Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do ry123red. Prawa do sagi, bohaterów należą do Stephenie Meyer.


Poprzednio…

Westchnął.

- Dlaczego miałaby być jakaś wojna? Myślałem, że pozwoliliśmy uchylić dla was pakt.

- Wygląda na to, że wiele cię ominęło, kiedy się wałęsałeś – zawarczałam, nie ukazując mu jednak związanej z nim frustracji.

To znaczy, jeżeli miałam być szczera, byłam bardziej zraniona, niż wściekła. Przed odejściem nie odezwał się do mnie. Ani razu nie zadzwonił. Cholera… byłabym szczęśliwa, nawet jeżeli dostałabym jedną z tych dziecinnych karteczek, które Charlie niegdyś przekazywał między nami.

- Bells – rzekł Jacob, jego oczy złagodniały. – Wiem, że nie powinienem był odchodzić bez słowa. Po prostu trochę mi zajęło, zanim jakoś przetrawiłem przemianę mojej najlepszej przyjaciółki w coś, czego od dzieciaka uczono mnie nienawidzić.

- Wiem… jednak liczy się tylko teraz. Jesteś tutaj. Na dobre?

- Na dobre. A teraz idę z tobą, by dowiedzieć się, co się wyrabia w watasze – potwierdził, z oporem wyciągając rękę i dotykając mojego ramienia, tak jakby w próbie zakotwiczenia mnie w miejscu, zanim kontynuował.

- A teraz dlaczego mi nie powiesz, czemu właśnie nie spędzasz miesiąca miodowego z twoim wampirem?


Rozdział 24: W Jasną Stronę

- Co masz na myśli przez to, że cię zdradził? Najpierw wpakował cię w to całe gówno, co prawie nie skończyło się zabiciem cię przez Volturi, potem praktycznie zaszantażował cię, abyś za niego wyszła i nagle przespał się z jakąś klientką? – wybuchnął Jacob.

- To nie była jakaś klientka… tylko Alice, żona Jaspera.

- Jak to się stało, że jeszcze nie pozbawiłaś go głowy?- spytał się, zaszokowany. – A Jasper to ten cały pokryty bliznami, wysoki blondyn, prawda?

Przytaknęłam głową.

- Cholera. Na miejscu Edwarda miałbym już pełne gacie ze strachu. W życiu nie chciałbym mieć za wroga kogoś takiego jak on – skomentował, ledwo powstrzymując dreszcze.

Zaśmiałam się w duchu na przedstawioną przez Jacoba wizję Jaspera. Typowe. Po ujrzeniu jego blizn oraz surowej postawy Jacob od razu stwierdził, że Teksańczyk był niebezpieczny. Owszem – zgaduję, że tak jest, ale trudno mi zobrazować, jak Jasper kogokolwiek krzywdzi.

Zdawałam sobie sprawę, że to całkiem niepraktyczne z mojej strony, aby w ten sposób rozumować, ale Jasper przy mnie zachowywał się kompletnie inaczej. Z łatwością mogłam stwierdzić, że był Cullenem, któremu ufałam najbardziej. Wiedziałam, że mogłam na niego polegać w każdej sytuacji. Jasper powiedział mi wszystko na temat swojej przeszłości – ba, po mojej przemianie nawet zagłębił się w detale – ale w dalszym ciągu rozwścieczało mnie obrazowanie go biorącego udział we wstrętnych walkach razem z Marią.

Na wspomnienie jej imienia zalewała mnie krew. Lepiej, żeby trzymała się teraz z dala od Jaspera. Nie pozwolę, aby znów trafił w jej wstrętne szpony. Przenigdy.

- Mniejsza z tym. Powinniśmy kontynuować drogę do granicy. Z racji tego, jak jesteśmy blisko, reszta watahy prawdopodobnie zdążyła już uchwycić nasze zapachy – Jacob kontynuował, udając, że nie zauważył mojego odpłynięcia.

W odpowiedzi skinęłam głową i podążyłam za nim do wspomnianego wcześniej miejsca, gdzie czekała na nas cała wataha.

Spychając na bok zaskoczenie wywołane ujrzeniem tak wielu ogromnych wilków, spokojnie wyszłam im na spotkanie razem z Jacobem.

Cholera. Czy zawsze były aż tak przytłaczające?

Jacob wydawał się przeprowadzać cichą konwersację z kruczoczarnym wilkiem – Samem.

Moje oczy przez krótką chwilę zatrzymały się na każdym członku stada z osobna. Paru z nich rozpoznałam.

Był tam Seth, z sierścią koloru piaskowego, który na znak rozpoznania skinął na mnie głową. Obok niego znajdował się jasnoszary wilk – domyślałam się, że Leah. Niedaleko stał Paul – większy wilk, również koloru szarego, a za nim ciemnoszary Embry, ciemnobrązowy Quil oraz trzy inne wilki, których nie kojarzyłam.

W końcu zarówno Jacob, jak i Sam zniknęli za drzewami i chwilę później wynurzyli się już w ludzkiej postaci.

- Bello, widzę, że wieści są prawdziwe – skomentował Sam, jego ciemne oczy oskarżające, kiedy przyglądały się mojemu nieśmiertelnemu ciału.

- Wszystko zależy od tego, które wieści masz na myśli – odparłam zuchwale, po czym uśmiechnęłam się w celu ukazania moich kłów.

- Jesteś teraz wampirem, co oznacza, że zostałaś ugryziona – zgaduję, że przez Cullenów – planujemy zatem za ten… występek… wymierzyć sprawiedliwą karę.

- Występek? – spytałam się. – Wiecie równie dobrze, jak ja, że od zawsze chciałam stać się wampirem. Sądziłam, że sprawa ta została rozwiązana przed zawarciem mojego związku małżeńskiego z… Edwardem.

- Była – Sam kontynuował. Wyglądał na lekko skonsternowanego. – Ale zostaliśmy uświadomieni, że małżeństwo zostało unieważnione.

Przytaknęłam.

- I o tym, że nie cofnęli się i tak czy inaczej cię przemienili… po to tylko, żeby chronić siebie. To definitywnie zerwało nasz pakt – skończył.

Otworzyłam buzię ze zdziwienia. Zmieniona wbrew mojej woli? Kto im mógł to powiedzieć?

- To jest niedorzeczne – szybko odpowiedziałam. – Owszem, zerwałam z Edwardem, ale dalej chciałam stać się wampirem.

Moje stwierdzenie tylko mocniej zmieszało lidera watahy.

- Kto wam powiedział to kłamstwo? – zapytałam.

- Nie jesteśmy ci winni żadnych odpowiedzi, pijawko! – krzyknął jeden z wilków. Oh, a więc parę innych osób zdecydowało się na powrót do ludzkiej formy.

- Hej, wycofaj się, Paul – zawarczał Jacob.

- Co ty wyrabiasz Jacob? Zdradzasz swoją watahę? Człowieku, ona ich wybrała. Zapomnij o niej w końcu – odszczekał zjadliwie Paul.

Zauważając zmianę w wyrazie twarzy u Jacoba, zainterweniowałam.

- On nie jest zdrajcą. Jeżeli ktokolwiek, to tylko ty. Jak możesz mieć czelność odzywać się tak do niego i w dalszym ciągu nazywać go swoim przyjacielem? – rozkazałam, oburzona.

- Bella, wszystko okej – wymruczał Jacob. – Nie wkurzaj go bardziej.

Niestety było już za późno.

Bez ostrzeżenia Paul zmienił się w gigantycznego, srebrnego wilka i zaatakował Jacoba.

Wszystko działo się w takim tempie, że Jacob nie miał czasu na przemianę i nie był w stanie się obronić.

- Jake! – krzyknęłam, spychając go z drogi i przyjmując przed nim pozycję obronną.

Zauważyłam identyczne, przerażone wyrazy twarzy na każdym z wilków z osobna, zanim Paul nagle zatrzymał się w locie i upadł na ziemię już jako człowiek.

Co się tu, do cholery, właśnie wydarzyło?

- Koleś! Co, do diabła?! – wrzasnął Jacob, idealnie wyrażając moje myśli.

Paul spojrzał na nas z miejsca, gdzie leżał, zdumienie i upokorzenie na jego twarzy.

- Włóż jakieś ubrania! – ktoś syknął, zanim rzucił w jego kierunku parę dżinsów.

Serio. Nikt nie chciał widzieć tego gówna.

Cicho się zaśmiałam, zanim coś spostrzegłam. Było to prawie niewidoczne, ale wydawało mi się, że Jacoba i mnie otaczała potężna tarcza. Rozejrzałam się dookoła, ale nikt inny jej nie zauważył.

Tak jakby w celu dowiedzenia mojej racji, tym razem ubrany Paul wyciągnął przed siebie rękę, która w pewnym momencie zatrzymała się i nie była w stanie się dalej poruszyć.

Zanim zmierzył mnie wzrokiem, na jego twarzy pojawił się grymas.

- Jak ty to robisz? – rozkazał oskarżająco.

Ja?

- Nic nie robię! Może po prostu nie jesteś takim dobrym wojownikiem, jak myślisz – sarkastycznie odparłam, ale zdawałam sobie sprawę, że nie była to prawda.

To ja to robiłam. Mogłam wyczuć ochronną tarczę wokół mnie i Jacoba, ale kompletnie nie miałam pojęcia, w jaki sposób to się stało.

- Bells? – spytał się Jacob, zanim eksperymentalnie ruszył w stronę Paula i bez trudu go minął.

- Paul, spróbuj podejść do Jacoba – zawołał Sam.

Posłał mi spojrzenie, po czym zrobił tak, jak mu kazano. Zatrzymał się kilka metrów od Jacoba, nie będąc w stanie się przybliżyć.

Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wyglądało na to, że ludzie znajdujący się wewnątrz bańki mogli poruszać się, gdzie tylko chcą, natomiast ci z zewnątrz nie mogli znaleźć się w pobliżu osób chronionych.

Miałam talent, a co więcej – szelmowsko fajny talent.

Na widok mojego uśmiechu zaśmiał się Jacob, który wydedukował wszystko chwilę po mnie.

- Więc… domyślam się, że wiszę ci podziękowania – powiedział Jacob, spoglądając na mnie.

- Bella? To ona to robi? – zapytała z niedowierzaniem Leah.

Niespodziewanie Sam z powrotem przetransformował się w czarnego wilka i nisko zawarczał.

- Poważnie, Sam? No weź, to przecież Bella. Naprawdę wątpię w to, że skrzywdzi jakiegokolwiek…

Argument Setha został przerwany przez ostry, rozkazujący szczek ze strony jego alfy.

Usłyszałam za mną rozdzierający dźwięk i wiedziałam, że Jacob również zmienił się w wilka.

Nie szło tak, jak zaplanowałam.

Sekundę później poczułam na plecach gorący oddech Jacoba, zanim wystąpił i stanął obok mnie w pozycji obronnej.

Okej, już wystarczy. Nie przyszłam tutaj, by wywoływać bójki. Chciałam tylko dowiedzieć się, dlaczego wilki zdecydowały się na zaplanowanie ataku na moją rodzinę.

Zauważyłam, że Jacob i Sam zostali pochłonięci przez telepatyczną rozmowę między sobą, postanowiłam więc w międzyczasie poprosić Setha o wyjaśnienia.

- Sam sądzi, że twoja tarcza jest zagrożeniem dla watahy – krótko powiedział.

Przewróciłam oczami. Poważnie? Dlaczego, u licha, chciałabym ich skrzywdzić? Ten kundel najwyraźniej miał spore problemy z zaufaniem i zdrowym rozsądkiem.

Skierowałam wzrok z powrotem na Sama akurat w odpowiednim czasie, by zauważyć, jak zastyga w bezruchu i spogląda na Leah.

Spojrzała mu w oczy, po czym potruchtała w moją stronę, by – jak się chwilę później okazało – stanąć przy moim boku.

Co ona robiła? Dlaczego chciałaby mi pomóc? Prawie jej nie znałam.

Oh. Nie robiła tego dla mnie, tylko dla Jacoba. Leah uważała, że wisiała mu przysługę, odkąd nie udała się razem z nim, kiedy jej potrzebował. Plus dla niej. Może nie była taka zła, jak myślałam.

Po tej akcji wszystko się poukładało. Seth, bez żadnego wahania, podążył za siostrą i przy niej stanął.

To było coś, czego się ani przez chwilę nie spodziewałam – wsparcie. Planowałam pojawić się tutaj i w pojedynkę stawić czoło wilkom, a teraz przy moim boku miałam trzy wilki, na dodatek jeden z nich był dalej w ludzkiej formie.

Spojrzałam na niego, zdumiona, a on tylko lekko się uśmiechnął i puścił do mnie oko, zanim z powrotem spojrzał się na jego watahę… czy może ex watahę?

Sam wydał z siebie wściekły dźwięk – coś pomiędzy warkotem, a piskiem – i zaczął pazurami rozgrzebywać ziemię.

Leah w odpowiedzi zwyczajnie pociągnęła nosem i odwróciła się, jakby miała zamiar odejść. Jacob szturchnął ją nosem i się zatrzymała.

Sam nagle ponuro zawył, przez co się wystraszyłam. Wtedy Jacob zwrócił się do mnie - na jego twarzy widniał wilczy uśmiech - i zniknął w gęstwinach.

- Co? – powiedziałam do Setha, zmieszana.

Na widok mojego wyrazu twarzy zaśmiał się, zanim wesoło wykrzyknął:

- Wygląda na to, że bitwa odwołana!

- Wiem, że Jacob i Sam rozmawiali w myślach przez to wasze wilcze połączenie. Co on takiego powiedział Samowi, że nagle zmienił zdanie?

- Jake zagroził, że opuści watahę, jeżeli Sam postawi na swoim – odparła Leah, która dołączyła do nas już jako człowiek, ubrana w dżinsy i top.

Że co powiedział? Dlaczego zrobiłby coś tak głupiego? A co jeżeli Sam by się nie ugiął? Wtedy Jacob byłby sam! Czekajcie, to oznaczało…

- Postąpiliście tak samo, prawda? – stwierdziłam, spoglądając na rodzeństwo.

Leah nagle zainteresowała się znajdującą się pod jej stopami ziemią, podczas gdy Seth odpowiedział mi, jego niebieskie oczy błyszczały.

- Ooo tak! Nie mogliśmy po prostu, od tak, pozwolić cię zabić!

Usłyszałam, jak Jacob do nas podchodzi. Odwróciłam się do niego.

Widząc mój wyraz twarzy, mój przyjaciel głupkowato się uśmiechnął, po czym wzruszył ramionami.

Nagle uderzyłam go w ramię.

- Ow! Bella! Co ty…! Dlaczego to zrobiłaś?

- Nazwij mnie sentymentalną – powiedziałam sarkastycznie. – To, Jacobie Black, jest za bezsensowne ryzykowanie twojego życia.

- Ciężko by było nazwać sytuację związaną z tobą bezsensowną – wskazał, ręką przytrzymując się za miejsce, w które go uderzyłam.

Najwyraźniej tym razem go zabolało. Dobrze mu tak.

- Eh, nie bądź taką babą, Black – Leah dorzuciła swoje trzy grosze, po czym pociągnęła jej brata z powrotem do watahy.

- Chodźmy – powiedziałam, podążając za Leah do miejsca, w którym stał Sam.

Aktualnie trochę mu współczułam. Podważenie jego pozycji przez własną watahę, a zwłaszcza przez Jacoba, który teoretycznie powinien być alfą, musiało być dla niego upokarzające. Szczerze, Jacob byłby świetnym liderem. Owszem, był trochę kapryśny i w gorącej wodzie kąpany, ale cechował się także zażartą lojalnością i można mu było bezgranicznie ufać.

- Bello. Ty i twoja rodzina jesteście bezpieczni. Nie zaatakujemy żadnego Cullena, dopóki nie naruszycie starego paktu – powiedział wyczerpany Sam.

- Oczywiście – ochoczo się zgodziłam.

- Okej… więc jeżeli to wszystko, to…

- Aktualnie to mam jedną prośbę – rezolutnie zaczęłam.

Czekał.

- W ciągu paru tygodni w Forks pojawią się Volturi.

W mgnieniu oka, po tym, jak rozpoznał tytuł, brązowe oczy Sama spoważniały. Ah, więc wiedział, kim byli. Może dzięki temu będzie bardziej chętny do pomocy.

- I chcesz naszej pomocy – skończył za mnie.

- Więc… tak. Oczywiście w zamian wysłuchamy każdych postawionych przez was warunków.

- Jeżeli, tylko jeżeli wataha zgodzi się, by pomóc, chciałbym, żeby Jacob przyrzekł, że nigdy więcej nie użyje jego prawa do opuszczenia watahy tylko po to, by mnie do czegoś zmusić – powiedział Sam autorytatywnie. – Po drugie chciałbym, by cały klan Cullenów przyrzekł, że po walce opuści stan Waszyngton.

Bez wahania się zgodziłam. Domyślałam się, że powie coś w tym stylu. Nie winiłam go. Jeżeli pozbyłby się wampirów ze swojego terenu, oszczędziłby wiele niewinnych osób od transformacji w wilki.

- No to mamy umowę. Kiedy tylko Volturi nadejdą, pojawimy się.

- A my damy wam o tym znać.

Wyciągnęłam rękę do uścisku, co zrobił, aczkolwiek niechętnie, po czym wycofał swoją watahę.

Jacob w dalszym ciągu przy mnie stał. Kiedy Leah zawahała się, powiedział jej, by na niego nie czekała.

- Dziękuję ci. Naprawdę – w końcu powiedziałam, wyrażając swoją wdzięczność.

Ponownie Jacob był dla mnie, kiedy tego potrzebowałam. Czy kiedykolwiek skończę z byciem jego dłużniczką za wszystko, co dla mnie zrobił?

- Po to są przyjaciele, prawda? – odparł zwyczajnie, jego ciemna skóra na policzkach lekko się zarumieniła.

Ta. Przyjaciele.

Na mojej twarzy wykwitł uśmiech. Przynajmniej może w końcu zaczął akceptować, że mogliśmy być tylko przyjaciółmi; nikim więcej. Zgadywałam, że ujrzenie mnie jako wampira tylko potwierdziło fakt, że bycie razem nigdy nie było nam pisane. Mogłam tylko mieć nadzieję, że w dalszym ciągu, mimo wszystkiego, będziemy sobie bliscy. Naprawdę już nigdy nie chciałam stracić mojego najlepszego przyjaciela.

- Nie zmuszaj innych, by na ciebie czekali – powiedziałam, popychając go w kierunku, gdzie wcześniej zniknęła reszta wilków.

- Taka chętna, by się mnie pozbyć, eh? – skomentował, posyłając mi uśmiech.

- Ty lepiej bądź ze mną w kontakcie, Jacob. Następnym razem nie czekaj z pojawieniem się do momentu, aż znajdę się w tarapatach – zbeształam go, zaciskając usta.

- Pewnie, pewnie – szybko się zgodził, zanim obrócił się i potruchtał w stronę drzew, przy okazji do mnie machając.

Obserwowałam go, póki nie zniknął mi z oczu pomiędzy drzewami, po czym ruszyłam do domu.

Byłam zadowolona, że trzymałam na wodzach swoje emocje wystarczająco dobrze, by nie zaalarmować Jaspera.

A w sumie…

Skupiłam się na wysłaniu mu dobrej dawki poczucia spełnienia i szczęścia.

Miałam nadzieję, że to wyczuł – w końcu byłam jeszcze całkiem daleko od domu.

W mgnieniu oka poczułam, jak zalewa mnie fala dumy i zachwytu. Jasper.


Od autorki/tłumaczki: Więc? Mam nadzieję, że za bardzo nie namieszałam. Tęsknicie za Jasperem? Wiem, że tak jest! Całkiem sporo naszego ulubionego blondyna już w następnym rozdziale!


Od tłumaczki: Do tej pory najdłuższy rozdział :) Dziękuję za wszystkie komentarze i tak wiele wejść! Jesteście cudowni!


W następnym rozdziale…

- Zrobiłaś… co? – wykrzyknął Emmett.

- Słyszałeś mnie. Nie tylko przekonałam wilki, żeby z nami nie walczyły, ale także znalazłam w nich sprzymierzeńców w konfrontacji z Volturi – wytłumaczyłam, czując się zadowolona z siebie.

- Dlaczego to zrobiłaś? Nie chcę tych kundli w moim najbliższym otoczeniu! – krzyknęła Irina, jej wypełnione złością oczy skupione na mnie.

- Właśnie zdobyłam dziesięciu dodatkowych wojowników, a ty jedyne, co robisz, to krzyczysz mi prosto w twarz? – spytałam złowrogo, mierząc wzrokiem platynową blondynkę.

- Oni zabili mojego Laurenta! Są potworami i powinniśmy byli się ich pozbyć już dawno temu!

- Boże, nie zaczynaj znowu. Poważnie suko, jestem tobą już zmęczona i rzygać mi się chce na twój widok. Zabierz więc swoją nachalną twarz z mojego pobliża i z dala od mojej rodziny! – wysyczałam, zanim rozszerzyłam swoją obronną tarczę i trzasnęłam nią denerwującą mnie wampirzycę, przez co poszybowała przez pokój prosto za drewniane drzwi.

W końcu. Cisza i spokój.