tak po prostu. Piętnaście lat koszmaru, strachu i niepewności... A teraz wystarczyło zaledwie kilka minut, aby wszystko to poszło w niepamięć. Mężczyzna podświadomie czuł, że nie wszystko przebiegło tu do końca uczciwie i w porządku, ale nie zamierzał narzekać na swój los. Nie razie zwyczajnie nie potrafił w to uwierzyć.
Odwrócił się i zauważył, że Snape patrzy na niego złym wzrokiem, jak wygłodzony pies, któremu ktoś właśnie sprzątnął sprzed nosa apetyczny kąsek. Na twarzy mistrza eliksirów malowała się dzika, niczym nieskrępowana nienawiść i zazdrość.
„Wypuścili go!", wściekał się w duchu. „No tak, teraz już wszystko jasne! Niezwykła zamiana miejsc. Złoty Gryfonek wychodzi na wolność, Lewa Ręka Lorda Voldemorta wędruje do luksusowej celi w Azkabanie. Bilans wychodzi na zero, nic w przyrodzie nie ginie".
– Oskarżony Severus Snape, proszę wstać.
Oskarżony Severus Snape nie miał na to najmniejszej ochoty. Gdyby tylko miał przy sobie różdżkę, natychmiast rzuciłby na siebie Avadę. Powinien to zrobić dawno temu. Nie mógł patrzeć na uszczęśliwionego Blacka. Dlaczego, och, dlaczego musieli wezwać ich tu razem? Chyba tylko po to, aby torturować mistrza eliksirów wizją cudownej wolności, która wyślizgiwała mu się z rąk.
– Severus Snape. – Korneliusz Knot zawiesił dramatycznie głos.
Tymczasem sam Severus pomyślał, że jeżeli jeszcze raz usłyszy dzisiaj swoje nazwisko, zacznie wyć z frustracji i rzucać wokół przedmiotami.
– Zatwardziały Śmierciożerca.
Minister bawił się swoim własnym przedstawieniem, podczas gdy na sali panowała martwa cisza. Żadnych krzyków, żadnych szeptów, żadnych komentarzy. Wszyscy w napięciu oczekiwali na dalszy ciąg przemowy.
– Śmierciożerca – powtórzył z naciskiem minister magii. – To wszyscy mieliśmy zobaczyć. W to uwierzyć.
Coś w jego głosie kazało Severusowi podnieść głowę i spojrzeć bystro w górę. Knot spoglądał na niego z czymś, co przy odrobinie wyobraźni można by uznać za uśmiech.
– Severus Snape od przeszło szesnastu lat, zresztą tak jak i pan Black, jest członkiem Zakonu Feniksa, czyli tajnej jednostki Albusa Dumbledore'a powołanej do walki z Lordem Voldemortem – rzucił niespodziewanie minister, wywołując wśród zgromadzonych widzów kolejny atak zbiorowej histerii. – Severus Snape, szpieg i podwójny agent, który od czasów Pierwszej Wojny z narażeniem życia sabotował działania przeciwnika, ratując w ten sposób od śmierci setki istnień. Wszyscy wiemy, czego pan dokonał, panie Snape. W pewnym sensie wszyscy byliśmy tam razem, razem staliśmy na błoniach Hogwartu, gdy upadł Lord Voldemort. W obliczu zaistniałych okoliczności oddalam wszelkie zarzuty. Sprawa Severusa Snape'a zostaje z dniem dzisiejszym ostatecznie zamknięta, bez możliwości późniejszej rewizji.
Mistrz eliksirów czuł się podobnie jak jeszcze chwilę wcześniej Syriusz. Nie byłby w stanie zdobyć się na żaden komentarz, choćby najbardziej złośliwy, nawet gdyby od tego zależało jego życie, a to już było coś.
– Ale to nie koniec! – odezwał się znowu Knot, który najwyraźniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. – Najwyższa Rada Czarodziejów jednogłośnie zadecydowała, aby w uznaniu rozlicznych zasług i pełnej osobistego poświęcenia służby przyznać obu panom najwyższe odznaczenia. Pan Syriusz Black otrzymuje Order Merlina Drugiej Klasy.
Severus Snape ze świstem wciągnął powietrze, ale znowu nie zdążył wygłosić żadnej złośliwej uwagi. Ponieważ właśnie wtedy Korneliusz Knot powiedział coś, co sprawiło, że osobisty wszechświat mistrza eliksirów zawirował, a następnie rozpadł się na tysiąc kawałków i wybuchł setkami kiczowatych fajerwerków.
– Pan Severus Snape, Order Merlina Pierwszej Klasy.
§§§
Człowiek zagadka, straszny Nietoperz z Lochów, zatwardziały Śmierciożerca, bohater narodowy i najbardziej nielubiany profesor w historii Hogwartu wciąż próbował zebrać do kupy wszystkie swoje nowo odkryte – czy raczej właśnie zdemaskowane – osobowości, gdy fala zdarzeń wyniosła go na zewnątrz sali przesłuchań. Nie musiał wracać do Azkabanu, mógł iść, gdzie mu się żywnie podobało. Oczywiście pod warunkiem, że udałoby mu się przebić przez rozkrzyczany tłum wiwatujących czarodziejów i czarownic, który wysypywał się tuż za nim. Aurorzy starali się wprawdzie opanować sytuację i zapewnić uniewinnionym bezpieczne przejście, ale równie dobrze mogliby próbować zawrócić rzekę patykiem. To, co działo się aktualnie w podziemiach Ministerstwa Magii, przechodziło wszelkie pojęcie.
Później było tylko gorzej.
Gdy Severus Snape jakimś cudem dotarł do atrium, z równie oszołomionym Blackiem depczącym mu po szacie, oślepiły go światła setek fleszy. Zgromadzili się tam przedstawiciele chyba całej czarodziejskiej prasy. Posypały się chaotyczne pytania, w powietrzu zawirowały zaczarowane pióra, chaos narastał do niebotycznych rozmiarów.
A potem w mistrza eliksirów czołowo i na pełnym pędzie uderzył pięćdziesięciokilogramowy pocisk absolutnego szczęścia.
– Sever! – piszczała Yen, wieszając się na jego szyi i swoim zwyczajem przyduszając. – Jesteś cały? Tak się bałam! Dobrze się czujesz? Nie masz pojęcia, co przeżyłam! Jak cię traktowali? Dostałeś osobną celę? Karmili cię zgodnie z ustaleniami konwencji genewskiej? Czy pocałował cię dementor? A może... zdążyłeś zostać narzeczoną jakiegoś innego więźnia? – Uśmiechnęła się psotnie, podnosząc na niego rozbawiony wzrok.
– Yenlla, na Salazara! – Zgrzytnął zębami, próbując się od niej uwolnić, ale z jedną sprawną ręką nie było to takie łatwe. – Gdybym otrzymał pocałunek dementora, nie byłoby mnie tutaj!
– Oj tam, oj tam! – Wzruszyła ramionami. – Wychodziłeś cało z gorszych tarapatów. Podobno mamy Merlina – zmieniła nagle temat, wpatrując się w niego błyszczącymi podekscytowaniem oczami.
– Nie, słońce dni moich. JA mam Merlina.
– W małżeństwie wszystko jest wspólne, kochanie – przypomniała mu, prostując się dumnie, a potem charakterystycznym ruchem odrzucając do tyłu długie włosy... w kolorze wściekłej marchewki.
Mistrza eliksirów dosłownie zamurowało na ten widok.
– Coś ty...? – zaczął, ale nie zdążył dokończyć pytania, bo Yen znów się na niego rzuciła i skutecznie przydusiła.
Obiektywy aparatów zgromadzonych wokół nich fotoreporterów zaczęły trzaskać z większą intensywnością.
– Zamartwiałam się na śmierć! – rzuciła dramatycznie.
Severus przeanalizował sytuację: nowa fryzura, twarzowa sukienka, której na pewno do tej pory nie widział, obłok drogich perfum i blady makijaż, którym wymalowała sobie na twarzy arcydzieło pod tytułem: „Zrozpaczona żona byłego Śmierciojada". Najwyraźniej Yen nie była aż tak zmartwiona, skoro potrafiła tak dobrze wykorzystać tę sądową epopeję na swoją korzyść. Zanim nieszczęsny Snape zdążył dobrze zorientować się w sytuacji, piękna szelma zawisła na jego ramieniu, obróciła w stronę tłumu i zaczęła się radośnie wdzięczyć. I zapewne szybko stałaby się atrakcją numer jeden, gdyby nie drobny szczegół...
– Black is the colour of my true love's hair – zaintonował fałszywie ktoś, kto zdecydowanie nie miał tyle talentu, co szansonistka Honeydell.
Z tłumu wyleciała kolejna rozhisteryzowana kobieta, która niczym mroczne fatum spadła prosto na Syriusza Blacka i z wielkim zaangażowaniem wpiła się w jego usta.
– Ros? – jęknęła piękna Yen, najwyraźniej zupełnie nie spodziewając się ciosu z tej strony.
Paparazzi niczym sępy rzucili się na kawałek świeżej, sensacyjnej padliny, zostawiając państwa Snape własnemu losowi – ku niewypowiedzianej rozpaczy ambitnej Yenlli. Wszyscy fotografowali teraz Rosmertę obcałowującą Syriusza, który nader chętnie jej się odwzajemniał.
– Kto to jest? – Wokół rozlegały się pierwsze szepty.
– Jego dawna ukochana... Podobno czekała na niego piętnaście lat.
– Jaka romantyczna historia!
Yen wściekle tupnęła nogą, jakby chciała zgnieść w zarodku wszelkie soczyste plotki, które nie dotyczyły jej.
– O, nie, nie, nie! – zawyła wściekła. – Cały rok czekałam na taką okazję!
– Przepraszam, że nie pozwoliłem aresztować się wcześniej – rzucił kwaśno mistrz eliksirów. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością, która po krótkiej przerwie znów stała się yenllowato różowa i absurdalna.
Szelma nawet nie zwróciła na niego uwagi.
– Nie dam sobie sprzątnąć sprzed nosa takiej szansy. To miał być mój wielki powrót – wyrzucała z siebie zła jak osa. – Piękna aktorka w ramionach kontrowersyjnego męża, to jest dobra historia! Czy to się nie nadaje na okładkę? Sever, no sam powiedz! Chcę okładkę następnego numeru „Czarownicy"! Muszę jakoś przyciągnąć ich uwagę – kombinowała zdeprymowana gwiazda. – Wiem! Muszę natychmiast coś zaśpiewać. The Spy Who Loved Me!
– NIE! – rzucił Snape w samoobronie. – Żadnego śpiewania.
Miał zdecydowanie dosyć tego żenującego widowiska i kolejnej porcji sztuczek szelmy. Chwycił ją za nadgarstek i spróbował pociągnąć za sobą, ale okropna kobieta zaparła się nogami i stała tam jak wmurowana w podłogę atrium i ani dała się ruszyć.
– Nie, Sever – uparła się doprowadzona do ostateczności. – Bardzo długo czekałam na ten dzień i nie dam go sobie sprzątnąć sprzed nosa. To jest mój dzień. I będę śpiewać!
A wtedy mistrz eliksirów przeżył nagły moment iluminacji.
Tak, właśnie o to chodziło.
To od początku było właśnie to.
Ostatnie, mistrzowskie pociągnięcie na ukoronowanie idealnego planu.
– Śpiewanie? – prychnął. – Myślisz, że kogoś obchodzi twoje śpiewanie? Dwadzieścia lat siedzisz w show-biznesie i to ja mam cię uczyć, co masz robić?! – wrzasnął na nią wkurzony.
Yen niespodziewanie zaniemówiła i tylko wpatrywała się w niego wielkimi jak spodki oczami.
– Chcesz mieć swoje pięć minut? – zapytał niespodziewanie. – Chcesz swoją okładkę?
– Tak! – krzyknęła Yen, a na jej twarzy wykwitł wyraz niezwykle niepokojącej chciwości.
Nie wierząc, że oszalał do tego stopnia, aby rzeczywiście to zrobić, Severus przyciągnął ją do siebie, a potem widowiskowo przechylił przez ramię. Yen pisnęła zaskoczona, gdy pochylił się nad nią i pocałował. Pocałował w taki sposób, że Rosmerta i Syriusz nie mieli najmniejszych szans.
I słusznie, bo wszak był to dzień tryumfu Slytherinu i Severus również nie zamierzał go łatwo oddać. Uszczęśliwiona Yen zarzuciła mu ręce na szyję i nie pozwoliła skończyć zbyt szybko.
§§§
Yen chichotała jak wariatka, gdy Severus ciągnął ją za sobą bocznym korytarzem ministerstwa. Uznał, że zdecydowanie wystarczy mu tej obłąkanej sławy i wykorzystując oszołomienie szelmy, zabrał ją spośród powodzi oślepiających fleszy.
– Przestań! – warknął na nią, ale jakoś tak bez przekonania.
– Naprawdę jesteś najlepszy, Sever! – Nie mogła przestać się śmiać. – Nie wierzę, że pocałowałeś mnie na oczach tych wszystkich ludzi.
– Ja też – mruknął zdeprymowany. Zaczynał się zastanawiać, czy to był rzeczywiście tak dobry pomysł, jak mu się początkowo wydawało.
– Najprostsze środki są najlepsze! – paplała dalej Yen. – Dlaczego sama na to nie wpadłam?
– Bo ty zawsze musisz śpiewać.
– Lubię śpiewać – odpowiedziała beztrosko. – Tak samo jak ty lubisz szatkować różne żywe stworzenia, a potem wrzucać je do kociołka. Pasja to nic złego.
Mistrz eliksirów tylko prychnął, a zaraz potem zmienił temat.
– Jak tam impreza z okazji zwycięstwa w Hogwarcie? – zapytał ni z tego, ni z owego. – Zdążyłaś już zrobić swoje wielkie wejście?
Yen wyhamowała niespodziewanie i stanęła jak wryta. Snape mimo najlepszych chęci znów nie był w stanie ruszyć jej z miejsca. Dobry humor nagle uleciał z pięknej twarzy, a policzek zadrgał jej nerwowo.
– Impreza w Hogwarcie? – powtórzyła zimno. Wyglądała w tej chwili na naprawdę wściekłą. – Za kogo ty mnie masz, Snape?
Mistrz eliksirów odwrócił się ku niej z niewinną miną.
– Nie rozumiem pytania – odpowiedział.
– Jak śmiesz! – krzyknęła Yen, stając na palcach, aby dodać sobie autorytetu. – Czy naprawdę myślisz, że mogłabym się bawić w Hogwarcie, podczas gdy ty siedziałeś w Azkabanie? Przeżyłam koszmarne dwa dni!
– Och, TY przeżyłaś koszmarne dwa dni? – przerwał jej ironicznie, ale nie dała się zbić z pantałyku.
– TAK! – Podkreśliła ten okrzyk wymownym tupnięciem. – Nawet mnie o to nie zapytałeś, ale jak zwykle jesteś pierwszy do rzucania niesprawiedliwych aluzji. Odkąd tylko wydostałam się z Munga wycieram korytarze ministerstwa, próbując obmyślić jakiś sposób, aby wyciągnąć cię z tej kabały.
Severus wymownym spojrzeniem obrzucił jej suknię i włosy, co tylko jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Przepraszam, że nie przyszłam tu prosto z pola bitwy, w podartych łachach i z okrwawionym bandażem na głowie – odgryzła się automatycznie. – Chociaż wtedy pewnie też byś mi nie uwierzył. A ja po prostu chciałam... Mówiłeś, że ostatnim razem nie było nikogo, kto... – urwała nagle zakłopotana, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Zresztą nieważne, bo...
Dramatyczną scenę przerwał odgłos pośpiesznych kroków i krzyki gdzieś za jej plecami.
– Yen, skarbie!
– Pani Snape!
Severus odwrócił się czujnie, spodziewając kolejnej fali paparazzi, ale tym razem się pomylił. W ich stronę zmierzało trzech dość osobliwych czarodziejów. Jeden miał na sobie złotą marynarkę i różowe okulary przeciwsłoneczne, a pozostałych dwóch wyglądało jak przerośnięte, nie do końca przetransmutowane jaszczurki.
– Yen, królowo! – zawołał wyzłocony mężczyzna, chwytając ją poufale pod ramię. – Gdzieś ty zniknęła? Genialne zagranie przed tymi reporterami. Ubijemy na tym niezły interes, zobaczysz, skarbie.
Yenlla rzuciła Severusowi tryumfalne spojrzenie.
– Kochanie, pozwól, że ci przedstawię. To mój agent, pan Thomas Starlight. – Wskazała ręką gadatliwego czarodzieja, który natychmiast wyszczerzył się w hollywoodzkim, śnieżnobiałym uśmiechu. Wyglądał przy tym, jakby miał dwa razy więcej zębów, niż powinien.
– Bardzo mi miło poznać. – Wyciągnął dłoń do mistrza eliksirów.
– Thomas jest również prawnikiem i specjalistą w sprawach łamania prawa autorskiego – kontynuowała spokojnie Yen. – Konsultowałam z nim twój przypadek.
– Znakomicie. – Tonem głosu Severusa można by napełniać przemysłowe zamrażalki. – Wątpię jednak, aby ktokolwiek trafiał do Azkabanu z powodu praw autorskich.
– Och, to częsty błąd – zrzucił beztrosko pan Starlight. – Kradzież dóbr intelektualnych to coraz powszechniejsze przestępstwo, a wkrótce będzie jeszcze gorzej. To prawdziwy dramat wielu artystów. Pracujemy obecnie nad nową ustawą, która lepiej poradzi sobie z tym problemem.
Severus nawet przez moment zainteresował się ustawą, gdybając, czy taki dokument zabroniłby Yen bezprawnego wyśpiewywania cudzych piosenek pod jego dachem. Jednak nie miał czasu dłużej o tym pomyśleć, bo szelma chrząknęła nerwowo i zabrała się do prezentacji dwóch pozostałych czarodziejów.
– Oczywiście, że Thomas nie prowadziłby twojej sprawy, jest tu z mojego powodu – ucięła resztę złośliwych komentarzy. – Oto pan Fishbourn, radca prawny, oraz jego wspólnik, pan Smith, adwokat specjalizujący się w procesach czarnoksiężników.
– Osób podejrzewanych o kontakty z czarną magią – poprawił tamten gładko, ale stanowczo.
– Niewinny, dopóki nie udowodni mu się winy – dorzucił moralizatorsko jego kolega.
– Widzisz? – odezwała się pani Snape wyniośle. – Znają się na tym. Próbowałam się również skontaktować z prawnikiem Malfoyów, ponieważ stwierdziłeś kiedyś, że poprzednim razem Lucjusz błyskawicznie wyszedł z aresztu, ale jest obecnie nieuchwytny. Pewnie ma pełne ręce roboty ze swoim klientem...
Urwała, bo poczuła, że Severus patrzy na nią jakoś dziwnie. W każdym razie przestał się wyzłośliwiać.
– Powinniśmy już iść – odezwał się w końcu.
– Ależ oczywiście! – zmitygował się Thomas Starlight. – Yen, skarbie, widzimy się w poniedziałek w moim gabinecie.
– Mówiłam ci, że nie podjęłam jeszcze decyzji. – Yenlla zamachała gwałtownie rękami, jakby chciała go uciszyć. – Dziękuję panom za pomoc. – Obdarzyła czarującym uśmiechem po równo wszystkich prawników. – Rachunki proszę przysłać bezpośrednio do mnie.
Zaczęli zgodnie protestować.
– Ależ nie, kochana Yen, wszak nie zdążyliśmy nic zrobić – wykręcał się jej agent. Widać było jak na dłoni, że nie robi tego z dobroci serca, a raczej liczy na odwzajemnienie przysługi. – Sprawa rozwiązała się sama. To była prawdziwa przyjemność poznać bohatera. – Na wszelki wypadek na koniec podlizał się również mężowi pięknej klientki. – Pamiętaj, Yenka! W poniedziałek! Poniedziałek!
Oddalili się w ukłonach, zostawiając zarumienioną nagle szelmę i kompletnie skołowanego Severusa samym sobie.
– O co tu, do cholery, chodziło? – chciał wiedzieć mistrz eliksirów.
Yen zacisnęła dłonie w pięści i spojrzała na niego hardo.
– Naprawdę chciałam ci pomóc – oświadczyła. – Ale nikt nam nic nie mówił! Oficjalnie odmówili nam wizyty w Azkabanie!
– Nam? – Severus, jak na doświadczonego szpiega przystało, wychwycił najważniejszą informację.
Po zakłopotanej minie Yen łatwo poznał, że ta drobna informacja wyślizgnęła jej się przypadkiem i teraz szelma bardzo tego żałowała. Niestety, nie mogła się już wykręcić.
– Rem… Remus też odchodził od zmysłów, bo nie wiedział, co ministerstwo zamierza zrobić z Syriuszem – wyznała wreszcie, jąkając się. Najwyraźniej obawiała się jego reakcji.
I słusznie. Mistrz eliksirów czujnie zastrzygł uszami na wspomnienie Lupina.
„Aha", przemknęło mu przez głowę. „Więc to święty Luniaczek był pilnie zaangażowany w akcję ratunkową w Ministerstwie Magii".
Wszystkie elementy układanki nagle wskoczyły na miejsce. Ponętny strój, górnolotne frazesy i piękna Yen nader chętnie wycierająca korytarze w pełnej poświęcenia krucjacie. Teraz wszystko jasne. Oczami wyobraźni Severus już widział chlipiącą w rękaw szelmę stroskaną losem aresztowanego małżonka i chętnie pocieszającego ją Lupina. Yen nigdy nie marnowała czasu i niczego nie robiła bezinteresownie, a skoro wojna się skończyła, nie musiała dłużej trzymać się swojego starego Nietoperza. Rozwód zbliżał się wielkimi krokami i sprytna kobieta już zabezpieczyła sobie przemyślany odwrót
O tak, teraz Snape wszystko rozumiał. I z jakichś tajemniczych i zupełnie nierozsądnych względów jego irytacja ponownie niebezpiecznie wzrosła.
– Sam rozumiesz – kontynuowała w tym czasie Yenlla, próbując zatrzeć złe wrażenie. – Nie dostałam żadnych wiarygodnych informacji, a Dumbledore zwyczajnie przede mną uciekł! Powiedział tylko, żeby niczym się nie martwić, bo wszystko dobrze się skończy. I tyle! Nie wiedziałam, co mam robić. Ściągnęłam prawników, ale mieli związane ręce, bo niespodziewanie utajniono wszystkie dokumenty. Byłam pewna, że wpadłeś w niezłe tarapaty, a Dumbledore przehandluje cię Knotowi w zamian za Syriusza. Bo Knot jest teraz bardzo cięty na byłych Śmierciożerców. Po bitwie w Hogwarcie łamał różdżki jak gałązki!
Yen zagryzała nerwowo usta i całą sobą dawała aż nadto dobrze odczuć, że czuje się przez niego niesprawiedliwie potraktowana, bo naprawdę się starała, a on powinien to docenić. Mistrz eliksirów westchnął. Uznał, że do pewnego stopnia musiała mówić prawdę. Na pewno odstawiła w ministerstwie cudowne przedstawianie, aby dobrze wypaść w roli zmartwionej żony i zrobić dobre wrażenie na Lupinie.
Poczuł się pokonany.
– To już nieważne – rzucił obojętnie.
– Tak, bo cię uniewinnili! – Yen niespodziewanie powrócił dobry humor. – Nadal w to nie wierzę. Tak się cieszę!
Zupełnie niespodziewanie znów zarzuciła mu ręce na szyje i mocno do niego przylgnęła, mimo że wokół nie było reporterów, którzy mogliby uchwycić ten wzruszający moment. Cóż, być może rzeczywiście się cieszyła. Gdyby wylądował w Azkabanie, mogłaby mieć pewne problemy z uzyskaniem rozwodu, a przynajmniej wiązałoby się to z większą ilością papierkowej roboty. A tymczasem następny kandydat już czaił się na horyzoncie...
Zagubiony w myślach Severus zupełnie odruchowo delikatnie objął ją wolną ręką i pogłaskał po plecach. A potem uświadomił sobie, co właściwie robi, i natychmiast się odsunął.
– Wystarczy już tego dramatu – prychnął. – Jestem zmęczony.
– Zatem... Wracamy do domu? – zapytała Yen nieśmiało.
– MY nie mamy domu. Mamy tylko MOJĄ kwaterę w Hogwarcie. A poza tym odpowiedź i tak brzmi: nie. Muszę wcześniej załatwić kilka rzeczy. Najpierw Ollivander, przecież wciąż nie mam różdżki, skoro ostatnia rozpadła się w pył. Potem wizyta w Świętym Mungu.
– Myślisz, że uda im się poradzić coś w sprawie twojej ręki?
– Kto wie? – Wzruszył ramionami.
– Czy… Czy czujesz cokolwiek? – zapytała Yen, dotykając jego bandażu.
– Nie.
– To chyba niezbyt dobry znak.
– Oczywiście, że nie – warknął Severus. Ewidentnie nie chciał rozmawiać na ten temat, więc go zmienił. – A co z tobą? Avada nie pozostawiła żadnych skutków ubocznych? – zainteresował się.
Yenlla automatycznie zbladła na samo wspomnienia mrocznego zaklęcia.
– N-nie... Nie wydaje mi się. Przecież mnie nie trafiła.
– Wiem, inaczej by cię tutaj nie było. Chodziło mi raczej o to, czy zbadali cię w Mungu?
– Tak. Powiedzieli, że wszystko w porządku.
– Zeskanowali cię?
– Co?!
– Czy zeskanowali cię, żeby zbadać echo klątwy? Minęła cię o włos. Czarnomagiczne zaklęcie mogło wytworzyć pole, które... – urwał na widok niezwykłej pustki w oczach pięknej szelmy. Pewnie miałaby taki sam wyraz twarzy, gdyby mówił do niej po chińsku. – Tak właśnie myślałem. Powinni podać ci specjalny eliksir skanujący, który wykrywa ukryte skutki uboczne czarnej magii. Problem w tym, że jest cholernie drogi, dlatego oszczędzają go, jak mogą. Ale nic straconego. Zbadam cię sam – zadeklarował ku jej wielkiemu zdziwieniu.
Biedna Yen nie wiedziała, czy powinna jego słowa potraktować jako obietnicę czy groźbę. Ostatecznie wizja Severa troszczącego się o jej zdrowie i pojącego upiornie kosztownymi eliksirami to było coś nowego... A może wcale nie? Ostatecznie on... On zawsze...
– Idziesz czy nie? – Z zamyślenie wyrwał ją tradycyjnie zirytowany ton głosu. – Nie mamy zbyt wiele czasu.
Nawet nie zauważyła, że w międzyczasie zdążyli już dotrzeć do kominków sieci Fiuu. Oczywiście nie tych w atrium, ale mniejszych, przeznaczonych dla mniej znaczących pracowników i służb porządkowych. Snape naprawdę znakomicie orientował się w topografii Ministerstwa Magii.
– Dlaczego? – zdziwiła się. – Wojna się skończyła i nikt cię nie goni. Możesz robić, co chcesz.
Severus odwrócił się ku niej z krzywym uśmiechem czystego szaleństwa na twarzy.
– Słońce dni moich, przez dwadzieścia lat byłem Śmierciożercą, a teraz nagle dostałem Order Merlina. Na domiar złego chwilę później wpadłem na błyskotliwy pomysł, aby pocałować Yen Honeydell przed obiektywami fotoreporterów ze wszystkich liczących się magazynów czarodziejskiego świat. Jak myślisz, ile potrzebują czasu, aby pierwsze wydania specjalne zaczęły wyfruwać do odbiorców? Uwierz mi na słowo, mamy dosłownie kilka minut, zanim na Pokątnej rozpęta się prawdziwe piekło.
Yen aż zapiszczała z uciechy, gdy dotarł do niej sens słów Severusa.
– O tak! – krzyknęła. – Wracam do gry!
§§§
– Witajcie, moi drodzy! – zakrzyknął gromko Albus Dumbledore. – Gdzie podziewaliście się tak długo? Wszyscy tu na was czekamy.
Wpadli na niego od razu, gdy tylko dotarli do Hogwartu. Zupełnie jakby na nich czekał. Dyrektor miał na sobie szatę w kolorze niezwykle agresywnego fioletu, a wysoką tiarę przyozdobił kolorowymi lampkami choinkowymi. Znów wyglądał na nieszkodliwego, zwariowanego staruszka – najlepszy znak, że magiczny świat powrócił do cudownej równowagi – i właśnie przewodził wielkiej libacji w Hogwarcie.
Najstarszy przybytek magicznej edukacji nie wyglądał w tej chwili zbyt szacownie. Z murów zwieszały się kolorowe festony i transparenty z radosnymi, motywującymi hasłami typu: „Żegnaj, Voldziu!" czy „Przeminęło z wężami". Z jednej z wież ktoś posyłał w niebo kolorowe fajerwerki, które przypominały pokazowe dzieła spółki Weasley&Weasley. Odrzwia stały szeroko otwarte i nieustannie przelewał się przez nie nieskończony tłum czarodziejów w stanie lżejszego bądź cięższego upojenia alkoholowego. Było trochę prawdy w niedawnych słowach Knota, wszyscy naprawdę znaleźli się na błoniach Hogwartu, tyle że nie podczas bitwy, a teraz, gdy w Wielkiej Sali działał całodobowy otwarty bar.
Zresztą nic dziwnego, że ludzie się cieszyli. Ostatecznie nie każdego dnia w widowiskowy sposób ginie najpotężniejszy mroczny czarodziej bieżącego stulecia. Fakt, że świętowali akurat w Hogwarcie, też nie powinien nikogo szokować. Szkoła od zawsze stanowiła prawdziwe centrum czarodziejskiego świat, więc magowie, niezależnie od wieku, chętnie się tu gromadzili, zarówno w trudnych, jak i radosnych chwilach.
Tylko Severus Snape wydawał się z tego powodu niezadowolony.
– Zatem tak to z reguły wygląda, co? – zapytał bez entuzjazmu, a Yen wzruszyła obojętnie ramionami.
– Skąd mam wiedzieć? Ostatnim razem... Ostatnim razem nie bardzo byłam w formie.
Mistrz eliksirów miał ochotę odgryźć sobie język. Zupełnie wyleciało mu z głowy, że po zakończeniu Pierwszej Wojny Yenlla Honeydell była w takiej samej – o ile nie gorszej – rozsypce jak on.
Yen najwyraźniej nie planowała wypominać mu powyższego nietaktu. Przeciwnie, była bardzo, niesamowicie wręcz spokojna. Po aportacji w Zakazanym Lesie szła obok niego cicha i dziwnie wycofana. Nie marudziła, nie narzucała się ani nie próbowała więcej śpiewać. W ogóle się nie odzywała. Od czasu do czasu rzucała mu tylko osobliwe, zamyślone spojrzenia, których nie umiał zinterpretować.
A teraz ten cichy, filozoficzny spacer nagle się skończył, kiedy znaleźli się w sali wejściowej Hogwartu i trafili w sam środek cyrku.
– Chodźcie, moi drodzy – zachęcał ich troskliwy gospodarz. – Musicie się do nas przyłączyć. Macie co najmniej dwa dni spóźnienia.
Dyrektor uśmiechnął się zachęcająco i poklepał Severusa po ramieniu, a następnie stanął naprzeciwko Yen. Wyjątkowo smutnej, refleksyjnej i zgaszonej Yen, której było z tym bardzo do twarzy. Zawahał się dosłownie przez sekundę, po czym otworzył ramiona i przygarnął ją do siebie.
– To już koniec – szepnął Albus Dumbledore przytłumionym, pełnym napięcia głosem. – Wojna wreszcie się skończyła. Teraz wszystko będzie dobrze.
Yen cała zesztywniała. Na pewno się tego nie spodziewała i nie rozumiała, co się dzieje. Severus zresztą też gapił się na dyrektora z otwartymi ustami.
Mgnienie oka później ten osobliwy moment dobiegł końca. Dumbledore wypuścił z objęć oszołomioną kobietę, odwrócił się i szybko odszedł w stronę Wielkiej Sali.
– Odświeżcie się i dołączcie do nas jak najszybciej! – zawołał jeszcze. – Zapraszamy i czekamy z niecierpliwością.
Yenlla niespodziewanie poczuła się wyczerpana: fizycznie i psychicznie. Severus bezbłędnie rozpoznał objawy i wykazał się typowym dla siebie refleksem. Przytrzymał ją i pociągnął w stronę lochów, zanim nogi się pod nią ugięły. Oboje bardzo potrzebowali odpoczynku.
Pani Snape myślała, że to będzie taki wspaniały dzień, a tymczasem nic nie było tak, jak powinno. Zamiast radości i tryumfów spotykały ją same niezbyt przyjemne niespodzianki. Osobliwe, niemal ojcowskie gesty ze strony Dumbledore'a, a wcześniej ta Severusowa demonstracja w Świętym Mungu...
§§§
Wizyta w magicznym szpitalu kompletnie zawróciła Yen w głowie i zaplątała jej myśli w nierozwiązywalne supełki. Nie rozumiała nic z tego, czego była świadkiem. Nie potrafiła zinterpretować dziwacznych wydarzeń. Przez cały czas miała wrażenie, jakby wylądowała w jakimś alternatywnym wszechświecie, który pokazał jej, co by było gdyby. Wszechświecie, w którym niezwykle utalentowany uczeń Severus Snape nie został Śmierciożercą ani najbardziej nielubianym profesorem w historii Hogwartu. I w tym dziwacznym alternatywnym uniwersum wreszcie wydawał się być na właściwym miejscu.
Po opuszczeniu Ministerstwa Magii i szybkich zakupach u Ollivandera, który enigmatycznie życzył mistrzowi eliksirów, aby tym razem właściwie używał różdżki i nie ulegał zgubny pokosom, Severus aportował się z nią w szpitalu. Zdziwił ją już sam fakt, że nie skorzystał z głównych drzwi, a zamiast tego wybrał skromne wejście dla personelu. Później było tylko dziwniej. Severus czuł się tutaj jak w domu, tylko zachowywał o wiele lepiej. Uprzejmie odwzajemniał wszystkie powitania, a czasami nawet zatrzymywał się, aby zamienić z kimś kilka słów.
Właśnie, to była kolejna zadziwiająca okoliczność. Uzdrowiciele, pielęgniarki i inni pracownicy zdawali się go świetnie kojarzyć. I chyba nawet się go nie bali, bo nie uskakiwali na jego widok w najbliższy kąt, jak zazwyczaj działo się w Hogwarcie. A to zdecydowanie było coś nowego.
„O co tu chodzi?", zastanawiała się zdezorientowana Yen.
– Wszystko gotowe, profesorze – poinformowała Snape'a jakaś młoda i całkiem ładna magomedyczka, najwyraźniej stażystka. – Czekają już na pana.
– Dziękuję. – Severus skinął jej głową.
Dziękujący i kiwający Snape, zamiast sarkającego i prychającego nerwowo na wszystkich wkoło, to też było interesujące doznanie.
Skierowany przez stażystkę mistrz eliksirów poprowadził Yen na ostatnie piętro zachodniego skrzydła, gdzie – jak się okazało – znajdowały się laboratoria. Cała ta część szpitala wyglądała na najnowszą dobudówkę i wizualnie odstawała od reszty.
– Czy pracownie nie powinny znajdować się w lochach? – zapytała odruchowo Yen.
Severus uniósł zabawnie brew i posłał jej takie spojrzenie, że powinna natychmiast spalić się ze wstydu za własną ignorancję.
– Jak myślisz, czy gdyby wybuchł jakiś eksperymentalny eliksir leczniczy, to lepiej, żeby centrum eksplozji znajdowało się przy fundamentach, czy na dachu, gdzie cały impet błyskawicznie pójdzie w górę?
– Dobrze, już dobrze! – poddała się zrezygnowana. – Ty tu jesteś mistrzem eliksirów, nie ja.
– No właśnie. Poza tym w lochach znajduje się już rozbudowane laboratorium warzące leki.
– Tak? To co w takim razie wytwarzają tutaj? – W głosie Yen tym razem zabrzmiało szczere zainteresowanie, bo naprawdę nie rozumiała, po co szpitalowi aż dwie pracownie.
Profesor Snape nie raczył jednak zaspokoić jej ciekawości, tylko pchnął pierwsze drzwi na lewo i wszedł na dużą salę. Yen kompletnie oniemiała. Spodziewała się mrocznej, zadymionej pracowni podobnej do tej, którą Severus miał w Hogwarcie, a tymczasem znalazła się w nowoczesnym laboratorium. Dominujące akcenty wystroju stanowiło szkło, biel i chrom. Pod ścianami znajdowały się długie stoły, pomiędzy którymi ustawiono błyszczące, parujące kociołki. Regały uginały się od kolorowych fiolek i dziwacznych przyrządów. Wokół rozstawiono też całe mnóstwo tajemniczych posykujących i pykających alembików zbudowanych z niekończących się rurek i innych cudów techniki, których Yen nie potrafiła nawet nazwać.
Po sali kręciło się kilku zaaferowanych czarodziejów. Gdy zauważyli Severusa, natychmiast się wokół niego zgromadzili.
– Konsylium zbierze się za kilka minut – powiedział jeden z nich.
– Powiadomiliśmy, kogo się dało. Oczywiście nikt nie odmówił – dodał drugi. – To taki interesujący przypadek!
– Wart co najmniej doktoratu! – gorączkowo wtrącił jeszcze inny. – Wielu profesorów jest zainteresowanych zbadaniem tej klątwy. Pan, profesorze Snape, z całą pewnością również zechce osobiście coś na ten temat napisać.
Potem było dużo ściskania rąk, kiwania głowami i typowo naukowego bełkotu. Wszyscy szybko stracili zainteresowanie Yen, więc taktownie się wycofała i pogrążyła we własnych myślach. O co tutaj chodziło? Kim byli ci ludzie i dlaczego tak dobrze przyjęli Severusa, którego przecież nikt nie lubił. Tutaj wszyscy zwracali się do niego z szacunkiem. Nie nazywali go inaczej jak „profesorem Snape'em", choć Yen była przekonana, że w tym wypadku nie ma to nic wspólnego z jego posadą nauczyciela. Z kolei kilku młodszych czarodziejów, najprawdopodobniej studentów, z uporem maniaka tytułowało go nawet „mistrzem".
A Severus... Severus też był inny. Nie ciskał się, nie krzyczał, nie wyzłośliwiał na nikogo... Czy tak zachowywał się normalnie? Czy to był prawdziwy Severus?
„O nie!", przemknęło nagle przez głowę Yen. „Czyżbym popełniła taki straszny błąd? Czy naprawdę tak źle go oceniłam? Tak jak wszyscy inni?".
Zdeprymowana Yen uświadomiła sobie, że chociaż jest jego żoną od prawie roku, tak naprawdę pierwszy raz widzi go w sytuacji prywatnej, bez szkoły, Zakonu i Dumbledore'a na głowie. To prawda, dotąd zawsze obserwowała go tylko w niekomfortowych sytuacjach. Albo w pracy, której nie lubił, albo w organizacji paramilitarnej, w której skład wchodzili w większości jego znienawidzeni szkolni wrogowie, dla których nawet nie próbował być uprzejmy, zresztą z wzajemnością. Trudno, aby w podobnych okolicznościach zachowywał się naturalnie. A przecież jakaś jej część przeczuwała zawsze, że Severus jest nie tylko postrachem z lochów, że ma poza tym jakieś inne życie.
„A jednak kompletnie to zignorowałam", wyrzucała sobie teraz.
A może to on nie chciał ci tego pokazać – odezwał się w jej głowie złośliwy głosik, od którego Yen aż zakręciło się w głowie.
No tak, dlaczego miałby wpuścić ją do swojego świata? Nie była dla niego nikim ważnym. Jedynie kolejnym balastem wepchniętym przez szefa... I to... To był tylko kolejny dowód, że...
Przytłoczona nieprzyjemnymi wnioskami Yen poczuła się nagle kompletnie wykończona. Zachwiała się i odruchowo oparła o stolik za plecami. Rurkowata i pewnie upiornie droga konstrukcja, którą na nim ustawiono, zachybotała się i zapiszczała groźnie.
– Dobrze się czujesz, moja droga? – zatroskała się jakaś miła pielęgniarka w średnim wieku. Yen nawet jej nie zauważyła, dopóki ta się nie odezwała. – Jesteś bardzo blada.
Severus także najwyraźniej przypomniał sobie o jej istnieniu, bo zaraz znalazł się tuż obok.
– Yenlla, idź z panią Paddington – polecił, wskazując troskliwą pielęgniarkę. – Przeskanuje cię, tak jak obiecałem, a potem obejrzymy wyniki, dobrze?
Kiwnęła głową i posłusznie pozwoliła się poprowadzić do niewielkiego gabinetu sąsiadującego z laboratorium. Usilnie starała się nie myśleć o tym, jak atrakcyjnie Severus wyglądał z tą poważną miną i w atmosferze ogólnie pojętej naukowości hulającej wokół.
Pani Paddington okazała się miłą i gadatliwą towarzyszką. Usadziła Yen na otomanie, podłączyła do dziwnego aparatu, a potem kazała wypić obleśny eliksir, od którego żołądek wywinął jej się na drugą stronę.
– Ślub profesora był dla nas sporym zaskoczeniem – paplała wesoło pani Paddington, gdy piękna pani Snape próbowała nie zwymiotować na podłogę. – Uważaliśmy go raczej za samotnika w pełni poświęconego pracy. Ale cóż, na pewno ma to swoje dobre strony. Niewątpliwie małżeństwo przyspieszyło jego decyzję. Mamy znakomity pakiet socjalny dla rodzin – pochwaliła się enigmatycznie.
– Co?! – Yen nie zdołała powstrzymać okrzyku zdziwienia. – Jaki pakiet?
Pani Paddington dla odmiany szczelnie zasznurowała usta. Uświadomiła sobie, że niepotrzebnie zdradziła się z tą informacją wobec nieodpowiedniej osoby.
– Spokojnie, moja droga – powiedziała. – Musisz teraz poleżeć parę minut, aby eliksir mógł zadziałać.
§§§
Gdy Yen wróciła na salę, Severus był tam sam. Siedział na nowoczesnym stole laboratoryjnym i wpatrywał się w coś, co bardzo przypominało mikroskop, tyle że wykonany z zastosowaniem większej ilości fantazyjnych rurek i kółek zębatych. Odwinięta z opatrunku ręka zwisała mu luźno wzdłuż ciała. Jego wierzchnia szata leżała porzucona gdzieś na krześle wraz z wciąż przypiętym do niej Orderem Merlina. Odrzucony obojętnie i wiszący nad samą podłogą nie robił już takiego wrażenia. Zupełnie jakby był zwykłą przypinką, a nie najważniejszym odznaczeniem w magicznym świecie.
– Dobra wiadomość jest taka, że czarna magia nie pozostawiła żadnych długofalowych śladów – odezwał się Snape. – Twoje wyniki są w porządku. No, może z wyjątkiem lekkiej anemii.
Piękna Yen wzruszyła ramionami.
– Zawsze miałam anemię. To rodzinne. A jaka jest ta zła wiadomość?
– Cóż, zaklęcie nie pozostawiło groźnych śladów, ale miało jeden poważny skutek uboczny... – Yenlla wstrzymała oddech, gdy Severus dokończył spokojnie: – Zamieniło cię w Weasleyównę, słońce dni moich – rzucił z sarkastycznym uśmiechem.
– Co? Jaką znowu… – zaczęła Yen i w tym momencie dostrzegła niechętne spojrzenie, jakim obrzucił jej włosy. – Nie podoba ci się kolor?
– Jest okropny.
– Cóż… To miła niespodzianka – stwierdziła ostrożnie zadowolona z efektu Yenlla. – Nie spodziewałam się, że w ogóle zauważysz.
– Trudno byłoby nie zauważyć. Założę się, że jarzy się w ciemności. Twoją głową dałoby się pewnie oświetlić cały Hogwart.
– Bez przesady! – oburzyła się. – To piękny, tycjanowski odcień. Zresztą, myślałam, że lubisz rude. Przecież właśnie takie włosy miała Lily Evans – spróbowała go sprowokować, ale szybko tego pożałowała.
Snape spojrzał na nią bystro.
– Po pierwsze, nie rozumiem, dlaczego to miałby być argument za – odpowiedział z namysłem. – A po drugie, jak mi się wydaje, włosy Evans wpadały raczej w ciepły mahoniowy odcień, a twoje są rude jak marchewka. Albo sok dyniowy.
Yenlla lekko oklapła. Fakt, że tak dobrze zapamiętał kolor włosów Lily Evans, jakoś dziwnie ją ubódł. Być może nieco prawdy tkwiło w starych plotkach… Brr, otrząsnęła się szybko z nieprzyjemnych myśli.
Mistrz eliksirów przyglądał się jej uważnie. Pewnie zauważył to chwilowe załamanie nastroju i pogratulował sobie, że postanowił podjąć tę grę.
Pokonana własną bronią szelma zbliżyła się do niego niepewnie.
– Czy konsylium lekarskie miało jakiś pomysł, co zrobić z twoją ręką? – zapytała poważnie.
– Cóż, jeszcze dwa dni temu sugerowano amputację, a teraz tylko permanentną niesprawność, więc zawsze to krok do przodu.
– Jestem pewna, że jeżeli jeszcze trochę na nich pokrzyczysz, zgodzą się, że tego wypadku nigdy nie było – spróbowała zażartować.
Severus odsunął od siebie dziwaczny mikroskop i stojak z kolekcja kolorowych fiolek. Zmęczonym ruchem przetarł oczy.
– Spędzę tu jeszcze trochę czasu, czekam na ostatnią konsultacją – odezwał się po chwili milczenia. – Nie myślałem, że tak długo to potrwa. Powinienem był najpierw odstawić cię do Hogwartu. Jeśli chcesz, poproszę panią Paddington, aby wskazała ci drogę do kominka. Będzie zachwycona. Chyba nie wierzyła, że naprawdę mam żonę.
Yen pokręciła głową, siadając obok niego na stole.
– Nie chcę wracać, wolę zostać z tobą – powiedziała miękko.
– Jak chcesz.
Przyjrzała się jego zmaltretowanej ręce która wystawała z przydługiego rękawa i spoczywała na stole tuż obok jej zdrowej dłoni. Nieruchoma i sina sprawiała naprawdę przykre wrażenie. Yen przygryzła w zamyśleniu wargi. Nie zdołała się powstrzymać i dotknęła delikatnie jego ręki.
Wtedy stało się coś dziwnego. Przy zetknięciu palców wytworzył się jakby impuls, prąd, który lekko wstrząsnął Yen. Ku jej zaskoczeniu Severus również drgnął. I sam się tym zdziwił.
– Poczułeś to? – zapytała podniecona.
– Nie wiem...
– Sever, litości! Albo poczułeś, albo nie poczułeś.
– To mogło być tylko złudzenie.
– O nie, kochanie! – zaprzeczyła Yen, patrząc na niego błyszczącymi oczami. – Przykro mi to mówić, ale chyba nie dane ci będzie zostać szacownym, jednorękim weteranem.
§§§
Zegar miarowo tykał na kominku, a jego wskazówki zbliżały się do dziewiątej wieczorem. Severus Snape krążył po swojej kwaterze w Hogwarcie, jakby nie mógł znaleźć sobie miejsca. Nie miał ochoty iść do Wielkiej Sali, ale pewnie nie miał też wyboru... Zastanawiał się, czy powinien wcześniej zajrzeć do pracowni. Nie, w pozostawionych na trzy dni bez opieki kociołkach nie było już czego szukać. Może zatem powinien zajrzeć do gabinetu i poszukać jakichś wypracowań do sprawdzenia? Nie, to już zupełnie nie miałoby sensu. Zresztą, wtedy musiałby opuścić bezpieczne pokoje i nadziać się na rozbawiony tłum gości Dumbledore'a. Może więc powinien skupić się na przygotowaniu sumów i owutemów? Z drugiej strony, nie wiadomo, kiedy rzeczone egzaminy się odbędą. Biorąc pod uwagę okoliczności, na pewno zostaną przesunięte w czasie. Niech to szlag! A przecież tak mu zależało na tym, aby możliwie szybko doprowadzić swoje sprawy w Hogwarcie do szczęśliwego końca!
Drzwi łazienki otworzyły się wreszcie i wyszła z nich odświeżona, wypachniona Yen. Usiadła na kanapie, czesząc swoje długie włosy w kolorze wściekłej pomarańczy. Miała na sobie ciężką suknię w odcieniu butelkowej zieleni z gorsetem wykończonym misternymi, haftowanymi aplikacjami. Wyglądała teraz niczym celtycka księżniczka. Zwłaszcza z tą smutną, refleksyjną miną.
– Idziemy? – zapytał ją niecierpliwie.
Yen w dalszym ciągu spokojnie szczotkowała włosy. Myślała o wszystkim, co się tego dnia wydarzyło. O nowej stronie Severusa, której nie znała. O tym, jak powoli wymykał jej się z rąk. O tym, że wszystko niedługo się skończy.
– Nie wiem. A chcesz? – odpowiedziała pytaniem na pytania, kompletnie nie wykazując entuzjazmu.
Mistrz eliksirów z zaskoczeniem uświadomił sobie, że Yenlla Honeydell – lwica salonowa i królowa rautów, która w życiu nie opuściła żadnego balu – ma na to jeszcze mniejszą ochotę niż on. Ciekawe dlaczego?
– Yen, moje słoneczko, czy ty aby dobrze się czujesz? – zaniepokoił się, używając przesłodzonego, fałszywie zatroskanego tonu. – Nie chcesz iść na bal?
– Po prostu nie uważam, że upadek Vol... – zająknęła się i zawstydziła swojego strachu przed tym imieniem. Niestety, nic nie mogła na to poradzić. – Dla mnie to nie powód do świętowania – dokończyła kulawo. – Wolałabym raczej jak najszybciej o tym wszystkim zapomnieć i odzyskać wreszcie swoje życie. Nie cieszy mnie wcale, że zniknął. Wolałabym, żeby nigdy nie istniał.
Po tych słowach Yenlla jakby cała zapadła się w sobie. Zgarbiła się i gapiła martwo w przestrzeń. Była taka... inna. Mała, słaba, krucha i smutna. Kierowany nieznanym impulsem Severus odruchowo postąpił krok w jej stronę. Czuł, że powinien coś powiedzieć, zrobić. Cokolwiek. I najprawdopodobniej faktycznie by to uczynił, gdyby nie przerwało mu pukanie do drzwi.
Na progu, zgodnie z oczekiwaniami, stał naczelny wilkołak Zakonu.
– Ach, Lupin – syknął Severus. – Czym mogę służyć? Skończył ci się tojad?
– Dumbledore polecił mi upewnić się, że przyjdziesz do Wielkiej Sali – wyjaśnił, ignorując zwyczajowo nieprzyjemny ton Nietoperza.
– Ciekawe, w jak pokrętny sposób dyrektor doszedł do wniosku, że akurat twoja osoba mnie do tego zachęci.
– Myślę, że nie miał wyboru. – Remus uśmiechnął się refleksyjnie. – Jedyna osoba, która mogłaby cię do czegokolwiek zachęcić, znajduje się już w twojej kwaterze.
Snape miał ochotę w odpowiedzi trzasnąć mu drzwiami przed nosem, ale nie zdążył. Za jego plecami, niczym wywołana do tablicy, pojawiła się wspomniana mimochodem piękna szelma.
– Cześć, Rem! – rzuciła wesoło. Nagle zgubiła gdzieś wcześniejszą melancholię.
Jedno spojrzenie na twarz Lupina wystarczyło, aby Severus zrozumiał, kto w tym towarzystwie jest wielkim fanem tycjanowskich włosów. Zagadka, dlaczego Yen zdecydowała się na ten potworny kolor, nareszcie się wyjaśniła.
– Będziemy za pięć minut. Profesor Snape musiał wypolerować swojego Merlina, aby odpowiednio błyszczał w świetle świec i rzucał się w oczy wszystkim wokół – zażartowała żmija, wieszając się na ramieniu Severusa, który prychnął gniewnie.
– Syriusz prawdopodobnie robi właśnie to samo – odrzekł przyjaciel właściciela drugiego Orderu Merlina.
Yen zachichotała, Lupin się uśmiechnął, a Snape zirytował.
– Więc przyjdziecie? – upewniał się Remus.
– Tak – westchnął Severus, kapitulując.
– Świetnie! Wielu ludzi pragnie z tobą porozmawiać, Severusie.
– Litości, tylko nie mów, że teraz wszyscy będą mnie całować w tyłek.
Zamiast zgodnie z tradycją spuścić po sobie uszy i odejść, Remus postanowił odpłacić mu celną ripostą:
– Nie wiedziałem, że masz podobne preferencję, ale tak. Jeżeli tylko wyrazisz takie życzenie, na pewno to zrobią. Podobno oficjalnie zostałeś bohaterem.
§§§
„Potrzebuję alkoholu", pomyślał rozpaczliwie Severus, kiedy tylko wyszli z lochów i znaleźli się w sali wejściowej. „Dużo. Natychmiast".
Przez otwarte na oścież wrota Hogwartu wleciał właśnie na ogromnym motorze Syriusz Black z piszczącą i klejącą się do niego Madame Rosmertą na kolanach. Kobieta miała na głowie wianek z jakichś wiechci, który ledwo trzymał się na rozwianych, sterczących na wszystkie strony włosach.
– Odzyskałem swój motor! – pochwalił się światu Łapa. – Kto chce się przelecieć?
Severus spodziewał się, że Yen pierwsza skorzysta z okazji, ale widać zniechęcił ją fakt, że latająca maszyna była już okupowana przez jedną przedstawicielką płci pięknej, i to w dodatku jej najlepszą przyjaciółkę (podobno). Tymczasowa pani Snape przylgnęła tylko mocniej do ramienia męża, jakby nie zamierzała go wypuścić ani na chwilę. Mistrz eliksirów ominął zbiegowisko przy motorze i ruszył do Wielkiej Sali.
Tryumfalna impreza w Hogwarcie nie odbiegała niczym od przyjętego schematu. Stoły uginały się od jedzenia i podpitych czarodziejów, którzy pewnie już od trzech dni korzystali z gościnności dyrektora. Panujący w środku gwar rozmów, śpiewów i muzyki z miejsca przyprawiał o migrenę.
– Severusie, mój chłopcze! – powitał go Dumbledore, który zaraz znalazł się u jego boku. – Cieszę się, że w końcu jesteś. Chodźmy, jest tu kilku panów, którzy koniecznie chcą cię poznać.
Zadziwiające, bo nagle wszyscy chcieli z nim porozmawiać, uścisnąć dłoń czy wnieść toast – a najlepiej wszystko naraz. Severus wyślizgnął się z rąk Yen i pozwolił wciągnąć w wesołą kompanię towarzyszących Dumbledore'owi czarodziejów wyglądających na dość ważne figury. Pani Snape została sama, mimo że dzisiaj wybitnie nie miała na to ochoty. Wyjątkowo nie chciała być tutaj, wolałaby schować się z Severusem w jego kwaterze, jak zawsze. Nigdy nie wierzyła, że powie to choćby w myślach, ale ci wszyscy weseli ludzi działali jej na nerwy.
„Zmieniłam się w Nietoperza", przemknęło jej przez głowę. „Muszę się napić. Muszę się napić, bo zwariuję".
– Zdecydowanie ma dzisiaj swój dzień, prawda? – zagadnął ją uprzejmie Remus.
– Taaak – zgodziła się. – Ciekawe, jak szybko woda sodowa uderzy mu do głowy...
– Myślę, że nie ma takiego ryzyka. – Uśmiechnął się Lupin. – W każdym razie dopóki Severus bawi się w celebrytę, mogę ci zaproponować swoje towarzystwo? – Zaoferował jej ramię, które Yenlla chętnie przyjęła.
– Gdzie tu jest bar? – zainteresowała się z miejsca.
§§§
Świat irytująco rozmywał się przed oczami Severusa. Nie pamiętał, ile już wypił, ale bynajmniej nie zamierzał przestawiać. Raz w życiu chyba mu się należało.
Po drugiej stronie Wielkiej Sali Yen tańczyła właśnie walca z Lupinem. A przynajmniej coś, co w ogólnym zarysie przypominało walca, bo Lupin rzadko trafiał w rytm, a jeszcze rzadziej stawiał odpowiednie kroki. Yenlla jednak wyglądała na zachwyconą. A niby tak się broniła przed przyjściem na imprezę dyrektora... Znowu była to tylko głupia kokieteria, na którą prawie się nabrał. Pewnie od początku właśnie o to jej chodziło. Święty wilkołak. Jak zawsze.
Yenlla cały wieczór królowała przy stole Gryfonów. No dobra, podczas dorosłej libacji domowe podziały teoretycznie nie obowiązywały, ale większość czarodziejów i tak trzymała się swoich dawnych przydziałów. Szelma siedziała dziś jak najdalej od Slytherinu, pomiędzy swoim ulubionym Remusem i bardzo rozbawionym Blackiem. Kto by pomyślał? Jeszcze niedawno ledwie mogła znieść jego widok, a teraz nagle zostali najlepszymi przyjaciółmi. Yen śmiała się, flirtowała i zachowywała równie okropnie jak zawsze, tyle że tym razem to nie wokół mistrza eliksirów snuła swoją sieć. A on z jakichś tajemniczych względów nie mógł tego znieść.
§§§
Snape gdzieś zniknął i ani myślał się znaleźć. Najwyraźniej z ulgą się jej pozbył i zostawił własnemu losowi. Trudno. Nie, żeby to było coś nowego. Przynajmniej tym razem, w przeciwieństwie do osławionego balu u Malfoyów, Yenlla znała sporo osób z towarzystwa i zamierzała się dobrze bawić. A Severus... Cóż, jego strata.
– Yen, królowo! – Chwiejąca się na nogach Rosmerta zawisła na jej szyi. – To najcudowniejszy dzień mojego życia! Kocham cię, stara! – zaćwierkała jej słodko do ucha. – Napijmy się jeszcze szampana! Dużo szampana!
Pani Snape gorliwie pokiwała głową na tę propozycję.
§§§
Piękna Yenlla była bardzo pijana. Baaardzo. I to w dodatku w ten zabawny, beztroski sposób, kiedy taniec na stole na środku Wielkiej Sali w Hogwarcie wydaje się znakomitym pomysłem. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że tym razem nie ponosiła całej winy za ten wygłup. To Ros pierwsza rzuciła jej wyzwanie, a Yen zwyczajnie nie mogła stchórzyć. Przecież straciłaby twarz! A poza tym była zbyt pijana. Baaardzo! I to w dodatku w ten zabawny, beztroski sposób, kiedy...
Ups! Chyba wszystko jej się pomieszało. Zatem jeszcze raz, od początku.
Piękna Yenlla była baaardzo pijana...
Severus Snape siłą ściągnął ją ze stołu. Nie przejmował się krzykiem, piskiem i wierzganiem. Po prostu chwycił ją wpół i stamtąd zdjął.
– Sever, psujesz zabawę! – jęknęła rozczarowana Madame Rosmerta, która ledwo trzymała się na nogach. – Jak zwykle zresztą – dodała nieskończenie ciszej.
– Sever, chcę się bawić! – zamarudziła Yen, lojalnie trzymając stronę przyjaciółki.
– Nie – rzucił kategorycznie.
– Tyran!
– Mamy coś pilnego do załatwienia – stwierdził, ciągnąc ją nieubłagalnie za sobą.
– Co takiego?
– Coś bardzo ważnego.
– Och, Sever! – wykrzyknęła zmartwiona Yen. – To znowu ON? Dostałeś wezwanie? – szepnęła przerażona.
Jednak zaraz potem przypomniała sobie, że przecież nie było już nikogo, kto mógłby wzywać do siebie Severusa o takiej zwariowanej godzinie. A nawet gdyby komuś przyszło to do głowy, Sev wcale nie musiał odpowiadać. Sev nic już nie musiał.
– Sszeby tylko Ssszelazna Dziewica nas znowu nie psszyłapała – wymamrotała po chwili nieprzytomnie. – Bo oboje bezzziemy mieśść psszechlapane. Zabierze ci ozzznakę prefekta. I Merlina tesssz...
Za dużo wypiła i wszystko pomieszało jej się w głowie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Snape prowadził ją mrocznymi i opustoszałymi korytarzami Hogwartu. Robił to jednak znacznie mniej pewnie niż zazwyczaj. Głównie dlatego, że co jakiś czas dziwnie znosiło go na boki. Do pełni szczęścia zgubił drogę do własnej kwatery. Yen była absolutnie przekonana, że dwa razy mijali tę samą rzeźbę, która na pewno nie znajdowała się nigdzie po drodze do lochów. Jednym słowem, twardogłowy Severus Snape zachlał się tej nocy po kokardkę.
W końcu jednak udało mu się dotrzeć do drzwi kwatery. A konkretniej – niespodziewanie z nimi zderzyć. Yen zachichotała, wpadając na jego plecy. Snape odwrócił się ku niej z groźną miną, po czym... wpił ustami w jej szyję. Opadł na nią całym ciężarem, wciskając we framugę. Yenlla wprawdzie nic z tego nie zrozumiała, ale nie miała też specjalnie czasu na wnikliwą analizę sytuacji. Zamiast zastanawiać się nie wiadomo nad czym, gorliwie odwzajemniła ten napad namiętności. Przez jakiś czas całowali się jak wariaci, kuląc we wnęce przy drzwiach mistrza eliksirów, gdzie w każdej chwili mogli zostać przyłapani, ale jakoś się tym nie przejmowali.
Po kilku dobrych minutach Yen wreszcie oprzytomniała na tyle, aby poczuć, że klamka boleśnie wbija jej się w biodro. Wpadła wtedy na genialny w swej prostocie pomysł – sięgnęła do niej ręką i przekręciła. Niespodziewanie wpadli do środka, omal nie tracąc równowagi. Od upadku uratował ich refleks Severa, który znów przycisnął Yen do drzwi, tyle tylko że tym razem z drugiej strony. Gorące, gwałtowne, brutalne wręcz pocałunki paliły jej skórę na szyi i ramionach. Jakimś niewątpliwie magicznym sposobem Snape zdołał też w jednej chwili wyzwolić ją z ciężkiej sukni, która miękko spłynęła na podłogę. Yenlla nawet nie zauważyła, kiedy została tylko w obcisłej, prześwitującej tu i ówdzie halce.
– Sever, co cię opętało? – zaśmiała się.
– Cicho – mruknął, ewidentnie pochłonięty czym innym.
Yen wyjątkowo postanowiła go posłuchać i zamiast wdawać się w kolejną niepotrzebną wymianę zdań, dobrała się do jego guzików. Jak zwykle było ich zbyt dużo. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość alkoholu, która krążyła w jej żyłach i plątała niezgrabne palce.
Tymczasem Severus w przypływie fantazji postanowił wziąć ją na ręce (właściwie jedną, która mu pozostała), co, biorąc pod uwagę jego stan, nie było zbyt dobrym pomysłem. Zdążył postąpić może dwa kroki, zanim nieubłagana siła grawitacji niebezpiecznie zniosła go na bok. Potknął się, wpadł na kanapę, a następnie niezgrabnie przetoczył przez nią, spadając na podłogę przed kominkiem. Oczywiście wciąż ze słodkim ciężarem w postaci Yen, która nie mogła przestać chichotać.
Marchewkowe włosy rozsypały się uroczo wokół jej pięknej twarzy, wielkie oczy i półotwarte usta lśniły w blasku strzelających na kominku płomieni. Severus pochylił się nad nią i wpatrzył w ten uroczy obrazek.
– Ty naprawdę jesteś całkiem ładna – stwierdził z pewnym zdziwieniem.
Yenlla parsknęła zupełnie niekontrowanie. Jakimś niewytłumaczonym cudem nie miała na sobie już nawet tej cienkiej halki...
– Dziękuję, że zauważyłeś. Po tylu latach – odpowiedziała z przekąsem. – Sever, ile ty właściwie dzisiaj wypiłeś?
– Dużo – rzucił. – Dużo za dużo. Duża za dużo za dużo Czy to jakiś problem?
– Przeciwnie. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Uważam, że powinieneś to robić częściej.
To był zupełnie zwariowany, dziki maraton. Severus Snape postanowił dobrze wykorzystać ostatnią noc, gdy Yen była oficjalnie i całkowicie jego. Kiedy w końcu pozwolił jej zasnąć, szelma przeciągnęła się rozkosznie i zwinęła obok niego jak kotka.
– Nobody does it better… – westchnęła cichutko.
§§§
Następnego ranka wszechświat nadal wirował przed oczami Severusa Snape'a, kiedy do sypialni wkroczyła świeża jak wiosenna rosa i radosna jak skowronek Yen. W rękach niosła tacę z gorącą czekoladą, a za sobą lewitowała dziesiątki gazet, które fruwały wokół niej, machając kolorowymi okładkami niczym wielkie ptaki. Na jej ślicznej twarzy otoczonej burzą pięknych, czarnych jak miniona noc włosów wykwitł wyraz tak absolutnego tryumfu, że mistrz eliksirów miał ochotę schować się ze wstydu pod pierzynę.
– Dzień dobry, kochanie – wymruczała, siadając obok niego na łóżku. – Jak się czujesz?
– Okropnie – przyznał niechętnie.
– Nic dziwnego – zachichotała. – Nieźle wczoraj zabalowałeś! Musiałeś wypić całe morze wódki.
– Skutek mieszania alkoholu z silnymi lekami przeciwbólowymi – wyjaśnił, odruchowo dotykając niesprawnej ręki, która nieruchomo spoczywała na pościeli.
– Pamiętasz cokolwiek?
– Niestety, tak. Czy byłabyś tak miła i rzuciła na mnie Obliviate, słońce dni moich? – poprosił zgnębiony.
Ubawiona Yen z radości zatupała nogami, o mały włos nie oblewając go czekoladą. Latające magazyny zatrzepotały papierowymi skrzydłami wokół jej głowy niczym spłoszone wróżki w magicznym lesie.
– Pochlebia mi, że uważasz, iż jestem w stanie posługiwać się tak zaawansowaną magią, skarbie, ale nie. Cierpienie uszlachetnia, Sever.
– Oczywiście.
– Ale znaj moje dobre serduszko. – Yenlla odnalazła na tacy niewielką fiolkę wypełnioną niebieskim płynem i podała swojemu udręczonemu małżonkowi.
Severus spojrzał na nią sceptycznie.
– Daj spokój! – zirytowała się. – To twój własny produkt. Znalazłam w prywatnych zbiorach i sama również się poczęstowałam.
Skacowany mężczyzna nie miał ochoty dłużej się bronić, więc wyjątkowo postanowił jej zaufać. Gdy tylko wypił eliksir, świat stał się minimalnie mniej okropny. No i przestał wreszcie swoim ciężarem spoczywać w całości na jego obolałej głowie. Spojrzawszy na Yen przytomniejszym wzrokiem, mistrz eliksirów uświadomił sobie również niepasujący element w jej wizerunku. Włosy przeszły bowiem ponowną rewolucję kolorystyczną.
– Jednak czerń?
Yenlla z dumą odrzuciła do tyłu hebanowe sploty.
– Uznałam, że tak będzie rozsądniej. Wiesz, to był dawniej mój znak rozpoznawczy. Nie chciałabym, aby ktoś w show-biznesie przypadkiem przeoczył mój wielki powrót z powodu głupiej farby. – Ruchem głowy wymownie wskazała na fruwające wokół niej magazyny.
– Ach, widzę, że poranna prasa już przyszła – skomentował sarkastycznym tonem, a był to najpewniejszy znak, że wrócił do formy.
– O tak!
Piękna Yen rozsiadła się wygodniej na łóżku, podczas gdy Snape ostrożnie zabierał się do kubka z aromatyczną gorącą czekoladą. Eliksir na tyle uspokoił jego zmaltretowany żołądek, że był w stanie co nieco przełknąć. Straszna kobieta tymczasem klasnęła w dłonie i kolejne czasopisma zaczęły lądować wokół niej, tworząc wachlarz rozedrganych okładek. Ze wszystkich atakowała Severusa uszczęśliwiona fizjonomia Yenlli i jego własna, skrzywiona twarz... Oraz wielkie, pstrokate nagłówki charakterystyczne dla plotkarskich brukowców.
Szelma zgarnęła magazyny i zaczęła je po kolei przerzucać.
– Romantyczna historia Śmierciożercy – odczytała jeden z tytułów. – Tylko u nas! Prawdziwa historia zdrady najwierniejszego człowieka Lorda Voldemorta. – Sięgnęła po kolejną gazetę. – Kiedy czarnoksiężnik kocha kobietę... O miłości, która odmieniła losy wojny. Widzisz, Sever? Jednak mam pewne prawa do twojego Merlina! – Szturchnęła go poufale w ramię i czytała dalej: – Gwiazda estrady odmienia serce Śmierciożercy. Ten mi się szczególnie podoba, jest taki prawdziwy.
– Ani trochę – zaprotestował marudnie.
– O, ale ten na pewno przypadnie ci do gustu: Mroczny sekret mistrza eliksirów. Zgadnij, z jakiego magazynu pochodzi.
Severus jęknął.
– Nie mam pojęcia. Dobrze wiesz, że nie znam się na szmatławej prasie.
– To z „Alchemii Dzisiaj". – Wyszczerzyła się radośnie Yenlla, rzucając w niego grubym i poważnie wglądającym periodykiem.
– Słucham?! – Z wrażenia zakrztusił się czekoladą.
– Tak, tak! – śmiała się. – Nowy numer przyfrunął z poranną pocztą. Zdaje się, że prenumerujesz ten magazyn.
– Owszem, ale... Dlaczego mieliby pisać... Niemożliwe!
– Pewnie uznali, że to interesujące, skoro publikujesz u nich artykuły naukowe, kochanie. Zawsze mnie ciekawiło... – Uśmiechnęła się niewinnie. – Czy to prawda z tymi wszystkimi członkami?
– Czym?!
– No wiesz, z tymi wszystkimi towarzystwami, do których podobno należysz. Wymieniają ich tu naprawdę sporo. W Towarzystwo Alchemiczne jeszcze jestem skłonna uwierzyć, ale... Liga Pedagogiczna?!
– Owszem – przytaknął.
– Serio, Sever? – Yenlla spojrzała na niego sceptycznie, jakby podejrzewała, że stroi sobie z niej żarty. – Ty i Liga PEDAGOGICZNA? – podkreśliła.
– A dlaczego nie? – zdziwił się uprzejmie.
– Przecież ty nienawidzisz uczyć!
– To jeszcze nie znaczy, że nie chcę być dobrym nauczycielem.
– Sever, uwierz mi, nie jesteś! Jesteś okropnym nauczycielem!
Wyprostował się nagle na łóżku. Wyglądał przy tym na lekko urażonego podobną insynuacją.
– Kwestia gustu.
– Nieważne, poddaję się! – Uniosła ręce do góry obronnym gestem. – Wracajmy do zasadniczego tematu! – Znów przez chwilę grzebała w stosie gazet. – O, posłuchaj tego: Piękny powód nawrócenia profesora Snape'a.
– Zawsze jeszcze możesz zostać martwym powodem ponownej zmiany zdania – przerwał jej.
– Och, nie podoba ci się? To może jeszcze jeden. Ostatnia próba, obiecuję!
Wybrała ze stosu najgrubszy kolorowy magazyn wydrukowany na luksusowym, błyszczącym papierze. Na okładce znajdowało się rewelacyjne zdjęcie z Ministerstwa Magii. Severus pochylał się nad nią, całując zawzięcia, a na jego szacie dumnie pysznił się Order Merlina Pierwszej Klasy. Yenlla rozjaśniła się jak pochodnia, tuląc czule magazyn do piersi.
– Szpieg, który ją kochał – przeczytała. – Specjalne wydanie „Czarownicy" poświecone najbardziej elektryzującemu romansowi sezonu. Piękna aktorka i mroczny Śmierciożerca stawiają czoła całemu światu w wielkiej bitwie na błoniach Hogwartu.
Początkowo Yen była pewna, że Severusa na miejscu trafi szlag, gdy zobaczy te wszystkie gazety. Owszem, wczoraj sam podjął niebezpieczną grę z prasą, ale zapewne zdążył już tego pożałować. Myślała, że zacznie się awanturować, rzucać typowe, snape'owate komentarze i w dzikim szale drzeć papiery, a tymczasem przyglądał się brukowcom z uprzejmym zainteresowaniem i filozoficznym spokojem. Zwłaszcza temu ostatniemu periodykowi. Wziął nawet od niej pięknie opracowany graficznie numer „Czarownicy" i przerzucił kilka stron, marszcząc z namysłem brew.
– Muszę przyznać, że wyszło całkiem nieźle – ocenił w końcu ku jej niepomiernemu zdumieniu.
Odruchowo przyłożyła mu dłoń do czoła, sprawdzając, czy nie ma gorączki.
– Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się. – Przynieść ci jeszcze jakiś eliksir?
Przewrócił oczami i prychnął.
– Nie rozumiem, o co ci znowu chodzi.
– Sever, piszą dziś o nas we wszystkich gazetach! W każdej jednej! Czy naprawdę ci to ani trochę nie przeszkadza? – Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Myślałem, że o to ci właśnie chodziło, słońce dni moich.
– Tak, ale... – zająknęła się i urwała.
Przez moment rozbłysła jej w głowie cudowna myśl, która rozlała się kojącym balsamem wokół jej serca. Czyżby Severus naprawdę zrobił to dla niej? Czyżby świadomie zgodził się na to całe widowisko tylko dlatego, aby sprawić jej przyjemność? To byłoby po prostu cudowne! To byłaby najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek dla niej zrobił. To byłoby... absolutnie niemożliwe!
Dochodząc do tego ostatecznego wniosku, który był dla niej niczym kubeł zimnej wody, Yen przyjrzała się dwa razy uważniej swojemu mężowi. Wredny, zimny Nietoperz z autentycznym zainteresowaniem przeglądał cukierkową laurkę, którą wysmażyła dla nich jakaś dziennikarka z „Czarownicy". Uśmiechał się przy tym pod nosem w ten szczególny, przebiegły sposób, który dobrze znała.
I nagle z bólem serca zrozumiała, że w całej tej sprawie bynajmniej nie chodziło o nią.
– Ty chciałeś tej okładki! – wykrzyknęła odkrywczo, mierząc w niego oskarżycielsko palcem. – Nie dla mnie, ale dla siebie!
Wzruszył obojętnie ramionami, ale z jego oczu wyczytała, że ma rację.
– Dlaczego, Sever? – naciskała. – Dlaczego miałoby ci zależeć na okładce w babskim piśmie?!
– Cóż, w końcu jestem romantycznym Śmierciożercą – zakpił z niej bezczelnie.
Yen prychnęła jak rozwścieczona kotka.
– Nie baw się ze mną, Snape. Pytam poważnie! Dlaczego to było takie ważne? – Uczepiła się jego ramienia, domagając odpowiedzi. – Co chciałeś przez to osiągnąć?
Mistrz eliksirów rzucił jej bystre spojrzenie i przez chwilę sprawiał wrażenie, że chce jej coś powiedzieć. Yen postanowiła wykorzystać ten moment.
– Proszę, powiedz mi – spróbowała go przycisnąć i popełniła wielki błąd.
– Nie – uciął krótko.
Gdy Severus poczuł presję, natychmiast się wycofał. Ziewnął, wstał z łóżka i zaczął się ubierać.
– Nie mam czasu na głupoty – stwierdził chłodno. – Muszę porozmawiać z dyrektorem.
Zrozumiała, że już nic z niego nie wyciśnie. Westchnęła, sięgnęła po tacę i zabrała się za sprzątanie po bardzo skromnym śniadaniu.
– Poprosisz go o podwyżkę ze względu na Order Merlina? – zainteresowała się z dość złośliwym uśmieszkiem na ustach.
– Bynajmniej. Zamierzam jeszcze dziś złożyć rezygnację.
– CO?! – Taca zadrżała w dłoniach Yen. – Jak to?
– Tak to – przedrzeźnił ją. – Sama powiedziałaś, że jestem okropnym nauczycielem.
– Ale... Co ty będziesz robił, Sever?! – zapytała z tak autentycznym zmartwieniem, że ponownie uraziła jego ambicję.
– Przyłączę się do wędrownego cyrku i zostanę treserem lwów.
– Nie żartuj! Przemyślałeś to dobrze? Myślisz, że ktokolwiek cię zatrudni?
– Yenlla, już mam nową posadę – wysyczał, cedząc słowa i rzucając jej miażdżące spojrzenie. – Zaczynam od lipca.
– Gdzie?
– W Świętym Mungu otwierają nowy oddział eksperymentalnych eliksirów leczniczych. Poproszono mnie, abym pokierował głównym laboratorium.
Kobieta wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Z wrażenia aż zaparło jej oddech w piersiach. Zadziwiające, że mimo górnolotnych deklaracji i bijących po oczach dowodów jego talentu nadal w niego nie wierzyła. I to właśnie ona, osoba, która znała go najlepiej.
– Ty? – szepnęła.
– A co w tym dziwnego? Jestem mistrzem eliksirów. I to cholernie dobrym!
Wszystko nagle nabrało sensu. Wizyta w Świętym Mungu i specjalne traktowanie, z jakim się tam spotkali. Severus musiał już wcześniej odbyć z nimi decydujące rozmowy. Praktycznie był już pracownikiem, a to nowe, świetnie wyposażone laboratorium należało do niego. A więc… To naprawdę koniec? Wszystko postanowione, naprawdę odchodził. Naprawdę zamierzał to zrobić! Snape zaczynał nowe życie.
Tylko czy było w nim miejsce dla niej?
Yen zamarła, wpatrując się w niego z napięciem. Severus z kolei kręcił się po sypialni niezdecydowany, jakby i jego coś dręczyło. Nic dziwnego, po tylu latach względnego spokoju i stagnacji w Hogwarcie, zmieniał swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Wreszcie z powrotem usiadł na łóżku, rozmasowując szczupłymi palcami skronie. Chyba eliksir był zbyt słaby, bo migrena powróciła jak bumerang. A miał dziś jeszcze tyle do zrobienia...
Yen przycupnęła obok niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Wiesz, zrobiłbym to dawno temu – powiedział niespodziewanie. – Ale nie mogłem.
– Z powodu Dumbledore'a? – domyśliła się.
– Też. Jednak była także inna, drobna przeszkoda...
– Nie rozumiem.
Severus zerknął w sufit, jakby prosił niebiosa o zmiłowanie nad jej niedomyślnością.
– Yen, na Salazara! Dobrze wiesz, jak skończyła się dla mnie Pierwsza Wojna! Siedziałem w Azkabanie, z łatką Śmierciożercy, którym rzeczywiście byłem, i w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Poza Dumbledore'em nikt nie wiedział o mojej roli. Wszystko od początku było ściśle tajne.
– Ale przecież wyciągnął cię stamtąd – przypomniała mu usłużnie żona.
– I co z tego? – irytował się Snape, patrząc na nią złym wzrokiem. – Wyobrażasz sobie, jak cała ta sprawa wyglądała z zewnątrz? Aresztowano mnie jako Śmierciożercę, w trakcie spotkania Śmierciożerców w moim własnym domu! Nikt nie wiedział, że to przygotowana przez dyrektora prowokacja. Nie było żadnego dowodu na zmianę stron. Nie byłem nawet oficjalnie członkiem Zakonu Feniksa. Dumbledore poręczył za mnie, ale nikt tak naprawdę nie rozumiał dlaczego. To były tylko jego słowa przeciw niekończącym się raportom aurorów i zeznaniom świadków, które świadczyły o czymś zupełnie przeciwnym. „Osobiście i na własne oczy widziałem, jak profesor Snape rozszarpał na kawałki mugola" – zacytował, siląc się na sarkazm, ale głos mu się załamał.
Yen spróbowała go objąć, ale Severus odskoczył jak oparzony. Odsunął się na drugi koniec łóżka i schował twarz w dłoniach. Taktownie nie próbowała go naciskać. Czekała, aż sam będzie gotowy mówić dalej. Bo przeczuwała, że zechce kontynuować opowieść. Wyraźnie chciał to z siebie wyrzucić.
– Trwała wówczas nagonka na zwolenników Lorda, procesy były jawne – podjął cicho Snape, nie podnosząc głowy. – Gazety publikowały zdjęcia, nazwiska, streszczenia dokumentów. W moich aktach nie było nic, co obiektywnie uzasadniałoby zwolnienie z Azkabanu, tylko poręczenie Dumbledore'a. A to na pewno nie wydało się nikomu podejrzane... Może byłem wolny, ale też skończony.
Szelma wierciła się niespokojnie obok niego. Wiedziała aż nadto dobrze, jak działa plotka. Znając życie, te wszystkie sekrety bardziej Severusowi zaszkodziły, niż pomogły.
– To wtedy dyrektor zaoferował ci pracę? – zapytała.
– Tak. Trzymał rękę na pulsie. Bał się, że znowu zejdę na złą drogę. Wtedy jeszcze mi nie ufał. Chyba nie wierzył, że naprawdę i na zawsze sporządniałem – westchnął ciężko.
Yen zaśmiała się niekontrolowanie. Bardziej wynikało to z napiętych jak postronki nerwów niż autentycznej wesołości, ale zwyczajnie nie mogła się powstrzymać. Severus poderwał głowę i rzucił jej pytające spojrzenie.
– Co w tym zabawnego? – warknął.
– Sever, przy całym ogromie sympatii, jaką do siebie żywię, po prostu muszę to powiedzieć: wyglądasz, jak wyglądasz i masz określoną reputację. Jesteś czarnoksiężnikiem do szpiku kości.
Były Śmierciożerca w jednej chwili poczuł się bardzo, bardzo zły.
– I co z tego? Nie mam zamiaru czuć się z tego powodu winny! – krzyknął. – Byli czarodzieje, którzy dokonywali wspaniałych rzeczy za pomocą białej magii. Ale byli też równie zdolni czarodzieje, którzy czynili równie cudowne rzeczy za pomocą mrocznych sztuk. Czy raczej zaklęć, które powszechnie uchodzą za mroczne. Wszystko zależy od intencji i wszystko jest dla ludzi. – Z każdym słowem Severus coraz bardziej się zapalał, zatracał w tym niespotykanie szczerym wywodzie. – Jasne zaklęcia są prostsze, nie potrzeba do nich silnego umysłu, za to mroczne sztuki... Wymagają poświęcenia i odpowiedzialności, dlatego tak łatwo stracić poczucie równowagi. Poza tym, kto decyduje o tym, co jest czarne, a co białe? Wytoczenie krwi z jednorożca jest wielką zbrodnią, a ze smoka już nie? W mojej opinii oba te stworzenia są równie piękne i imponujące. Kto podejmuje decyzje o tym, co jest dobre, a co nie? Ugh! Nie zniosę tego! – przerwał nagle. Rzucił się do tyłu na łóżko i schował głowę pod poduszkę. – Po co ja ci to w ogóle mówię? – wymamrotał niewyraźnie.
– Bo nieważne, jak bardzo byś się tego wypierał, masz sumienie, które cię gryzie – stwierdziła pewnie Yen.
– Nieprawda!
– Severusie, błagam cię!
Nie miała zamiaru pozwalać, aby dłużej trzymał ją na dystans. Zbliżyła się do niego i mocno przytuliła. Bronił się przez moment, ale nie miał żadnych szans. Musiał w końcu skapitulować.
– Potrafisz odróżnić dobro od zła – powiedziała cicho.
Snape mruknął coś niezrozumiale spod poduszki.
– Dlatego odszedłeś od Vol... Voldemorta – dzielnie wypowiedziała groźne imię w pełnym brzmieniu. – Podjąłeś najlepszą decyzję w życiu, nie próbuj jej teraz utopić w powodzi tych dziwacznych sofizmatów. Jesteś dobrym facetem, tyle... tyle że o urodzie seryjnego mordercy – dokończyła, usilnie tłumiąc śmiech.
Podziałało natychmiast. Severus wypłynął spod piernatów z miną tak złą, że całkowicie potwierdził jej tezę.
– Coś ty powiedziała?!
– To, co słyszałeś, kochanie. – Wyszczerzyła się do niego bez cienia strachu. – Opowiesz mi w końcu, dlaczego jednak przyjąłeś posadę w Hogwarcie?
Snape wyglądał na naprawdę zmęczonego szczerą rozmową, w którą sam się wpakował. Yenlla już, już myślała, że znowu jej umknie i schowa się za swoimi murami, lecz bynajmniej tego nie zrobił.
– Slughorn od dawna planował emeryturę – spokojnie wrócił do tematu.
– I zgodziłeś się zająć jego miejsce.
– Nie. Odmówiłem.
– Co?!
Znowu zerwał się z łóżka i zaczął nerwowo spacerować po niewielkim pokoju. Ależ tego faceta nosiło!
– Nigdy nie chciałem być nauczycielem – pożalił się. – Nienawidzę tego! Miałem własne plany.
– Więc skąd się tu wziąłeś, Sever?
– Z taką reputacją nie przyjęła mnie żadna szanująca się instytucja naukowa, do której aplikowałem. Nikt nie chciał mnie zatrudnić. Byłem skończony i kompletnie spłukany. Z odziedziczonego majątku nie zostało nic. Nie zdołałem nawet sprzedać ziemi pod dawnym dworem, cieszyła się zbyt złą sławą. Moją skrytkę u Gringotta zajęło ministerstwo. Znaleźli w niej tyle czarnomagicznych artefaktów i nielegalnych substancji, że nigdy mi jej nie zwrócili. Teraz jestem mądrzejszy, mam kilka osobnych skrytek, ale wtedy? Zostały mi tylko wpływy ze starych patentów. Byłem spłukany i zdesperowany. A Dumbledore wciąż ponawiał ofertę. W końcu posada przestała mi się wydawać tak bardzo zła, przynajmniej wiązała się ze stałą pensją.
– Och, Sever! – pisnęła Yen ze współczuciem.
– Nie miałem innego wyjścia. Zresztą, pomyślałem, że zawsze mogę później zrezygnować.
– Ale nie zrobiłeś tego.
– Nie.
– Dlaczego? Po kilku latach, gdy wszystko ucichło...
– Dlaczego nie wróciłaś na scenę, Yen? – skontrował bystro Snape.
Skrzywiła się, odwracając od niego twarz.
– To zupełnie co innego – szepnęła.
– Bynajmniej. Hogwart był... bezpieczny. Kilka razy planowałem odejść, ale nie mogłem. Marzyły mi się wielkie jednostki badawcze, centra naukowe, uniwersytety, publiczne instytucje, a one są zawsze polityczne. Uzależnione od państwowych dotacji, rządowych funduszy, sponsorów. Pracownicy nie mogą mieć za sobą szemranej przeszłości. Wystarczyłaby drobna plotka, ciekawski albo zazdrosny współpracownik. Ktoś, komu chciałoby się rzucić okiem na ministerialne archiwa i wszystko zaczęłoby się od nowa. Nie chciałem przez to przechodzić. Nie chciałem, aby ktokolwiek połączył mnie ze Śmierciożercami. Zostałbym z niczym. Znowu. Zgodziłem się zostać tym pieprzonym belfrem i jakoś pogodziłem się z losem. Trudno.
– A potem On wrócił i wszystko zaczęło się od nowa.
– Tak. Zostałem uziemiony w Hogwarcie. Musiałem doprowadzić sprawy do końca, ale było jeszcze gorzej niż za pierwszym razem.
– Próbowałeś się wycofać... – Uświadomiła sobie z przerażeniem Yenlla. – Ale ci nie pozwolili.
– I tak skończyłem z tobą na głowie. – Miała wrażenie, że jego usta lekko drgnęły, kiedy to mówił. – Jednak do trzech razy sztuka. Gdy ponownie wróciłem do Zakonu, miałem już plan. Dosyć czajenia się w cieniu. Tym razem planowałem zakończyć widowisko na pierwszym planie.
Zapadła cisza, podczas której Yen układała sobie w głowie nowe informacje. A potem nagle wszystko zrozumiała.
– Bitwa o Hogwart! – krzyknęła odkrywczo. – To dlatego ty... Mogłeś zginąć!
Severus po raz kolejny przewrócił oczami.
– Bez przesady, nigdy nie było takiego ryzyka – rzucił, jakby codziennie na śniadanie zjadał najbardziej mrocznych i zwariowanych czarnoksiężników swojej epoki. Chociaż trzeba przyznać, że nie miał tak hardej miny, gdy parę dni temu wymiotował smołą na błoniach.
– To były potężne zaklęcia – upierała się Yen.
– Ale wszyscy mnie widzieli – rzucił tryumfalnie Snape. – Widzieli, jak stoję u boku Dumbledore'a i tego przeklętego Pottera.
– Zaplanowałeś to wszystko? Wykalkulowałeś na zimno?
– Oczywiście, że nie! A przynajmniej niecałkiem. Naprawdę nienawidziłem Voldemorta. Chyba nikt nie pragnął jego upadku równie mocno jak ja. Zresztą, tym razem byliśmy w lepszej sytuacji – tłumaczył cierpliwie. – Znaliśmy odpowiednią metodę i zaklęcia, nie błądziliśmy po omacku. Od początku wiedzieliśmy, co zrobić. No i udało się.
– I teraz nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, co do tego, po której stronie spoczywa twoja lojalność.
Severus przytaknął.
– Żadnych niedomówień, żadnego krycia się w cieniu – stwierdził kategorycznie. – Nie zamierzałem znowu przechodzić żadnej zwariowanej lustracji. Miałem nauczkę po poprzednim razie. – Severus skrzywił się po swojemu. – A ukoronowaniem misternego planu była...
– „Czarownica"! – dokończyła za niego Yen, sięgając po czasopismo i przyglądając mu się nowymi oczami. – Dlatego nie miałeś nic przeciwko fotoreporterom.
Severus Snape promieniował dumą i niemal się uśmiechał, co nadawało mu raczej upiorny i niebezpieczny wygląd.
– Sztuczka, której nauczyłem się od ciebie – przyznał łaskawie. – Nieważna jest prawda, ale to, co ludzie myślą, że o tobie wiedzą. Założyłem, że z całej tej wojny niewiele faktów zostanie ludziom na długo w pamięci, ale romantyczny Śmierciojad... Potęga prasy! – Klasnął w dłonie. – Mój publiczny wizerunek został z sukcesem zmieniony i ugruntowany. Jestem wolny.
– I nareszcie możesz robić, co chcesz.
– Owszem – zgodził się. – Co mi przypomina, że zanim przerwałaś mi jakieś dziesięć godzin temu, wybierałem się do Dumbledore'a.
– Naprawdę rzucisz pracę?
– Tak. I przy okazji poproszę o rozwód.
Spodziewał się jakiegoś komentarza, ale Yen, która zawsze miała coś do powiedzenia, milczała jak zaklęta. I bardzo zbladła. Miała taki wyraz twarzy, jakby przed chwilą ją uderzył.
– Co się stało, słońce dni moich? – zagadnął pozornie zatroskanym głosem, który aż wibrował od sarkazmu. – Odniosłem wrażenie, że od początku właśnie taki był plan. Czyżbyś w ostatniej chwili zmieniła zdanie? A może jeszcze mi powiesz, że będziesz za mną tęsknić?
– Nie. Rozwód to wszystko, czego pragnę – skłamała zgnębiona Yenlla.
§§§
Albus Dumbledore spoglądał na piękny letni dzień przez okno swojego gabinetu. Na jego biurku panował zwyczajowy kontrolowany chaos z przewagą cytrynowych dropsów, a alchemiczne instrumentarium pykało mechanicznie na stoliczku obok. Myśli dyrektora wędrowały spokojnie wokół spraw szkolnych. Z okazji ostatnich wydarzeń postanowił odwołać ostatnie dwa tygodnie zajęć w Hogwarcie. Piąto- i siódmoklasistom dało to nieco czasu na ochłonięcie i przygotowanie się do egzaminów, a reszta... Cóż, reszta na pewno znajdzie sobie jakieś ciekawe zajęcia. Można by na przykład przeprowadzić ogólnoszkolny turniej gry w czarodziejskie karty. Każdy uczeń miał pokaźną kolekcję, przecież od lat dołączali je do czekoladowych żab.
– Khm, khm – chrząknął znacząco mistrz eliksirów, który od dobrych kilku minut czuł się ignorowany.
– Och, Severusie, mój chłopcze! – Ocknął się Dumbledore. – O czym to mówiłeś?
– Uprzejmie prosiłem, aby rozwiązał pan moje małżeństwo z Yenllą Honeydell – powtórzył Snape, delikatnie sugerując, że zawsze może poprosić w sposób mniej uprzejmy, a wtedy obu im będzie przykro.
– Nie rozumiem dlaczego. Przecież wszystko układa się znakomicie!
Mistrz eliksirów nie miał nastroju do żartów. Oczywiście nie spodziewał się, że załatwi sprawę błyskawicznie, ale tego już było za wiele.
– Nic się nie układa – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Ta farsa musi się wreszcie skończyć.
– A Yen? Co ona o tym myśli?
– Naturalnie zgadza się ze mną.
– A to ciekawe... – Zamyślił się ponownie dyrektor.
Snape czuł, że starszy czarodziej gra na zwłokę, ale zupełnie nie potrafił odgadnąć jego motywacji. Dlaczego zależałoby mu na dalszym zmuszaniu ich do wspólnego życia? Przecież to było kompletnie pozbawione sensu, na Salazara!
– Dlaczego miałaby mieć odmienne zdanie? Zabawił się pan nami niczym teatrzykiem kukiełkowym – zarzucił przełożonemu, siląc się na w miarę spokojny ton. – Co w tym dziwnego, że oboje chcemy się wreszcie uwolnić?
– Nie przesadzaj, mój chłopcze! Przecież od początku było wiadomo, że wszystko dobrze się skończy – szedł w zaparte dyrektor Hogwartu, a zarazem naczelna swatka Zakonu Feniksa.
– Wcale nie było wiadomo! – zaprzeczył od razu mistrz eliksirów, ale Dumbledore tylko się zaśmiał.
– Naprawdę? – zapytał, rzucając mu jedno z tych irytujących, wszechwiedzących spojrzeń.
– I wcale się nie ułożyło!
– Wybacz, Severusie, ale odniosłem przeciwne wrażenie. Potrzebowałeś wreszcie kogoś, kto by się tobą zajął i...
Nieszczęsny małżonek omal nie zadławił się własnym językiem z oburzenia.
– Słucham?! Nie jestem dzieckiem, aby się mną „zajmowano". Jestem dorosłym facetem, do ciężkiej cholery! – Chociaż bardzo starał się nad sobą panować, wreszcie puściły mu nerwy.
– To nawet gorzej. – Dyrektor pokiwał ze zmartwieniem głową. – Widzisz, Severusie, dzieci zazwyczaj świetnie radzą sobie same, natomiast jeśli chodzi o dorosłych mężczyzn... Cóż, z tym bywa już różnie. Czytałeś może kiedyś baśń o Jasiu i Małgosi? Dzieci bezbłędnie rozpoznały wiedźmę i sprytnie sobie z nią poradziły, a co zrobił dorosły mężczyzna? Najpierw przywdział maskę jednej zwariowanej starej wiedźmy, a potem przez wiele lat pozwolił się wodzić za nos drugiej.
Snape wpatrywał się w niego zszokowanym wzrokiem. Miał wrażenie, że sam też właśnie zwariował, bo nijak nie rozumiał enigmatycznych słów Dumbledore'a. Czy on naprawdę właśnie porównał się do...
– Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, odpowiem: tak, miałem na myśli Voldemorta i siebie. Wpadłeś w nasze łapy z zamkniętymi oczami. Jest mi bardzo przykro z tego powodu – westchnął, ponownie zerkając w okno. – Tak, Severusie. Wszyscy jesteśmy głupcami. Zupełnie jakby zdrowy rozsądek wyparowywał z nas wraz z okresem dojrzewania. Pewnie dlatego zawsze tak bardzo lubiłem pracę w szkole.
– A ja wcale – przerwał mu brutalnie i marudnie mistrz eliksirów.
– Co do tego chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości. – W oczach dyrektora zamigotały psotne iskierki.
– Więc proszę pozwolić mi odejść. – Severus z uporem maniaka powracał do zasadniczego tematu, chociaż dyrektor konsekwentnie próbował zbić go z tropu. – A wcześniej uwolnić od Yen.
– Jesteś tego absolutnie pewien, mój chłopcze?
– TAK! – Snape zawył z frustracji, po czym chrząknął nerwowo i zmienił taktykę, próbując zatrzeć złe wrażenie. – Proszę wybaczyć, ale czegoś tu nie rozumiem, dyrektorze. Dotrzymałem swojej części umowy. Zrobiłem wszystko, o co pan mnie poprosił, a nawet znacznie więcej. Udało mi się zachować Yen przy życiu, mimo że chwilami było to niezwykle trudne, bo ta kobieta praktycznie co chwilę bezmyślnie pakuje się w nowe tarapaty. Jednak włos jej z głowy nie spadł. Dlaczego zatem wciąż odmawia mi pan prawa do wolności?
Dumbledore spojrzał na niego jakimś takim szczególnym wzrokiem. Błagalnym wzrokiem. Jakby wiedział, że w końcu będzie musiał odkryć karty, a jednak rozpaczliwie próbował odwlec tę chwilę.
– Czy zadowoli cię odpowiedź, że po prostu miałem dobre przeczucia co do tego związku?
– O nie!
Severus z rozmachem walnął pięścią w stół, po czym pod karcącym spojrzeniem dyrektora poprawił przewrócony kałamarz i ponownie grzecznie ułożył dłoń na kolanie.
– Żadnych głodnych kawałków. Tylko fakty – kontynuował, jakby nic się nie stało. – Przecież ja nawet nie mam pretensji, a przynajmniej staram się je zachować dla siebie – łgał w żywe oczy, bo nie raz i nie dwa dawał dość głośno wyraz swemu niezadowoleniu. – A jednak chciałbym chociaż wiedzieć DLACZEGO. Dlaczego pan to zrobił, dyrektorze? Dlaczego akurat ona i ja? Trwała wojna i świat trząsł się w posadach, więc dlaczego akurat to było takie ważne? W ciągu ostatnich miesięcy zdążyłem poznać przynajmniej kilkanaście alternatywnych wyjaśnień, Yen zmienia swoją wersję wydarzeń przynajmniej raz na godzinę... Teraz chciałbym wreszcie usłyszeć prawdę. Całą prawdę.
Albus Dumbledore zdjął okulary w kształcie półksiężyców i zmęczonym ruchem przetarł oczy. Uświadomił sobie, że tym razem młody mężczyzna nie ustąpi. Miał to wyraźnie wypisane na twarzy. Przez prawie rok godził się na tę maskaradę i teraz nareszcie pragnął wiedzieć. Oczywiście, przysługiwało mu do tego pełne prawo, chyba jak nikomu na świecie, lecz... Dyrektor wciąż się wahał. Zbyt długo trzymał ten sekret dla siebie, aby teraz tak łatwo wypuścić go na światło dzienne. Wiedział, że gdy to zrobi, wszystko się zmieni. Nic już nie będzie takie samo, gdy Severus Snape pozna prawdę. Jako jedyny na całym świecie. Uniósł głowę i spojrzał młodszemu mężczyźnie prosto w oczy.
Severus cierpliwie czekał. Patrzył w niebieskie oczy Dumbledore'a, staczając z nim swoisty pojedynek na spojrzenia – a trzeba przyznać, że był w tym dobry dzięki latom praktyki pedagogicznej. Próbował w ten natrętny sposób zmusić go do odpowiedzi. I wtedy coś go uderzyło. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to zawsze tam było, ale on zwyczajnie niczego nie zauważył. Ukryte tak blisko, na widoku, tuż pod jego nosem.
Bo w starej i pooranej zmarszczkami twarzy dyrektora Severus niespodziewanie dostrzegł coś znajomego. Oczywiście nie chodziło o samego Dumbledore'a – jego znał przecież praktycznie od zawsze. Jednak było coś takiego w tych błękitnych oczach... Nie, nie chodziło o kolor. Tamte inne oczy miały o wiele głębszy, cieplejszy odcień. Ale ten charakterystyczny kształt... Ale wyraźnie zarysowana linia brwi... Severus bardzo dobrze znał te oczy. Od prawie roku patrzył w nie prawie codziennie. Czasami w takich okolicznościach, o których wolałby teraz nie myśleć.
Bo te oczy, oczy Albusa Dumbledore'a, bardzo często patrzyły na Severusa wzrokiem zamglonym z rozkoszy.
Mistrz eliksirów gwałtownie potrząsnął głową, próbując zepchnąć ten obraz w głąb podświadomości.
– Ty... – szepnął kompletnie zdezorientowany, odruchowo odsuwając się wraz z krzesłem i zapominając o oficjalnej tytulaturze.
– Tak, drogi chłopcze?
– Ty... Ty... Ty... – Severus nie był w stanie wyrazić głośno swoich szalonych przypuszczeń.
Dyrektor wciąż przyglądał mu się łagodnie. Westchnął ciężko, ponownie pocierając dłonią zmęczone oczy. Wyglądał, jakby nagle postarzał się o sto lat. Iskierki w oczach zgasły, ramiona przygarbiły się, cała sylwetka pochyliła się niczym przygnieciona olbrzymim ciężarem.
– Ty jesteś jej... Kim ty, do cholery, dla niej jesteś?! – wykrzyknął wreszcie doprowadzony do ostateczności mistrz eliksirów.
– To moja wnuczka, Severusie.
– CO TAKIEGO?!
– Córka mojej córki – wyjaśnił cierpliwie nieporuszony Dumbledore.
– Ty... Pan... Ale JAK?
Dyrektor Hogwartu w przypływie humoru pomyślał, że warto było zdradzić tę tajemnicę choćby po to, aby zobaczyć żelaznego mistrza eliksirów w stanie tak kompletnego rozbicia. Wcześniej chyba nic nie zdołało go do tego stopnia wytrącić z równowagi.
– Chyba nie muszę tłumaczyć ci ze szczegółami mechanizmu powstawania córek i wnuczek, Severusie. – Na jego udręczonej twarzy przez mgnienie oka błysnęło rozbawienie.
– NIE! – Snape zbladł na samą myśl o podobnej pogadance. – Nie, błagam. Tylko nie to.
Dyrektor uśmiechnął się niewesoło.
– Wiedziałem, że w końcu się domyślisz – powiedział, kiwając z uznaniem głową. – Muszę przyznać, że od początku było to moje największe zmartwienie. Człowiek tak przenikliwy i... podejrzliwy jak ty, Severusie, musiał to w końcu dostrzec. Szczerze mówiąc, jestem wręcz zdziwiony, że stało się to tak późno. Jednak pewnie sama idea wydawała ci się tak nieprawdopodobna, że zupełnie zignorowałeś sygnały.
– Yen wie? – zapytał prosto z mostu. Miał wrażenie, że na te słowa ciałem dyrektora wstrząsnął lekki dreszcz.
– Oczywiście, że nie. Mirabilis nigdy by na to nie pozwoliła.
– Mirabilis? – zdziwił się Severus. – Babka Yen nazywała się Ethel Sweetscent.
– Wtedy jeszcze nie. Mirabilis to był jej pseudonim artystyczny. Później odcięła się ode mnie definitywnie. Nigdy nawet nie pozwoliła mi... – urwał nagle, wstał i przespacerował się w stronę wielkiego okna. Zapatrzył się przed siebie niewidzącym wzrokiem.
W gabinecie dyrektora długo panowała cisza rozpraszana tylko delikatnymi dźwiękami wydawanymi przez podręczne alchemiczne instrumentarium. Severus nie naciskał, powstrzymując się od setek pytań, które cisnęły mu się na usta. Pozwolił przełożonemu w spokoju zebrać myśli.
Wreszcie starszy mężczyzna zaczął mówić. I była to zdecydowanie najdziwniejsza historia, jaką Snape kiedykolwiek słyszał.
Poza jego własną, oczywiście.
§§§
To była miłość nieduża,
poryw uczucia maleńki.
Do wielkich grzechów
nie zmusza,
nie pretenduje do ręki.
Starczyła nam ledwo
na krótką i zwiewną,
na jedną, jedyną noc
(Jeremi Przybora,
Jerzy Wasowski
To będzie miłość nieduża)
Wszystko wydarzyło się na początku wojny z Grindelwaldem – opowiadał Albus Dumbledore nietypowym dla siebie, niepewnym głosem i z częstymi, melancholijnymi pauzami. – Już wtedy mówiło się, że ostateczna bitwa rozegra się między nami dwoma. Właściwie to sam Grindelwald wskazał mnie jako swojego przeciwnika... Dlatego zostałem dowódcą i miałem poprowadzić całą tę zwariowaną wyprawę.
Och! Byliśmy tacy głupi i naiwni. Wydawało nam się, że skoczymy na wschód, błyskawicznie obalimy czarnoksiężnika i wrócimy do domu. Tymczasem Grindelwald wykazał się sprytem. Nie zależało mu na konfrontacji. Unikał bezpośredniego starcia, jak tylko mógł. I tak okopaliśmy się po dwóch stronach wielkiego pola. My w jednym kącie, ludzie ówczesnego wielkiego czarnoksiężnika po przekątnej. Tkwiliśmy tam tygodniami i kompletnie nic się nie działo. Nudziliśmy się niewymownie, jednak nie zamierzaliśmy wyjechać. Uważaliśmy, że to kwestia honoru.
Naturalnie, otrzymywaliśmy pomoc i wsparcie od Ministerstwa Magii. Stałe dostawy dóbr wszelakich – czego dusza zapragnie! Wkrótce obóz wojskowy przemienił się w kolorowy, bardzo rozrywkowy tabor. Ponieważ niewiele to wszystko miało wspólnego z wojną, ludzie coraz bardziej tracili zainteresowanie, a morale sukcesywnie spadały. Wreszcie ówczesny minister wpadł na błyskotliwy pomysł i przysłał do nas na gościnne występy londyński kabaret.
Dziewczęta były wspaniałe! Piękne i zdolne. Naturalnie wszystkie treści zaplanowane w przedstawieniu miały wydźwięk patriotyczny, propagandowy i w teorii miały zagrzewać nas do boju, jednak gdy artystki zaczynały tańczyć, mało kto zwracał uwagę na tekst. Mirabilis rzucała się w oczy najbardziej ze wszystkich. Była prawdziwą gwiazdą i dobrze o tym wiedziała.
Wkrótce stało się jasne, że piękne tancerki z kabaretu zamiast zagrzewać do walki, wprowadzają do obozu jeszcze większy chaos. Teraz wojna z Grindelwaldem była ostatnią rzeczą, o jakiej ktokolwiek myślał. Dziewczęta wysuwały się na pierwszy plan, a na ich tle błyszczała Mirabilis. To ona siała największy zamęt w męskich sercach. Gdziekolwiek się pojawiała, otaczał ją tłum wielbicieli. Podobno codziennie otrzymywała kilka propozycji małżeństwa i wszystkie ze śmiechem odrzucała. Obserwowałem ją czasem – oczywiście z bezpiecznej odległości, bo człowiekowi na moim stanowisku nie wypadało inaczej. Doskonale rozumiałem tę fascynację, bo Mirabilis rzeczywiście była cudowna. Pod każdym względem idealna.
Wyglądała zupełnie jak Yen, są do siebie łudząco podobne. Różnią się tylko kolorem włosów, bo Mirabilis miała ogniście rude, bujne loki. Drobna, wesoła, żywa jak górski strumyk i śliczna jak aniołek. Jednak szybko okazało się, że to tylko pozory, bo miała też ognisty temperament i niezły charakterek. Po cywilnemu nosiła spodnie, klęła jak szewc i strzelała lepiej niż niejeden z nas. Ach, bo wtedy oprócz różdżek używaliśmy również szabel i rewolwerów. Pojedynki na broń białą lub pistolety uważano za bardzo honorowe, godne dżentelmena. A kiedy wieczorem Mirabilis przychodziła do kantyny, potrafiła sama wypić cały zapas alkoholu. No dobrze, może przesadzam, ale miała niezwykle mocną głowę i ciągle ktoś wyzywał ją na żenującą bitwą na liczbę wypitych kieliszków. Co wieczór okazywała się niezwyciężona.
Muszę przyznać, że chociaż wcześniej raczej tego unikałem, teraz zacząłem regularnie odwiedzać kantynę. Ja... Ja chyba chciałem ją częściej oglądać, tak jak wszyscy inni. Niewielki lokal pękał w szwach, a Mirabilis królowała w nim niepodzielnie. Nigdy nawet nie zdołałem z nią porozmawiać. Nie było okazji, a poza tym... Co właściwie miałbym jej powiedzieć? Ona była taka, a ja... Zresztą byłem dowódcą, prawda? Dlaczego miałbym zadawać się z tancereczkami? Nawet tak ładnymi, charakternymi, inteligentnymi... Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, a jednak zdarzały się takie momenty, gdy zwyczajnie nie mogłem oderwać od niej wzroku. Chciałem na nią patrzeć i słuchać jej głosu. Nieważne, że rozmawiała czy żartowała z kimś innym.
Oczywiście, mówię to wszystko z perspektywy czasu, która pozwala lepiej ocenić pewne rzeczy. Wtedy zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje. Przecież to normalne, żeby wieczorem, jak inni, zajrzeć do kantyny. Nie miało to nic wspólnego z jakąś tam... Nie, absolutnie nic wspólnego, prawda?
Kiedyś zdarzył się taki wieczór, że w lokalu było wyjątkowo pusto i spokojnie. Mirabilis siedziała przy barze, sączyła Ognistą Whisky i odruchowo flirtowała z barmanem. Tym razem nie było przy niej zwyczajowego tłumu wielbicieli, tylko kilku najbardziej wytrwałych adoratorów. Siedziałem w swoim ciemnym kącie, jak zwykle sam, i obserwowałem ją dyskretnie. Byłem pewien, że nie zdaje sobie z tego sprawy, a jednak w pewnym momencie Mirabilis podniosła wzrok i spojrzała poprzez całą salę prosto na mnie. Miała takie smutne oczy. Zupełnie jakby wszystko, co tutaj robiła, wbrew wszelkim przesłankom, nie sprawiało jej żadnej przyjemności. Uśmiechnęła się do mnie równie niewesoło, a potem uniosła szklankę, jakby wznosiła toast, i wychyliła ją do dna. Nie wiedziałem o tym wówczas, ale w tym momencie podjęła decyzję.
Kiedy późną nocą wróciłem do swojej kwatery, czekała już tam na mnie. Siedziała na łóżku kompletnie naga, opierając się o zagłówek. Pogładziła miejsce obok siebie i rzuciła mi wyzywające spojrzenie...
Chyba nie muszę więcej mówić. Nie byłem już przecież najmłodszy, a jednak zupełnie straciłem głowę. Czyste szaleństwo! Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego i nawet nie podejrzewałem, że to w ogóle możliwe. Mirabilis mnie wybrała i sama do mnie przyszła. Próbowałem się dowiedzieć dlaczego, ale unikała odpowiedzi. W ogóle niewiele mówiła. Całą uwagę skupiała zgoła na czym innym... Dopiero potem, dużo, dużo później powiedziała coś bardzo dziwnego. Wyznała, że gdy spojrzała na mnie wtedy, w kantynie, miałem taki smutny, pusty, tęskny wzrok. Wydałem jej się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie i zwyczajnie zrobiło jej się mnie żal. Naturalnie kłamała, przynajmniej częściowo.
Odwiedziła mnie jeszcze dwa razy, a potem znikła. Zapadła się pod ziemię.
Nikt nic nie wiedział. Dziewczęta nawet nie przejęły się faktem, że jednej z nich brakuje. Każda z przyjemnością zajęłaby miejsce gwiazdy, a teraz wreszcie nadarzyła się okazja. A poza tym ich kontrakt i tak powoli dobiegał końca. Nawet na impresario grupy zniknięcie artystki nie zrobiło żadnego wrażenia. Stwierdził, że Mirabilis widocznie podłapała lepszą fuchę, spakowała manatki i uciekła do cywilizacji. „Jak powinien zrobić każdy zdrowy na umyśle człowiek i jak najszybciej wynosić się z tego przeklętego miejsca", stwierdził, jakby to zamykało sprawę.
Nie mogłem uwierzyć w tę obojętność. Przecież znikła kobieta! I to kobieta, którą... Tak, myślę, że mogę to chociaż raz powiedzieć głośno. Zakochałem się w Mirabilis, mimo że miałem już swoje lata i znałem ją zaledwie chwilę. Ale to była właśnie taka kobieta.
Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć. I to nie tylko z osobistych, sentymentalnych względów. Nie byłem głupi. Po tym, co się wydarzyło, Mirabilis mogła znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeżeli ktoś nas widział, jeżeli ktoś wiedział... Trwała wojna i wszystkie chwyty były dozwolone. Gdyby wpadła w łapy Grindelwalda, ten mógłby użyć Mirabilis, aby dotrzeć do mnie. Wtedy... Wtedy chyba zrobiłbym wszystko.
Oczywiście, pomyślałem też o tym, że kobieta od początku mogła być podstawiona. Przemknęło mi przez głowę, że cała ta maskarada mogła mieć na celu zniszczenie mojej reputacji. To był początek lat czterdziestych, na Merlina! Takie sprawy załatwiało się wówczas zgoła inaczej. Członkowie Wizengamotu i przywódcy magicznego świata nie biegali za tancerkami, a już na pewno nie oficjalnie. Wszystko należało trzymać w sekrecie. Zresztą, gdyby Mirabilis okazała się agentką wroga, bogowie tylko wiedzieli, co jeszcze mogła wynieść z obozu... Mapy, plany, zaszyfrowane wiadomości z Londynu, które otrzymywaliśmy codziennie.
Niezależnie od rozwoju wydarzeń odnalezienie Mirabilis wydawało mi się kluczowe. Poszukiwali jej wszyscy moi najlepsi ludzie, sprawa otrzymała absolutny priorytet i wsparcie na najwyższych szczeblach władzy. I nic! Mirabilis wyparowała, znikła z powierzchni ziemi.
A potem wojna wreszcie ruszyła z kopyta i mieliśmy zupełnie co innego na głowie.
Odszukałem ją dopiero ponad pół roku później, kiedy sytuacja na wschodzie uspokoiła się na tyle, że mogłem na pewien czas wrócić do Wielkiej Brytanii. Poruszyłem wtedy niebo i ziemię, aby trafić na jakikolwiek ślad. Okazało się to nadspodziewanie proste. Wystarczyło odwiedzić ładny, schludny domek na przedmieściach Londynu. Mirabilis musiała przeżyć wstrząs, kiedy pewnej niedzieli stanąłem na jej ganku... Ale na pewno nie tak silny jak ja.
Była już mężatką, do tego w zaawansowanej ciąży.
Dowiedziałem się, że występy z kabaretem stanowiły ostatni kontrakt w jej karierze. Po powrocie wyszła za mąż za swojego narzeczonego, za swojego ukochanego. Wszystko zostało zaplanowane dawno temu. Dlatego znikła. Bez słowa. Spaliła za sobą wszystkie mosty.
Taka właśnie była Ethel Sunrise.
§§§
Dumbledore zakończył opowieść i zamilkł, pogrążając się we własnych, najwyraźniej niezbyt wesołych myślach. Miał nieobecny wyraz twarzy, jakby wciąż spoglądał w odległą przeszłość, na piękną tancerkę z kabaretu, która brutalnie nim pograła. Przez tyle lat trzymał tę starą historię w sekrecie, a teraz wreszcie ją komuś opowiedział. To było takie dziwne... W pewien sposób czuł się obnażony i bezbronny.
W gabinecie dyrektora na długie minuty zapadła ciężka, niekończąca się cisza. Severus nie wiedział, co ma o tym myśleć, ale na pewno nie zamierzał zadowolić się tymi szczątkowymi informacjami. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej coś mu w tej historii nie pasowało. Że była dziwna – to jedna sprawa. Ale o tym zapewne decydował typowo yenllowaty absurd, który jego przebiegła szelma widocznie odziedziczyła po babce. Że była podejrzanie podobna do jego własnej historii z Yen – to zupełnie co innego i mógł się nad tym spokojnie zastanowić później. Jednak niektóre elementy wydawały się po prostu zbyt naciągane…
– Jeśli można, dyrektorze – odezwał się po bardzo długiej przerwie i kontynuował, gdy Dumbledore przyzwalająco skinął głową: – Wszystko rozumiem – stwierdził i Slytherin świadkiem, że wiedział, co mówi, bo sam mimo rozlicznych deklaracji nie był w stanie utrzymać się z dala od pięknej Yenlli, skoro tylko znalazła się pod jego dachem. – Mam tylko jedną wątpliwość... Z całym szacunkiem, lecz skąd pomysł, że to pan był ojcem dziecka?
Fakt faktem, jeżeli ta Mirabilis rzeczywiście tak bardzo przypominała Yen, Severus nie postawiłby na to nawet knuta. I nie uwierzyłby w ani jedno słowo, dopóki nie przeprowadziłby wszystkich znanych w magicznym i niemagicznym świecie testów na ojcostwo.
– Sam pan powiedział, że w międzyczasie zdążyła wyjść za mąż – dodał, kiedy Dumbledore nie udzielił odpowiedzi.
Starszy czarodziej westchnął. Oderwał się wreszcie od własnych myśli i odwrócił od okna. Przemaszerował przez pokój i ponownie usiadł za biurkiem.
– Odpowiedź jest znacznie prostsza, niż myślisz, Severusie – odezwał się z dziwnym, odległym uśmiechem na ustach. – Wiesz najpewniej, jak nazywał się mąż Ethel Sunrise, a zarazem dziadek Yen?
– Owszem – przytaknął mistrz eliksirów, bo szelma raczej nie zachowywała takich informacji dla siebie. – Septimus Sweetscent, ale nie rozumem, co to ma do...
Urwał nagle, bo już kiedy wypowiadał te słowa, domyślił się, o co chodziło Dumbledore'owi. Jak mógł wcześniej pominąć tak istotną informację? Przecież... Przecież powinien połączyć fakty dawno temu!
– Sweetscent! – wykrzyknął. – Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć?!
Dumbledore oparł brodę na złożonych dłoniach i przyglądał mu się uważnie.
– Rozumiem, że znasz tę historię?
– Oczywiście! Jestem mistrzem eliksirów, a to chyba najsłynniejszy i najobszerniej opisany wypadek w laboratorium. Sweetscentowie byli prawdziwymi innowatorami w dziedzinie eliksirów. Ojciec i jego trzej synowie pracowali razem nad wyjątkowo skomplikowanym medykamentem. Nigdy oficjalnie nie ujawnili, jaką chorobą miał leczyć, ale podczas eksperymentu doszło do wybuchu. Pracownia dosłownie wyleciała w powietrze.
– Tak – zgodził się Dumbledore. – Byłem tam, widziałem zgliszcza. Ojciec zginął na miejscu.
– Ale synowie przeżyli. Jeden z nich stał się pionierem w zupełnie nowej dziedzinie. – Severus z przyjemnością dał się wciągnąć w temat, na którym znał się najlepiej. – To on pierwszy opracował zasady BHM, Bezpieczeństwa i Higieny Magii. Stworzył od zera nowy departament w Ministerstwie Magii.
– To był właśnie Septimus – uzupełnił dyrektor.
Snape aż jęknął w duszy. Jak mógł się wcześniej nie domyślić, że to właśnie TEN Septimus Sweetscent? Pewnie dlatego, że zwyczajnie nie spodziewał się niczego dobrego po przodkach Yenlli Honeydell.
– Znasz zatem, mój chłopcze, inne dramatyczne konsekwencje tego wypadku?
Snape w zamyśleniu skinął głową.
– Pod wpływem wybuchu i wysokiej temperatury składniki, których używali Sweetscentowie, oraz inne przechowywane w ich pracowni substancje połączyły się w zaskakujący sposób. Wytworzyły coś w rodzaju osobliwego promieniowania, a ono sprawiło, że...
– Wszyscy bracia stali się bezpłodni – dokończył za niego starszy czarodziej. – Nieodwracalnie. Septimus nie mógł być dziadkiem Yen. Nie mógł być niczyim dziadkiem.
– Więc ta kobieta... – Severus znowu urwał, nie będąc w stanie ubrać w słowa tego, co chciał powiedzieć.
Dumbledore pospieszył mu z pomocą.
– Mirabilis... Ethel kochała Septimusa. Co do tego nigdy nie było najmniejszych wątpliwości, wystarczyło zobaczyć ich razem – powiedział tym głuchym, zupełnie nietypowym dla siebie tonem. – Jednak z pewnością znała jego... przypadłość. A jest coś, co musisz wiedzieć o kobietach z rodziny Yen, Severusie.
– Tak, wiem – wtrącił obojętnie. – Osławiona współczulność.
– To wspaniały kobiecy ród z niezwykłymi zdolnościami dziedziczonymi wyłącznie w linii żeńskiej. Wyjątkowy przypadek w patriarchalnym społeczeństwie czarodziejów. Mają swój etos, dumę, tradycje i pragnienie kontynuacji. Niestety, niezwykle trudno prześledzić jego dzieje, ponieważ kobiety zmieniają nazwiska nawet kilka razy w ciągu życia. Mnie udało się dotrzeć zaledwie pięć pokoleń wstecz i zapewniam, że ich historia jest naprawdę fascynująca. Mogę ci kiedyś pokazać dokumenty, jeżeli jesteś ciekawy. W każdym pokoleniu kobieta z rodu rodzi tylko jedno dziecko i zawsze jest to dziewczynka. Być może i Yen wkrótce...
– Nie – przerwał mu dość obcesowo młodszy mężczyzna. – Proszę, trzymajmy się Sweetscentów.
– Ethel Sunrise z całą pewnością również pragnęła dziecka, którego Septimus nie mógł jej dać – kontynuował dyrektor. – Gdy wreszcie ją znalazłem, domagałem się odpowiedzi. Dowiedziałem się o współczulności i to pozwoliło mi naprawdę wiele zrozumieć. Zwłaszcza to fatalne zauroczenie w obozie. Chociaż skłamałbym, gdybym się upierał, że rzuciła na mnie urok. To nie było tak, bo ja ją naprawdę... Ale to już wiesz.
Severus mozolnie układał sobie to wszystko w głowie, a historia nareszcie zaczęła nabierać sensu. Mirabilis, Ethel czy jak jej tam zaplanowała wszystko od początku do końca. Z premedytacją wybrała na ojca swojego dziecka najpotężniejszego czarodzieja, jakiego udało jej się znaleźć, samego Albusa Dumbledore'a. To już brzmiało zupełnie w stylu Yen. Jednak chyba coś babuni nie wyszło, bo z tego, co wiedział, ani jej córka, ani szelma nie wykazywały nigdy wyjątkowych zdolności magicznych. Szczególnie Yenlla, która bez przerwy gubiła różdżkę.
– Co pan zrobił, gdy już się pan o wszystkim dowiedział, dyrektorze? – zadał kolejne pytanie.
– Nic.
– Jak to nic? – zdziwił się.
– Ethel wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych kontaktów ze mną – odpowiedział po chwili milczenia. – Podeszła mnie nagle, kiedy się tego nie spodziewałem, wykorzystała element zaskoczenia... Przyłożyła mi różdżkę do gardła i wymusiła na mnie wszystkim możliwe przysięgi. Zmusiła mnie, abym dochował sekretu. Nie mogłem nikomu powiedzieć prawdy o tym, co wydarzyło się w obozie wojskowym. Miałem trzymać się z dala od niej i jej rodziny. Nikt nie mógł się domyślić, że kiedykolwiek coś nas łączyło.
– Ale jeżeli złożył pan przysięgę, jakim cudem opowiada mi pan to teraz? – zapytał zdezorientowany mistrz eliksirów.
– Wymogłem na Mirabilis jeden wyjątek – wyjaśnił cierpliwie. – W szczególnej sytuacji, jeżeli uznam, że to istotne i w jakikolwiek sposób pomoże jej rodzinie, mogę powiedzieć jednej, wybranej osobie. Ta decyzja należy wyłącznie do mnie, ale nie może to być ani moja córka, ani żadna kobieta z jej linii. Uznałem, że w obliczu rozmaitych prób, przed którymi cię postawiłem, nikt nie zasługuje na prawdę bardziej niż ty, Severusie.
Mistrz eliksirów praktycznie czuł, jak obracają się rozmaite trybiki w jego umęczonej głowie, a mimo to nadal nie był w stanie przetrawić tej zwariowanej historii. Skoro się nie odezwał, Dumbledore kontynuował:
– Nie muszę chyba wspominać, że powierzam ci tę informację w ścisłej tajemnicy – podkreślił, patrząc mu prosto w oczy. – Nie przymuszę cię do składania magicznych przysiąg, nie chcę cię do niczego zmuszać. Liczę na twoją dyskrecję, Severusie, a wiem, że potrafisz dochować sekretu. Nikt nie może się dowiedzieć, że Yen jest ze mną spokrewniona. Rozumiesz to, prawda?
Severus wprawdzie nadal niewiele z tego rozumiał, ale poważnie skinął głową.
– Zwłaszcza Yen. Ona nigdy nie powinna poznać prawdy.
– Ode mnie na pewno się nie dowie, aczkolwiek uważam, że popełnia pan poważny błąd, dyrektorze – stwierdził.
– Co masz na myśli? – zapytał zaskoczony Dumbledore.
Zdezorientowany mistrz eliksirów sam dobrze nie wiedział. Od razu pożałował tego odruchowego wtrącenia, ale nie było odwrotu.
– Yenlla nie ma nikogo na świecie – powiedział z namysłem. – Wszyscy jej najbliżsi zginęli w czasie wojny. Gdyby dowiedziała się, że chociaż jeden krewny wciąż żyje...
– Nie! – rzucił starszy mężczyzna, prostując się na krześle. – To niemożliwe. Przysięgi...
– Istnieją sposoby, aby obejść nawet najbardziej wiążące przysięgi. Skoro był jeden wyjątek, mogą znaleźć się kolejne – perorował rozsądnie Snape. – Jeżeli jej babka była tak mądrą kobietą, jak Yen zawsze twierdziła, musiała przewidzieć różne okoliczności. Gdyby wiedziała, że jej wnuczka zostanie sama, na pewno nie miałaby nic przeciwko...
– Nie, nie i jeszcze raz nie! – wyrzucał z siebie dyrektor dziwnie spanikowanym tonem. – Już za późno. Przez tyle lat dusiłem w sobie tę tajemnicę... Co roku na święta Bożego Narodzenia Mirabilis przysyłała mi kartkę. Znajdowało się na niej tylko jedno zdanie: „Pamiętaj, co obiecałeś". Nie pozwoliła mi zapomnieć, a ja... Uwierzyłem, że nie mam prawda mieszać w jej uporządkowanym życiu, więc trzymałem się z daleka. Myślisz, że było mi łatwo? Czy wyobrażasz sobie, mój chłopcze, jak to jest widywać swoje dziecko niemal codziennie w Hogwarcie i nie móc nawet do niego podejść i przytulić? Nie móc zrobić nic? A potem przechodzić drugi raz to samo, dwanaście lat później? To były tortury. Prawdziwe tortury.
Dumbledore smutno zwiesił głowę. Severus popatrzył na niego i nagle zrozumiał, co mogła mieć na myśli Sunrise, nazywając go najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. Oto siedział przed mistrzem eliksirów stary mężczyzna, który może i był najpotężniejszym czarodziejem swojej epoki, ale jednocześnie nie miał nic. Zostało mu tylko wspomnienie kobiety, która go wykorzystała, oraz dziecko, które bezpowrotnie utracił.
A zaraz potem uderzyła go zupełnie inna, absolutnie przerażająca myśl. Bo jeżeli matka Yen faktycznie była córką Dumbledore'a, a Yen jego wnuczką, to znaczyło ni mniej, ni więcej tylko...
„Spałem z Dumbledore'em!", skonstatował nagle z absolutnym przerażeniem Severus. No dobra, może tylko z jedną czwartą Dumbledore'a, ale to bynajmniej nie zmieniało jego sytuacji. „Spałem z jego wnuczką. Robiłem to wielokrotnie i na wszelkie możliwe sposoby. I kilka niemożliwych też", myślał gorączkowo Snape, w którym powoli budził się uśpiony pod wpływem szoku hipokryta i filister. „Spałem z jego wnuczką tuż pod jego bokiem, a on znakomicie zdawał sobie z tego sprawę. Spałem z wnuczką Dumbledore'a, jeszcze będąc w szkole, a on o tym wiedział. Wiedział o wszystkim. A teraz siedzę tu, naprzeciwko niego i za chwilę będę musiał spojrzeć mu w oczy".
Snape przeżył moment grozy, gdy pomyślał, że nawet całe rezerwy Oklumencji nie uratują go w tej sytuacji. Nie zdoła ukryć przed dyrektorem koszmarnych myśli, które musiał mieć wyraźnie wypisane na twarzy, a potem umrze ze wstydu.
A jednak Severus miał coś na swoją obronę. Ostatecznie to nie on wymyślił ten cholerny ślub. Dumbledore sam świadomie wepchnął mu Yenllę.
– Pan wybaczy, ale wciąż czegoś nie rozumiem – powiedział wreszcie. – Nawet jeżeli Yen rzeczywiście jest pana wnuczką, to nadal nie wyjaśnia, dlaczego zmusił nas pan do małżeństwa.
Snape opanował się na tyle, że odważył się wreszcie unieść wzrok. Napotkał badawcze, a zarazem jakby lekko spłoszone spojrzenie dyrektora. Coś dziwnego czaiło się w jego mądrych oczach, które tak bardzo przypominały oczy Yen. Severus natychmiast to rozpoznał. Widywał podobne spojrzenia, gdy rano patrzył w lustro. To było poczucie winy.
– Dawno, dawno temu popełniłem straszny błąd – wyznał z bólem serca Dumbledore. – Pewnej nocy profesor McGonagall przyprowadziła do mnie dwójkę dzieciaków, które nieco zbłądziły.
– O nie. – rzucił spanikowany Severus, a w jego głosie zabrzmiał autentyczny strach. – Tylko nie to.
Dyrektor jednak na serio zamierzał mu wypomnieć zbałamucenie nieletniej wnuczki. Czy właśnie dlatego wymusił na nim ślub? Chociaż, jak wiadomo, kwestia tego, kto kogo zbałamucił, była o wiele bardziej skomplikowana. Gdyby zapytać go o zdanie, Severus raczej samego siebie uznałby za ofiarę.
– Stchórzyłem – wyznał niespodziewanie dyrektor. – Nie chciałem sam podejmować decyzji w waszej sprawie, przerosło mnie to. Bałem się, że nie zdołam zachować obiektywizmu. Uciekłem i zostawiłem wszystko na głowie Minerwy, która wybrała najlepszą opcję, jaką tylko mogłem sobie wymarzyć. Postanowiła was rozdzielić. Ulżyło mi. Wiedziałem już wtedy, w jakim kierunku zmierzasz, i nie chciałem, abyś wciągał w to moją wnuczkę. Jednak później lata mijały, a ja obserwowałem was dyskretnie i nagle zrozumiałem, że żadne z was nie ułożyło sobie życia. Nie byliście szczęśliwi. Na pewno nie tak jak wtedy, w Hogwarcie.
Severus wpatrywał się w tej chwili w dyrektora z czymś więcej niż tylko lekkim zaskoczeniem wypisanym na twarzy.
O Salazarze! Nie chodziło o to, że – jak to się mów – nie ułożył sobie życia po tym, jak w wyniku epicko skonstruowanej intrygi rozdzielono go z Yen i całe światło świata zgasło dla niego, albowiem żadna inna kobieta nie była w stanie zastąpić tego słońca dni jego. Jak to w ogóle brzmiało? I w jakim wszechświecie mogło mieć choć pozory prawdopodobieństwa? Chyba jedynie w różowym wszechświecie powieści dla niemądrych kobiet. Swoją drogą, chyba nawet w myślach nie powinien się przyznawać, że taki wszechświat jest mu znany, ale mieszkanie z Yenllą przez rok zrobiło swoje: Snape został nieodwracalnie skrzywdzony.
W każdym razie, to nigdy nie było tak. On, Severus Snape, po prostu nie miał czasu na podobne głupoty. Najpierw zajmował się podbojem świata w drodze ogólnomagicznej, wyniszczającej wojny klasowo-rasowej, a to naprawdę potrafiło wypełnić dzień! Potem z kolei, gdy jego frakcja poniosła klęskę, był trochę zajęty wydostawaniem się z więzienia i oczyszczaniem swojej kartoteki. To również okazało się nieco pracochłonne. Wreszcie Dumbledore wrobił go w pracę w szkole i do tego nie tylko uszczęśliwił posadą mistrza eliksirów, ale także wmanewrował w wychowywanie Ślizgonów, co stanowiło pracę na pełny etat, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Mieszkał w Hogwarcie, na kompletnym wygwizdowie przez dziesięć miesięcy w roku – gdzie miał sobie szukać żony? I po co właściwie?
Przez minione lata, a upłynęło ich całkiem sporo, nawet nie pomyślał o tej głupiej lalce, którą miał nieszczęście spotkać kiedyś w szkole. Przynajmniej dopóty, dopóki dyrektor nie zrzucił mu jej ponownie na głowę. A tymczasem mogłoby się wydawać, że z jakichś tajemniczych względów dla Dumbledore'a ich przelotna znajomość urosła do rangi ponadczasowej love story.
– Dyrektorze, to jest po prostu śmieszne! – wykrzyknął Snape, ale został zignorowany.
– Nagle dotarło do mnie – ciągnął spokojnie Dumbledore – że być może przez własną ślepotę zniszczyłem coś prawdziwego. A ciebie sam pchnąłem na ciemną stronę mocy.
– Moim zdaniem sam uczyniłem wystarczająco dużo w tym kierunku.
– Byłeś tylko chłopcem, który znalazł się w złym czasie w złym miejscu. Podjąłeś tragiczną w skutkach decyzję i nie znalazł się nikt, kto mógłby cię powstrzymać.
– To i tak niewiele by zmieniło. – Wzruszył ramionami.
– Tego nie możesz wiedzieć! – zastrzegł starszy czarodziej, niespodziewanie bardzo poruszony. – A potem wybuchła wojna i ty, Severusie, właśnie ty oddałeś mi moją piękną wnuczkę, gdy straciłem już wszelką nadzieję.
– To był przypadek! – Były Śmierciożerca rozpaczliwie bronił się przed samą sugestią, że mógł świadomie zrobić coś dobrego.
– Nie kłam, Severusie Snape! – uniósł się Dumbledore. – Znalazłeś ją w lochach Voldemorta półżywą z bólu i strachu i ocaliłeś z własnej, nieprzymuszonej woli, ponieważ kiedyś była ci bliska i czułeś się za nią odpowiedzialny. Myślisz, że nie wiem tego? Myślisz, że możesz zamydlić mi oczy?
Naburmuszony mistrz eliksirów prychnął i odwrócił wzrok.
– Zrozumiałem, że popełniłem błąd. Nie doceniłem cię – wyznał ze smutkiem. – Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że masz w sobie...
– Dobro? – Snape wypluł to słowo, jakby miało naprawdę paskudny smak.
– Potencjał – skorygował spokojnie dyrektor, nie przejmując się jego agresywną postawą. – Masz nieprawdopodobnie silny charakter. Wykorzystany w odpowiedni sposób...
– Wykorzystany – powtórzył z naciskiem Severus. – Doskonałe określenie. Wykorzystał pan moją chwilę słabości i zrobił ze mnie chłopca na posyłki!
– Dałem ci możliwość odpokutowania za grzechy.
– I jestem za to niezwykle wdzięczny! – huknął mistrz eliksirów, choć ton jego głosu sugerował coś zupełnie przeciwnego. – Ale już wystarczy. Jak długo jeszcze mam pokutować? Do końca życia? Poza tym nadal nie wyjaśnił mi pan, dyrektorze, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Yen? Krążymy wokół tego tematu od kilku godzin, a pan wciąż unika jasnej odpowiedzi. To ona miała być tą karą za grzechy? – dopytywał złośliwie. – Jeżeli tak, to znakomity wybór!
– Właśnie próbuję ci o tym opowiedzieć i chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Pragnąłeś odpowiedzi, dzisiaj otrzymasz wszystkie.
– Dlaczego zmusił mnie pan do ślubu ze swoją wnuczką? – Severus skorzystał z okazji i po raz kolejny zadał pytanie, które powtarzał jak refren piosenki.
– Pamiętasz tego szpiega, którego musiałeś zlikwidować?
– Zabić – poprawił. – Nazywajmy rzeczy po imieniu. I co ma do tego Paris Deepity?
– Bardzo wiele. To on odpowiadał za wielki przeciek w Ministerstwie Magii, ale nie tylko tym się zajmował. Grzebał w tajnych papierach dotyczących wojny z Grindelwaldem. Długo nie rozumiałem, dlaczego ktoś miałby rozgrzebywać tak stare sprawy, ale potem to do mnie dotarło. Ktoś musiał usłyszeć plotki. Bo zawsze powstają plotki, niezależnie o tego, jak bardzo jesteśmy ostrożni i dbamy o swoje tajemnice. Deepity przeglądał dokumenty dotyczące Mirabilis i rodziny Sweetscentów. Nie było tego zbyt wiele, bo i nie istniały żadne dowody naszego krótkiego związku, ale wiedziałem, że historia się powtarza. Tom Riddle trafił na pewne informacje i postanowił zrobić to samo, o co kiedyś podejrzewałem Grindelwalda. Wyciągnąć brudy na światło dzienne i pozbawić mnie moralnego autorytetu. Albus Dumbledore, dyrektor Hogwartu, założyciel Zakonu Feniksa i jego nieślubne... – urwał i jakby uszło z niego całe powietrze. W jednej chwili postarzał się o całe eony. Pochylił się i schował twarz w dłoniach.
Severus przyglądał mu się czujnie, unosząc w zdumieniu jedną brew. Tego nigdy by się nie spodziewał. Dyrektor nie tylko po raz kolejny kompletnie się przed nim odsłonił, ale też pokazał najmniej szlachetną i wyjątkowo małostkową część swojej osobowości. Ten wielki, potężny, święty Dumbledore był... zwykłym hipokrytą! Owszem, wiadomość o tym, że sto lat temu wdał się w przelotny romans z tancerką i miał nieślubne dziecko, które porzucił, zarysowałaby nieco jego kryształową reputację, lecz bez przesady! To byłaby akurat ostatnia rzecz, o którą na jego miejscu martwiłby się sam Severus. On pomyślałby raczej, w jakiej sytuacji stawiałoby to samą Yen Honeydell. Kobieta i tak nie miała w życiu lekko, a gdyby jeszcze wyszło na jaw, że jest jedyną wnuczką najgroźniejszego przeciwnika Lorda Voldemorta... Nie byłoby na świecie takiego miejsca, gdzie mogłaby się schować.
– Tyle zamieszania, aby ukryć jeden drobny grzeszek? – mruknął z wyczuwalna pogardą Snape, który przez lata nazbierał ich całe tony.
Nie potrafił powstrzymać się od złośliwego komentarza, chociaż wiedział, że jest dla przełożonego niesprawiedliwy. Paris Deepity nie zginął tylko dlatego, że grzebał w papierach byłej kochanki dyrektora. Severus był tego świadomy. Przeciek sięgał o wiele głębiej i dotykał o wiele istotniejszych rzeczy. A jednak... Jednak stroskana mina przerażonego utratą reputacji Dumbledore'a nieco go bawiła.
– Wpadłem w panikę – oznajmił dyrektor, jakby budził się z letargu. – Tu nie chodziło tylko o mnie. Zrozumiałem, że to kwestia czasu, kiedy ludzie Toma natrafią na ślad Sunrise i prawda ujrzy światło dzienne. Węszyli już w jej dawnym kabarecie, który na szczęście spłonął dawno temu. Jednak pewnego dnia, po nitce do kłębka, dotarliby do Yen. Nie mogłem czekać, musiałem działać. Musiałem ją ukryć, tym razem zapewnić bezpieczeństwo, zanim będzie za późno.
– I wpadł pan na genialny pomysł, aby powierzyć ją mnie – zakpił mistrz eliksirów. – Jakim cudem?! – Nie był w stanie odtworzyć skomplikowanego procesu myślowego Dumbledore'a.
– Pomyślałem...
– Pomyślał pan, że sklei dwa złamane serduszka? – przerwał mu wściekły Snape.
– Yen nie przyjęłaby pomocy ode mnie – tłumaczył zrozpaczony dyrektor. – Nie po tym, co Ethel musiała jej i jej matce nakłaść do głowy. Szukałem innego sposobu. I wtedy pomyślałem o tobie.
– Nawet nie zapytał mnie pan o zdanie – sarknął Snape. – Zrobił pan ze mnie prywatnego ochroniarza i nie raczył mnie o tym poinformować. To jednak wciąż nie wyjaśnia, dlaczego akurat ja? Mógł pan wybrać każdego spośród członków Zakonu. Każdy z nich to świetnie wytrenowany mag. Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie to musiałem być akurat ja? Wiem aż nadto dobrze, że nie jestem wymarzoną partią. Dlaczego więc uparł się pan na ten ślub? Mógł pan mnie zwyczajnie poprosić!
– A ty na pewno chętnie byś się zgodził, tak? – rzucił Dumbledore zaskakująco sarkastycznie. – Tak po prostu? Na wszystko? Jak miałbym ci to wytłumaczyć?
– Dokładnie w ten sam sposób jak teraz.
– To było prawie dziewięć miesięcy temu – przypomniał mu przełożony. –W innym świecie. Wiele rzeczy przez ten czas uległo zmianie. Myślisz, że wtedy mógłbym ci wprost wyznać, że Yen to moja wnuczka? Czy byłoby to bezpieczne, biorąc pod uwagę, że Tom regularnie zaglądał do waszych myśli?
Na policzki Snape'a wypłynął ceglasty rumieniec. Ostatnie zdanie zdecydowanie uraziło jego miłość własną.
– Spędziłem całe lata, ćwicząc się w Oklumencji właśnie po to, aby Lord Voldemort nie miał wstępu do mojej głowy!
– W każdym razie istniało poważne ryzyko...
– ZAWSZE istniało ryzyko. Gdyby Voldemort zażądał, żebym ją przyprowadził, musiałbym to zrobić. Nie miałbym innego wyjścia.
– Ale nie zrobiłeś tego. I właśnie o to mi chodziło. Potrzebowałem człowieka, któremu mogę zaufać. Kogoś, kto będzie potrafił ochronić ją za wszelką cenę, być może nawet posuwając się do rzeczy... niewybaczalnych.
– Czyli Śmierciożercy.
– Czyli ciebie, Severusie. Najzdolniejszego człowieka, jakiego miałem. Kogoś, kto pomógł jej już wcześniej.
– Czy będzie mi pan to wypominał do końca życia?
– Tak. Bo nigdy nie zdołam w pełni wypowiedzieć, jak bardzo jestem ci wdzięczny. Yen jest dla mnie najcenniejsza. To wszystko, co mi zostało. Wnuczka, która mnie nie zna, która mnie nawet nie lubi. Tak samo jak jej matka.
– Świetnie, ale to nadal nie wyjaśnia dlaczego...
– Już o tym rozmawialiśmy i nie zamierzam znów się o to kłócić. To była właściwa decyzja – upierał się Dumbledore. – Wiesz o tym równie dobrze jak ja i nawet nie próbuj zaprzeczać! – zastrzegł szybko dyrektor, kiedy tylko zobaczył, że Severus znowu otwiera usta do protestu. – Ona ci ufa. Poza tym naprawdę doskonale się rozumiecie.
– To jeszcze nie powód do małżeństwa!
– Ależ to znakomity powód do małżeństwa, Severusie. Ona czyta w tobie jak w otwartej książce.
Na te słowa Snape aż zagotował się ze złości.
– Nieprawda! Nie wiem, jak mógł pan dojść do tak szalonych wniosków – awanturował się wściekły ponad wszelkie wyobrażenie. – Nic nas nie łączy!
– Nie kłam, młody człowieku! – krzyknął na niego Dumbledore, skutecznie uciszając. – Obserwowałem was przez cały ten czas. Wiem, co widziałem.
– Ja nie... Ja wcale nie... – plątał się mistrz eliksirów.
– Zaryzykowałeś wszystko, żeby uwolnić ją z Koszmarnego Dworu, przyjąłeś ją pod swój dach, bo tego potrzebowała, a na koniec wyciągnąłeś z płonącej opery, gdy wpadła w pułapkę. Zdemaskowałeś się, żeby jej pomóc. Nawet jeżeli sam jesteś zbyt niemądry, aby zdać sobie sprawę z własnych uczuć, powinieneś zaufać osądowi ludzi, którzy codziennie widują was razem.
Gwałtownie odepchnięte krzesło z hałasem uderzyło o podłogę. Severus Snape zerwał się na równe nogi i zawisł teraz nad dyrektorem, opierając się o biurko. Dyszał ciężko. Straszna, lodowata wściekłość wprost emanowała z niego niczym czarne płomienie.
– Albus! – Po raz kolejny tego dnia uderzył pięścią w stół. – Moje uczucia to moja prywatna sprawa – wysyczał. – Jeżeli szukasz mężów dla innych swoich wnuczek z nieprawego łoża, to nie jestem twoim człowiekiem. Skoro tak ci zależy na tej kobiecie, sam się nią zajmij. Ja mam to gdzieś. Nie zgadzam się ratować swoim nazwiskiem reputacji jakiejś puszczalskiej aktoreczki. Ani tym bardziej twojej! Żądam rozwodu i mam do tego pełne prawo! – krzyczał, jakby coś go opętało. Wreszcie wyrzucał z siebie całą złość i żal, które gromadziły się w nim od wielu miesięcy. – Jeżeli mi odmówisz, osobiście odgryzę sobie tę cholerną dłoń razem z pieprzoną obrączką. Mała strata. Ostatecznie moja lewa ręka i tak jest niesprawna!
Albus Dumbledore wpatrywał się w młodszego mężczyznę zszokowanym wzrokiem. Chyba nie spodziewał się podobnego wybuchu z jego strony. Zapewne naprawdę myślał, że on i Yen... Miał jednak długą praktykę w ukrywaniu swoich prawdziwych uczuć, więc błyskawicznie się opanował.
– W porządku – powiedział z namysłem. – Byś może źle zinterpretowałem fakty. Skoro tak stawiasz sprawę, jutro po południu przeprowadzę ceremonię.
– Świetnie! – wrzasnął na niego wciąż wyprowadzony z równowagi Snape. – Od tego trzeba było zacząć!
Odwrócił się na pięcie, a czarna szata zawirowała wokół niego jak wielkie skrzydła nietoperza. Kopnął przewrócone krzesło, a potem wypadł z pokoju, trzaskając drzwiami.
§§§
Yenlla nie przejęła się specjalnie, gdy Severus przepadł w gabinecie dyrektora na całe popołudnie. Wiedziała, że Dumbledore nie podda się łatwo, chociaż Rowena go wie dlaczego. Starszy czarodziej od zawsze wydawał jej się dość dziwaczny. Czasami patrzył na nią w taki sposób... Ale babcia mówiła, żeby się tym nie przejmować, toteż Yen się nie przejmowała. W ogóle nie zwracała na niego uwagi.
Dumbledore na pewno nie zamierzał, ot tak, wyrazić zgody na rozwód. W ten sposób przyznałby się przecież do porażki. Z drugiej strony, Yen była pewna, że Severus w końcu postawi na swoim i rozwód stanie się faktem. Ba! Sama również pragnęła separacji. To śmieszne, fikcyjne małżeństwo od początku skazane było na klęskę. Yen świetnie zdawała sobie z tego sprawę i nie zamierzała oponować. Jeżeli chciała wrócić na scenę... Jeżeli chciała wrócić do swojego dawnego życia, nie mogła dać się uwiązać. Miała poważne plany i powinna wreszcie się wokół nich zakrzątnąć, zamiast niańczyć wiecznie zafochanego Nietoperza.
A jednak jakiś skromny, bardzo cichy głosik gdzieś w głębi jej duszy szeptał, że coś tu jest bardzo nie tak, bo ta historia powinna się skończyć zgoła inaczej...
Czekając na powrót Sensu Swego Życia, piękna pani Snape malowniczo rozłożyła się na kanapie w salonie i radośnie syciła swoje ego kolejnymi okładkami kolorowych magazynów. Nowe periodyki spływały do niej przez cały dzień. Podobnie jak listy od fanów i dawnych współpracowników, którzy nagle sobie o niej przypomnieli. Najbardziej rozbawił ją ten od Rity Skeeter:
.
Kochana Yen, NIE ROZMAWIAJ Z NIKIM! – pisała reporterka wielkimi literami. Wszyscy będą się teraz tobą interesować, NIE UDZIELAJ ŻADNYCH WYWIADÓW! Milcz i podgrzewaj atmosferę. Podziwiam cudowne zagranie w ministerstwie, ale to nie wystarczy. Potrzymaj ich jeszcze trochę w niepewności, a potem POROZMAWIAJ ZE MNĄ. Proszę, oddaj mi ten pierwszy wywiad, a na pewno nie pożałujesz. POWALIMY ICH NA KOLANA! Twoja oddana przyjaciółka, Rita.
P.S. BŁAGAM! Daj mi ten wywiad!
.
O tak, Rita Skeeter zawsze była narwana i kompletnie nieobliczalna. A jednak w starych dobrych czasach wymyśliła dla Yen kilka soczystych plotek, dzięki którym jej kariera ruszyła z kopyta. Postrzelona dziennikarka zdecydowanie zasłużyła na wdzięczność, więc Yenlla była skłonna rozważyć jej propozycję.
Odłożyła egzaltowany list Rity i sięgnęła po kopertę ozdobioną błyszczącą złotą gwiazdką. Pogładziła ją z czułością palcem, a potem przytuliła do piersi.
Charmwood Pictures. Największa magiczna wytwórnia filmowa. Yen marzyła, aby zwrócili na nią uwagę od chwili, gdy skończyła dziesięć lat, a teraz sam dyrektor zapraszał ją na prywatne przesłuchanie. „Przygotowujemy aktualnie nowy projekt, który z pewnością panią zainteresuje", napisał na tyle enigmatycznie, aby skusić panią Snape.
Dostała od losu drugą szansę i zamierzała dobrze ją wykorzystać. Kolejne propozycje pojawiały się praktycznie co minutę, sam jej były agent, Thomas Starlight, od rana przysłał już dziesięć depeszy, a nowe co jakiś czas wylatywały z kominka mistrza eliksirów. Yen mogła w nich przebierać jak w ulęgałkach i natychmiast ruszać na podbój największych scen Wielkiej Brytanii. Jedynym, co jeszcze stało jej na przeszkodzie, był ten durny ślub. Wielka gwiazda nie powinna być mężatką, bo to zazwyczaj źle wpływa na karierę. Powinna być wolna, aby fani mogli o niej do woli fantazjować. Dlatego Severus miał rację. Powinni jak najszybciej się rozstać. Każde pójdzie w swoją stronę, bez żalu, bez pretensji...
Kiedy o tym myślała, jej wzrok samowolnie powędrował do zdjęcia towarzyszącego jednemu z wielu artykułów po słynnym procesie. Tym razem Severus Snape był na nim sam. Na jego piersi błyszczał Order Merlina, a na ustach pełen wyższości i samozadowolenia uśmieszek. Otoczony aurą bohaterstwa wydawał się o wiele przystojniejszy niż zwykle. Wtem Snape z fotografii podniósł wzrok i przeszył Yen swoim modelowym spojrzeniem, które omal nie przepaliło jej na wylot.
– Oj!
Serce Yenlli Honeydell-Za-Moment-Już-Nie-Snape wykonało gwałtowny i bolesny skok, jakby chciało się wyrwać na wolność. W całym jej organizmie odbywała się właśnie tajemnicza, zupełnie nieodgadniona rewolucja: żołądek zwinął się w supeł, płucom zabrakło tlenu, ręce drżały, policzki płonęły jak w gorączce. Yen nawet nie zauważyła, kiedy jej oczy zaszły łzami, które teraz skapywały wolniutko, kropla po kropli na zdjęcie Severusa.
– O nie, nie, nie! – Kręciła głową w proteście. – Nie mogę teraz stracić dla niego głowy – przekonywała samą siebie. – To byłoby zupełnie idiotyczne!
W tym samym momencie usłyszała w korytarzu pospieszne kroki, które natychmiast rozpoznała ponad wszelką wątpliwość: Snape wracał ze spotkania z dyrektorem. Wytarła szybko oczy rękami, a potem sięgnęła po różdżkę. Od czasu wielkiej bitwy nareszcie przestała ją gubić.
– Drama Queen – szepnęła, celując w swoją twarz.
Opuchlizna i zaczerwienienie zaraz znikło z oczu, a makijaż sam powrócił do poprzedniego, idealnego stanu. Powieki pokryły się delikatnym cieniem, a rzęsy wydłużyły i ładnie podkręciły. Yen znów wyglądała pięknie i świeżo jak zawsze.
Severus wpadł z impetem do kwatery, tupiąc i trzaskając drzwiami. Wyglądał na naprawdę wściekłego.
– I jak poszło? – zapytała uprzejmie Yen, chociaż wystarczyło spojrzeć w twarz mistrza eliksirów, żeby otrzymać odpowiedź.
– Nie chcę o tym rozmawiać – warknął.
– Aż tak źle?
Snape'owi zabrakło słów, aby skomentować całą rzecz werbalnie. Zamiast tego kopnął w stół.
– A więc jednak? – zachichotała, jeszcze bardziej wyprowadzając nieszczęsnego małżonka z równowagi.
– Bardzo zabawne! – krzyknął. – Mam was dosyć! Obojga! Teraz już wszystko rozumiem... Z każdym słowem tylko więcej kłamstw, tajemnic i manipulacji! Jesteście dokładnie tacy sami!
– Słucham?! – Ogrom oburzenia aż poderwał Yen z kanapy. – Ja i Dumbledore? Niby dlaczego? Nie jest moim ojcem, dziadkiem ani żadnym krewnym, więc dlaczego, na mądrą Rowenę, miałabym być do niego podobna?!
Severus już chciał coś powiedzieć, ale dosłownie w ostatniej chwili ugryzł się w język. Pięknie! Udało im się doprowadzić go do takiego stanu, że w ciągu pięciu minut od wyjścia z gabinetu dyrektora omal nie wypaplał sekretu, który dopiero co powierzono mu w zaufaniu. Spojrzał na swoją żonę, wnuczkę wielkiego Albusa Dumbledore'a, z obłędem w oczach i zawył z frustracji.
– Sever, czy wszystko w porządku? – Yenlla zaniepokoiła się nie na żarty, bo wyglądał, jakby tym razem naprawdę nieodwracalnie stracił rozum.
Mężczyzna uspokoił się w jednej chwili, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Wyprostował się i zgarnął z czoła opadające włosy.
– Rozwód odbędzie się jutro na Grimmauld Place – oznajmił.
Zostawił oszołomioną Yen w kwaterze, a sam na resztę dnia zaszył się w szkolnej pracowni eliksirów.
§§§
Poranek czwartego dnia po wielkim zwycięstwie nad Lordem Voldemortem wstał wyjątkowo piękny i słoneczny. Zupełnie jakby cały świat radował się z tego, że Mrocznemu Lordowi tym razem nie udało się uciec i z Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przemienił się wreszcie w Tego Który Jednak Nie Przeżył. Jasne i ciepłe promienie letniego słońca zdołały się przebić nawet przez niewielkie, wysoko położone okna w sypialni profesora Severusa Snape'a i jego żony. Tymczasowej żony. Żony, której miał się wreszcie pozbyć. Zostało raptem kilka godzin do czasu, kiedy Yenlla Honeydell na powrót wyniesie się z jego życia. I bardzo dobrze!
Yen spojrzała na wiercącego się niespokojnie po drugiej stronie łóżka Severusa. Wczoraj zjawił się w sypialni bardzo późno, gdy miał już pewność, że dawno zasnęła. Położył się na samym brzegi wąskiego tapczanu, jak najdalej od niej, jakby za żadne skarby nie chciał jej więcej dotykać. Nawet przypadkiem. Dobrze, że nie wygonił jej do salonu.
Szelma przeciągnęła się rozkosznie, odrzucając na bok kołdrę. Sporo czasu minęło od owego ponurego, jesiennego dnia, gdy Remus Lupin pojawił się na jej posesji z propozycją nie do odrzucenia. To było jakoś na początku października. Prawie dziewięć miesięcy temu! Nie do wiary, jak ten czas zleciał. A teraz nareszcie pora na kurtynę. Los zaiste wybrał dla niej całkiem ładny dzień na zakończenie przedstawienia. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Pozostał tylko jeden drobiazg. Ten malutki, tyciuteńki fakt, o którym Snape powinien się wreszcie dowiedzieć. Jej ostatnia, największa tajemnica.
– Sever – odezwała się miękko i cicho. – Muszę ci o czymś powiedzieć...
