Yuui miał kiedyś rodzinę.
Mieszkali w domu rodziców jego mamy. Babci Yuui nie pamiętał. Zmarła, kiedy chłopcy mieli kilka miesięcy, ale dziadek żył jeszcze przez wiele lat, a wnuki stały się jego oczkiem w głowie. Spędzał z nimi mnóstwo czasu, bawił ich i uczył, był najlepszym mentorem jakiego kiedykolwiek mieli.
Mama była aniołem. Nie dosłownie, chociaż do piątego roku życia, Yuui uparcie wierzył, że to prawda. Wszystko za sprawą ojca, ponieważ nieraz powtarzał on, że jego żona to anioł, który wyrzekł się swojej łaski z miłości do niego. Mama zawsze się śmiała słysząc tę historię, a Yuui był zbyt mały i zbyt naiwny, by wątpić opowieściom taty. Mama była wykształconą, inteligentną kobietą, ale to nie jej bystry umysł Yuui zapamiętał najbardziej, tylko delikatny uśmiech i piękny śpiew, którym co wieczór kołysała synów do snu.
Ojciec był idolem Yuui'ego. I syn nie był jedyną osobą, która wpatrywała się w niego z uwielbieniem. Tata, jako znakomity naukowiec wzbudzał szacunek w środowisku czarodziejów, a pogoda ducha i poczucie humoru zjednywały mu zwykłych ludzi. Często brał płaczącego Yuui'ego na ręce, kręcił się z nim i podrzucał go, póki łez nie zastąpił pogodny uśmiech. Z Fay'em bawił się tak samo. Tylko Fay nie uspokajał się w ramionach ojca. Wręcz przeciwnie, malec płakał głośniej, ilekroć tata się do niego zbliżał. I ta postawa nie zmieniła się wraz z wiekiem. Fay zawsze trzymał tatę na dystans, chociaż ten nigdy nie dał mu ku temu powodu. Ale Fay miał dar, którego wtedy jeszcze nie rozumiał, a którego jego brat nie posiadał.
Bliźniacy mieli miłe dzieciństwo. Do czasu.
Mag przypomniał sobie puste oczy matki, swoje wychudzone ciało, talizmany otaczające dom, i nienawistne spojrzenia ludzi.
Fay obudził się zlany potem. Rozejrzał się po pokoju, omiótł wzrokiem ciemny zarys mebli, po czym odetchnął z ulgą przypominając sobie gdzie jest.
Opadł z powrotem na poduszkę i odwrócił się w stronę śpiącego Kurogane. Zdziwił się napotykając badawcze, choć nieco zaspane spojrzenie.
- W porządku? – spytał wojownik.
- Zły sen – odparł mag i z wdzięcznością ułożył się na piersi Kurogane, kiedy ten wyciągnął po niego rękę. Po chwili oddech ninji wyrównał się, gdy ponownie zapadł w sen.
Fay tej nocy już nie zasnął.
Kilka wieków temu słowo „pokój" było dla mieszkańców Clow pojęciem obcym. Wojny trwały latami, były to zarówno konflikty wewnętrzne, jak i spory z sąsiadami. Walki toczyły się o suwerenność, surowce i poszerzone granice. Clow było mocarstwem nieustannie się rozrastającym. Teraz, po dawnej potędze nie zostało wiele, ale za to mieszkańcy zyskali znacznie więcej: spokój, bezpieczeństwo i harmonię. O zamierzchłych, niespokojnych czasach świadczyły jedynie niewielkie oazy otaczające Clow. To w nich, niegdyś stacjonowały wojska oczekując na bitwę. Obecnie, oazy służyły wędrowcom. Strudzeni wielogodzinną wędrówką przez pustynię ludzie mogli w nich odpocząć, nabrać sił do dalszej podróży. Clow położone było w sercu pustyni, dostanie się do państwa od strony wschodniej zajmowało wiele godzin, od zachodu – parę dni. Gdyby nie oazy ulokowane na trasie, dotarcie pieszo do królestwa byłoby wyczynem prawie niewykonalnym.
Kyle siedział oparty o pień palmy daktylowej. Ze spokojem przyglądał się czwórce żołnierzy, którzy właśnie weszli do oazy południowej i rozglądali się czujnie, badając otoczenie. Rondart wykrzywił wargi w parodii uśmiechu. Doprawdy, młody król nie był osobą głupią, ale jego naiwność czasem nie miała granic. Naprawdę uważał, że ta czwórka jest w stanie sobie z nim poradzić? Siła mięśni i umiejętność władania mieczem na nic się nie zdadzą w starciu z iluzjonistą.
Kyle przesunął nogę, kiedy jeden z żołnierzy zbliżył się do niego i oparł się o pień palmy z założonymi rękami. Nie miał pojęcia, że obok, na wyciągnięcie ręki, siedzi osoba, której szuka. Jego oczy widziały jedynie kupę piasku i kilka daktyli.
- Macie coś? – strażnik zawołał do kolegów, którzy przeszukiwali inne części oazy. Zaprzeczyli skinieniem głowy.
- Czysto – odparł najmłodszy z czwórki. – Wrócę z raportem do króla, a za dwa dni zostaniecie zmienieni.
Kyle z uwagą przysłuchiwał się ich dyskusji. Zrozumiał, że jego początkowe założenie było błędne. Król Touya nie wysłał żołnierzy, aby go szukali, tylko po to, by strzegli oazę przed nieproszonymi gośćmi.
Cóż, pomyślał iluzjonista, pomysł niegłupi, ale absolutnie nieskuteczny.
Trójka strażników nie poradzi sobie z osobami, które niebawem się tu pojawią. Zapewne oczekiwali, że z daleka dojrzą zbliżających się ludzi i szybko udadzą się zawiadomić króla. Biedacy, nie zdawali sobie sprawy, że nieprzyjaciel nie przyjdzie pieszo, ani też nie użyje żadnego znanego im środka lokomocji.
Młody żołnierz wsiadł na swojego wielbłąda i odjechał, a Kyle spoglądał leniwie jak jego sylwetka maleje z odległością.
Przeniósł wzrok na trójkę pozostałych mężczyzn, którzy zajęli się grą w kości. Jednego z nich Kyle kojarzył. Nieraz rozmawiał z nim na zamkowym korytarzu. Nawet odrobinę było mu tego człowieka żal. Był sympatyczny, młody, niedawno udało mu się wreszcie zdobyć serce dziewczyny, o którą zabiegał od ponad roku. Szkoda, że jego życie skończy się za kilka godzin.
Kyle wzruszył ramionami, żal mu dzieciaka, ale życie polega na dokonywaniu wyborów. Żołnierz postanowił być lojalny wobec króla i kraju, a Kyle zdecydował, że spędzi życie przy boku Fausta. Każdy wybór pociągał konsekwencje i sentymenty nic tu nie zmienią.
Po upływie godziny, Rondart odczuwał znużenie. Nigdy nie należał do osób cierpliwych, a siedząc bezczynnie minuty ciągnęły mu się w nieskończoność. Patrzenie na równie znudzonych żołnierzy nie było żadną rozrywką. Doprawdy, ile jeszcze Faust każe na siebie czekać?
Jakby w odpowiedzi na to nieme pytanie, coś wreszcie zaczęło się dziać. Powietrze nad oazą zgęstniało, temperatura zdawała się zwiększyć i ciężko było oddychać. Strażnicy momentalnie wyczuli dziwną zmianę. Spojrzeli na siebie znacząco, po czym prędko rozdzielili się i czujnie zaczęli sprawdzać okolicę.
Kyle wstał z ziemi i otrzepał spodnie. Dostrzegł go jeden z żołnierzy. Zdążył jeszcze otworzyć usta, chcąc ostrzec kolegów, nim upadł martwy na ziemię.
Faust przybył.
Fay i Kurogane siedzieli sami przy stole w jadalni. Stykali się kolanami, a ich dłonie na blacie spoczywały blisko siebie. Próbowali rozmawiać o Clow, Chii, ale nie potrafili skupić się na temacie dyskusji.
- To jest niepoprawne – orzekł w końcu Fay.
- Dość delikatne określenie. – Kurogane spojrzał na niego z uniesionymi brwiami. – Sądziłem, że użyjesz innych epitetów mówiąc o porwaniu tej pokojówki.
- Ale mi nie chodzi o Chii – żachnął się Fay, jakby było to oczywiste. – Chociaż, poniekąd o nią również.
- Możesz bardziej precyzyjnie? Czasem za tobą nie nadążam.
- O nas mi chodzi, Kuro, o nas – westchnął mag.
Jedyną odpowiedzią jaką udzielił na to wojownik, było krótkie „oh". Ninja odwrócił się, by siedzieć przodem do Faya, chwycił go za dłoń i mocno ścisnął. Nie odezwał się więcej, bo słowa nie były tu potrzebne. Doskonale rozumiał co magowi ciąży.
Clow grozi atak, Chii została porwana, a oni przeżywają burzę hormonów, niczym nastolatki. Owszem, przejmują się losem dziewczyny i tego pustynnego państwa, ale teraz ich priorytetem jest inna sprawa, którą jako rozsądni, dorośli ludzie, powinni odłożyć na później.
Fay spoglądał na ich złączone palce w zamyśleniu, a jego gładkie czoło przyozdobiła zmarszczka.
- Mam wyrzuty sumienia – odezwał się wreszcie. – Powinienem jej szukać, a nie siedzieć z tobą przy stole i ukradkiem ściskać za rękę, kiedy nikt nie patrzy.
- Nie ma żadnych poszlak, więc gdzie chcesz szukać? – spytał Kurogane.
- Może i nie ma – zgodził się z nim mag. – Ale to nie oznacza, że powinienem oddawać się przyjemnościom, zamiast szukać rozwiązania.
Fay niewiele potrzebował do szczęścia, uznał Kurogane, skoro samo siedzenie w jadalni i trzymanie się za ręce sprawia mu radość.
- Dlaczego wszystko musi się tak komplikować? – mag spojrzał na niego, jakby spodziewał się, że wojownik zna odpowiedzi na każde pytanie. – Jak mam się cieszyć tym, co mam, co my mamy – poprawił się – w takich okolicznościach?
Kurogane nachylił się tak, że ich czoła lekko się stykały.
- Wiem, że się o nią martwisz, ale to nie oznacza, że nie możesz pozwolić sobie na chwile wytchnienia. Poza tym, jeżeli dziewczynę porwali ci sami ludzie, którzy są poplecznikami Rondarta, to niebawem nasze drogi się skrzyżują.
- A jeżeli nie? – spytał Fay z obawą. – W końcu nie wiemy dlaczego ją porwali.
I tu mieli problem. Zakładając, że wizja księżniczki była prawdziwa i Chii rzeczywiście została uprowadzona przez wrogą im grupę, nadal nie mieli wytłumaczenia, po co potrzebna im jest ta dziewczyna. Niewinna pokojówka w żaden sposób nie może zagrozić planom tamtych ludzi, więc logiczne byłoby założenie, że porwali ją, aby kogoś zaszantażować. Tylko kogo? Hideki na pewno nie był ich celem, a prócz niego Chii nie ma wielu bliskich ludzi.
- Kogo chcą szantażować? – Fay zdawał się czytać w myślach wojownika. – Z tego co nam wiadomo, rodzina Chii nie żyje. Ma tylko Hidekiego. Zaprzyjaźniła się z Soratą i Arashi, ale oni na pewno nie są w nic zamieszani.
- Zostajecie zatem ty i twój brat – zauważył Kurogane. – Oboje się o nią troszczycie.
- Nie chodzi o mnie – odparł mag z przekonaniem. – W końcu ta organizacja kazała zabić Syaorana, a ja i ty byliśmy im obojętni.
- Może chodzi o twojego brata… - zaczął wojownik ostrożnie, wiedząc, że kwestia bliźniaka to drażliwy temat dla maga.
- Yuui nie ma z tym nic wspólnego! – Fay momentalnie zaprzeczył. Wyszarpnął dłoń z uścisku ninji, ale po chwili zorientował się, że zareagował zbyt gwałtownie i ścisnął jego nadgarstek ze skruchą. – Przepraszam. Ale Yuui to dobry człowiek.
„Dobry człowiek, który nie dał ci znać, że żyje i ma na sumieniu co najmniej pół wioski" pomyślał Kurogane, ale powstrzymał się od komentarza.
W tym momencie do jadalni wszedł Subaru, co spowodowało, że Kurogane i Fay odskoczyli od siebie, i zakłopotani uciekli wzrokiem. Onmyoji przystanął, zmierzył ich zdumionym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się delikatnie.
- Kim jest Yuui? – zapytał i ku uldze pozostałej dwójki nie skomentował ich dziecinnego zachowania.
- To mój brat, opowiadałem ci o nim – przypomniał Fay.
- Racja – Subaru skinął głową. – Właśnie wydawało mi się, że to imię brzmi znajomo.
Sumeragi nalał sobie soku do kubka, po czym dosiadł się do stołu. Na moment się zawahał, nie wiedząc, czy nie przeszkadza, ale Fay rozwiał jego wątpliwości zadając mu pytanie.
- Powiedz mi, Subaru… - spojrzał z uwagą na przyjaciela. - Czy eksterioryzacja jest trudna? Kiedyś bardzo się nią interesowałem, a po twojej małej przygodzie w ruinach rozumiem, że jesteś dość dobrze obeznany z tematem.
- Eksterioryzacja potrafi sprawiać problemy nawet onmyoj'im – odpowiedział mężczyzna. – Ale jej lżejsze formy są możliwe nawet dla ludzi, którzy nie mają w sobie żadnych mocy. Jednakże jest to niezwykle trudne i niebezpieczne. Może dojść do przypadku, kiedy dusza na zawsze rozczepi się od ciała albo się zgubi i nie znajdzie drogi powrotnej we właściwym czasie, co może mieć katastrofalne skutki dla człowieka.
- W dzieciństwie znalazłem zaklęcie mające na celu tymczasowe uwolnienie duszy od ciała – przyznał Fay. – Czy takie zaklęcie jest w ogóle wykonalne? - Wyglądał na zrelaksowanego, ale jego ton zdradzał, że bardzo interesuje go odpowiedź.
Subaru zastanowił się.
- Z tego co wiem, jest to zaklęcie zakazane, ponieważ nie można na siłę wyrzucać duszy ze swojego ciała. Takie zaklęcie nie jest w stanie przygotować ciała, ani ducha do eksterioryzacji. Jest bardzo ryzykowne. Na pewno nie znalazłeś go w zwykłym podręczniku do magii? – onmyoji spojrzał na maga badawczo.
Fay kiwnął głową.
- Nie – przyznał. – Ale obracając się w kręgu czarodziejów natrafiałem na różne rzeczy.
- Wiesz, że wszelkie kontakty z czarną magią są zakazane? – Subaru napił się soku wciąż uważnie obserwując rozmówcę.
- Zdaję sobie sprawę – Fay uśmiechnął się łagodnie. – Jak już mówiłem, byłem wtedy dzieckiem i są to dawne dzieje. Zastanawiało mnie tylko, czy wykonanie takiego zaklęcia jest możliwe.
- Jest trudne i gdybyś po zetknięciu się z tym zaklęciem jako dziecko próbował je wykonać, to nie rozmawialibyśmy teraz ze sobą. Ale dorosły czarodziej, kto wie, może dałby radę. Ale nie radzę tego próbować. Polecam tradycyjne metody: medytację, wywołanie fal alfa…
- Brzmi skomplikowanie – Fay uśmiechnął się niewinnie do Kurogane, który obserwował go czujnie. – Nie martw się Kurorin, nie zamierzam tego próbować!
Wojownik otworzył usta, by wyrazić swoje wątpliwości, ale niespodziewany okrzyk Subaru zagłuszył jego słowa.
- Już wiem! Wiedziałem, że imię Yuui jest mi znajome i to nie tylko z twoich opowieści o bracie, Fay. Już wtedy, kiedy mi o nim mówiłeś, miałem wrażenie, że wcześniej o nim słyszałem. Przypomniałem sobie! – onmyoji, chociaż zadowolony, że udało mu się skojarzyć fakty, nie wyglądał na zbyt uradowanego. Wręcz przeciwnie, na jego twarzy malował się niepokój. – Ale być może to tylko zbieżność imion…
- Gdzie o nim słyszałeś? – spytał Fay z nagłym napięciem w głosie.
Sumeragi posłał szybkie spojrzenie w kierunku Kurogane, jakby prosił go o pomoc, ale zaraz spojrzał ponownie na Faya.
- Kiedy Seishirou spotkał się ze swoimi towarzyszami – zaczął wyjaśniać – wymienili kilku członków swojej grupy. Wspomnieli o Kyle'u oraz o Yuui'm.
- Chcesz powiedzieć, że Yuui jest członkiem tej bandy?! – wykrzyknął Fay z niedowierzaniem.
- Był – sprostował Subaru. – Z tego, co wiem już do niej nie należy.
- To niedorzeczne! – mag poderwał się na nogi. – Na pewno chodzi o inną osobę – powiedział, choć bez większego przekonania. – Nie wierzę, by mój brat… Subaru, wszystko w porządku? – Fay przerwał w połowie zdania, widząc jak onmyoji zdumiony rozszerza oczy i spogląda gdzieś w przestrzeń ponad ich głowami.
- Seishirou! – zawołał Sumeragi, patrząc z desperacją na Kurogane i Faya. – Seishirou jest w pobliżu, czuję go!
Kyle'a rozpierała duma. Przedstawiał Faustowi szczegółowo swoje badania, wnioski do jakich doszedł i obserwował z niemałą satysfakcją jak usta czarnoksiężnika powiększają się w coraz bardziej zadowolonym uśmiechu. Co prawda, Kyle na bieżąco informował Fausta o postępach w swojej pracy poprzez pośredników, ale nie mógł odmówić sobie przyjemności, jaką było osobiste zrelacjonowanie szefowi wszystkich wydarzeń. Miesiące spędzone w Clow nie poszły na marne, bo Kyle wykonał swoją misję i sprostał oczekiwaniom mistrza.
- Znakomita robota! – Faust z radości zaklaskał. – Powierzając tobie to zadanie, wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz i rozpracujesz w jaki sposób dostać się do ruin!
Faust był skąpy w dawaniu komplementów, dlatego Rondart aż pokraśniał z zadowolenia, słysząc pochwałę z jego ust.
Rozejrzał się ukradkiem. Faust wziął ze sobą dość sporą grupkę i teraz wszyscy oni mogli być świadkami jego tryumfu.
- Jestem przekonany, że uda ci się bez problemów dostać do Ruin, jeżeli będziesz postępował zgodnie z moimi wytycznymi. - Zadarł dumnie głowę i spojrzał prosto w oczy Fausta. Mistrz patrzył na niego wnikliwie, ale Rondart nie potrafił niczego wyczytać z jego twarzy.
- Twój poziom samozadowolenia nie jest adekwatny do rzeczywistych dokonań – Faust poklepał Kyle'a po policzku. – Upajać się własnym geniuszem mogą ci, którzy mają na koncie więcej niż pojedynczy sukces.
- Pojedynczy sukces? – powtórzył iluzjonista z niedowierzaniem. – Udało mi się rozpracować potężne zaklęcia chroniące Ruiny Clow. To jest coś, czego nie dokonał nikt przede mną! – czemu Faust nie może dostrzec, jak ciężką pracę wykonał Rondart? To jest przełomowe odkrycie, bez niego Faust nie wiedziałby jak przedrzeć się przez liczne, potężne zabezpieczenia!
- W swoim iluzorycznym przekonaniu o własnej wyższości zachłysnąłeś się namiastką sukcesu i zapomniałeś o kilku znaczących niepowodzeniach – Faust zdawał się czerpać satysfakcję z efektu jaki miały na iluzjoniście jego słowa. - Postanowiłeś stworzyć własną wersję „Śpiącej Królewny", nie udało ci się powstrzymać zwykłego chłopca, ale to ci jestem w stanie wybaczyć, bo zakochany szczeniak nie powinien być dla nas przeszkodą – Faust wypunktowywał każdą porażkę iluzjonisty unosząc w górę kolejny palec. - Dałeś się złapać. Swoją drogą… jakie sekrety zdradziłeś, Kyle?
Wcześniejszy uśmiech i sztuczna radość opuściły Fausta. Teraz, zamiast pogodnych ogników, w oczach czarnoksiężnika czaiła się groźba. Kyle przełknął nerwowo ślinę. Czuł pot na czole, który nie miał nic wspólnego ze świecącym mocno słońcem.
- Dobrze wiesz, że niczego nie wyjawiłem – odparł głosem bardziej drżącym niż by sobie tego życzył. – Twoja klątwa skutecznie powstrzymała wszelkie próby wyciągnięcia ze mnie informacji.
- Doskonale.
Rondart skrzywił się. Może Faust był zadowolony, ale on wciąż pamiętał ból i smak krwi w ustach, kiedy zaklęcie zadziałało i zszyło mu wargi.
- Czy jest jeszcze coś o czym powinienem wiedzieć, nim ruszymy do ruin? – spytał Faust.
Kyle zawahał się. Powinien wyjawić Faustowi, czego dowiedział się o bliźniakach Fluorite. Jednak Faust był niezrównoważony oraz nieobliczalny i Kyle nie chciał więcej doświadczać jego gniewu. A mistrz na pewno nie zareagowałby spokojnie na rewelację „Hej, Faust. Wiesz, że wcale nie jesteś tak inteligentny jak myślisz? Yuui oszukiwał cię przez te wszystkie lata. A tak przy okazji, ten bliźniak, którego zawsze chciałeś mieć przy sobie, jest tu, w Clow. I to częściowo przeze mnie, bo to ja doprowadziłem do tego fiaska z księżniczką. Ale nie martw się, przy odrobinie szczęścia wasze drogi się nie skrzyżują i nie będziesz musiał z nim walczyć".
Nie, Kyle nie był samobójcą. Dotychczas był lojalnym członkiem grupy, ale teraz instynkt samozachowawczy krzyczał na niego, by trzymał usta na kłódkę. Jeżeli dojdzie do spotkania tej dwójki, co jest wysoce prawdopodobne, Kyle zawsze może udać, że nie miał pojęcia o obecności Fay'a w zamku. Albo będzie miał czas na ucieczkę.
- Nie – odezwał się wreszcie. – Przekazałem ci wszystkie istotne informacje.
Nie tak wyobrażał sobie spotkanie z Faustem. Jego oczekiwania były zupełnie inne. Oczyma wyobraźni widział siebie na piedestale, jako prawą rękę Fausta. Rzeczywistość była jednak brutalna, daleka od wyobrażeń.
Kto wie, może jednak jego wybór wcale nie był trafny.
Touya zareagował natychmiast. Oczywiście, obecność Seishirou nie znaczyła o tym, że mężczyzna przyprowadził ze sobą towarzystwo, ale król wolał dmuchać na zimne niż potem mierzyć się z przykrymi konsekwencjami. W końcu, wątpliwe było, aby Sakurazuka przybył sam, nawet jeżeli jego celem byłby jedynie Subaru. Zniknięcie Kyle'a również nie wróżyło niczego dobrego.
I tak oto, w mgnieniu oka, Subaru znalazł siebie maszerującego w asyście króla i żołnierzy w kierunku, w którym prowadziły go znaki na dłoniach Seishirou, podczas gdy Fai i Kurogane udali się w stronę ruin, by wesprzeć znajdujących się tam żołnierzy.
Faust rozkazał części grupy pójść wraz z nim do Ruin, podczas gdy pozostali mieli zostać w oazie.
- Nie róbmy niepotrzebnego tłumu – wyjaśnił decyzję. – Tutejsi ludzie nie znają magii, nawet jeśli nas zauważą, nie będą stanowili problemu. A w razie przykrych niespodzianek, będziecie asem w rękawie.
Reed przygotował portal, by przenieść ich do ruin.
Od Ruin bił srebrzysty blask. Zdawać się mogło, że to księżyc odbija się od gładkiej powierzchni kamienia, ale obserwując wnikliwie można było dostrzec, że źródłem światła są magiczne symbole unoszące się tuż przy zabytkowej konstrukcji.
Wszystko rozgrywało się dokładnie tak jak w wizji księżniczki Sakury.
- Spóźniliśmy się. - Kurogane oderwał wzrok od ludzi zgromadzonych przy Ruinach i spojrzał na towarzyszącego mu maga. - Zabili strażników.
Fay przygryzł wargę. Omiótł wzrokiem okolicę, po czym rozłożył bezradnie ręce.
- Jest nas dwóch, a ich sześcioro. Musimy zaczekać na resztę.
- To tylko trzech przeciwników do pokonania – Kurogane położył dłoń na głowicy miecza, ale widząc spojrzenie maga, opuścił ją.
- To nie są zwykli wojownicy. Posługują się magią. Pójście tam we dwóch jest samobójstwem.
Kurogane zmełł w ustach przekleństwo.
- Czekanie na wsparcie i tak nic nie da – powiedział ze złością. – Żołnierze w Clow nie są wyszkoleni do walki z magią. Dziesięć osób patrolowało obszar i wszyscy są martwi! Posłuchaj - ninja chwycił maga za ramię, zmuszając go, by spojrzał mu w oczy. – Sprawiłeś, że jesteśmy dla nich niewidoczni, mimo że stoimy na środku pustyni. Utrzymaj ten czar, a podejdziemy ich znienacka i…
- Zobaczą nasze ślady na piasku – Fay wpadł mu w słowo. – Poza tym, jesteśmy od nich sporo oddaleni. Jeżeli się zbliżymy, wyczują naszą obecność. Zaufaj mi, Kurorin, znam się na tym.
Z gardła Kurogane wydobył się poirytowany odgłos.
- Więc co sugerujesz? Mamy stać bezczynnie i patrzeć jak dostają się do środka?
Fay opadł na piasek i podkulił kolana. Wojownik stanął przy nim, cierpliwie czekając, aż się odezwie.
- Król wysłał posłannika po pomoc do wiosek wojowników. Na pewno tu przybędą, po tym, jak ta grupa ich zaatakowała – powiedział czarodziej wreszcie. Na jego twarzy pojawił się nawet niewielki uśmiech. – To było duże niepowodzenie z ich strony – wskazał głową w kierunku ludzi przy Ruinach. – Osłabili wioski wojowników po to, by nikt nie pomógł Clow, ale zrobili to dawno i ranni zdążyli się wyleczyć. Nie są bezbłędni, popełniają pomyłki, a to znaczy, że mamy spore szanse ich pokonać.
- Może masz rację – Kurogane usiadł obok niego z wyciągniętymi nogami. – Ale nie zapominaj, że wielu wojowników zginęło podczas ataków. Nasze wioski są osłabione, więc nawet jeżeli zostanie wysłana pomoc, nie będzie to wiele osób. Nigdy nie zostawiamy wiosek bez ochrony.
- Nie ma tu wielu ludzi, więc niewielu wojowników potrzebujemy - zauważył mag.
- Nie wiemy, ile osób jest tam, gdzie udał się onmyoji. Nie wydaje mi się, by ten cały Sakurazuka siedział tam w pojedynkę.
Fay sposępniał słysząc te słowa. Oparł głowę o ramię wojownika.
- Wiedzieliśmy, że Clow grozi niebezpieczeństwo, a mimo to nie byliśmy w stanie odpowiednio się na nie przygotować – westchnął zrezygnowany.
- Nie bądź takim pesymistą. Nie jesteśmy bezsilni, a z odpowiednim wsparciem, żołnierze też okażą się przydatni.
Kurogane nigdy nie był mistrzem pocieszania, ale łudził się, że jego marne słowa otuchy przywołają choć cień uśmiechu na twarz maga. Zmarszczył więc brwi, kiedy zobaczył poważną minę czarodzieja.
Chciał zapytać, co się stało, ale wtedy Fay chwycił go za koszulę i pocałował. Było w tym geście coś desperackiego, nerwowego i Kurogane ogarnęło uczucie niepokoju.
- Kuro-tan, muszę ci coś powiedzieć – Fay odsunął się od niego nieznacznie. Chwycił ninję za nadgarstek i mocno ścisnął, choć pewnie wcale nie zdawał sobie z tego sprawy. – Pamiętasz, jak mówiłem ci, że muszę wrócić do domu, bo zostawiłem tam coś bardzo ważnego? Ten przedmiot…
Fay nie dokończył, gdyż w tym momencie, w Ruinach rozległ się wstrząs, ziemia zadrżała, a oni stracili równowagę i upadli na plecy.
- Cholera, musimy interweniować, nim będzie za późno! – Kurogane poderwał się na nogi pociągając za sobą Faya. Mag skinął głową.
- Przyda wam się mała pomoc, czyż nie?
Souma stała tuż za nimi. Była zdyszana i zaczerwieniona od biegu.
- Żołnierze zostali z tyłu, ale będą niebawem. Jaki jest plan?
„Żaden", Kurogane miał już odpowiedzieć, ale Fay go uprzedził.
- Waszym zadaniem będzie skupienie na sobie ludzi przy ruinach. Ja pójdę do środka, by powstrzymać ich przywódcę. Musicie umożliwić mi dostanie się tam. Biegiem!
- Powinienem pójść sam – Subaru powtórzył cierpliwie. Odkąd opuścili zamek próbował przemówić Touyi do rozsądku, ale młody król był nieznośnie uparty.
- Ten Sakurazuka należy do grupy, która zagraża Clow. Skoro jest szansa działać, nie będę siedział bezczynnie – argumentował Touya.
- Seishirou wie, że jestem w stanie wyczuć jego obecność, więc na pewno będzie odpowiednio przygotowany.
- Tym bardziej pójście tam w pojedynkę nie jest mądrym pomysłem. Jest nas sporo – król wskazał ręką na towarzyszących im żołnierzy. – Nie jesteśmy bezbronni.
- Dobrowolnie narażasz się na niebezpieczeństwo! To z pewnością jest pułapka!
- Więc dlaczego ty tam idziesz?
Subaru uciekł wzrokiem od badawczego spojrzenia króla i nie odpowiedział.
Dalszą drogę kontynuowali w milczeniu. Prócz żołnierzy towarzyszyli im również Sorata i Arashi, którzy, tak jak król, nie dali się przekonać, że powinni zostać w zamku. „Oni mogą wiedzieć, gdzie jest Chii" stwierdziła Arashi ucinając tym samym dalszą dyskusję. Subaru zgodził się, że rzeczywiście, może uda im się dowiedzieć czegoś o zaginionej dziewczynie, ale Arashi i Sorata, którzy nie potrafili nawet władać mieczem, na pewno tych informacji z nikogo nie wydobędą. Niestety, jak się okazało, w tej kwestii nikt się ze zdaniem onmyoji'ego nie liczył.
Syaoran również nie miał zamiaru siedzieć bezczynnie, ale on z kolei chciał iść z grupą Fay'a i Kurogane. Na szczęście, król znalazł skuteczny argument, który usadził chłopca na miejscu. „Podczas mojej nieobecności, na ciebie spada odpowiedzialność za księżniczkę. Niech jej nawet włos z głowy nie spadnie". Po tych słowach, Touya podarował Syaoranowi miecz i chłopiec oddalił się w stronę komnaty Sakury z poczuciem ważnej misji.
Od oazy wciąż dzielił ich spory dystans, ale na bezkresnej pustyni bez trudu dostrzegli kilka sylwetek, które majaczyły w oddali. Oni również zostali spostrzeżeni, ponieważ w oazie zapanowało poruszenie, lekki popłoch, szybkie przygotowania do starcia.
Wyglądało na to, że jednak się ich nie spodziewali, co było dla Subaru sporym zaskoczeniem, bo przecież Seishirou wiedział o symbolach na swoich dłoniach, był inteligentnym mężczyzną i musiał liczyć się z tym, że po ich ostatnim spotkaniu Subaru przybędzie do Clow i ostrzeże króla.
Dlaczego więc ludzi w oazie zdawali się być zaskoczeni ich przybyciem? To nie miało sensu, zwłaszcza, że Subaru wyraźnie czuł obecność Sakurazuki.
Z każdym krokiem coraz bardziej.
Onmyoji uświadomił sobie, że jego zaciśnięte w pięści dłonie mocno się pocą, a żołądek wygina się boleśnie. Subaru oblizał suche wargi. Wytężył wzrok, by lepiej widzieć w ciemności.
Był tam.
Subaru parł przed siebie niczym człowiek w amoku. Był świadomy tego, że wkroczył na teren zajęty przez wroga, że powinien bardziej skupiać się na otoczeniu, ale w tej chwili jedyną osobą, na której się koncentrował była postać w czarnym płaszczu, która ze stoickim spokojem czekała na jego przybycie.
Towarzysze Sakurazuki nie próbowali powstrzymać Subaru. Wręcz przeciwnie, schodzili mu z drogi, jakby z góry wiedzieli, że ten onmyoji to przeciwnik Seishirou i nikt inny nie ma prawa go tknąć. Sumeragi był zadowolony z takiego obrotu spraw, ponieważ nie chciał tracić ani siły, ani czasu na zmaganie z innymi przeciwnikami.
Ta logiczna i bardziej odpowiedzialna część Subaru, czuła lekkie zażenowanie i wyrzuty sumienia, bo o ile, ludzie w oazie nie próbowali go zaatakować, to inaczej potraktowali osoby, z którymi onmyoji przybył. Subaru słyszał początek ostrej wymiany zdań, nawoływania i groźby, wiedział, że powinien dać jakieś wskazówki żołnierzom nieprzywykłym do walki z ludźmi władającymi magią, ale jego uwaga była zajęta i nie potrafił, nie chciał skupiać się na czymkolwiek innym.
Coś huknęło z prawej strony, niewielka eksplozja, której skutkiem były wrzaski i tumany wzniesionego piasku. Powstała chmura ograniczyła na moment widoczność, a kiedy opadła, Subaru znalazł się twarzą w twarz z Seishirou.
Sakurazuka opierał się nonszalancko o wysoki głaz, kącik jego wargi wykrzywiał pogardliwy uśmiech. Zmierzył Subaru uważnym spojrzeniem i nie spuszczając z niego wzroku, podniósł prawą rękę do ust, by zaciągnąć się papierosem.
W tyle rozgorzała walka, krzyki i odgłosy broni zakłócały ciszę, jaka panowała między nimi. Seishirou wypuścił dym z płuc, po czym rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał.
- Subaru – odezwał się wreszcie na powitanie. Ton jego głosu; spokojny i ciepły, zawierający w sobie coś, co Sumeragi niegdyś odbierał jako troskę, a teraz uważał za kpinę, sprawił, że serce onmyoji'ego boleśnie się skurczyło. Wychodząc Sakurazuce na spotkanie, Subaru spodziewał się czuć furię, nienawiść, pałać żądzą zemsty. Nie przewidział, że te odczucia będą zagłuszone przez żal i ogromną tęsknotę. Chciał wyciągnąć rękę i położyć ją na ogolonym policzku, zanurzyć dłonie we włosach starszego mężczyzny i przyciągnąć go do siebie. Chciał z powrotem swoje życie, chciał, by Hokuto żyła, a jego Seishirou wrócił.
Subaru wiedział, że ten człowiek przed nim jest kimś obcym, a znany mu weterynarz tak naprawdę nigdy nie istniał, ale mimo to nie potrafił wyzbyć się uczuć do niego. On zabił jego siostrę, wykorzystał go i oszukał, więc jakiekolwiek ciepłe uczucia względem niego, nie powinny kłębić się w Subaru. A mimo to, onmyoji wątpił, czy znajdzie w sobie tyle siły, by zabić Sakurazukę, jeżeli będzie miał ku temu okazję.
- Seishirou. – Subaru odpowiedział na przywitanie. Ucieszył się, że jego głos nie zadrżał i nie zdradził żadnej z jego myśli.
- Schudłeś – ocenił Sakurazuka. Wyciągnął rękę w kierunku onmyoji'ego, ale opuścił ją, kiedy mężczyzna odruchowo cofnął się przed jego dotykiem. – Nie byłem pewny, czy przeżyłeś nasze ostatnie spotkanie – kontynuował niewzruszony.
- To tłumaczyłoby twoje nierozsądne zachowanie. Oczywiste było, gdzie się udam, kiedy usłyszałem co planujecie i oczywiste było to, że będę w stanie cię wyczuć, kiedy tu przybędziesz. – Subaru spojrzał wymownie na dłonie mężczyzny.
- Może wcale nie chciałem się ukrywać? – odparł Sakurazuka. Oderwał się wreszcie od głazu i postąpił kilka kroków do przodu. Tym razem nie zatrzymał się, kiedy Subaru próbował zwiększyć dystans między nimi. Złapał onmyoji'ego mocno za łokieć i przyciągnął. Ich ciała się zetknęły, a twarze tylko o centymetry były oddalone od siebie. – Może znów chciałem cię zobaczyć?
- Po co? – zapytał Sumeragi ze złością, nieskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku. – Aby dokończyć to, co zacząłeś?
Na te słowa oczy Sakurazuki zwęziły się, a z jego twarzy zniknął uśmiech. Wypuścił wreszcie rękę Subaru i cofnął się od niego.
- A ty dlaczego tu przyszedłeś, Subaru? – zapytał.
Onmyoji wyjął z kieszeni ofudę i to starczyło za odpowiedź.
Mama Fay'a znała mnóstwo historii. Opowiadała swoim dzieciom o baśniowych stworach, książętach i księżniczkach, o Brzydkim Kaczątku i Dziadku do Orzechów. Ale to opowieści o nihońskich wojownikach Fay lubił najbardziej. Niegdyś myślał, że ich siła, odwaga i liczne dokonania to tylko legendy, stworzone po to, by ludzie drżeli na samą wzmiankę o groźnych ninja.
Dopiero, kiedy Fay poznał Kurogane, zdał sobie sprawę, że opowieści matki wcale nie mijały się z prawdą. Nie miał wiele okazji, by widzieć wojownika w akcji, ale tych kilka walk, których był świadkiem utwierdziły go w przekonaniu, że wioski ninja cieszyły się zasłużoną opinią.
Souma okazała się być równie dobrą wojowniczką. Była słabsza od Kurogane, ale bardziej zwinna i gibka. Razem z nim tworzyli zgrany duet, rozumieli się bez słów. Fay nie potrafił odeprzeć lekkiego uczucia zazdrości, że jego Kurogane potrafi tak dobrze dogadywać się z kimś innym niż on. Było to głupie, bo w końcu Soumę ninja znał dłużej, ale świadomość tego nijak nie wpłynęła na poprawę jego humoru.
- Skup się, głupku – Kurogane syknął Fay'owi do ucha, zaraz po tym jak uchronił maga przed uderzeniem. Posłał mu przy tym karcące spojrzenie, na co ten zaczerwienił się, zdając sobie sprawę, że wybrał bardzo nieodpowiedni moment na swoje, jakże głębokie, przemyślenia.
Ponownie skupił uwagę na otoczeniu.
Atak z zaskoczenia powiódł się, ponieważ para Nihończyków bez trudu zdjęła dwóch przeciwników, nie spodziewających się żadnego towarzystwa. Niestety, pozostali wrogowie szybko otrząsnęli się z szoku i nie byli już tak łatwi w pokonaniu. Było czterech na dwóch, lecz mimo liczebnej przewagi, Kurogane i Souma radzili sobie całkiem nieźle. Fay ruszył w kierunku wejścia do Ruin, ale zawahał się, gdy zobaczył jak jeden z mężczyzn wytrącił ninji miecz z dłoni. Nim jednak zdążył zareagować, Kurogane odskoczył do tyłu i odzyskał broń.
- Na co czekasz? Idź już! – zawołał poirytowany, widząc bezruch Faya. – Poradzimy sobie tutaj.
Mag przełknął ślinę. Nie chciał zostawiać Nihończyków samych, ale wiedział, że jego miejsce jest gdzie indziej.
- Bądźcie ostrożni – wymruczał pod nosem. Odwrócił się plecami do nich, po to, by stanąć twarzą w twarz z wysokim, nieprzyjemnie wyglądającym przeciwnikiem.
- Wybierasz się dokądś? – zapytał mężczyzna.
Fay nie musiał reagować. Souma pojawiła się przy nim momentalnie i ścięła dryblasa z nóg. Mag skinął jej głową, po czym, już bez żadnych przeszkód, ruszył do ruin.
Wewnątrz było dokładnie takie jak opisywał Subaru. Ciemne, wysokie schody prowadziły do pomieszczenia, z którego wydobywało się oślepiające światło. Fay osłonił ręką oczy i szybko zbiegł na dół. Dotarł do komnaty w chwili, w której wysoka, zakapturzona postać skończyła egzorcyzmować ducha Ruin. Clow wydał z siebie desperacki okrzyk. Nim zniknął, spojrzał jeszcze na Faya z prośbą w oczach, błagając go, by nie dopuścił do sukcesu oprawców.
- Co za niewdzięczny duch – odezwał się mężczyzna. Stał plecami do Fay'a, ale mag nie wątpił, że był świadom jego obecności. – Człowiek chce pomóc, wysłać zagubioną duszę w lepsze miejsce i spotyka się z taką wrogością.
Fay zamarł. Czuł jak krew odpływa mu z twarz, a kończyny drętwieją. Serce szaleńczo załomotało mu w piersi, a włosy na rękach i karku zjeżyły się. Czuł, że szczęka mu drga, kiedy próbował wydusić z siebie jakieś słowo. Żaden dźwięk nie wydobył się jednak z jego ściśniętego gardła.
Żałował, że Kurogane został na zewnątrz. Potrzebował teraz ninji przy sobie jak nigdy wcześniej. Przeszłość wreszcie go dopadła i nie był pewien, czy da radę skonfrontować się z nią sam.
Człowiek przed nim wciąż stał tyłem do niego, w długim płaszczu i z kapturem na głowie, ale Fay rozpoznał go po głosie. Chociaż nie słyszał go od tak dawna, nigdy nie zapomniał tego prześmiewczego, beztroskiego tonu.
Emocji, które nagle pojawiły się w magu, było zbyt wiele. Fay drżał, nie będąc w stanie kontrolować swojego ciała, a jego oczy zrobiły się wilgotne od nagłych łez.
- Przecież… - wystękał w końcu, jego głos był zachrypnięty i słaby. Odkaszlnął i kiedy odezwał się ponownie, brzmiał prawie normalnie. – Myślałem, że nie żyjesz. Powiedziano mi, że nie żyjesz.
Tym razem to postać w płaszczu znieruchomiała. Po chwili zrzuciła kaptur z głowy i jeżeli Fay miał wcześniej jakiekolwiek wątpliwości, tak teraz ulotniły się one na widok gęstej blond czupryny.
- No proszę, co za niespodziewane spotkanie – mężczyzna również poznał Fay'a po głosie, co było zaskakujące zważywszy na fakt, że teraz ton maga był lekko zdławiony, poza tym, kiedy ostatni raz się widzieli Fay był dzieckiem.
Faust odwrócił się, stając przodem do Fay'a.
- Witaj, synu.
